Podglądy

Nie róbcie z Mendoga wiatraka

O tym, że historia panną lekkiego prowadzenia się jest, każdy wie. I nie z własnej woli, jeno przez jej interpretatorów, którzy ją naciągają i wykorzystują według swego widzimisię. Przykładem tego są chociażby wariacje na temat wydarzeń z okresu poprzedzającego i bezpośrednio związanego z ogłoszeniem na Litwie niepodległości. Żywych świadków na pęczki, a nawet całe snopki i stogi, tym niemniej niektórzy współcześni, ku niebotycznemu tych świadków zdumieniu, próbują wejść do tej historii lub ją nagiąć gwałcąc, niebogę, w sposób często bestialski. Trudno więc się dziwić, że im odleglejsze wydarzenia, tym gwałcić łatwiej i przyjemniej, bo częstokroć brak nie tylko żywych świadków, ale też zapisów kronikarzy.

Na szczęście komentarze towarzyszące ponownej, zaaranżowanej po upływie siedmiu i pół wieku, intronizacji króla Mendoga, zamiast irytować, bawią. Zawsze w naiwności swojej sądziłam, że chrzest Litwy nastąpił w 1386 roku, a chrzcicielem był król Władysław Jagiełło. Tymczasem kardynał Audrys Juozas Bačkis mnie z tego błędu wyprowadził oznajmiając, że „władcą, który rozszerzył chrześcijaństwo o jeszcze jeden naród”, był nie kto inny jak Mendog właśnie. W związku z czym Litwa 6 lipca br. świętowała „nie tylko jubileusz koronacji księcia, lecz też pierwszy krok naszego narodu ku wielkiej rodzinie europejskich narodów chrześcijańskich”. Przez taką interpretację kardynał lekką ręką cofnął chrzest Litwy o dobry wiek z hakiem, przemilczając, że po tym pierwszym kroku ku chrześcijaństwu, był drugi – wstecz, ku pogaństwu, a potem długo, długo nic. Mianowanie Mendoga niemalże do roli chrzciciela Litwy rodzi pytanie: jakież to tajemnicze gusła 134 lata później wyczyniano w katedrze na Wawelu, gdzie jak piszą historycy, „15 lutego 1386 roku miał miejsce chrzest Jagiełły i jego trzech braci. Otrzymali imiona: Aleksander, Kazimierz i Bolesław. Chrztu udzielił im arcybiskup Gniezna, Bodzanta”. W trzy dni później, 18 lutego, przy tym samym ołtarzu Jadwiga i Jagiełło zawarli sakramentalne małżeństwo, zaś 4 marca 1386 roku miała miejsce koronacja Jagiełły na króla Polski. Już w grudniu tegoż roku Jagiełło rozpoczął chrzest Litwy. „Był to początek istnienia nowego mocarstwa w środku Europy” – upiera się wielu historyków.

Historycy swoje, kardynał swoje. Za wszelką cenę starał się zrobić z Mendoga światłego chrześcijanina. A żeby nikt nie miał wątpliwości, oświadczył wprost: „Mendog został koronowany nie jako okrutny barbarzyńca, lecz jako władca jeszcze jednego narodu, który rozszerzył chrześcijaństwo”. Jeżeli istnieje życie pozagrobowe, to jestem pewna, że król setnie się ubawił tym stwierdzeniem kardynała. Chodzi bowiem o to, że dla ówczesnego pogańskiego księcia, któremu udało się zjednoczyć litewskie terytoria plemienne i stanąć na ich czele, przyjęcie chrztu było kwestią czysto koniunkturalną, warunkiem przywdziania korony. To tak jak dzisiaj dla wielu polityków zmiana partii – przed wyborami socjalliberalna, po wyborach liberalna, potem centroliberalna i tak dalej, aż do znudzenia... Stawiam dolary przeciwko orzechom, że Mendog w nowo wybraną wiarę ani sam się angażował, ani też próbował nawracać na nią swoich współplemieńców. Dowodem na to fakt, że Litwa twardo trwała w pogaństwie do czasów Jagiełły, który, w odróżnieniu od Mendoga, swój chrzest potraktował nadzwyczaj serio i z oddaniem. Nie tylko sam odznaczał się, jak twierdzą kronikarze, religijnością neofity, lecz z równym zapałem zabrał się za wyplenianie pogaństwa z dusz Litwinów.

