„
Żadne święto nie mogło się równać z Wielkanocą (...)”Wśród najnowszych wierszy Henryka Mażula jest bardzo subtelny, osobisty i zarazem skłaniający do ogólniejszych, głębszych refleksji tekst przedwiośnie mą miłością, pomyślany jako dialog z córeczką, w którym wymyślona przez dziecko „piąta pora roku” jest określona i scharakteryzowana jako
(...) wynikłe z tęsknoty
przedwiośnie
kiedy bociany w drodze
przylaszczki w pączkach
a śniegi płyną płyną płyną
Zestaw trafnie dobranych obrazów poetyckich dobitnie podkreśla to, że o przedwiośniu wszystko podlega jakiejś „przejściowości”, jakiemuś „byciu pomiędzy”, wszystko jest „w drodze”, w stanie oczekiwania.
Trudno nie podzielać też myśli, bezpośrednio akceptujących tę porę roku, tym bardziej, że zamyka je przekonywająca argumentacja:
i właśnie to przedwiośnie
im przybywa mi lat
coraz bardziej wielbię
bo wtedy przecież
przyszłość
o zmartwychwstanie dłuższa
Już nie po raz pierwszy poeta potwierdził, że jest mistrzem celnej, niejednoznacznej, wprowadzającej w tym wypadku też wymiar metafizyczny, pointy. Zawiera ona znacznie więcej, wychodzi daleko poza przypomnienie faktu, że wiosna czy przedwiośnie kojarzy nam się zazwyczaj z obchodami Świąt Wielkanocnych.
Wersy poetyckie potraktujmy może tym razem jako swego rodzaju motto. Powertujmy, dla urozmaicenia, dzieła naszych przedniejszych prozaików, którzy także nie omijają przecież milczeniem związanych z wiosną tęsknoty, nadziei, oczekiwania, którzy także wprowadzają na karty swych książek będący teraz właśnie na czasie motyw Wielkanocy, Zmartwychwstania itp.
W odróżnieniu od poetów, bardziej skoncentrowanych na niezwykle istotnym wewnętrznym, emocjonalnym wymiarze wiosny i świąt, autorzy, na przykład, powieści mają większe pole do popisu, jeżeli chodzi o przywołanie zewnętrznej otoczki, różnego rodzaju prac, obyczajów i obrzędów, jakie towarzyszą świętom wielkanocnym.
Jak zawsze, niezawodny w takich wypadkach, niezwykle konkretny i spostrzegawczy jest Władysław Reymont (1867–1925) jako autor Chłopów. Znawcy przedmiotu przecież wiedzą, że bohaterowie tej noblowskiej powieści żyją zgodnie z rytmem, jaki dyktuje kalendarz przyrody. Tradycyjnie jest on podzielony na cztery pory roku, co wcale nie znaczy, że każdy niemal z bohaterów nie ma tej swojej „piątej”, tej najbardziej subiektywnej, niekoniecznie na przedwiośnie przypadającej, pory roku, tego, co jest „wynikłe z tęsknoty”. Wiemy również dobrze, że mieszkańcy Lipiec, bardziej chyba, niż my dzisiaj, respektują porządek roku liturgicznego (mówiąc popularniej – roku kościelnego).
A ponieważ jest tak, nie zabrakło w powieści rozbudowanego opisu obchodów Wielkanocy. Reymont–realista (w razie potrzeby także naturalista i wszechstronny modernista) nie skąpi szczegółu. Narrator jego powieści, najczęściej wcielając się w takich wypadkach w rolę gawędziarza („wsiowego gaduły”, jak chce K.Wyka), snuje swoją opowieść zaczynając „fragment wielkanocny” od dość odległego preludium. Śledząc za poczynaniami bohaterów, zwłaszcza tych z kręgu Boryny, wspólnie z nimi jakby przeżywamy wszystkie troski i kłopoty całego Wielkiego Tygodnia.
