Komentarz gospodarczy

Co nam wydzwonią noworoczne dzwony?

Finansiści wieszczą nam spowolnienie wzrostu gospodarki. A przecież nasi politycy byli z tego wzrostu tacy dumni... I przekonani, że tak już będzie zawsze. I Europa nas za to chwaliła, i to dzięki temu, m. in., bez większych perypetii zostaliśmy przyjęci do Unii Europejskiej. Ale marzenia o roli bałtyckiego tygrysa powoli zaczynają się na Litwie rozwiewać. A i unijny chleb nie jest taki słodki, jak się niektórzy spodziewali. Najdobitniej z wszystkich błogosławieństw UE odczuliśmy... jej dyktaturę w kwestiach gospodarczej i ustawodawczej.

Niepokojem napawają wydarzenia na Ukrainie, które inwestycjom nie sprzyjają, a nasi rodacy już sporo w ten rynek zainwestowali. Podobna sytuacja na Białorusi, gdzie biznes wymaga zarówno wielkiej dyplomacji jak i umiejętności unikania zastawianych przez urzędników Łukaszenki pułapek.

I już wszyscy – od biznesmena do rolnika – z trwogą oczekujemy 31 grudnia. Dnia, gdy zostanie wstrzymany pierwszy blok Ignalińskiej Siłowni Atomowej. Zapowiada to nowe podwyżki cen i zubożenie społeczeństwa, a co za tym idzie, państwa. Nieprzypadkowo władze zastanawiają się nad wprowadzeniem podatku progresywnego.

Państwowe czy prywatne? Zdaniem byłego ministra gospodarki Petrasa Česny, wszystkie zachowane przedsiębiorstwa państwowe są obecnie rentowne i nie przysparzają nikomu większych kłopotów. Česna zapowiada, że jeżeli nowy gabinet ministrów nie popełni strategicznych błędów, w ciągu najbliższych lat te przedsiębiorstwa przekształcą się w przynoszące spore zyski. Wg Ministerstwa Gospodarki, mamy 11 takich dobrze prosperujących przedsiębiorstw. Do nich są między innymi zaliczane „Lietuvos energija”, „Lietuvos elektrine”, „Klaipedos nafta”, „Mažeikiu nafta”, „Lietuvos dujos” oraz Ignalińska Siłownia Atomowa.

Eksminister obawia się tylko, by udziały spółki „Lietuvos dujos” nie trafiły w niewłaściwe ręce. Jest zdania, że przynajmniej w ciągu kilku najbliższych lat nasza gospodarka gazowa powinna pozostać w gestii państwowej. Tymczasem niektórzy uważają, że kapitał prywatny lepiej zarządza poszczególnymi, nawet strategicznymi, sektorami gospodarki.

Na przykład, dyrektor spółki oferującej usługi inwestycyjne Alvydas Žabolis uważa, że państwo nie powinno na dłuższą metę pozostawiać w swojej gestii żadnego obiektu przemysłowego. Przynależność do państwa, jego zdaniem, może być jedynie okresem przejściowym.

Ponoć producenci państwowi częstokroć kierują się nie dalekowzroczną strategią, a doraźnymi interesami państwa. Poza tym, państwowe przedsiębiorstwa dość często są faworyzowane, stwarza się im lepsze warunki pracy, niekiedy nawet z budżetu pokrywa straty produkcyjne. Cierpią na tym zasady zdrowej konkurencji. Poza tym państwowe przedsiębiorstwa 40 procent swoich zysków mają prawo przeznaczyć na dywidendy, które w rezultacie i tak trafiają do budżetu państwa. I tylko 60 procent zysku zakład może przeznaczyć na modernizację, rozwój nowych technologii itp. Jest to pewne skrępowanie finansowe. Tymczasem prywatny właściciel ma zawsze wolną rękę, sam decyduje co zrobić z wypracowanym zyskiem. Jest jednak i inna strona medalu. W prywatnych przedsiębiorstwach ludzie zwykle mniej zarabiają, często prowadzi się tam podwójną księgowość, przez co cierpi i budżet, i ich przyszłe świadczenia emerytalne. Często też pracują w gorszych warunkach, nie płaci się im za nadgodziny.

