„Losów wilnian” pisania ciąg dalszy
SEN O SNACH
(Ciąg dalszy. Początek w nr 11 ub.r.)
Wojna
Wyrok zapadł nad naszym losem. Kara za nadmiar szczęścia, za czelność beztroski?
Dlaczego? Stoimy oto na podwórku, mała gromadka mieszkańców Mejeryszek, zaskoczona ciszą, jaka nagle zapanowała. Wszyscy letnicy pośpiesznie wyjechali. Nie zdążyli zamienić wielu słów, nie zdążyli zapłacić rachunków. Zniknęli za horyzontem jak chmara niespokojnych wróbli. Już ich nie ma i tak jakby nigdy nie było. Cisza. Wojna!
Co to jest? Wracamy do domu i skupiamy się przy mamy kryształkowym radiu. Dziś rano, pierwszego września tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku, Niemcy napadły na Polskę. Niemieckie samoloty bombardują Warszawę i inne miasta polskie. Armia niemiecka przekroczyła polską granicę. Wojsko polskie stawia dzielny opór. Powszechna mobilizacja. „Uwaga, uwaga ogłaszam alarm dla miasta Warszawy”. Westerplatte zaatakowane - broni się. My, to znaczy Grześ i ja, nie jedziemy do Wilna, do szkoły. Co za ulga. Przynajmniej nie będzie szkoły. Mama i Jan podekscytowani przygotowują strzelby. Gotowi są strzelać, gdyby pojawiły się na naszym niebie wrogie samoloty. Podobno nad Wilnem już były i ostrzelały ludzi stojących w kolejkach do sklepów.
Wszyscy robią zapasy. My nie mamy wiele zapasów ani pieniędzy. Nie wiemy, co się dzieje z tatusiem. Najbliższy telefon znajduje się w pobliskim Laurowie. Trzeba będzie tam pojechać i spróbować zadzwonić do Radomia, do fabryki, tam, gdzie tatuś pracuje. Lecz w zakładach zbrojeniowych obowiązuje tajemnica służbowa, więc mama obawia się, że nie zdoła połączyć się telefonicznie z tatusiem. Co będzie?
Na niebie pojawia się nagle niemiecki samolot, po paru sekundach znajduje się nad Mejeryszkami. Mama i Jan, w ogromnym pośpiechu, chwytają za strzelby i z ukrycia strzelają w stronę ogromnej, ryczącej maszyny. Wszystko jest w niej przerażające i nam nieprzyjazne. Już przeleciała i ani spostrzegła wystrzelonych w jej kierunku kul. Znowu cisza. Poczucie bezsilności. Mama i Jan odkładają strzelby. „Kap ciebia na rojsty, kap ciebia na rojsty” – przeklina Jan. A więc to tak wygląda wojna. Radio nadaje patriotyczne odezwy, donosi o walkach i przekonuje w swych komentarzach o spodziewanej pomocy ze strony innych państw. Nie da się jednak ukryć, że już od rana trwają krwawe walki, więc umierają ludzie na froncie i podczas bombardowań. Co się dzieje z tatusiem? Gdzie się podziewa?