Chociaż akcja powieści rozgrywa się mniej więcej przed wiekiem, rytm działań świątecznych w pewnym stopniu podobny jest do dzisiejszego, zdecydowanie nabiera tempa zazwyczaj w tym dniu, kiedy to od rana dzwony umilkły, jak to było we zwyczaju w kużden Wielki Czwartek.
Przyroda reaguje odpowiednio, stosownie do nastroju powagi i zadumy, jakie winny towarzyszyć tego dnia wszystkiemu, co jest pod słońcem: Pogoda się ustalała podobna wczorajszej; smutniej jeno było jakoś na świecie i jakby ciszej.
Jako trafny obserwator realiów, jako znawca mentalności człowieka nie omieszkał Reymont naruszyć nastroju ciszy wprowadzając działania ludzkie:
Jeszczech do śniadań było daleko, a już powstał rwetes i krętanina, dzieci zaś wypędzane z chałup, by nie przeszkadzały, nosiły się po drogach, grzechocząc a klekotając w kołatki.
Najwięcej pracy mają w tym dniu, oczywiście, kobiety-gospodynie:
Szła już bowiem ostatnia pora, bych się zabierać do porządków świątecznych, a głównie do wypieku chlebów i zaczyniania na placki a owe wymyślne kukiełki, toteż prawie w każdej chałupie okna i drzwi stały szczelnie poprzywierane, by ciast nie zaziębić, buzowały się ognie, a z kominów biły dymy w pochmurzone niebo.
Po oborach zaś ryczały inwentarze, żłoby ogryzając z głodu, świnie pyskały w ogródkach, drób się wałęsał po drogach, a dzieci robiły, co chciały, za łby się wodząc i po drzewach łażąc za wronimi gniazdami, gdyż nie było komu przeszkodzić, bo wszystkie kobiety tak się zajęły rozczynianiem i toczeniem bochenków, otulaniem w pierzyny dzież i niecek z ciastem, wsadzaniem do pieców, że jakby o całym świecie zapomniały, tym się jedynie frasując, by zakalec nie wlazł do placka albo się nie spaliły (...)
Została też podkreślona niejako powszechność tych prac. Wszyscy, niezależnie od pochodzenia, poziomu materialnego, żyją w tym dniu podobnym rytmem i myślami:
A wszędzie szło to samo: u młynarza, u organistów, na plebanii, u gospodarzy czy komorników, bo żeby najbiedniejszy i choćby na bórg albo za tę ostatnią ćwiartkę, a musiał sobie narządzić jakie takie święcone, żebych chocia raz w rok, na Wielkanoc, podjeść se do woli mięsiwa i onych smakowitych różności (...)
Nawet w kościele szła robota: parobek księży zwoził z lasu świerczaki, a organista wespół z Rochem i Jambrożym jął przystrajać grób Panajezusowy.
A nazajutrz, w piątek, robota się jeszcze wzmogła (...)
Owemu nasileniu prac, jakby w celu zadania większego umartwienia, towarzyszą coraz sroższe ograniczenia w posiłkach, coraz rzadziej respektowane przez dzisiejszego człowieka:
A że wedle starego obyczaju od piątku rana aż do niedzieli nie godziło się jeść ciepłej warzy, więc głodowali ździebko na chwałę Pańską poprzestając na suchym chlebie i ziemniakach pieczonych (...)
W Wielki Piątek rytm się wzmaga także u Borynów, gdyż bez względu na nawał prac trzeba wygospodarować czas na wysłuchanie nabożeństwa, nie wypada w tak ważnym dniu zostawać wszystkim w domu:
W piątek, już o samym zmierzchu, Hanka wespół z Pietrkiem skończyła bielenie izb i chałupy, więc zaczęła się śpiesznie myć i przyogarniać do kościoła, bo już szły drugie kobiety na złożenie do grobu Ciała Jezusowego (...)