Właściwości białoruskiego rynku. Litwini coraz śmielej inwestują na Białorusi. Niektórzy zakotwiczyli się tam już na dobrze. Twierdzą jednak, że jest to rynek trudny, ze względu na wysokie odsetki bankowe oraz skomplikowany i nieokiełznany system urzędów powołanych do kontrolowania, a raczej utrudniania życia przedsiębiorcom. Prawie 80 procentami krajowego rynku na Białorusi zarządza państwo. W rękach prywatnych są przeważnie tylko drobne przedsiębiorstwa i spółki. Zdaniem sekretarza ds. ekonomiki Litewskiej Ambasady na Białorusi Danasa Vaitkevičiusa, rośnie tu krajowy produkt brutto, obniżają się inflacja i stopy procentowe w bankach. Nie znaczy to jednak, że jest to bezpieczny i stabilny rynek, choć pewne zwiastuny zdrowych ekonomicznych posunięć da się zauważyć. Dlatego nie należy Białorusi jako partnera lekceważyć.

I nie lekceważymy. W tym kraju jest zarejestrowanych aż 300 litewskich spółek. Oficjalnie zainwestowaliśmy na Białorusi prawie 5 mln USD. Niektórzy nasi przedsiębiorcy przenieśli do sąsiadów swoją produkcję, są tacy, którzy zamierzają to uczynić w najbliższej przyszłości. Wielu uważa, że na Białorusi jest tańsza siła robocza, przez co tańsze są usługi, szczególnie krawieckie i meblarskie.Tymczasem Danas Vaitkevičius twierdzi, że opowieści o taniej sile roboczej należą do przeszłości. Pomimo wciąż jeszcze stagnacyjnego zarządzania, na Białorusi dobry fachowiec jest równie drogi jak na Litwie. Tych dobrych tam również nie ma w nadmiarze, co wpływa na wzrost cen ich usług. Vaitkevičius ostrzega też litewskich przedsiębiorców przed trudnościami z realizacją ich produkcji. Chodzi o to, że białoruski konsument, podobnie jak nasz, najpierw zwraca uwagę na cenę, a dopiero potem na jakość towaru. Najtańsze są tam wyroby rodzimej produkcji lub rosyjskie. Litewskie natomiast są dość drogie.

Wielu inwestuje na Białorusi w nadziei, że tą drogą łatwiej się dostać na rynek rosyjski. To również mit. Na Białorusi obowiązują indykatywne ceny eksportowe, oznacza to, że towar nie może być sprzedany poniżej tych cen. Zresztą, eksportować z Białorusi jest trudno, bowiem za najmniejsze naruszenie, czy pomyłkę w dokumentach można zapłacić karę nawet w wysokości trzech tysięcy dolarów i więcej. Dlatego niektórzy litewscy przedsiębiorcy produkujący na Białorusi, swój towar sprowadzają na Litwę i dopiero z kraju eksportują do Rosji.

„Sanitas” spogląda w stronę Unii. Litewski producent leków, spółka „Sanitas” przygotowała projekt, który wymaga budowy nowego zakładu. Z prośbą o finansowanie tego projektu spółka zwróciła się do UE, a według wstępnych danych, ma on kosztować 40 mln litów. Dzięki realizacji tego projektu mielibyśmy dostęp do tańszych krajowych leków niż pochodzące z importu.

Przedstawicielka Litewskiej Agencji Wspierania Przedsiębiorczości Irena Dziužaite twierdzi, że przydział funduszy unijnych na rozwój przedsiębiorstwa w dużej mierze zależy od jego wielkości, jak również od tego, jaką część planowanych środków na swój rozwój może przeznaczyć samo przedsiębiorstwo. Tymczasem Ministerstwo Gospodarki, które powinno finansowo wspierać rozwój przemysłu farmaceutycznego, jest bardziej przychylne drobnym i średnim przedsiębiorcom. Dyrektor generalny fabryki „Sanitas” Donatas Jazukevičius twierdzi, że projekt rozwoju zakładu, który przedstawili strukturom unijnym jest umotywowany. Gdyby jednak zabrakło wsparcia decydentów krajowych, „Sanitas” może przestać istnieć, a obywatele Litwy będą musieli się pożegnać ze stosunkowo tanimi litewskimi lekami pierwszej potrzeby.

Tymczasem, jeśli projekt uda się zrealizować, „Sanitas” dodatkowo stworzy 200-300 nowych miejsc pracy oraz znacznie poszerzy asortyment tańszych leków, z którymi zresztą planuje wyjść również na rynki unijne. Z uwagi na to, że ostatnio w naszych aptekach coraz trudniej o leki rosyjskie, wzrasta popularność rodzimych.

Wstrzymujemy... dostęp do tańszej energii. Zgodnie ze złożoną UE obietnicą, 31 grudnia br. wstrzymujemy pierwszy blok Ignalińskiej Siłowni Atomowej. O ewentualnych skutkach tego posunięcia wiele się mówi. Specjaliści twierdzą, że do takiego kroku należy się szykować co najmniej 10 lat. Tyle czasu nie mieliśmy, działamy w gorączkowym pośpiechu, który może nas drogo kosztować.

