Polskiej rodzince z Domu Opieki - 10 lat

Gdy się ważą losy dzieci

To prawda, że niemiłosiernie szybko upływający czas najlepiej się zauważa po znajomych dzieciach. Po tym, jak bardzo urosły i zmieniły, chociaż - jak nam się wydaje - tak niedawno przecież były jeszcze małe...

Zaledwie parę lat z małą nawiązką minęło od naszej ostatniej wizyty w Domu Opieki na Antokolu, gdzie prawie nic się nie zmieniło w znajomym budynku przy ul. V. Grybo 29. Oprócz dzieci. Te, starsze z rodzinki - są już podlotkami, najmłodsze - nie są już maluchami. Dostrzegam również nowe twarzyczki... Właśnie w roku bieżącym mija 10 lat, jak w rosyjskojęzycznym domu dziecka powstała polska grupa, czyli - według nowszych metod pracy - rodzinka. Powstała staraniem kierowniczki Marii Najmuszynej, Polki, która jako młoda dziewczyna, studentka uniwersytetu pedagogicznego, przekroczyła przed 40 laty próg tej placówki. Kieruje nią względnie niedługo, od lat 14, ale właśnie na jej „kadencję” wypadł okres odrodzenia i przebudowy, a więc możliwość organizowania domu dziecka po nowemu.

Dziś już może powiedzieć, że polska grupa - to nie był tylko odruch wewnętrzny, tylko ambicja (na całej Wileńszczyźnie powstawały przecież polskie grupy w rosyjskich przedszkolach). To była trafna decyzja, dzięki której zyskały dzieci. Decyzja, wypływająca ze stanu rzeczy: większość podopiecznych domu dziecka na Antokolu pochodzi z okolic Wilna, a więc z rodzin polskich. Wielu z nich, będąc wychowankami rosyjskiego sierocińca, obcując tu ze swymi rówieśnikami w języku rosyjskim, uczęszczało do pobliskiej szkoły polskiej - „piątki”. Nic więc dziwnego, że miały pewne kłopoty z językiem ojczystym, skąpe nawyki mowy potocznej.

Obecnie, po dziesięciu latach, odkąd istnieje w Domu Opieki polska rodzina, można powiedzieć, że Polacy są tu poniekąd w sytuacji uprzywilejowanej: to one w pierwszą kolej jeżdżą na roczne święta i wakacje do Polski, do nich częściej zaglądają zagraniczni goście, przeważnie z Polski. Te dzieci dobrze władają językiem ojczystym (czasem nawet lepiej, niż ich koledzy w szkole), nie mają większych problemów z gramatyką. Dzieci, wyjeżdżające do Polski, są, w porównaniu z innymi wychowankami, bardziej rozgarnięte i pewne siebie, wyróżniają się większą wiedzą ogólną. Wreszcie - trzeba to powiedzieć - mają większe szanse na adopcję. Część z nich uświadamia sobie przecież, że biologiczni rodzice porzucili je i czeka, aż ktoś inny zechce dać im dom i normalne życie. Te, które mają jakikolwiek kontakt z rodzicami, żyją z roku na rok nadzieją na powrót do rodziny. Jeszcze jeden odsetek - to maluchy, które na razie nie są w stanie pojąć sytuacji, w jakiej się znalazły. Z 75 wychowanków Domu Opieki na Antokolu jest „zaledwie” 27 autentycznych sierot, reszta pochodzi z rodzin asocjalnych. Nie każde jednak dziecko może być adoptowane, a tylko to, którego rodzice nie żyją albo zostali pozbawieni praw rodzicielskich, dali gwarancję na pismie, że nigdy o nie nie wystąpią.

Jeszcze przed kilku laty mówiono w Domu Opieki z ożywieniem o szczęściu, które spotkało rodzeństwo Czajkowskich - Sławka i Irenkę. Przybrani rodzice (mama - Polka, ojciec - Amerykanin) zabrali rodzeństwo do Stanów Zjednoczonych. Najpierw dzieci pisały do Domu listy pełne radości, z załączonymi kolorowymi zdjęciami, chwaliły się życiem, które jawiło im się kolorową bajką. Gdy podrosły, listy nadchodzą rzadziej... Kto wie, być może nie czują już potrzeby powracania do smutnego dzieciństwa. Sławek, podobno, jest już na studiach...