Szukamy znaków
Słońce świeci gorące i obojętne. Lato trwa, choć to już wrzesień. Wiele zmieniło się w tym dniu. Nie możemy jeszcze wszystkiego zrozumieć. Szukamy znaków. Drzewa powinny zżółknąć, lecz stoją zielone, kwiaty na łąkach powinny zwiędnąć, lecz pachną i nadal mienią się wszystkimi barwami. Rzeczka powinna wzburzyć się i zabarwić krwią na czerwono, lecz płynie spokojnie wabiąc, jak zawsze, chłodem. Ale chmury, tak, chmury odpowiadają naszym nastrojom. Już są, wyłoniły się zza horyzontu. Ciemne, kłębiaste przesuwają się w naszym kierunku. W ciągłym ruchu, w ciągłej metamorfozie. Władcze i nieosiągalne. Jak omen. Mogą sprawić, że wysuszone trawy zazielenią się albo rzeczka się spieni i przeleje swe wody na pobliskie łąki. Mogą też wysłać w naszym kierunku śmiercionośne pioruny. Biada temu, kto nie schroni się w domu i nie usiądzie ze świecą przy zamkniętym oknie. Nauczyliśmy się przyjmować pokornie to, co nam chmury przyniosą. Nauczyliśmy się czytać z nich, jaki dzień będzie nam dany. Na dzisiaj jeszcze słoneczny, bo chmury przepłynęły nad nami i usadowiły się ciemną plamą daleko nad lasem. Tkwią tam jak zapowiedź czegoś złego. Nasze spojrzenia, co rusz, biegną w ich stronę. Tak jakby miały nam wywróżyć już nie pogodę lecz nasze przyszłe losy. Przez następne dni obserwujemy chmury, każdy na swój sposób. Wśród ciszy, jaka jeszcze panuje w naszym zakątku, chodzimy jak w transie. Mama widziała wśród chmur białego orła ze skrzydłami spętanymi łańcuchami, gdy nagle rozbłysła jasność, orzeł rozerwał łańcuchy, rozpostarł skrzydła i wolny uleciał w przestworza. Jan ujrzał na niebie Matkę Boską - Królową Korony Polskiej. Słała błogosławieństwo ku nam, tym – na dole. To znaczy, że wojna szybko się skończy, że zwyciężymy wroga i znów wszystko będzie jak dawniej.
Ja też chciałabym zobaczyć jakieś znaki na niebie albo odczytać jakąś wróżbę z kłębiących się chmur. Nic z tego, chmury pozostają chmurami, a niebo, jak zawsze, nieskalanym błękitem. Powoli zaczynamy rozumieć, że trzeba będzie poczekać na spełnienie wszystkich maminych i janowych przepowiedni. Wiadomości docierające do nas przez radio zasmucają nas coraz bardziej. Niemcy posuwają się w głąb Polski, pomimo bohaterskiego oporu wojsk polskich. Już nie śpiewamy: „nikt nam nie zrobi nic bo z nami Śmigły Rydz”. Ani rządu, ani naczelnego wodza nie ma już w Polsce, uciekli do Rumunii. Naród broni się sam. Mama była w Niemenczynie, miasteczku oddalonym siedem kilometrów od nas i oddała dla wojska nasze najpiękniejsze dwa araby i jednego wałacha. Niech walczą w kawalerii. Żal nam tych koni. Były naszą chlubą.
Na wiadomość, że polska kawaleria szarżuje niemieckie czołgi, ogarnia nas przygnębienie. To chyba najtragiczniejszy moment z całej wrześniowej obrony. Ostatni, desperacki wyczyn, zbiorowe samobójstwo w imię wolności ojczyzny. Ale najgorsze jest to, że nie mamy wiadomości od tatusia. Zanotowałam w moim pamiętniku – ósmego września Niemcy zajęli całe Westerplatte, a dwudziestego siódmego września Warszawa nie broni się dłużej, Niemcy zajmują miasto.
Któregoś dnia przybywa do nas polski oficer, w poszarpanym mundurze, głodny i zrozpaczony. Musiał chyba wędrować z bardzo daleka, szedł dalej na północ, do rodziny. Jego oddział został przez Niemców rozbity. Powiedział nam, że polscy żołnierze walczą jeszcze na różnych odcinkach, lecz armia polska już nie istnieje. To już koniec. Wojna przegrana. Ten żołnierz prosił o jakieś cywilne ubranie, musi się ukryć, gdyż nie chce wpaść w ręce armii radzieckiej, która podobno, już zajmuje wschodnie tereny polskie. Tego nie spodziewaliśmy się. Czyli inny wróg zbliża się do nas. Pułapka... Jeszcze paru innych, tak samo zrozpaczonych i zagubionych żołnierzy ubraliśmy w tatusia ubrania pozostawione u nas na wsi, nakarmiliśmy i pobłogosławiliśmy na drogę do lasu lub do rodzin. Już wiemy, że wojna zawita i do nas. Lada dzień należy spodziewać się wkroczenia wojsk radzieckich. Zostaniemy oddzieleni od reszty Polski, a tym samym i od tatusia, który może gdzieś pod Warszawą walczy z Niemcami. Musimy przygotować się na najgorsze. Mama naradza się z Janem, a nam, dzieciom, pozostało jeszcze parę spokojnych dni słonecznej jesieni.
