Podglądy

Gdyby Marsjanin czytał nasze gazety...

Nie od razu uwierzyłam, bo wiadomość jest wstrząsająca jak atak tsunami. Otóż przeczytałam gdzieś, że poseł Algis Čaplikas stanie przed komisją etyki poselskiej za użycie brzydkiego słowa na posiedzeniu jednego z sejmowych komitetów. Podczas dalszej lektury tego news’u dostałam wypieków. Zżerała mnie ciekawość, jakimże to mięchem rzucał w kolegów obsceniczny poseł, skoro jak jeden mąż i niewiasta polecieli na skargę do komisji etyki. Otóż użył on tak plugawego przekleństwa, że aż strach powtarzać. Powiedział: „do diabła!...”. Nie wiem, co na to obecne na posiedzeniu komitetu panie? Osobiście co najmniej bym zemdlała.

Wszystko wskazuje na to, że komisja etyki poselskiej nie ma poważniejszych spraw niż zajmowanie się niewyparzoną buzią posła Čaplikasa. Czytając te rewelacje zakląłby szpetnie nawet nauczyciel savoir vivre’u ze szkoły dla dobrze urodzonych panien. To bowiem, co wyczyniają posłowie o wrażliwych uszach (tzw. ynteligencja szpagatowa) można porównać jedynie z leczeniem trądziku młodzieżowego u pacjenta chorego na czarną ospę w komplecie z cholerą, odrą oraz dyzenterią.

„Gdyby Marsjanin czytał nasze gazety, doszedłby do wniosku, że Ziemianie składają się głównie z ministrów i morderców” – powiedział kiedyś Hermann Bondi, brytyjski kosmolog. Strach pomyśleć, do jakiego wniosku doszedłby Marsjanin śledząc nasze media... Pomyślałby pewnie, że nasze społeczeństwo składa się głównie z polityków, a ci to przeważnie konfidenci obcych służb specjalnych, łapówkarze, kłamcy, złodzieje, fałszerze, bandyci i po prostu pajace... A na tym tle jaśnieje jeden jedyny polityk uczciwy i sprawiedliwy, ale bezradny – to prezydent Valdas Adamkus. Nie chciałabym generalizować, ale kto mi zaprzeczy, że w naszym politycznym zoo obok stadka baranków (niech im będzie) gnieżdżą się nie tylko zwyczajne drapieżniki, ale też jakieś przeraźliwe hybrydy – połączenie sępów z krokodylami albo coś równie szpetnego i groźnego. W dodatku twory te są opancerzone i nieprzemakalne na świadczące przeciwko nim dowody, argumenty, krytykę, potępienie opinii publicznej. W dawnych czasach strzelano sobie w łeb za puszczenie bąka na salonach. A dziś?... Mer podejrzany o łapówkarstwo, minister gospodarki – o sfałszowanie dyplomu, poseł i wiceprezes czołowej partii... o zlecenie zabójstwa. Zaś wszyscy razem wzięci raz po raz popadają w konflikt interesów prywatnych i publicznych. Takiego politycznego scenariusza mógłby Litwie pozazdrościć nawet klasyk horroru Hitchcock.

Marsjanina zaś najbardziej zdziwiłoby chyba to, że ostrzeliwani przez krytykę politycy przejmują się nią... jak karawana ujadającymi psami. Idą sobie dalej. Nawet gdy jest to krytyka z ust prezydenta. A raczej tym bardziej, bo wszyscy nasi politycy razem wzięci mają błyszczące buty... od wycierania ich sobie o prezydencki autorytet. O tym, jak bardzo w naszym kraju liczą się z szefem państwa, najdobitniej świadczy przygoda pierwszej damy, która nie doleciała na czas do Warszawy, na urodziny prezydentowej Jolanty Kwaśniewskiej. Samolot odleciał bez niej, bo... zapomniano ją (wraz z osobą towarzyszącą) w poczekalni dla VIP-ów. I nawet nie przeproszono, bo Litewska Spółka Lotnicza nie znalazła winnego. „My i nie próbowałyśmy wyjaśniać (kto zawinił – przyp. L. D.). Bardziej nam zależało na dotarciu na czas do Warszawy” – skromnie tłumaczyła dziennikarzom towarzysząca pani Adamkusowej asystentka prezydenta, gdy ci pytali o reakcję pierwszej damy na taki afront. Marsjanin by się ubawił po pachy... jeżeli je ma. A teraz wyobraźcie sobie piekiełko, jakie by się rozpętało, gdyby na miejscu małżonki prezydenta znalazła się pani premierowa, ewentualnie merowa, ministrowa czy połowica jakiegoś mającego hrabiowskie ambicje posła...