Ubyła z polskiej rodzinki również Marianna Taraszkiewiczówna, rezolutna blondyneczka: również z nową rodziną wyjechała do Ameryki. Dziewczynka, wraz z licznym rodzeństwem, straciła matkę, a ojciec po prostu „zdezerterował”, zostawiając swą gromadkę na łaskę losu.

Od dwóch lat mieszka w Polsce wychowanka Domu Opieki Kasia Wagiera. Rodzina Sutów ze Słupska w ciągu wielu lat zapraszała ją do siebie na wakacje i święta. Obecnie Kasia studiuje na drugim roku uczelni pedagogicznej i mieszka w zaprzyjaźnionej rodzinie. Kiedy była jeszcze mała, mówiła, że chce zostać wychowawczynią w swoim Domu Dziecka. Teraz, gdy jest już dorosła - kto wie, czy zechce wrócić do świata swego dzieciństwa, gdzie nikt na nią specjalnie nie czeka... Chyba że bliska jej koleżanka z Domu Opieki, Olesia Rejkunowa. To ta sama dziewczynka, o której kiedyś pisałam, że przeszła w dzieciństwie skomplikowaną operację serca, że cały personel Domu po kolei dyżurował w szpitalu przy jej łóżku. Zabrakło przy nim tylko matki, która „raczyła” dać listowne pozwolenie na zabieg. Olesia również ma zaprzyjaźnioną rodzinę w Polsce - państwa Królów w Słupsku, u których w ciągu wielu lat spędzała wakacje i święta. Jednak los tej dziewczyny, dziś już 21-letniej, ułożył się nieco inaczej: Olesia została w Wilnie, uczy się krawiectwa i nadal utrzymuje ścisły kontakt z Domem.

Dzieci z Domu Opieki, które mają kontakt z Polską, goszczą, a nawet w ciągu całego lata mieszkają w polskich rodzinach, zawdzięczają to w dużej mierze zrzeszeniom dobroczynnym, działającym na rzecz Polaków na Wschodzie, jak Towarzystwo Przyjaciół Grodna i Wilna, jego oddziałom w Gdańsku, Gdyni, Słupsku i innych miejscowościach, które w swoim czasie żywo zareagowały na informację o Domu Opieki w Wilnie, podaną w „Magazynie Wileńskim”. Małgorzata Bonarek, Marian Boratyński - te nazwiska prezesów oddziałów „przyjaciół” są w Domu Opieki znane i wspominane z wdzięcznością. Nie pozostały również obojętne na los sierot osoby prywatne, „niezrzeszone”, do których taka informacja dotarła.

Pani Sylwia Karłowska, prezes nazwanego towarzystwa w Gdańsku, już szereg lat jest na bieżąco spraw Domu. To właśnie pani Sylwia wystarała się, zorganizowała i znalazła sponsora, by Publiczny Szpital Kliniczny w Warszawie przyjął wychowankę wileńskiego DO Lubę Wołkową, której niezbędna była operacja nóżki. Właśnie na Oddziale Ortopedii i Traumatologii Dzieci dokonano dziewczynce niezbędnego zabiegu. Wprawdzie jest jeszcze w gipsie, ale już niedługo wróci do Domu. Zdrowa, nie grozi już jej kalectwo.

Zdarza się, choć niezbyt często, że do drzwi Domu pukają osoby prywatne i proponują jakąkolwiek pomoc, pytają, czy nie mogą zaprosić do siebie jakieś dziecko. Tak jak kiedyś to zrobili państwo Włodarczykowie ze Staszowa. Małżeństwo, wychowujące dwoje własnych dzieci, zaprosiło do Polski wychowanka DO Arunasa Byczkowa. Później chłopiec żył już tylko myślą o kolejnym wyjeździe do rodziny, która stała mu się bliska. Wreszcie zamieszkał u państwa Włodarczyków na stałe, jest teraz uczniem III klasy licealnej.