Alarm dla Mejeryszek
Już od rana dochodzi nas hałas i tupot od strony szosy, odległej o półtora kilometra. Tak, jakby ogromny i nieskończenie długi smok człapał tuż za naszym lasem. Obudziliśmy się do nowego dnia, zupełnie innego. Mama i Jan pojechali w kierunku szosy. Po ich powrocie już wiemy, że to armia radziecka zajmuje nasze tereny. Bez jednego strzału, bez najmniejszego oporu. Mama mówi, że szosa przepełniona jest dziwną mieszaniną pieszych i konnych żołnierzy z czerwonymi gwiazdkami na czapkach. Od czasu do czasu przesuwają się czołgi i wozy pancerne. Wszystko to zmierza w kierunku Wilna. Mama jest wstrząśnięta widokiem tego, co dzieje się na szosie. Wielu żołnierzy idzie pieszo, wielu zamiast butów ma łapcie na nogach, wielu z nich ma podarte mundury i głodne, dzikie spojrzenia. Niewiele brakowało, by mama utraciła swój złoty zegarek. Któryś z żołnierzy zachwycił się błyszczącym „cudeńkiem”, podbiegł do mamy i już chciał wyszarpnąć zegarek z maminej ręki, lecz nie zdążył. Groźny rozkaz połączony z przekleństwem przywołał go do szeregu. Za armią radziecką posuwa się wojsko litewskie. Jest ich tak mało, że okoliczni mieszkańcy pokpiwają, iż czołgi litewskie jeżdżą po Wilnie w kółko, aby tylko narobić wiele hałasu.
Po paru dniach napiętego spokoju w naszym małym królestwie pojawia się najeźdźca. Nagle podwórko zapełnia się radzieckimi żołnierzami pod dowództwem pułkownika. Wygłodzeni czerwonoarmiejcy dobrali się do naszych krów. Żal im kul, więc zabijają je za pomocą naszych kos. Grześ i ja chowamy się pod łóżko, aby nie słyszeć okropnego ryku, aby nie widzieć tej potwornej rzezi. Nasze zacisze skurczyło się do miejsca pod łóżkiem. I choć nie uda nam się wymazać z pamięci obrazu tego, co zdążyliśmy już zobaczyć ani wyciszyć odgłosów dochodzących ze dworu, czujemy się tutaj bezpiecznie. To nasze stałe miejsce kryjówki przed burzą czy przed grozą pojawienia się wściekłych psów w okolicy.
Wiemy, że pod łóżkiem może nas dosięgnąć piorun, tak jak w każdym innym miejscu, a wściekły pies nigdy nie dostanie się do naszego domu, ale chowamy się pod łóżko. Może aby uciec przed własnym strachem? Szkoda, że mama nie może schować się pod łóżko razem z nami. Dorośli nie mają tego zwyczaju. Wielu rzeczy nie wypada robić dorosłym. Natomiast nikogo nie dziwi, gdy leżą w łóżku podczas dnia, oznacza to, że są chorzy. To jest ich miejsce ucieczki, ich schowek. Właśnie dzisiaj nasza mama jest chora, nie wiemy czy naprawdę, czy tylko postanowiła udawać chorą wobec radzieckiego pułkownika. Wreszcie na dworze wszystko się uciszyło i żołnierze zajęli się przygotowywaniem posiłku w ogromnych kotłach. Wyłazimy spod łóżka i biegniemy do pokoju mamy. Zaskakuje nas widok prawdziwej sielanki. Mama na półleżąco, oparta o poduszki, z uprzejmym wyrazem twarzy zwrócona jest w stronę pułkownika, który zajmuje opodal stojący fotel. Rozmawiają przyjaźnie, tak jakby nic się nie stało, tak jakby się znali lata całe. Na mój widok pułkownik, z pełnym podziwu wyrazem twarzy, wypowiada zdanie, które wzbudza we mnie niepokój: „Oczeń balszaja”. Czy to znaczy, że ja jestem