„WILIA”: jubileusz półwiecza
„Pieśń ujdzie cało...”
(Dokończenie. Początek w nr 2 br.)
W ciągu roku daliśmy jedenaście koncertów. Zespół stawał się coraz bardziej popularny. Występowaliśmy nie tylko w Wilnie, lecz i na prowincji - w Mejszagole, Niemenczynie, Podbrodziu...
Do 11 lutego 1956 r. zespół należał do Uniwersytetu Państwowego. Decyzją KC KP Litwy zespół przydzielono do Klubu Republikańskiej Rady Związków Zawodowych przy ulicy Wielkiej.
Gdy na Wzgórzu Tauras (dawniej Bouffałowa) stanął Pałac Związków Zawodowych, zespół znalazł w nim nową siedzibę i lepsze warunki do pracy. Ponad 20 zespołów artystycznych rozwijało tu swoją twórczość amatorską – „Wilia”, mieszany chór litewski, taneczny zespół „Vaiva”, żydowski zespół pieśni i tańca, rosyjski zespół dramatyczny i wiele innych. Jeżeli chodzi o nasz zespół, to najczęściej występowaliśmy na scenie pałacu dla ponad tysięcznej widowni. Nieraz koncerty były łączone i wtedy ze sceny płynęła rzewna i powolna pieśń litewska, dziarski krakowiak śpiewany i grany w zawrotnym polskim rytmie, pieśni rosyjskie, pieśni, scenki i tańce żydowskie. W tym tyglu zgodnie współżyliśmy z ludźmi różnych narodowości. W naszym zespole były osoby wywodzące się z rodzin litewskich i rosyjskich.
Zespół szybko zdobył opinię grupy artystycznej o wysokim poziomie, więc przy naborze nowych członków kierownictwo zaczęło stawiać większe wymagania. W tym okresie zespół liczył już około 100 osób.
Za te osiągnięcia Polskiemu Zespołowi Pieśni i Tańca przyznano zaszczytne miano wzorowego i nadano nazwę „Wilia”.
Zespół miał to szczęście, że zaczęli z nim pracować świetni specjaliści, ludzie całym sercem oddani swojej pracy.
Wielkim szacunkiem i uznaniem wśród zespolaków cieszył się pan Wiktor Turowski, z pochodzenia Rosjanin… z duszą Polaka – kierownik i dyrygent „Wilii”. Był zawsze miły. Nie umiał się na nas gniewać, zawsze spokojny i opanowany. Nawet gdy ktoś opuszczał próby, przyjmował go z uśmiechem. A gdy na próbach nie wszystko nam wychodziło, to i tak wierzyliśmy, że na scenie się powiedzie. Uśmiech naszego dyrygenta zachęcał nas do skupienia i podczas występu wykonywany utwór brzmiał znakomicie.
Pani Zofia Gulewicz – choreograf z prawdziwego zdarzenia, oddana całym sercem i duszą zespołowi – absolwentka przedwojennej Warszawskiej Szkoły Baletowej. Tańce w układzie Pani Zofii cieszyły się ogromnym powodzeniem. Była to osoba bardzo subtelna i skromna, zawsze starała się pozostawać na uboczu i nieraz sami zespolacy wyprowadzali ją na bardziej widoczne miejsce. Kosze kwiatów, jakie otrzymywała, świadczyły o Jej popularności. Wszyscy członkowie zespołu darzyli Panią Zofię wielkim szacunkiem.
Piękną uroczystość zgotowali młodzi i starzy wiliowcy z okazji 40-lecia pracy twórczej Pani Zofii w „Wilii”.
Koncert przygotowała Czesława Bylińska-Rymszonok – kierownik i dyrygent zespołu. Pierwszą część koncertu rozpoczęli weterani. I znowu popłynęła romantyczna pieśń „Wilia naszych strumieni rodzica”, a potem „Chciało się Zosi jagódek”, „Cyt… Cyt…”, „Nocka szumiała, nocka wołała” z repertuaru „Mazowsza” i wiele innych. Wielkim powodzeniem cieszyła się piosenka „Furman” wykonana przez naszego solistę Jana Skrobota.
Tańce przygotowane przez p. Zofię Gulewicz i wykonane przez pierwszą i drugą generację „Wilii”, jak dawniej były gorąco przyjmowane przez publiczność wileńską. Tancerze z wielkim zapałem i werwą wykonali suitę rzeszowską, oberek, mazura, walczyk łowicki – dla nich w tych tańcach czas się cofnął.