O tym, że Mendog był daleki od zamiaru chrystianizacji Litwy świadczy i ten fakt, że nie był do nowej wiary przywiązany. Po swoim „nawróceniu” w 1251 roku, dość szybko, bo dziewięć lat później, ponownie się „odwrócił” na wiarę przodków. Nie tylko się odwrócił, lecz też poparł Żmudzinów, którym „obrzydły mordy Krzyżaków” (to humor z zeszytów i nie chodzi o twarze, tylko o mordowanie), w walce z Zakonem. Wcale się zresztą Mendogowi nie dziwię, biorąc pod uwagę specyficzny, nieprzyjemny, wręcz zabójczy sposób, w jaki ci zacni zakonnicy nieśli chrześcijaństwo w darze ludom pogańskim.

Równie zabawne wydaje mi się twierdzenie prezydenta Rolandasa Paksasa, że Mendog był „pierwszym litewskim Europejczykiem”, że jego „ideą (...) i celem było państwo uznane w Europie”. Otóż śmiem twierdzić, że Mendogowi, który rozbudował swoje księstwo kosztem podbojów Rusi, na uznaniu Europy zależało mniej więcej tak samo, jak mnie na szacunku twórców Polskiej Partii Ludowej. Zresztą król Litwy nie był pod tym względem wyjątkiem. Takie były czasy, bezpardonowe i, niech mi wybaczy kardynał Bačkis, jak najbardziej barbarzyńskie. Litwa z Rusią na przemian wydzierały sobie terytoria i to bynajmniej nie drogą dyplomacji czy układów pokojowych. Do pierwszej połowy XII w. to Litwa była obiektem ekspansji ruskiej, natomiast w drugiej połowie tego stulecia przeszła od obrony do ofensywy, działo się to jeszcze przed Mendogiem, ale, gwoli sprawiedliwości, należy podkreślić, że on był tym, który dzieło „europeizacji” sąsiednich terenów Rusi dokończył.

Zresztą przedtem musiał zrobić porządek na własnym, rozbitym na małe księstewka, terenie. I tak się złożyło, że „pierwszy Europejczyk” dokonał ostatecznego zjednoczenia Litwy, ówczesnym zwyczajem, zabijając i wypędzając z kraju rywali. Potem przyłączył do Wielkiego Księstwa Litewskiego tzw. Ruś Czarną (obszary w górnym biegu Niemna z miastami: Grodno, Nowogródek, Słonim, Lida, Nieśwież), a jego stolicę przeniósł do Nowogródka. Od biedy można to uznać za posunięcie Europy w kierunku wschodnim, ale obawiam się, że ówcześni Rusini nie traktowali tego na równi z dzisiejszym wejściem do Unii Europejskiej. Po pierwsze, metody były nie te, bo i ówcześni książęta (po obu zresztą stronach) byli nie tyle monarchami, ile wodzami band łupieskich. Po drugie, „pierwszy Europejczyk” w roli osoby jednoczącej mógł budzić wątpliwości. Tak się bowiem smutno składa, że Ruś Kijowska (jej obszary na północy i południu sięgały do mórz Bałtyckiego i Czarnego, zaś na wschodzie zajmowały dorzecza Oki i górnej Wołgi), do której przed Mendogiem należała Ruś Czarna, była uprzejma ochrzcić się kilka wieków wcześniej niż Litwa. Dokonał tego w latach 988-989 Włodzimierz Wielki. Co prawda wzajemne waśnie ruskich książąt i najazdy Połowców osłabiły państwo i w 1132 nastąpił rozpad Rusi Kijowskiej na szereg księstw, tym niemniej pozostawała ona chrześcijańską. Dlatego też nieustanne „wizyty” trwających w pogaństwie sąsiadów-Litwinów Rusini uważali, nie wiedzieć czemu, za rzecz przykrą. Może dlatego, że, jak twierdzą historycy, goście zabawiali się na ich terytorium bynajmniej nie europeizacją Słowian, lecz prymitywnymi rabunkami. Ponoć tak się w tym procederze wygimnastykowali, że na terytorium Litwy powstała instytucja drużyny – zespołu zawodowych wojowników (obawiam się, że były to formacje w rodzaju dzisiejszych „daktarasów”, „tulpinisów” czy „żemajtukasów”) pod dowództwem księcia.