bolszewiczką? Dopiero wieczorem, gdy wojsko opuściło Mejeryszki, już wiem, że pułkownik wyraził podziw dla mojego wzrostu. Mama opowiada, że podczas rozmowy z pułkownikiem cały czas bardzo się bała. Bała się, że może on zarządzić plądrowanie domu, rewizję, bo okupant ma nieograniczoną władzę. Nawet gdyby postanowił nas pozabijać, nikt nie stanąłby w naszej obronie. Rewolwer ukryty pod poduszką mamy stracił zupełnie na znaczeniu. To już nie były złodziejaszki czy okoliczne opryszki, których można było postraszyć strzałem w powietrze. Nie wiadomo, jak zareagowałby ów pułkownik na wiadomość, że w naszym domu znajduje się broń. Mama była przygotowana na najgorsze. Tym razem udało się jej opanować sytuację uprzejmością i pozornym spokojem. Nawet doszło do tego, że pułkownik pocieszał mamę i zwierzył się ze swojej tajemnicy. Jego rodzice podczas rewolucji październikowej przeżywali to samo, co my teraz musimy przeżywać. To znaczy, że pierwszy bolszewik, który zawitał do nas, okazał się człowiekiem. Gdyby było inaczej, może uprzejmość i opanowanie naszej mamy nie na wiele by się zdały. Pytaniom nie ma końca. Rozpoczęliśmy nowe życie, które będzie polegać na oczekiwaniu i staraniach o przetrwanie. Tak to określa mama, tak to sami czujemy. Cisza wieczoru przynosi nam znów spokój.
Dwa różne światy
Mama wróciła z Niemenczyna, pojechała tam z Janem po zakupy. To małe miasteczko jest dobrze zaopatrzone we wszystkie towary pierwszej potrzeby. Wzdłuż głównej ulicy położone są żydowskie sklepiki. Uśmiechnięci sprzedawcy, ubrani w czarne chałaty i czarne mycki na głowach, zapraszają uprzejmie do środka, po czym wykładają z szuflad i półek na ladę wszystko, czego tylko sobie klient zażyczy. W powietrzu unosi się mieszanina zapachów mydła, nafty i śledzi. Szklane słoje z różnokolorowymi cukierkami budzą największe zainteresowanie dzieci. Na poważniejsze zakupy jeździmy do Wilna, gdzie ulica Niemiecka słynie z bogatych żydowskich sklepów. Tam mama kupuje swoje futra i stamtąd przywozi macę od zaprzyjaźnionych kuśnierzy. Niemenczyn ma dwie różne dzielnice. W jednej, na wzgórzu, bieli się okazały kościół, a przy nim, wśród akacji, królestwo księdza proboszcza: plebania. Często odwiedzamy to miejsce i ksiądz często gości w Mejeryszkach. Na dole, u stóp wzgórza, płynie łagodnie Wilia. „Wilija naszych strumieni rodzica...” – śpiewamy. Druga część Niemenczyna to handlowa – żydowska. Dwa różne światy, ale jakoś współżyjące ze sobą i zlepione w jedną całość. Ale dzisiaj, parę dni po wkroczeniu wojsk radzieckich na nasze tereny, jeden z tych dwóch światów odciął się od reszty i zademonstrował swoją odmienność. Zupełnie nieoczekiwanie. U drzwi żydowskich sklepików powiewają czerwone flagi. Jeden ze sklepikarzy wyjaśnił: „nu, pani Kurowska, było wasze, a teraz jest nasze”. Czyżby wszyscy Żydzi w Niemenczynie byli komunistami – zastanawia się mama. Jednak chyba nie są komunistami, a w każdym razie nie takimi samymi jak ci, którzy teraz okupują Wileńszczyznę. Może niemenczyńscy Żydzi zapragnęli podkreślić swą odrębność, może ulegli czyjejś agitacji, może uwierzyli, że przyszło LEPSZE.