* * *

Lucyna Azimowa, wychowawczyni polskiej rodzinki w DO od chwili jej założenia, opowiada o zmianach, które tu zaszły. Jeśli chodzi o personel, to pozostał prawie ten sam. Oprócz pani Lucyny pracuje tu jej koleżanka Tamara Sudnikiewicz i pomocnice wychowawczyń: Bernadeta Juszko, Irena Kodź i Irena Lipska. Dzieci. Jest ich obecnie 17 (było 13), 14 z nich - to uczniowie. Chociażby Justynka Błażewicz - szczere złoto dziewczynka - chwali wychowawczyni. Uczy się w 2 klasie szkoły polskiej, do której przeszła z rosyjskiej i dobrze sobie radzi. Zwiększyła się rodzina o rodzeństwo Milewiczów: Agatka i Pawełek - to przedszkolacy, Ania i Heniek - uczniowie klasy 4. Najstarsza w grupie jest Grażyna Janczuro, dziesiątoklasistka (ma cukrzycę, czasami musi przebywać w szpitalu), która jest tu nie sama, a z rodzoną siostrą, Justyną. Uśmiecha się do mnie jak „stara znajoma” Justyna Mikulska, ósmoklasistka - od początku jest tu ze swą siostrą Beatą (5 klasa). Justynkę regularnie zaprasza do siebie rodzina Górskich z Gdańska.

Dzieci rosną, a wraz z nimi - różne potrzeby, ponieważ „wyrastają” z łóżek, małych, „przedszkolowych” stoliczków i krzesełek. Kierowniczka mówi, że ostatnio 38 nowych łóżek zafundowała im litewska organizacja „Status vaikams”, trudno jednak było podzielić je pośród wychowanków, gdyż potrzeby znacznie przerastają otrzymany dar. Wychowawczyni pani Łucja pokazuje mi - „rodzinną” biblioteczkę, którą udało im się skompletować w ciągu dziesięciolecia: literatura dziecięca i szkolna programowa, „Historia Polski dla Piotrka”, encyklopedia. Przyjemnie jest, że dzieci pamiętają o tym, iż niektóre z tych książek otrzymały od redakcji „Magazynu Wileńskiego”. Do ich dyspozycji jest również telewizor, wideo, magnetofon kompaktowy.

Nie mogą chyba dzieci narzekać na wyżywienie - mówi kierowniczka - ponieważ pieniędzy, przydzielanych przez administrację powiatu wileńskiego (w gestii którego znajduje się Dom Opieki), wystarcza na to, by karmić wychowanków smacznie i kalorycznie, pamiętając o jarzynach i owocach. Dom wiąże jakoś koniec z końcem, jeśli chodzi o opłaty komunalne, elektryczność. Gorzej jest z większymi remontami. Przykładowo, w roku ubiegłym nieoczekiwanie zaczął przeciekać dach. A w „kasie” Domu - pusto, jeśli nie liczyć tych kilkuset dolarów od pewnego dobrodzieja, które zespół chciał przeznaczyć na kupno własnego samochodu. Mieli trochę jeszcze uzbierać i kupić jakieś cztery kółka - byle jechały. Tak by się przydały, szczególnie w czasie wyprawiania dzieci na wczasy za granicę - oj, trzeba się wówczas nabiegać w załatwianiu niezbędnych papierków! Ale - trudno, dach jest ważniejszy, więc oszczędności poszły w ruch, a perspektywa posiadania czterech kółek przesunęła się na później.

Czego więc tak najbardziej jej wychowankom brakuje? - pytam panią Lucynę. Chyba tego - mówi z westchnieniem - co dać najtrudniej: ciepła rodzinnego. Z siedemnaściorga dzieci - dziesięcioro ma dokąd wyjechać na wakacje, spędzić święta. O pozostałych należy zatroszczyć się na miejscu, jakoś zorganizować im czas wolny, często kosztem własnego.