W drugiej części koncertu wystąpił aktualny skład zespołu z pięknym i barwnym programem. Na zakończenie dyrektor zespołu Roman Rotkiewicz (tancerz drugiej generacji) zaprosił na scenę byłych uczestników „Wilii” siedzących na widowni. Wszyscy razem zaśpiewaliśmy dla Pani Zofii „Sto lat!”.
A my, weterani, starym zwyczajem, ułożyliśmy na Jej cześć przyśpiewki zwane „Żalami” i odśpiewaliśmy je po koncercie podczas przyjęcia.
Podaję kilka zwrotek:
Jest tradycja w „Wilii” taka,
„Gorzkie żale” układamy.
Dziś je Pani poświęcamy,
Młodzież, jak i weterani.
Pani dzisiaj jubileusz,
Dzień niezwykły, wyjątkowy.
Wiele szczęścia i radości
Niech dziś w sercu Pani gości.
I chórzyści i tancerze
Pokochali Panią szczerze. (…)
Kapelą kierował pan Edward Pilipaitis – zasłużony artysta ludowy Litwy, doświadczony dyrygent zespołu „Lietuwa”. Był to przystojny i miły starszy pan o dużej kulturze.
Doświadczenie kierownictwa oraz wielki entuzjazm członków zespołu, pozwoliły w krótkim czasie opracować i opanować zupełnie nowy program artystyczny, skomponowany jako całość sceniczna. Po pracowitym prawie dwuletnim przygotowaniu zespół wystąpił po raz pierwszy w strojach ludowych (uszyliśmy je sami) i z własną kapelą na scenie Filharmonii Wileńskiej. A było to 17 marca 1958 r.
Od tego koncertu do czasu opuszczenia przeze mnie zespołu, „Wilia” dała ponad 500 koncertów, nie tylko w Wilnie, ale i w Kownie, Grodnie, Rydze, Mińsku, Lwowie i w Polsce.
Wiele osób przyczyniło się do tego, że „Wilia” zdobywała coraz większe uznanie.
Władysław Korkuć – w zespole od założenia. Początkowo był członkiem chóru i solistą. Występował w kwartecie razem z Tadeuszem Larą, Stanisławem Krzywickim i Mirosławem Zembrzyckim (Mirek najdłużej śpiewał w zespole), śpiewał także w duecie ze swoją żoną. Później Władek Korkuć został chórmistrzem. Był to człowiek, jak nikt oddany zespołowi, doskonały organizator, a przede wszystkim wspaniały kolega. Wielką zasługą Władka jest kontynuacja tego, co sam rozpoczął – przekazanie pieśni i tańców ojczystych młodszemu pokoleniu. To on organizuje dziecięce zespoły ludowe. A pierwszym jego „dziecięciem” była przepiękna „Wilenka”, założona w styczniu 1972 r. w Szkole Średniej Nr 19 (dziś im. Wł. Syrokomli).
Przypominam też młodziutką, ładną, czarnowłosą dziewczynę, która zaczęła tańczyć w „Wilii” pod bacznym okiem p. Zofii. Była to Czesława Bylińska-Rymszonok, wtedy jeszcze uczennica Szkoły Średniej Nr 11. W chórze śpiewała jej starsza siostra Teresa. Tańcząc w zespole, Czesia ukończyła Konserwatorium Wileńskie - wydział dyrygentury. Z tancerki staje się chórmistrzynią. Młoda pani dyrygent szybko zyskuje sympatię chórzystów. Wkrótce zostaje dyrygentem i kierownikiem artystycznym „Wilii”.
Gdy jestem w Wilnie, spotykam się z przemiłą rodziną Piotrowiczów. Lubię posiedzieć z nimi przy kawie i powspominać dawne czasy. Ich dom tchnie polskością. Mnóstwo w nim przeróżnych pamiątek, bogata biblioteka, wiele książek z dedykacjami, skrupulatnie poukładane egzemplarze „Czerwonego Sztandaru” i obecnego „Kuriera Wileńskiego”, w których Wojtek publikował swoje wiersze, a Danka pisała i pisze nadal artykuły. Wojtek napisał słowa do wielu piosenek wykonywanych przez chór, a Marian Domański muzykę. W zespole organizował ciekawe wieczorki literackie.
Koncerty, gdziebyśmy nie występowali, cieszyły się powodzeniem. Najlepiej opisał nasze występy, na wzór „Pana Tadeusza”, Leonard Gogiel - poeta i kronikarz zespołowy (obecnie mieszka w USA). Oto fragmenty wiersza pt. „Koncert „Wilii”:
Poloneza czas zacząć! Kowalewski rusza
I z lekka poprawiwszy wyloty kontusza,
Ramię podniósł do góry, palcem znak podaje.