To wcale, oczywiście, nie znaczy, że wszystkie prace zostały zakończone:
Na kominie huczał duży ogień i w grapie, którą dwojgu ciężko było podjąć, gotowała się cała świńska noga, naprędce wczoraj przywędzona, w mniejszym zaś saganie kiełbasy parkotały, że po izbie chodziły takie wiercące w nozdrzach smaki, aż Witek strugający cosik wpośród dzieci raz po raz nosem pociągał i wzdychał.
A pod kominem, w samym świetle ognia, siedziały zgodnie Jagna z Józką, zajęte pilnie kraszeniem jajek (...)
Oczywiście, jak nietrudno się domyślić, nikt nie prześcignie Jagusi w dekorowaniu jajek wielkanocnych, dość szczegółowo, zresztą, opisanym. A wszystkie były inne, przedstawiające wyrysowane na nich jakieś scenki, niczym słynny serwis w „Panu Tadeuszu”.
W opisie wielkosobotnich obyczajów zwraca na siebie uwagę przywołanie niepraktykowanego raczej u nas zwyczaju (a może się mylę?) grzebania wielkopostnej strawy, a więc żuru, który chłopaki... porwali gdziesik i, wystruganego z drzewa, śledzia.
Dorośli zajęci są tymczasem przygotowywaniem święconego. Kobiety w domu Boryny zatroskane są w dwójnasób, gdyż pod dachem najzamożniejszego we wsi gospodarza czeka na księże kropidło także zniesione z pobliższych domów jeszcze nie poświęcone „święcone”.
Nawet niejeden akapit poświęca Reymont tak ważnemu obrzędowi, jak święcenie ognia i wody. I znowu, śledząc za gestami bohaterek powieści, czytelnik, w zależności od swoich doświadczeń, albo zapoznaje się z przeznaczeniem święconych ognia i wody, albo je sobie przypomina, albo po prostu potwierdza, że sam był świadkiem czy uczestnikiem takich, na przykład, działań:
Józka przyniosła wody całą flaszkę i ogień, którym zaraz Hanka rozpaliła drwa przygotowane i pierwsza też wody święconej popiła dając kolejnie wszystkim – od chorób gardzieli pono strzegła – a potem skropiła nią inwentarz i drzewiny rodne w sadzie, że to się przyczyniało do urodzajów i dawało bydlątkom letkie lągi.
Na Rezurekcję udają się mieszkańcy Lipiec już późnym wieczorem w Wielką Sobotę. Jak przy rejestrowaniu przedświątecznych prac, tak i teraz odnotowana jest powszechność uczestniczenia w uroczystości. Nie biorą udziału tylko ci, którzy naprawdę nie mogą, a więc chorzy, starzy, dzieci, czego podręcznym przykładem jest chociażby taki fakt: „U Borynów na gospodarstwie do pilnowania ostawały ino psy, stary Bylica i Witek (...)”.
„Jakże, największe święta w całym roku, Wielkanoc (...)” - kwituje w innym miejscu narrator, ze zrozumieniem traktując i podzielając wielkie duchowe uniesienie ludzi, chociaż przyszli na Rezurekcję nie bez bólu i problemów, nie bez grzechów i wad. Kto czytał, ten wie.
Nie od dziś wiadomo, że Reymont jest mistrzem nie tylko kreowania obrazków obyczajowych, opisywania prac i obrzędów. Jego pióro świetnie radzi także wtedy, kiedy chce przekazać aurę zbiorowej modlitwy, nabożeństwa, śpiewu liturgicznego. Udowodnił to znacznie wcześniej, bo już w debiutanckim reportażu „Pielgrzymka do Jasnej Góry” (1894).