Pokaż mi, jak traktują twoją małżonkę, a powiem ci kim jesteś – ta smutna parafraza pasuje do naszego prezydenta jak ulał. Co z tego, że Valdas Adamkus w kolejnym orędziu do narodu poskarżył się na mera Zuokasa i ministra Uspaskicha (rzecz jasna bez wymieniania personaliów, bo nasz prezydent jest człowiekiem rzadkiej delikatności i taktu)? Ano nic z tego. Obaj długo udawali, że nie o nich mowa, po czym mer, chyba w ramach zadanej samemu sobie pokuty, na parę miesięcy scedował na inną osobę swoje prezesostwo w partii. Radość w związku z tym w mediach i wśród adwersarzy mera zapanowała wielka. Nawet prezydent uznał, że jego kum już zrobił pierwszy krok ku publicznemu wychłostaniu się za domniemane grzechy. A ja się pytam, co ma pączek do walca drogowego? Po jakiego muchomora Zuokas odegrał ten spektakl ze składaniem (w dodatku tymczasowym) swoich pełnomocnictw w partii? Toż prezydent nie kwestionował jego zdolności jako przywódcy centroliberałów. Zarzuty stawiane tatusiowi miasta (i niektórym jego pachołkom-cmokersom) dotyczą korupcji na niewyobrażalną dla przeciętnego obywatela skalę. Tak więc, jeżeli już się Zuokas szarpnął na złożenie pełnomocnictw, to wypadało rezygnować z merostwa, a nie z kierowania partią. Tymczasem mer udaje nie rozumiejącego po ludzku Marsjanina.

Minister (już teraz eks) Uspaskich też bardzo długo był nieprzemakalny na stawiane mu zarzuty. Nie przejmował się ani gadką prezydenta, ani ujawnianymi co raz to szpetniejszymi plamami na życiorysie i honorze. Spokojnie sobie ministrował, choć ciążące na nim zarzuty (o wykorzystywanie stanowiska do protegowania prywatnych interesów) byłyby w stanie zachwiać słoniem. Poległ na głupiej sprawie – dyplomu, który miał zdobyć w prestiżowym moskiewskim Instytucie Gospodarki Narodowej im. G. W. Plechanowa, a którego nie posiada... Ściślej mówiąc, legitymował się ponoć sfałszowanym. Niby sprytny, a jednak głupi. Lubił się bowiem tym szemranym kwitkiem publicznie wachlować (patrzcie, jakim wykształcony!). Zapomniał, że ludziska z natury zazdrośni są (o wykształcenie też), zaś media – wścibskie jak rozplotkowany babiszon. Tygodnik „Ekstra”, widocznie z nudów, postanowił poszukać tego dyplomu u źródeł, czyli w Instytucie Plechanowa. Dziennikarze sami się pewnie nie spodziewali, że rozpętają w ten sposób cud-piękności skandal, bo okazało się, że nikt w tym Instytucie nie miał przyjemności oglądać czy znać, a już tym bardziej kształcić naszego ministra. Ironia losu polega na tym, że to nie jakiś tam wiodący dziennik, a głupiutka bulwarówka wycięła Uspaskichowi numer z dyplomem. Minister, który nic sobie nie robił z zarzutu, że jest po uszy umoczony w konflikt interesów prywatnych i publicznych (potwierdziła to naczelna komisja etyki), tego afrontu nie przeżył. Zapowiedzial swoją dymisję. Co prawda na początku srożył się i jeżył. Groził, że dyplom mediom pokaże. „Jutro”. Media spekulują, że nawet poleciał do Moskwy, by z Instytutem Plechanowa jakoś się ułożyć na okoliczność, by tamtejsze profesory przestały chlapać dziobami. Albo to wredne insynuacje, albo się nie udało, bowiem to „jutro” nigdy nie nastąpiło. Marsjanin by się załamał, Uspaskich zaś się złamał i zapowiedział, że składa nie tylko tękę ministra, ale też mandat poselski.