Wtem pan Witek wchodzi i przed chórem staje.
Rękę podniósł Sawickas - wznosi się kurtyna.
Franek plecy prostuje - on pierwszy zaczyna.
Podał rękę wytwornie Zosi Suboczównie
I skłoniwszy się grzecznie, w pierwszą parę prosi.
Pochyla ku niej głowę, chce szepnąć do ucha.
Skromnie główkę odchyla wileńska dziewucha.
Za nim Tadzio Szejnicki, a dalej Kuncewicz.
Sunie koło prześliczne najpiękniejszych dziewic.
Stąpią, jak na weselu, uroczystym krokiem.
Pani Zofia ich śledzi wymęczonym wzrokiem.
Zahuczała kapela! Koncert w pełnej gali.
Morze głów się kołysze na związkowej sali.
Parter, balkon, kulisy są pełne po brzegi,
Jakby Wilno całe usadowił w szeregi.
Siedzi władza litewska - wielcy sekretarze,
Dalej nasza Polonia. Tu są znane twarze:
Pan Czechowicz z Kowna, ze Lwowa Chrzanowski,
Pobłyskuje szkiełkiem Jurek Strużanowski,
Doktor Orda, powiedzmy, siedzi proszę pana
Strużanowska, Rymowicz - cała polska drama,
Romanowicz - redaktor, Młyński z Mejszagoły...
A na scenie wre taniec, tylko krążą poły.
Stoi w centrum Turowski. Wiara się skupiła.
Z nim tak dobrze jest śpiewać „Wilię” czy „Jagódki”.
Teraz wszyscy zamilkli. Rękę on podnosi.
I popłynął śpiew znany „Chciało się Zosi”...
To Jasiński ułożył tę piosenkę błogą,
który z Wilna przepędził dzikie hordy wroga.
Znowu rzewna litewska piosenka zabrzmiała.
O dziewczynie, co tydzień na chłopca czekała.
Śpiewa draugas Barauskas, litewski Apollo.
Wymachuje pan Witek, a spod jego ręki
Wylatują, jak pszczoły nad łąką piosenki:
O Wilnie, o Litwie, o maju
I o naszym polskim ukochanym kraju.
Należy zaznaczyć, że zespół zajmował najczęściej czołowe miejsca w przeglądach republikańskich, uczestniczył także w republikańskich świętach pieśni.
Kierownicy „Wilii” byli cenieni i honorowani tytułami zasłużonych pracowników kulturalno-oświatowych. Najbardziej zasłużeni członkowie, w tej grupie i ja, otrzymali odznaczenia przodowników twórczości amatorskiej i dyplomy. Ceniliśmy to, że władze związkowe pałacu doceniły nasze zaangażowanie i pracę społeczną w zespole.
W tamtych odległych latach dla nas, wiliowców wielkie znaczenie miały dwa wyjazdy, które pozostały na długo w pamięci. Pierwszy w lipcu 1963 r. do Lwowa, drugi zaś w lipcu 1966 r. do Polski na obchody Tysiąclecia Państwa Polskiego.
Do Lwowa pojechaliśmy na zaproszenie kierownictwa Polskiego Teatru. Rok wcześniej teatr lwowski gościł w Wilnie. Tak to nawiązaliśmy trwałe kontakty i wymianę twórczą między „Wilią” a teatrem lwowskim. Tak, jak „Wilia” rozsławiła kulturę polską poprzez pieśń i taniec, tak teatr lwowski rozsławił literaturę polską, wystawiając na scenie sztuki wybitnych pisarzy: „Śluby panieńskie” Aleksandra Fredry, „Wesele” S. Wyspiańskiego czy twórczość Tadeusza Różewicza.
Jadąc do Lwowa zdawaliśmy sobie sprawę, że Polacy tam mieszkający, podobnie jak i w innych skupiskach mniejszości polskiej na byłych terenach ZSRR, stęsknieni byli słowa polskiego, pieśni i tańców ojczystych. Ze sceny mogliśmy obserwować, jak gorąco odbierała widownia każdą wykonywaną piosenkę i każdy taniec. Gdy śpiewaliśmy piosenkę „Góralu, czy ci nie żal”, ludzie płakali. Podczas naszego drugiego pobytu we Lwowie w 1965 r. nie mieliśmy tej znanej wszystkim piosenki w swoim programie, a jednak wykonaliśmy ją na prośbę widzów.