Drużyny te musiały z czegoś żyć, a do wyboru miały: albo czynienie wstrętów swoim rodakom, co prowadziłoby do wojny domowej, albo hasanie po terytoriach sąsiedniej Rusi, co też czyniły. Niektórzy historycy obstają przy tym, że księstwa ruskie z pogranicza litewskiego dla zapewnienia sobie pokoju wspomagały swych pogańskich sąsiadów – uprzedzały o niebezpieczeństwie, zaopatrywały w żywność, ułatwiały przeprawy przez rzeki itp. Mniejsza o to, faktem jest, że w trakcie tych „wycieczek” litewskie drużyny zaczęły na stałe osiadać w ruskich miastach, gdzie zresztą Litwini szybko się zruszczali i zaczynali reprezentować lokalne ruskie interesy. Niepokoiło to ówczesnych litewskich władców, tak jak dzisiejszych niepokoi masowa emigracja Litwinów za chlebem na Zachód. Trzeba było coś z tym fantem zrobić. „Starsi wodzowie – organizatorzy ekspansji – szybko się upewnili, że Litwa pozbawiła się części swych sił, natomiast zasilała załogi ruskich grodów „żywotnym i dzielnym elementem litewskim” – twierdzi historyk Henryk Łowmiański: „Stąd wypływała logiczna konieczność stworzenia w kraju niezbędnego dla podtrzymywania organizacji drużynnej aparatu państwowo-fiskalnego, wzorowanego choćby na formach ustrojowych ruskich, coraz lepiej przez Litwinów poznawanych”. I tego dokonał nasz dzielny Mendog.

Z powyższego nijak nie wynika to, co podczas niedawnego fetowania koronacji Mendoga oznajmił historyk Edvardas Gudavičius. A oznajmił, że Mendog to był „jedyny król Litwy, który na wieki nadał rozwojowi litewskiej historii europejski kierunek”. Jaki, jaki kierunek? Jeżeli europejski to z całą pewnością nie zachodnio... a wręcz odwrotnie. Mam smutną wiadomość dla tych, którzy sądzą, że poganin-Mendog (Ruś Czarną przyłączył do Litwy jeszcze przed swoim chrztem) poniósł na Wschód kaganek litewskiej kultury czy wzór litewskiej państwowości. Było dokładnie na odwrót. Wzorcem dla państwowości litewskiej stał się model państwowości wschodniosłowiańskiej, co się ciągnęło za Wielkim Księstwem Litewskiem aż do czasów chrztu (tego właściwego). Tak naprawdę żadna instytucja państwowa WKL nie może być uważana za rdzennie litewską. Litwini, którzy podbili Ruś, nie mieli nawet rodzimej nazwy na określenie własnego stanu panującego i przyjęli ruską – bojarzy. Zaś herb państwa, którym tak się chlubimy, Pogoń, zapożyczyliśmy u Białorusinów (Pahonia). Stąd smutny wniosek, że „pierwszy Europejczyk” nie nadawał WKL żadnego europejskiego kierunku, oczywiście w rozumieniu dzisiejszych polityków.

Okazuje się też, że oni, ci nasi słowiańsko-bałtyccy przodkowie, w ogóle nie przywiązywali wagi do tego, kto jest jakiej narodowości. Historycy upierają się, że ówczesna organizacja państwowa opierała się na systemie feudalnym, gdzie pochodzenie narodowe nie miało istotnego znaczenia, podobnie jak język którym się posługiwali. A to już wypisz wymaluj jak w dzisiejszej Unii Europejskiej, z tym tylko wyjątkiem, że feudalizm zastąpiono demokracją. Niestety, ten internacjonalizm w WKL wynikał sam z siebie i Mendog nie ma nic do tego.

Reasumując, uważam, że uroczystości z okazji koronacji Mendoga były imponujące i piękne, ale obawiam się, że dorabianie do nich współczesnej ideologii spowodowało, że król przekształcił się w coś na kształt wiatraka... Tak często musiał się przewracać w grobie słysząc, co na jego temat wygadują współcześni. Przypuszczam, że Mendog był władcą walecznym, sprytnym i przebiegłym, bo świetnie potrafił wykorzystać koniunkturę. Skoro warunkiem otrzymania korony było przyjęcie chrztu, więc go przyjął. Potem mu się odwidziało, więc powrócił do oddawania czci świętym dębom i perkunasom, co, jak widzimy, nie przeszkadza hierarchom litewskiego Kościoła katolickiego widzieć w nim przywódcy, który poprowadził Litwę „ku wielkiej rodzinie europejskich narodów chrześcijańskich”. Może i poprowadził, ale nie doprowadził. I nawet się nie starał. Bądźmy szczerzy, Mendog zapisał się w kartach historii jako jedyny czysto litewski król, czym Litwa ma prawo dzisiaj się chlubić. I na tym wypadałoby poprzestać. Nie pozbawiajmy Jagiełły miana chrzciciela. Nie czyńmy z Mendoga światłego Europejczyka czy też prawego chrześcijanina, bo takim nie był. Obawiam się, że był despotycznym zamordystą, o co zresztą nie należy żywić do niego pretensji. Takie były czasy, zamordyzm był koniecznością, by nie dać się zamordować rywalom i utrzymać w ryzach to całe bałtycko-słowiańsko świeżo ożenione towarzystwo.

Lucyna Dowdo

Wstecz