Zawiążmy te sznurowadła
To już nie są żarty. W polsko-litewskich stosunkach dyplomatycznych niezdrowo zaiskrzyło. Premier Algirdas Brazauskas odwołał planowaną od dawna wizytę w Warszawie, podczas której szefowie obu rządów mieli podpisać legendarne porozumienie o pisowni nazwisk. Co prawda w komunikacie litewskiego MSZ wymieniono dwie przyczyny tej decyzji: „eksperci obu państw nie zdążyli uzgodnić technicznych szczegółów umowy, nie przygotowano też szczegółowych dokumentów dotyczących budowy mostu energetycznego między Litwą a Polską”. To wersja oficjalna. Z nieoficjalnej wynika, że rozeszło się wyłącznie o nazwiska. Krążą pogłoski, że strona litewska zamierza na realizację umowy wynegocjować aż dziesięć lat, strona polska obstaje przy jednym roku, więc się panowie po raz kolejny nie dogadali. W tej sytuacji głupio powinni się czuć i marszałek Senatu RP Longin Pastusiak, i szefowie resortów spraw wewnętrznych Polski i Litwy Krzysztof Janik i Juozas Bernatonis, którzy hucznie zapowiedzieli finalizację umowy na 28 marca br. W świetle decyzji premiera Brazauskasa ci politycy wyglądają teraz jak radośni mitomani, którzy niezupełnie zdają sobie sprawę z realiów polityki. I niech nam nikt nie wmawia, że poszło o szczegóły techniczne. Ministrowie Janik i Bernatonis na wspólnej konferencji prasowej w Wilnie jednoznacznie twierdzili, że najpierw premierzy parafują stosowne porozumienie, po czym strony do końca roku uzgodnią kwestie techniczne. Wersja oficjalna głosi, że wizyta premiera w Warszawie została przełożona na kwiecień. Cóż, może do tej wizyty i dojdzie, ale naiwnością byłoby się spodziewać, że w tym miesiącu umowa o nazwiskach zostanie sfinalizowana. Nie po to strona litewska przez osiem prawie lat, z samozaparciem godniejszym lepszej sprawy, tańczyła wokół tego problemu „taniec świętego Wita”, by teraz ni z gruchy ni z pietruchy wziąć i się zgodzić na te „wredne” polskie znaki diakrytyczne. Mam wrażenie, że jeszcze sobie politycy wokół tego zagadnienia potańczą. Zresztą strona polska będzie musiała w tym tańcu zdrowo nagimnastykować. Polska na tym „parkiecie” pełni rolę kawalera, który chce swą partnerkę w czułym uścisku prowadzić. Tymczasem partnerka wcale nie chce tańczyć, ona gra w ciuciubabkę. Miota się więc po parkiecie z obłędem w oczach mając na celu wyłącznie umknięcie przed objęciami natrętnego amanta.
A tak naprawdę, to po ki diabeł nam ta cała umowa? Okazało się, że poprawne nazwisko w dowodzie świadczy o prowincjonalizmie. Tak przynajmniej sądzi „kopertowy prezydent” Litwy nr 6 Vytautas Landsbergis. Wyraz swojego zniesmaczenia „polskim zacofaniem” pan Landsbergis raczył dać na łamach nie grzeszącego przychylnością wobec Polaków dziennika „Lietuvos aidas” (wraca stare?). W tekście noszącym tytuł „Polski prowincjonalizm a problem litewski” pan Vytautas raczył był napisać, że „dogadzając jednej z wielu mniejszości w kwestii mało ważnego znaczka, Litwa zachowuje się nieracjonalnie”. Ta mniejszość - to my. Ten „mało ważny znaczek” - to znaki diakrytyczne. Europejczyk z krwi i kości poucza nas - ciemnych jak tabaka w rogu - że w posługujących się łacińskim alfabetem cywilizowanych państwach obco brzmiące nazwiska dostosowywane są do wymogów państwowego języka. „Nie dramatyzuje się tam z powodu różnic między ż i ž, a nawet z. Nawet słynna śpiewaczka z naszego kraju Teresa Žilyte-Žylis na Zachodzie przekształciła się w Zylis-Garę, a polityk z USA Zbigniew Brzeziński, jak się wydaje, nie zamartwia się tym, że jego nazwisko pisane jest bez znaczka diakrytycznego” - klaruje pan Vytautas i każe się na tych „międzynarodowych i europejskich” postawach wzorować. Wstydź się, Polsko, swojego zapleśniałego prowincjonalizmu, daj spokój z tymi głupimi ogonkami, kropkami i kreskami w nazwiskach, a najlepiej w ogóle wyeliminuj je z własnego alfabetu. To będzie po europejsku. A nie akceptujących swoich zniekształconych nazwisk Polaków zachęcam do wzorowania się na panu Landsbergisie. Wyraźnie napisał w „Lietuvos aidas”, że jest zwolennikiem dostosowywania nazwisk do wymogów stosowanego w danej chwili alfabetu, więc dostosowałam. Dla mnie pan Vytautas w tym tekście będzie „dostosowanym na wzór europejski” Witautasem.