W wolnym czasie koledzy z teatru oraz Piotr Hausfater (założyciel Teatru Polskiego we Lwowie) oprowadzili nas po mieście, pokazując najwspanialsze zabytki Lwowa. Po naszej wileńskiej Rossie Cmentarz Łyczakowski jest drugą nekropolią na kresach dawnej Rzeczypospolitej, gdzie na nagrobkach mogliśmy przeczytać nazwiska wybitnych Polaków: Artura Grottgera, Marii Konopnickiej, Gabrieli Zapolskiej i wielu innych. Smutny widok w tamtych latach przedstawiał Cmentarz Orląt. Takim go uwieczniliśmy na naszych zdjęciach. Zachowana była tylko brama i dwa lwy broniące wejścia na nie istniejący wówczas cmentarz.
Rok później, 21 lipca 1966 roku przyjechaliśmy do Warszawy. Zakwaterowano nas w hotelu Brystol. W dniu centralnych obchodów milenijnych - 22 lipca obserwowaliśmy na placu przed Pałacem Kultury i Nauki wspaniałą, barwną Defiladę Tysiąclecia - przemarsz wojsk różnych formacji. Wieczorem zaś na Powiślu zaprezentowaliśmy swój program koncertowy przed licznie zgromadzoną publicznością warszawską.
Zespół wystąpił także w Siedlcach, Zabrzu, Polanicy Zdroju i Łodzi. Zwiedziliśmy Kraków, Wieliczkę, Zakopane, Oświęcim i Wrocław. Serdecznie byliśmy podejmowani przez artystów z zespołu „Śląsk”. Zwiedziliśmy ich siedzibę w Koszęcinie, gościliśmy w ich domach. W czasie naszych wędrówek po górach spotkaliśmy bardzo sympatycznego księdza. Zainteresował się naszym zespołem i tym, że nie jesteśmy z Polski, a rozmawiamy i śpiewamy po polsku. Jakież było nasze zaskoczenie, gdy wieczorem tego dnia dostarczono do hotelu, w którym mieszkaliśmy, dwie olbrzymie paczki ze słodyczami. To był dar od poznanego w czasie wycieczki księdza. Takich ludzi serdecznych na trasie naszej podróży spotykaliśmy wielu. W Łodzi nieznajoma pani zaprosiła nas do swojego zakładu fryzjerskiego i uczesała gratisowo całą grupę dziewcząt. O koncercie w Łodzi pisał „Dziennik Łódzki”: „Dawno już Ośrodek Rozrywki i Wypoczynku w Łodzi nie rozbrzmiewał tak burzliwymi oklaskami, dawno nie było tu takich tłumów jak na pożegnalnym koncercie Zespołu Pieśni i Tańca „Wilia” z Wilna. Bo też i było co oklaskiwać. „Wilia” podbiła serca mieszkańców włókniarskiej Łodzi. Nagradzali oni wykonawców kwiatami za wspaniałe tańce i pieśni ludowe zarówno polskie, jak i litewskie, zwłaszcza o Wilii, słowem - za godzinę pięknego występu, który na długo zostanie w pamięci łodzian”.
Ten wyjazd do Polski dla wielu z nas był pierwszym spotkaniem z Ojczyzną.
Entuzjastów w zespole było wielu: Janina Suboczówna, Zofia Raczkówna, Zuzanna Klonowska, Wojciech Piotrowicz, Barbara Przygodzka, Krystyna Narkiewiczówna, Leonard Gogiel, Zdzisław Tuliszewski, Władysław Korkuć, Fred Szturmowicz, Franciszek Kowalewski, Stanisław Jakutis, Stanisław Krzywicki, Ludmiła Siekacka, Teresa Szturlisówna i wielu innych.
Ponieważ do zespołu przychodziło sporo młodzieży ze szkół polskich, a także ze środowisk robotniczych, zaistniała potrzeba organizowania różnego rodzaju imprez, by zachęcić ją do pozostania w „Wilii”. Większość z nas była po wyższych studiach, było sporo nauczycieli pracujących w polskich szkołach, więc do nas należało prowadzenie w zespole pracy kulturalno-oświatowej. Urządzaliśmy różnego rodzaju wieczorki literackie, konkursy - dotyczyły one znajomości historii Polski i Litwy, historii Wilna i zespołu.