W „Chłopach” natomiast wiele miejsca poświęcił, m. in., opisowi przebiegu mszy rezurekcyjnej. Otrzymujemy niemal streszczenie całego kazania księdza, wygłaszanego i odbieranego bardzo namiętnie, emocjonalnie, zebranych w kościele doprowadzającego do łez:
Długo nauczał wykładając wszystko dokumentnie (...)
jako co dnia, co godzina i na każdym miejscu Jezus umęczon jest przez grzechy nasze, zabit przez złoście, bezbożności a nieposłuszeństwo prawom boskim, jako każden człowiek krzyżuje Go w sobie, nie pomnąc na Jego rany ni krew świętą, wylaną dla naszego zbawienia!
Ryknął ci na to cały naród i płacze, szlochania kiej wicher rozniesły się jękiem wstrząsającym po kościele, aż przestał mówić. Dopiero kiej przycichli, zaczął znowu, ale już radośnie i krzepiąco, o Zmartwychwstaniu Pańskim powiadać.
Uniesienie dusz osiąga apogeum w toku procesji:
(...) a organy wciąż grały, a dzwony bezustannie biły... Alleluja! Alleluja! Alleluja! Huczał kościół, aż mury się trzęsły, śpiewały serca wszystkie i gardziele, a te głosy płomienne i ogniem nabrzmiałe niby żar-ptaki rwały się z krzykiem wesela ogromnym, kołowały pod sklepieniami, kiejby poślepłe w upale, i w noc wiośnianą płynęły, na słońca się gdziesik niesły, we wszystek świat, kaj jeno uniesieniem dusze człowiecze sięgają...
Ponieważ Rezurekcja skończyła się „przed północkiem” (...), nazajutrz (czyli w niedzielę - H. T.) bardzo późno obudziły się Lipce. I znowu podniosłemu nastrojowi ludzi stara się dorównać przyroda. Jak w Wielki Czwartek wszystko się smuciło, tak teraz wszystko się cieszy. A żeby to opisać, nie wystarcza już pędzla realisty, trzeba się przeistoczyć w impresjonistę, nie wystarcza być prozaikiem, trzeba stać się niemal poetą:
dzień ci to szedł Pańskiego Zmartwychwstania. Słońce wyniesło się zarno od wschodu i zagrało w stawach a rosach, i płynęło po bladym, wysokim niebie, jakby śpiewając wszemu światu ciepłem a światłością: Alleluja!
Niesło się ogromne i promienne wskroś mgieł przyziemnych, wskroś sadów i chałup, i pól, że ptaki zaśpiewały radośnie, wody dzwoniły weselnym bełkotem, bory zaszumiały, wiater powiał, zatrzęsły się młode liście, a ziemia zadrgała, że gęsto runie zbóż zakolebały się cichuśko i rosy kiej łzy posypały się na ziemię.
Hej! wesoły dzień nastał! Chrystus nam zmartwychwstał! (... )
Alleluja! Alleluja! Alleluja!
Tym ci to świat wszystek się rozlegał onego dnia Pańskiego.(...)
Jego opis byłby niepełny bez sceny, przedstawiającej spożycie święconego. Skoro na Rezurekcji było się z wieczora, niedziela wielkanocna zaczyna się w Lipcach właśnie od świątecznego śniadania:
Wedle zwyczaju nie rozpalono ognia w kominie, kontentując się zimnym święconym. Właśnie je była Hanka przynosiła z ojcowej izby, rozdzielając po talerzach, że każdemu po równo wypadało po kawale kiełbasy, szynki, sera, chleba, jajek i placka słodkiego.
Wymienione są właśnie nieodłączne składniki święconego. Wiadomo, że ma być smaczne i obfite i, najważniejsze, zasłużone przez poprzedzający długi i solidny post:
I pojadali z wolna, w cichości smakując święconego, że to bez tyle tygodni niezgorzej się wypościli. Kiełbasy czujne były, czosnkiem dobrze przyprawione, gdyż po izbie rozniesły się zapachy, jaże psy się wierciły między ludźmi skamlając żałośnie.