Wiadomo, że wstrzymanie jednego reaktora problemu nie rozstrzygnie. Trzeba zadbać o likwidację radioaktywnych i innych szkodliwych odpadów.

Kierownik Państwowego Zarządu Bezpieczeństwa Energii Atomowej Saulius Kutas jest zdania, że ekipę siłowni tworzą wysokiej klasy specjaliści, dobrze przygotowani do prac związanych z likwidacją pierwszego bloku. Jednak absolutnego bezpieczeństwa przy takich operacjach nikt gwarantować nie może. Po pierwsze, zużyte paliwo jądrowe stanowi zagrożenie w ciągu mniej więcej tysiąca lat. Litwa jak dotąd nie ma całkowicie bezpiecznych magazynów na odpady. Na razie będą one chronione na terenie siłowni w stosownych kontenerach. Możemy się spodziewać, że w przyszłości naukowcy znajdą bezpieczne rozwiązanie tego problemu. Po wtóre, musimy się liczyć z tym, że wraz z likwidacją pierwszego bloku Litwa straci miliony nie tylko w związku z wydatkami likwidacyjnymi, ale także z tego powodu, że nie będziemy już mogli eksportować energii.

Specjaliści i niektórzy politycy twierdzą, że pierwszy blok jest bezpieczny, mógłby działać jeszcze co najmniej rok. Jego wstrzymanie Unia Europejska wymusiła na nas nie tyle z racji na bezpieczeństwo, ile ze względu na własne interesy. Jeśli Litwie zabraknie energii, będzie ją musiała kupować.

Państwowa Komisja Cen i Kontroli Energetycznej zatwierdziła już nowe taryfy na energię elektryczną. Od 1 stycznia 2005 roku za jeden kilowat będziemy płacić 31 cent (ci, którzy korzystają z kuchenek elektrycznych – 27 centów). Średnio więc cena energii wzrośnie o 7 procent. Podwyżki zapowiada także spółka „Lietuvos dujos”. Od 1 stycznia również za metr sześcienny gazu będziemy płacić o 5 centów drożej i to nie ostatnia podwyżka.

O podatkach raz jeszcze. Wybory u nas zawsze upływają pod znakiem realnych i nierealnych obietnic. Najczęściej się mówi o zmniejszeniu podatków. Tym razem socjaldemokraci coraz głośniej i poważniej zapowiadają wprowadzenie tzw. podatku liniowego (czyli progresywnego). Oznacza to, że zarabiający więcej będą płacić wyższe podatki. Nie jest to litewski wynalazek, podatek liniowy obowiązuje w wielu krajach zachodnich. Ma swoje dobre i złe strony. Gdy mający wyższe uposażenia płacą wyższe podatki, zyskuje budżet. Poza tym rosną świadczenia socjalne, państwo może więcej pieniędzy przeznaczyć na ochronę zdrowia, oświatę, pomoc dla najbiedniejszych. Jednak takie posunięcie może zniechęcić ludzi do osiągania wyższych zarobków, skłonić pracodawców do prowadzenia podwójnej księgowości i unikania podatków.

Poseł na Sejm Kęstutis Glaveckas jest zdania, że podatek liniowy może zwiększyć odpływ z kraju najlepszych specjalistów, z którym to problemem borykamy się już dziś. Glaveckas uważa więc, że wprowadzenie nowego podatku przyniesie gospodarce kraju więcej szkody niż korzyści. Jego zdaniem, wystarczy ulżyć najbiedniejszym, co można osiągnąć zwiększając nieopodatkowane minimum z 290 do 500 litów.

Natomiast zwolennicy liniowego podatku twierdzą, że jest to pewnego rodzaju sposób na walkę z ubóstwem i nędzą w kraju. Poza tym, jakże go nie wprowadzić, skoro obowiązuje w takich krajach jak Francja, Szwecja i nawet Stany Zjednoczone? A jak go wyegzekwować? Zdaniem niektórych, wystarczy zaostrzyć kontrolę podatkową, a wszyscy przedsiębiorcy zlikwidują podwójną księgowość i będą uczciwie płacić podatki. Mrzonki. Ludzie zawsze znajdą wyjście jak wystawić fiskusa do wiatru. Zresztą wymienione kraje już stwierdziły, że liniowy podatek wcale nie zwiększył wpływów do budżetu, wręcz odwrotnie, przedsiębiorcy prześcigają się w pomysłach na unikanie tego bicza.

A tak na marginesie. Rosja, która zrezygnowała z podatku liniowego wprowadzając dla wszystkich najniższy, 13-procentowy, stwierdziła zwiększenie wpływów do budżetu o jedną trzecią

Julitta Tryk

Wstecz