W ogóle to polska społeczność ostatnio mocno szefa konserwatystów irytuje. W jego mniemaniu, padliśmy cieniem na nieskazitelnym dotąd wizerunku Litwy. Chodzi o wiec w obronie polskiego szkolnictwa. Po tym wiecu Witautas Landsbergis znów widzi w nas promoskiewską piątą kolumnę, która dąży do odroczenia akcesji Litwy w NATO. Zaś organizatorów wiecu oskarża o uleganie „dawnym sowieckim wpływom” i o „wyciąganie z muzeów jakichś dinozaurów”.
„Gdyby się udało nasze zaproszenie i przyjęcie (do NATO) opóźnić, odroczyć, to, oczywiście, w Moskwie byłby bal - skarżył się po wiecu szef konserwatystów w wywiadzie dla Radia „Znad Wilii”. Uważa on, że polskie środowisko jest wręcz naszpikowane sługusami „pewnego oponującego nam państwa”, które dotychczas tylko Łotwę i Estonię oskarżało o krzywdzenie mniejszości. Okazało się, że swoją skromną akcją Polacy przyczynili się do tego, by ten zarzut można było postawić również Litwie. Tu powstaje pytanie, dlaczego to tajemnicze państwo nie wykorzystuje własnej, liczniejszej przecież mniejszości do prowadzenia takiej propagandy? To by było bardziej logiczne, no nie? A niech tam... Powinniśmy się już w końcu przyzwyczaić, że niektórzy politycy starannie omijają ścieżki, którymi chadza logika. Z tej prostej przyczyny, że logika wyklucza wszelki, również polityczny, bełkot.
Zdaję sobię sprawę, że nie należy obrażać się na polityków „inteligentnych inaczej”. Wypada przyjąć do wiadomości, że taki pokręcony sposób rozumowania jest formą upośledzenia i przejść nad nim do porządku dziennego. Zgadzam się na to w kwestii naszych rzekomych relacji z Moskwą. Jednak irytuje mnie twierdzenie, że wspomniany wiec nie miał „żadnych racjonalnych podstaw i został zwołany do zdjęcia”. Skoro tak, była to chyba, niech mi wybaczą językoznawcy, „najgrupowsza fotka” w historii. Nie wiem, czy ktoś jeszcze kiedy ustawił do zdjęcia parę tysięcy ludzi. Nawet jeżeli ci ludzie są (jak my, w mniemaniu pana Witautasa) naiwni i zdezorientowani. W świetle tego, co wygaduje pan W., tysięczne rzesze uczestników wiecu zostały przywleczone przed Sejm dosłownie przemocą, na moskiewskich postronkach. Okazuje się bowiem, że w polskim szkolnictwie nie ma żadnych problemów. Chcą Polacy maturę z polskiego. A proszę bardzo. „Niech rodzice ten egzamin wprowadzają, mają wolne ręce” - ripostował szef konserwatystów na wiadomość, że problemy jednak istnieją. Na wieść, że rodziców akurat pozbawiono tego prawa, też się nie zmartwił, chociaż trochę się zirytował i palnął:
„Nie wiem, jak tam było (...), ale nie widzę nic takiego złego (w sytuacji polskiego szkolnictwa), by trzeba było aż z angielskimi transparentami demonstrować przed foto i wideokamerami, by potem można było rozniecać jakieś konfrontacje między Litwą i Polską lub rozpowszechniać to w środowisku amerykańskiej Polonii, która bardzo wspiera członkostwo Litwy w NATO” - pouczał. I tu pana mamy, panie „prezydencie”. Bardzo lubimy, gdy Polacy Litwę w jej euroatlantyckich dążeniach wspierają. Już mniej lubimy, gdy po długotrwałym a nieskutecznym pukaniu do drzwi decydentów, ci sami Polacy próbują zaakcentować swoje bolączki w inny, jeszcze przed kilkoma latami wielce przez Landsbergisa akceptowany sposób. Przypomnę, że gdy przed Sejmem wiecowały tzw. dziergane berety, szef konserwatystów nie obawiał się, że jest to przez kogoś manipulowany bezmyślny tłum.