* * *

Od jesieni ub. r. działa w Domu Opieki grupa (rodzina) litewska - 11 osób. Są 3 rosyjskie, do których należy również 8 Polaków (złożyło się na to szereg okoliczności). A od półtora roku czynna jest nowa grupa polska. Należy do niej jedenaścioro dzieci w wieku od 2 do 8 lat. Tylko jedno z nich jest uczniem: Darek Kaszyrin. Reszta - taki jeszcze drobiazg: często choruje, płacze, potrzebuje czepiać się „matczynej spódnicy”. Trzeba je kąpać, karmić, nos wycierać i częściej niż te duże przytulać. Tak, jak kiedyś chowało się własne, tylko tu - cała gromadka - mówi Danuta Jaszczanin-Noreikiene, polonistka, która przyszła do Domu Opieki, by, wraz z innymi wychowawczyniami - Dianą Sinicyną i Heleną Kiejzik, organizować tę grupę od podstaw. Pierwszy rok był szczególnie trudny - mówi pani Danuta. - Dla niej i dla dzieci. Zebrano je z innych grup, przyjęto również nowe. Przyzwyczajali się do siebie, uczyli się siebie nawzajem. Były chwile, gdy żałowała, że się podjęła tak dużej odpowiedzialności. Za „przełomowy” może chyba uznać dzień, gdy po dłuższej nieobecności (urlop) wróciła do swej gromadki. Jakież to było radosne powitanie!..

„Prawdziwych” sierot w młodszej polskiej rodzince nie ma. Wspomnianego Darka odwiedza wujek. Ojciec, co prawda, zginął w pożarze, ale matka jest - błąka się gdzieś po świecie. Anżeła Pacyna ma mamę, która urodziła niedawno drugie dziecko. Kto wie, może kiedyś ruszy jej sumienie i zabierze stąd swą córeczkę, potrafi dla obojga dzieci stworzyć rodzinny dom?.. Dewid Naruszkiewicz ma „żywych” obojga rodziców, tyle że pijaków. Ubiegłej wiosny przybyło do rodzinki rodzeństwo Sinkiewiczów - dwuletni Edgar i trzyletnia Justyna. Mamę i babcię ma Diana Łapuk...

Chociaż oprócz wymienionych wychowawczyń pracują w tej grupie cztery pomocnice (Stanisława Liśnicka, Stanisława Juchniewicz, Tamara Romanowicz i Leokadia Sawicka), wszystkie mają pełne ręce roboty. Oprócz kąpieli, czesania, ubierania dzieci - to, co robi każda matka, prowadzi się dla nich zajęcia z plastyki, robótek ręcznych, muzyki, rozwijające pamięć i mowę. Trzeba nauczyć dziecko samodzielności i porządku. Piosenki nowej, wierszyka i pacierza. Zadbać o zdrowie każdego i do duszy każdego znaleźć inną drogę. Pani Danuta zaczęła gromadzić pomoce poglądowe, pisma dziecięce, książeczki, nagrania z bajkami i piosenkami. Na razie - niewiele tego, ale może stopniowo... Przydałyby się jakieś nowe gry i zabawy, rozwijające myślenie i sprawność rączek. Słowem, wiele rzeczy, przeznaczonych dla przedszkolaków.

Pani Danuta usiłuje jak najwięcej pokazać, co potrafią jej pupile. Uśmiecha się dobrotliwie, gdy „jej” dzieci śpiewają i deklamują „gościom z redakcji”. Przecież zaczynało się tu praktycznie od zera: dzieci albo bardzo słabo, albo wcale nie mówiły po polsku. A dziś - proszę - wspólnym wysiłkiem, są już rezultaty. I ta jej praca, jak też jej koleżanek, ma sens. I będzie miała dopóty, dopóki na świecie będą sieroty. Autentyczne i te, mające rodziców. Przecież nawet w przyrodzie ktoś się troszczy o kukułcze pisklęta, zanim się opierzą...

Helena Ostrowska

Wstecz