Niejeden z XX-wiecznych prozaików polskich zahacza o motywy wielkanocne, jednak nikt nie odtwarza najważniejszych świąt roku tak szczegółowo i z taką pasją, jak autor Chłopów. Dla wielu jest to motyw, kojarzący się z atmosferą domu rodzinnego, z okresem dzieciństwa i młodości.
Hilary, syn buchaltera
, bohater (i jednocześnie tytuł) jednej z wczesnych powieści Jarosława Iwaszkiewicza (1894-1980), większość swych rysów zawdzięcza biografii samego autora. Początkujący literat, stawiający pierwsze kroki na drodze niełatwej kariery w Warszawie, natura niezwykle kontemplacyjna, często przenosi się myślami do domu rodzinnego pod Kijowem. Wśród napawających rozkoszą wspomnień dzieciństwa i wczesnej młodości jest także zwięźle potraktowany motyw tego rodzaju:Ta Wielkanoc: osobno każde źdźbło znać na tle nieba, i białe bazie, i te obłoki wędrowne jak sny; i ta olbrzymia miłość wszystkich rzeczy. Wszystko się kładzie u stóp, oddaje się rękom, głaszcze dłonie; płacze z radości, jak biedny topniejący śnieg, który z daleka tylko widzi wiosnę, ale się cieszy.
„Młody dziedzic przyjechał”.
Przyjechał, to przyjechał: co mu tam. To najprostsze w świecie uczucie radości; baby wyszły właśnie z pieca i leżąc na poduszkach pachniały mocno gorącym ciastem.
W odróżnieniu od skrupulatności Reymonta mamy u Iwaszkiewicza wyeksponowanie jednego właściwie detalu. Świąteczny powrót do domu kojarzy się Hilaremu przede wszystkim z zapachem bab wielkanocnych.
Nieco podobne doznania przywołuje także bohater
Doliny Issy Czesława Miłosza, prawda, od razu siebie poprawiając:Żadne święto nie mogło równać się z Wielkanocą, nie tylko dlatego, że wtedy trze się mak w makutrze i wydłubuje się orzechy z mazurków (...).
Dziecięca psychika Tomaszka rejestruje przede wszystkim to, co smaczne dla podniebienia oraz żywe, atrakcyjne, malownicze dla oka. To się najdłużej zachowuje w pamięci:
W Wielkim Tygodniu, w kościele, gdzie obrazy przesłaniały zasłony z kiru, a kołatki stukały sucho zamiast dzwonków, odwiedzało się grób Pana Jezusa. Przed grotą stała straż w posrebrzanych hełmach z grzebieniami i piórami, uzbrojona w piki i halabardy. Jezus leżał na podniesieniu, ten sam, co na wielkim krucyfiksie, tylko ramiona krzyża zakryte miał liśćmi barwinka.
Takie czy temu podobne „wyposażenie” grobu Chrystusa nierzadko można przywołać z autopsji, ze swoich bezpośrednich doświadczeń. Natomiast opis organizowanych przez nastolatków widowisk wielkosobotnich jest, przynajmniej dla mnie, dość egzotyczny. Należy, oczywiście, uwzględnić fakt, że akcja
Doliny Issy przypada na początek lat 20-ch i rozgrywa się pod Szetejniami, w stronach rodzinnych Miłosza, „w samym sercu Litwy”. Nic w tym dziwnego, że doświadczenia Tomaszka mogą być nieco inne niż te, które się zna, pochodząc z Wileńszczyzny:Czekało się z niecierpliwością na przedstawienie w Wielką Sobotę. Piętnastoletni i szesnastoletni chłopcy, którzy długo przedtem zmawiali się i przygotowywali, wpadali do kościoła z wrzaskiem, niosąc kije, a na nich przywiązane martwe wrony. Nabożne stare kobiety modliły się godzinami i wymęczone ścisłym postem pochylały głowy coraz niżej – budzili je z drzemki, podsuwając wronę pod nos, albo bili nią ludzi, przynoszących w węzełkach jajka do święcenia (...)