Dochodzą nas słuchy, że zaczynają się wywózki. Jak popadło, bez ładu i składu. Już wiemy, że i z Niemenczyna wywożą ludzi na Sybir. Już wiemy, że wśród wywożonych znaleźli się również niektórzy Żydzi. Trudno pojąć, czym się kieruje NKWD podczas swych akcji. Siedzimy w naszym zakątku przestraszeni jak myszy pod miotłą; z napiętą uwagą i wyostrzonym słuchem na odgłosy dochodzące od strony drogi. W każdej chwili mogą przyjechać i po nas. Tacy jak my powinni pójść na pierwszy ogień.
Ale fala wywózek słabnie i na chwilę wraca spokój. Gdy nagle, zaskoczenie! Jak spod ziemi wyrasta na podwórku ciężarówka okryta plandeką – taka sama jak z opowiadań o wywózkach. Wstrzymujemy oddechy, łomot naszych serc dusi w gardłach, wibruje w powietrzu. Za późno, nigdzie nie ukryjemy się, nigdzie nie uciekniemy! Z szoferki wysiada jakiś elegancki wojskowy i na chwilę zapominamy o powadze sytuacji, bo naszą uwagę przykuwa śnieżna biel rękawiczek na rękach radzieckiego oficera. Dalej wszystko przebiega w błyskawicznym tempie. Oficer zapytuje o „chaziajkę”, a nasza mama bez zmrużenia oka odpowiada, że chaziajki nie ma, bo wyjechała do Wilna. Ciężarówka z eleganckim oficerem odjeżdża i ginie za zakrętem, tam, gdzie widnieje nasz przydrożny krzyż. Trudno nam uwierzyć, że to już po strachu i że oficer tak łatwo dał się wyprowadzić w pole. Czyżby nie miał zamiaru wywozić nas na Sybir? Chyba nigdy nie dowiemy się, co go sprowadziło do Mejeryszek i dlaczego tak szybko odjechał z niczym. Może kłamstwo mamy przyjął z ulgą, że nie musi wykonywać swej podłej czynności. Może choć raz będzie mógł zasnąć spokojnie, bez gnębiących wyrzutów sumienia. Mama tłumaczy nam, że podczas wojny trzeba ciągle improwizować. Może zapomną o nas. I tak jakby zapomnieli. Zimę spędzamy w domu. Pani Niusi już nie ma, wróciła do rodziny w Wilnie. Naszym nauczycielem jest teraz „Pan Rotmistrz” - uchodźca, który stracił swój dom. Jest jeszcze kilka innych osób, które musiały uciekać ze swoich miejsc zamieszkania z powodu wojny. Mama przywiozła je z Wilna w ramach jakiejś konspiracyjnej akcji Czerwonego Krzyża. Przywiozła też wiadomość, że Litwini osiedlają się w Wilnie. Teatr otwarty. Eleganckie sklepy bieliźniane opustoszały z jedwabnych koszul nocnych. Całe Wilno naśmiewa się z radzieckich „towarzyszek” poubieranych w nie do teatru, jakby szły do łóżka. Mama znów jeździ do Wilna. W domu z nami zostaje zawsze wierna „Frylinka”. Teraz tu jest Litewska Republika Związku Radzieckiego. Litwini otrzymali pewien rodzaj autonomii.