Zresztą chciałabym rozwiać obawy pana Witautasa. Gdyby jakiś wyniesiony na ulice problem polskiej mniejszości miał lec kłodą w drodze Litwy do NATO, to Bruksela już dawno nie chciałaby z nami gadać. Polska, owszem, trochę się o nasze krzywdy obraża, ale nie śmiertelnie. Prezydent Aleksander Kwaśniewski podczas niedawnej wizyty w Wilnie przyznał, że w stosunkach polsko-litewskich istnieją problemy, ale „są one jak chmury na niebie, które trzeba przegonić, żebyśmy mieli słoneczną pogodę”. Obiecał przegonić. Gwoli sprawiedliwości należy zaznaczyć, że prezydent uznał zasadność takich naszych postulatów jak matura z polskiego i prawo korzystania z polskich podręczników. Pozostaje nam czekać na przekształcenie deklaracji w konkretne wyniki. Zaczekamy, nieraz czekaliśmy dając dowód, że jesteśmy społecznością ufną i cierpliwą.
Ale powróćmy do gorzkich żalów „kopertowego prezydenta”.
„Jeden z posłów dogadał się nawet do tego, że za czasów sowieckich polskie szkolnictwo było w lepszej sytuacji, a przecież wszyscy wiedzą jak było i że było zupełnie inaczej. Bzdury wygadują” - oburzał się w Radiu „Znad Wilii”. Bo ja wiem, czy bzdury? Osobiście, w odróżnieniu od pana Landsbergisa, uczęszczałam za sowieckich czasów do polskiej szkoły. Faktem jest, że oprócz nauczania, usiłowano nas w tej szkole (podobnie jak w szkołach litewskich czy rosyjskich) karmić „jedynie słuszną” propagandą. Jednak faktem jest i to, że w polskich szkołach (nie wiem jak w innych) czyniono to bez entuzjazmu i przekonania, a więc bezskutecznie. Jako absolwentka z tamtych czasów mogę zapewnić, że ani mnie osobiście, ani nikomu z moich kolegów ta propaganda na mózg nie padła. Bądźmy natomiast sprawiedliwi i przyznajmy, że w owych czasach - od pierwszej klasy podstawowej do matury - uczyliśmy się wyłącznie z polskich podręczników, które były w dodatku tanie i wydawane w nadmiarze. Mieliśmy po dwa komplety - jeden w domu, drugi, by nie obciążać młodych kręgosłupów dźwiganiem, był dostępny w szkole. Nikt też nie kwestionował zasadności egzaminu maturalnego z języka polskiego... Ale wiadomo, Sowieci lubili stosować przymus. Natomiast obecne władze są tak demokratyczne, że nawet proszone o zachowanie tego przymusu, chcą nas na siłę z niego wyzwalać.
A podręcznikami się nie przejmujmy. Pan Landsbergis był na tyle uprzejmy, że zadzwonił do ministerstwa oświaty, by sprawdzić, co też się z nimi dzieje. I cóż się okazało? Okazało się, że „są te polskie podręczniki i będzie ich tyle, ile trzeba, padła tylko propozycja, by obok polskich korzystać również z litewskich”. Ot tak, a my, głupi, zamiast zadzwonić do ministerstwa i wyjaśnić jak to jest, zaraz na barykady, w dodatku z angielskimi hasłami. Też bym takiej niezrównoważonej mniejszosci nie lubiła. Też bym może się zirytowała i huknęła jak pan Witautas: „Jeżeli chcecie, korzystajcie tylko z polskich podręczników, zamknijcie litewskie, bójcie się wziąć je do rąk...”
Obraz rysuje się rzeczywiście smutny. Jako społeczność jesteśmy do niczego. Ulegamy wpływom tajemniczych państw, obnosimy się ze szczątkami jakichś dinozaurów, sami sobie wymyślamy nie istniejące problemy, jesteśmy litwinofobami, w dodatku latamy z rozwiązanymi sznurowadłami.
„To jest chodzenie z rozwiązanymi sznurowadłami - tak nasze zachowanie podsumował pan Witautas. - Rozwiązujesz je i chodzisz czekając aż ktoś na nie nadepnie, a wówczas podnosisz krzyk: „nadepnięto mi na sznurowadło!”. To jest zwyczajne szukanie zaczepki”.
A i racja. Czego my się właściwie czepiamy? To zwrotu ziemi nam się zachciewa, to znów dzieci chcemy kształcić w języku ojczystym, niektórym zaś marzą się nazwiska z diakrytycznymi znakami. Jakież to nieeuropejskie, jakież zacofane. Zawiążmy wreszcie te sznurowadła i strząśnijmy z barków zapleśniały prowincjonalizm, a jest nadzieja, że zyskamy w panu Landsbergisie prawdziwego przyjaciela. Według twórców „Rowerowych wiadomości”, on tych przyjaciół bardzo potrzebuje. Niedawno włożyli mu w usta następującą, jakże pasującą do niego, sentencję: „Przyjaciele są potrzebni, by się podzielić radością, a skąd ta radość, gdy nie ma wrogów?”.
Lucyna Dowdo