Nieznane jest także, przynajmniej w moich stronach rodzinnych, „męczenie Judasza”:
Najbardziej Tomaszowi podobało się męczenie Judasza. Uciekał jak mógł, gonili go w kółko obsypując wyzwiskami, wreszcie wieszał się wyciągając język, zdjęty z drzewa był trupem, ale czy można takiemu pozwolić wymknąć się tak łatwo? (...)
Pod następnym „wielkanocnym” akapitem z Miłosza mogłabym się już prawie podpisać, zmieniając tylko stopnie pokrewieństwa oraz imiona osób towarzyszących. Przywołuje on nieobce zapewne dla wielu już od najmłodszych lat doświadczenie:
Kiedy Tomasz był trochę starszy, Antonina i babka Surkontowa zabierały go na Rezurekcję. Po smutnych pieśniach i litaniach buchał chór: Alleluja, ruszała procesja, pchano się w drzwiach, tam na zewnątrz jeszcze ciemność, wiatr chwiał płomykami świec. W górze przesuwają się gałęzie drzew, zimno, już zaczyna świtać, mieniące się chustki kobiet i gołe głowy mężczyzn, pochód naokoło kościelnego budynku, wzdłuż murku z głazów i to wszystko Tomasz przyzwyczaił się uważać za początek wiosny.
Potem nastawały senne gwary święta, słodycz bułek i kaczanie jajek (...)
Pamięć ludzka często gloryfikuje to, co minione, co odeszło czasem bezpowrotnie. Tadeusz Konwicki, którego dzieciństwo, jak wiadomo, upływało w Kolonii Wileńskiej, wręcz obsesyjnie wraca do lat i przestrzeni dzieciństwa.
W eseistycznych dygresjach Kroniki wypadków miłosnych (1974) spotykamy też wspaniały fragment, poświęcony obchodom Wielkanocy. Już na samym jego początku narrator wyraźnie dystansuje się do tego, co stało się po wojnie:
Nasze święta wielkanocne (czytaj: przed wojną na Wileńszczyźnie) były zupełnie niepodobne do dzisiejszych. Zaczynały się właściwie w Niedzielę Palmową, która sama dla siebie stanowiła już solidną uroczystość. Cały Wielki Tydzień – to święto w negatywie, wielka, solenna asceza przed rozpustą. Każdy dzień tego Wielkiego Tygodnia miał swój posępny rytuał, każdy też dzień przynosił coraz sroższe ograniczenia dietetyczne. W Wielki Piątek jedliśmy już tylko chleb razowy, popijając w najlepszym razie kwasem. Od czwartku przesiadywało się w kościele uczestnicząc w ponurych, trochę jakby pogrzebowych nabożeństwach. Ziemia także szykowała się do wiosennej eksplozji (...)
W bardziej skondensowany sposób nie zapomni Konwicki zasygnalizować w kilku zdaniach odpowiednich do świątecznego nastroju zmian w przyrodzie. W skrótowym, eseistycznym stylu wymienia zapamiętane w dzieciństwie, przypadające na przedświąteczny okres, prace i dziecięce rozróby:
(...) Zapachniało czasem paloną słomą, spieczoną sierścią i wszyscy wiedzieli, że ktoś zakłuł na święta wieprza, że dzieli teraz tusze, nabija kiszki mięsiwem oraz różnymi kaszami. Rychło przeleciał kot z uczepionym do ogona świńskim pęcherzem, w którym grzechotał groch. Dziewczyny malowały pisanki, chłopcy wypróbowywali je ostrożnie szukając twardzielców przydatnych do różnych gier w dni świąteczne. Pod poduszkami rosły baby. W ogromnych garach dogotowywały się szynki (...)