Do Mejeryszek niewiele dociera z tych zmian. Pewnego dnia pojawia się u nas angielski konsul. Nowy znajomy mamy. Podobno przyjechał z Rygi w sprawach związanych z tajną działalnością Czerwonego Krzyża. Tańczy nie tylko kozaka, ale również walca czy tango w takt tonów wydobywanych z naszego gramofonu i adoruje naszą mamę. Po jego wyjeździe przybywa do nas więcej uciekinierów. Zbieramy się przy stole w stołowym pokoju na posiłki, które przedłużają się na skutek nie kończących się dyskusji. Często wieczorami my, dzieci, przesiadujemy w kuchni przy palenisku, słuchamy opowiadań i węszymy za czymś do zjedzenia. Tak zwana prażucha ze skwarkami na obiad nie zawsze posila nas dostatecznie. Zbierane w lesie grzyby to podstawa smacznych potraw i pomoc w zaopatrzeniu kuchni. Więc godzinami chodzimy po lesie i zbieramy, zbieramy. Rywalizujemy, kto pierwszy zdąży „pod wierzbeczkę” i wyzbiera najlepsze rydze albo uprzedzi kogoś z okolicznych wiosek i wyzbiera wszystkie borowiki... Nie gardzimy też innymi grzybami. Maślaki, kołpaczki, surojadki czy podosiniaki i inne znosimy do domu, przemoczeni, zmęczeni, ale szczęśliwi, gdy wyprawa bywa udana. Pewnego dnia zmuszeni jesteśmy przerwać nasze wędrówki po lesie. Wygląda to na epidemię – wszyscy zbieracze grzybów – czujemy, jak na naszych stopach wykwitają wrzody. Boli to i nie chce się goić. Parę tygodni w domu i sezon grzybowy mija.
Polacy potrafią
Zima otula całą okolicę grubą warstwą śniegu. Tak jakby chciała nas ukryć przed złem. Drewna mamy w bród, w piecach buzuje i trzaska ogień. Zima mija spokojnie. Pani baronowa, która teraz mieszka w moim pokoju (mnie przeniesiono do Grzesia), uczy nas języka francuskiego. „Pan Rotmistrz” uczy nas matematyki i polskiego. Wolne od nauki chwile spędzamy z panią baronową grając z nią w brydża albo słuchając jej opowiadań. Zanim poznała swego męża, była skromną tancerką w Paryżu. Młody, bogaty Polak, posiadacz ziemski, ożenił się z nią i zabrał ze sobą do Polski. Stała się panią baronową i zamieszkała w ogromnym przepięknym pałacu. Jej życie „jak w bajce” trwało do wybuchu wojny. Gdy mąż poszedł na wojnę, została sama w pałacu. Następnie musiała uciekać do Wilna przed białoruskimi hordami, które napadały majątki, rabowały i mordowały. To niepokoi. Bo przecież i my mamy krewnych koło Mołodeczna. Przecież w rodzinnym domu Kurowskich, w Świeczkach jest wujek Czesio ze swoją żoną Halinką. Moją chrzestną matkę – ciocię Leokadkę – i jej męża – wujka Jeżyka – też wojna zastała w ich majątku na tamtych ziemiach. Chyba też gdzieś uciekli, może niedługo czegoś się o nich dowiemy.
Nadal nie wiadomo, kiedy zobaczymy się z tatusiem. Podobno mieszka teraz w Warszawie przy ul. Grójeckiej, razem z rodziną stryjka Rajnolda. Co przeżył, jak się uratował, pozostaje na razie tajemnicą. On w tej części Polski – pod okupacją niemiecką, my i całe Kresy (Wileńszczyzna, Polesie, Mołodeczyzna, Wołyńskie, Lwowskie, Bieszczady) – pod okupacją bolszewicką. Tajemnicą jest, jakimi drogami przeciekają wiadomości przez linię podziału Polski. Ale, jak mama mówi: „Polacy potrafią”. Potrafią, potrafią! W pobliskim majątku rodzina przygotowuje się do ucieczki. Wolą podjąć niebezpieczną próbę przedostania się do okupowanej przez Niemców Warszawy, niż ukrywać się tutaj, w ciągłym strachu, przed groźbą wywozu na Sybir. Mama uważa, że są szaleni. Pewna śmierć na granicy między Litewską Republiką Radziecką a Generalną Gubernią (okupowane przez Niemców tereny obszaru warszawskiego). Pewnego dnia cała piątka zniknęła. Nie było ich już w letniej posiadłości ani w mieszkaniu w Wilnie. Dopiero po pewnym czasie dotarła do nas, jakąś „podziemną” drogą, wiadomość, że żyją wszyscy i mieszkają z całą warszawską rodziną przy ulicy Grójeckiej w Warszawie.
Cdn.
Teresa Järnström-Kurowska
Szwecja