Byłoby to zabawne, gdyby nie zachwiało rządzącą koalicją. A zachwieje. Naczelny wódz Partii Pracy, koalicyjnego partnera socjaldemokratów, po takiej kompromitacji i faktycznym wycofaniu się z polityki, już nie może swoją osobą firmować tej koalicji. Kto miałby go zastąpić? Wiceprezes PP, poseł Antanas Bosas, na którego grupka ujętych niedawno płatnych morderców rzuciła podejrzenie o zlecenie zabójstwa? Co prawda któryś z killerów swoje oskarżenia wycofał twierdząc, że obciążające Bosasa zeznania wymusiła na nim policja, jednak w międzyczasie media upodliły posła najpiękniej jak umiały. Zasugerowały, że w swoim czasie kumplował się z kłajpedzkimi bandziorami. Nawoływany przez opozycję do złożenia mandatu, by umożliwić organom praworządności przesłuchanie i dochodzenie, które wypadałoby w tej sprawie przeprowadzić (chociażby po to, by porządnego chłopa oczyścić z zarzutów), poseł zaproponował, że może swoje poselstwo co najwyżej zawiesić. Na określony czas. Jak Zuokas swe kierownictwo w partii. Piękne przykłady bywają jednak zaraźliwe. Problem polega na tym, że mandat to nie kufajka do zawieszania na gwoździu. Taka procedura jest niemożliwa, nie pozwala na to statut sejmowy. Innej propozycji Bosas nie miał. Zresztą trapiły go ważniejsze sprawy niż oczyszczanie się z głupich zarzutów o próbę odesłania dawnego biznesowego konkurenta na łono Abrahama. Musiał bowiem przygotować się do wystawnego jubelka w Pałacu Tyszkiewiczów (obecnie Muzeum Bursztynu) w Połądze. I swoją pięćdziesiąchę odświętował iście po hrabiowsku! W czasie gdy poseł, przyobleczony w elegancki biały smoking (w czarne prążki), w towarzystwie powiewającej wystawną kreacją i rozłożystym kapeluszem małżonki witał ubranych w stylu retro gości, jego ochroniarze rozganiali pchających się do muzeum namolnych zagranicznych turystów i trzymali w bezpiecznej odległości uwieszonych okolicznych drzew fotoreporterów. Dziw jeszcze, że w tę całą hołotę nie strzelali. Okazuje się bowiem, że zgodnie z litewskim ustawodawstwem tacy goryle mogą w ochronie interesów swoich (nomen omen) bosów stosować przemoc i inne „środki specjalne”, a gdy uznają, że to nie wystarcza, mają prawo użyć broni palnej. Tak więc głodnym widoku bursztynu turystom i rozbestwionemu dziennikarskiemu plebsowi jeszcze się upiekło. A gdy po tej uczcie zadżumionych media rzuciły się na posła z zarzutami o ograniczanie wolności prasy i dostępu turystom do muzeum, ludzie Bosasa odpysknęli, że to dziennikarze nie uszanowali prywatności polityka i jego gości. Może i mają rację, ale osobiście znam inny sposób na ochronę prywatności niż obstawianie się gorylami. Polega on na organizowaniu prywatnych jubelków w miejscach zacisznych i ustronnych (na Litwie takich mnóstwo), a nie w publicznych pałacach. Jeżeli zaś ktoś chce się zabawiać w jaśnie państwo hrabiostwo (obawiam się, że w czasie, gdy w ich pałacu odbywał się ten raut, nieżyjący już Tyszkiewiczowie przewracali się w grobach z szybkością wiatraków), musi się liczyć z zainteresowaniem mediów. Tym bardziej, gdy chodzi o osobę publiczną i budzącą niejakie kontrowersje. Zresztą, stawiam dolary przeciwko skasowanym biletom autobusowym, że pan Bosas świadomie urządził w Pałacu Tyszkiewiczów wspomniane widowisko. Świadczy o tym chociażby liczba zakontraktowanych wcześniej goryli, którzy mieli chronić jaśnie bosowstwo i ich gości przed motłochem. Przecież mogło się zdarzyć, że pies z kulawą nogą nie wieszałby się po drzewach, by podglądać i fotografować świeżo upieczonego podhrabka. Wystarczyło wybrać na łechtanie swoich nowobogackich ambicji inne miejsce lub przynajmniej inny czas – po godzinach pracy muzeum i największej frekwencji wypoczywających w parku. Poza tym można było balować ciszej nieco, tymczasem pana poselski raut nagłośniono tak starannie, że w parkowych stawach dostały nerwicy nie tylko łabędzie z kaczkami, ale też rybki. Tylko głuchy, ślepy i kulawy dziennikarz nie wdrapałby się w tych okolicznościach na drzewo, by popodglądać igraszki arystokracji bosowego chowu. Jestem pewna, że poseł zorganizował swój jubelek w tym a nie innym miejscu, wg tego a nie innego scenariusza, by pokazać całej Litwie, że wszyscy jego krytycy ze swoimi zarzutami mogą mu co najwyżej skoczyć na butonierkę w klapie białego smokingu. Marsjanin czytając o tym cyrku zabiłby się własną pięścią... jeżeli takową posiada.

W obliczu powyższych cudów obiema rękami podpisuję się pod wnioskiem posła Juliusa Veselki, który zarejestrował w Sejmie projekt nowelizacji ustawy O świętach państwowych i narodowych. Postuluje w nim o wniesienie do litewskiego kalendarza świątecznego Dnia leni, cwaniaków i gamoni. Poseł bez ogródek oświadczył, że byłoby to zawodowe święto jego kolegów – polityków. Szef komisji etyki poselskiej (ten sam, który ma zadecydować o ciężarze przewinienia posła Čaplikasa) Algirdas Monkevičius, poproszony o ocenę pomysłu Veselki, określił go jako figiel. Na szczęście Monkevičius potraktował rzecz z humorem i z dystansem. Nie odsądził kolegi od czci i wiary, jeno wyraził przypuszczenie, że ten poprzez swój projekt być może „umyślnie chciał wstrząsnąć świadomością posłów i społeczeństwa”. Jeżeli chodzi o posłów, obawiam się, że takie wstrząsy mogą nie wystarczyć, by otrzeźwić ich świadomość. Proponowałabym elektroszok. Jeżeli zaś chodzi o społeczeństwo... to my dziękujemy. Mamy dość wstrząsów, a i świecenia oczyma przed Marsjanami też...

Lucyna Dowdo

Wstecz