I tutaj, na Wileńszczyźnie, jak w Lipcach Reymonta, przedświąteczną krzątaninę starano się pogodzić z uczestniczeniem w głębszym misterium. Konwicki patrzy na to jakby z przymrużeniem oka:
(...) a tymczasem wszyscy na zmianę latali do kościoła, żeby być obecnym przy powolnej, z dnia na dzień, śmierci Chrystusa. Zalewano się łzami widząc nieuchronność tej śmierci, kładziono się krzyżem, żeby odwrócić zły los Jezusa, żegnano się z nim czule na zawsze, choć już w Wielką Sobotę miał zmartwychwstać przed północą i wrócić do swoich znowu na cały rok.
Nie bez szczypty humoru, w konwencji niemal groteskowej, przedstawiony jest zwłaszcza powrót z kościoła do domu:
I w tę Wielką Sobotę święcono święcone. A potem wszyscy z pięknie przystrojonymi koszyczkami pełnymi jajek, kiełbas i bab lecieli na złamanie karku do domu. Lecieli na skróty gubiąc czapki, rwąc spodnie na ogrodzeniach, łamiąc ręce i nogi, byle tylko pierwszemu dopaść własnych drzwi, co było dobrą wróżbą. Patrzyli na to z lekką drwiną starozakonni, którzy dopiero z wolna przygotowywali się do swojego święta pesach. Patrzyli na to z pewnym zniecierpliwieniem starowierzy i prawosławni, którzy musieli czekać jeszcze dwa tygodnie, zanim poczną się obejmować całując w usta spotykanych sąsiadów z dobrą nowiną, że „Chrystos woskres”.
W charakterystycznym dla regionu tyglu językowym, kulturowym, wyznaniowym trudno wyobrazić, żeby wszyscy razem zasiedli do stołu wielkanocnego (to już nie Lipce!). Inni muszą więc zaczekać.
A tymczasem – według dalszej relacji z
Kroniki wypadków miłosnych – wygłodniali katolicy siadali już do stołu przybranego mirtem i widłakiem, do stołu trzaskającego złowrogo pod ciężarem szynek gotowanych i suszonych kiełbas wędzonych i pieczonych, grzybków marynowanych i kwaszonych, kisielów żurawinowych i owsianych, jajek i borówek, rumianych prosiąt i podwędzonych gęsi, butli z nalewkami i samogonem z odrobiną fuzlu, babek lukrowanych i ogromnych bułek, mazurków i strucli, dzbanków domowego piwa i kompotów.Godna pozazdroszczenia jest zwłaszcza „rozwlekłość” świąt. Ludzie byli mniej zaganiani niż dzisiaj? Inne, solidniejsze były obyczaje? „Jak pracować, to pracować; jak świętkować, to świętkować” – do dzisiaj słyszy się na Wileńszczyźnie. W każdym razie, jak czytamy znowu u Konwickiego: Taki stół stał przez pierwsze dwa dni świąteczne, stał przez następne, dogorywał aż do Niedzieli Przewodniej, bo Wielkanoc nie miała u nas wyraźnego końca, rozmydlała się powoli i bez szczególnych reguł, u jednych kończyła się w środę, u innych w sobotę.
Moglibyśmy dalej wertować: i naszych klasyków, i tych pomniejszych pisarzy. Znaleźlibyśmy jeszcze niejedną ciekawostkę. Muszę jednak pamiętać, że nasza dzisiejsza Wielkanoc, przynajmniej patrząc „zewnętrznie”, nie trwa aż do Niedzieli Przewodniej. Nie mamy czasu także na czytanie. Wszystkim czytelnikom „MW” życzę mimo wszystko właśnie tego, żeby Wielkanoc nie miała u nas wyraźnego końca. I w moich intencjach najmniej chodzi o uginanie się od nadmiaru naszych stołów. Niech nie ma końca zwłaszcza to wewnętrzne poruszenie, ten trudny czasem do nazwania poryw duszy, ta dla każdego swoja, wykrzesana podczas świąt, pozytywnie promieniejąca nie tylko w okresie Wielkanocy, iskierka.
Halina Turkiewicz