Często przyjmowaliśmy gości z Polski. Były to wycieczki, zespoły artystyczne i teatralne, przedstawiciele ambasady polskiej w Moskwie oraz różnych organizacji.
Mile wspominam spotkania z zespołami „Śląsk” i „Mazowsze”, wędrówki z nimi po Wilnie. W tym czasie mieliśmy już własnych przewodników, przygotowanych przez profesora Jerzego Ordę - wielkiego miłośnika i znawcę Wilna, współpracującego z zespołem od dnia założenia. Niewielka grupka chętnych spotykała się z profesorem w każdą niedzielę na Placu Katedralnym, skąd rozpoczynaliśmy nasze wędrówki. Zwykle obejmowały one jedną ulicę, kościół lub cmentarz. Cykle tych wycieczek uwzględniały najbardziej znanych Polaków. Największym umiłowaniem profesora był kościół śś. Piotra i Pawła. Ze szczegółami opowiadał nam o każdej kaplicy i każdej rzeźbie.
Jerzy Orda uczył nas historii także na cmentarzach wileńskich, gdzie spoczywają wybitni naukowcy, literaci i przedstawiciele kultury polskiej.
Profesor Jerzy Orda ostatnie miejsce spoczynku znalazł na cmentarzu Rossa, o którym tak wiele wiedział. Z inicjatywy „Wilii” zostały zebrane fundusze na pomnik, a nasz kolega Wojciech Piotrowicz na pomniku wyrzeźbił głowę profesora.
Imprez organizowanych w zespole było dużo. Wymienię, chociażby dwutygodniowy pobyt (60 osób) na wczasach w Połądze, wspaniałe bale sylwestrowe czy też wspólny wyjazd na grzyby do Puszczy Rudnickiej.
Dzieje zespołu „Wilii” są w pewnym stopniu ilustracją słów Adama Mickiewicza „Pieśń ujdzie cało,...”, z „Pieśni Wajdeloty” („Konrad Wallenrod”).
I dziś z perspektywy lat można powiedzieć, że dzięki entuzjazmowi, miłości do muzyki i Ojczyzny niewielka grupa ludzi bardzo wiele osiągnęła w dziedzinie artystycznej, narodowej i obyczajowej. Tak, jak Wilia ze źródełka przekształciła się w bystrą rzekę zasilającą Niemen, tak członkowie zespołu „Wilia” przyczynili się do utrwalenia i szerzenia polskiej kultury na kresach. To właśnie dzięki „Wilii” zaczęły powstawać polskie zespoły ludowe w szkołach i w różnych miejscowościach, wszędzie tam, gdzie zamieszkiwała ludność narodowości polskiej.
Na zakończenie przytoczę słowa Agaty Młynarskiej wypowiedziane na jednym z Festiwali Zespołów Kresowych w Mrągowie: „Za chwilę wystąpi Polski Zespół Pieśni i Tańca „Wilia” z Wilna, o którym śmiało mogę powiedzieć, że jest on Matką wszystkich polskich zespołów kresowych”.
Irena Berger (Woronko)
Polska, Pruszków
PS I znowu byłam w Wilnie. Tym razem, by uczestniczyć w inauguracyjnym koncercie wspomnień. Odbył się on w Domu Kultury Polskiej 30 grudnia 2004 roku. Koncert ten zapoczątkował obchody 50-lecia zespołu „Wilia”. Koncert jubileuszowy zapowiedziano na 30 kwietnia 2005 r.
Miło mi było usłyszeć nie tylko wspomnienia mojej generacji (Neli Mongin, Franka Kowalewskiego, Janiny Lewczuk, Krystyny Adamowicz, Wojtka Piotrowicza, Freda Szturmowicza, Zofii i Jana Kuncewiczów), lecz także i młodszych uczestników „Wilii” (Krystyny Moroz-Łapin). Kontynuowali oni nasze tradycje już w znacznie lepszych warunkach niż my, mieli bliższe kontakty z Polską, mieli i mają możność uczestniczenia w różnych festiwalach zespołów polonijnych.
Moje gratulacje dla wszystkich organizatorów tego koncertu, a przede wszystkim dla Renaty Brasel - młodej dyrygentki za przygotowanie części artystycznej, dla Janiny Krauczyniene i Jolanty Nowickiej - choreografa i dyrektorki zespołu za piękną wystawę obrazującą historię „Wilii” na przestrzeni 50 lat.
Koncert prowadzili Krystyna Adamowicz - zastępca redaktora „Kuriera Wileńskiego” i Jan Dzilbo - pracownik samorządu rejonu wileńskiego.