Podglądy

Jest charmant... do ciężkiej cholery!

Nudno i siermiężnie. Litewskie życie polityczne przypomina sławne prowincjonalne piekło, w którym organista zazdrości żonie aptekarza, że miała lekki poród. Nie ja to wymyśliłam. Premier Brazauskas narzeka. Co prawda o tej zazdrości – to ja, ale o reszcie – on. Premier raczył zauważyć, że litewska polityka w zawrotnym tempie prowincjonalnieje, kojarzy mu się z parafialną połajanką, w związku z czym autorytet państwa jest szargany jak mocno przechodzona ulicznica (o tej ulicznicy to też ja, o reszcie – premier).

Premierowi jest przykro. Głównie dlatego, że nasze partie polityczne nie potrafią nawalać się z klasą, kłócą się jak napite i zgoła nieprzytomne parobki. „Gdy trwa walka na słowa, drobne wzajemne obelgi poszczególnych osób wyglądają bardzo nędznie. Wyglądają jak parafialna połajanka” – poskarżył się szef rządu w wywiadzie dla jednej z rozgłośni radiowych. Z tego wniosek, że Brazauskas tęskni do obelg dużego kalibru.

Premier jest zdegustowany. Nie tylko miałkością obelg, ale też zachowaniem mass mediów, które zamiast opisywać „osiągnięcia państwa w dziedzinie kultury, gospodarki i innych”, babrają się w tym prowincjonalnym szambie delektując się rozsiewanym odorkiem. W dodatku kreują nas na niedowartościowane ofiary losu.

„Nikt nie oczekuje koloryzowania rzeczywistości, okłamywania siebie i zagranicy. Trzeba tylko pokazać czym żyje Litwa” – klaruje społeczeństwu, jak komu dobremu, premier dodając, że tacy, na przykład, Estończycy, szukają u siebie pozytywnych przykładów, po czym je propagują w mediach. Szef rządu, jak za dawnych czasów, domaga się więc od dziennikarzy propagandy sukcesu zapominając, że...

Sukces sam z siebie się nie zrobi,

Żeby plon zebrać, trzeba siać

I mieć od nowa takie hobby,

Żeby się do roboty brać.*

Chociaż... a propos siania i brania się do roboty, z tego też nie bardzo robi się sukces. Nie w naszym kraju. Bo co z tego, że nasi rolnicy w tym roku zasieli i narobili się przy swoich zasiewach po pachy, skoro ostatnie tygodnie mieliśmy obfitujące w klęski żywiołowe. Przy okazji okazało się, że to co dla premiera i innych ministrów jest drobną niedogodnością (eleganckie buty na skórzanej podeszwie nie lubią człapania po kałużach, nawet gdy jest to droga od limuzyny do drzwi rezydencji), dla chłopa może być katastrofą. A naszemu chłopu tego lata – jeżeli czegoś nie zniszczył huragan i nie wysiekło gradem – to wielodniowa ulewa przekształciła w malownicze, ale nieprzydatne do niczego sadzawki. I tu się potwierdziły niejednokrotne sugestie polityków, że naszemu obywatelowi brak klasy, opanowania i dystansu wobec rzeczy nieodwracalnych. Zapyziałe prymitywne chłopstwo, zamiast machnąć na zniszczone plony ręką i rozjechać się po kurortach (w celu rozładowania stresu), uderzyło w lament i dawaj zawracać głowę premierowi o pieniądze na wyrównanie wyrządzonych strat. A do wideł, hołoto!.. Przepraszam, nie do wideł, jeno do spółek ubezpieczeniowych. Tako odrzekł hołocie premier. Odesłał chłopów po odszkodowania do ubezpieczalni. Słyszał gdzieś pewnie (szef naszego rządu światowy człowiek jest), że na ten przykład, rozpuszczony jak dziadowski bicz rolnik francuski, w którego ładuje się 10 procent unijnego budżetu, na wypadek klęsk żywiołowych asekuruje się ubezpieczając swoje winnice bądź serowarnie. Taki ten Francuz sprytny i inteligentny. A nasz chłop to troglodyta. Gdyby nie równie nieokrzesani jak rolnicy pismacy, tak by już i zostało, że litewski rolnik sam sobie straty na durny łeb sprowadził. Wtrącili się jednak dziennikarze „Kauno dieny” (trzebaż tupetu!). Uparli się mianowicie, by po wyniosłej reakcji premiera Brazauskasa na tragedię rolników (a zniszczenie dorobku całego roku tragedią jest i basta), spróbować ubezpieczyć fikcyjny 80-hektarowy łan pszenżyta na okoliczność posuchy, przymrozków, gradobicia i innych wynaturzeń... natury. We wszystkich spółkach, do których się zwracali, potraktowano ich grzecznie, ale jak półgłówków. Dowiedzieli się, że zasiewów nikt nie ubezpiecza, bo... i tu mieli do wyboru dwie wersje: a) brak przepisów regulujących takie ubezpieczenia, b) tylko spółka-samobójczyni podjęłaby się takiego ubezpieczenia, bo... przynosi ono straty. Jedynie spółka „PZU Lietuva” zgodziła się na taki geszeft, zażyczyła jednak sobie za to ubezpieczenie 70 litów od hektara, czyli za całość 5 600 rocznie. Sądzę, że łatwiej w litewskich lasach spotkać misia koalę niż na ubogiej litewskiej wsi chłopa zdolnego wysupłać taką kwotę na ubezpieczenie. Zresztą, okazuje się, że nawet podczas największego urodzaju, nikt nie wydoi z hektara pszenżyta więcej niż 100 litów. Gdy z tej sety 70 zapłaci za ubezpieczenie, pozostałe 30 mogą mu nie wystarczyć na koszta transportu do punktu skupu. Poza tym niedawno mieliśmy piękny przykład bankructwa jednej ze spółek ubezpieczeniowych INGO Baltic, która pozostawiła na lodzie 75 tysięcy klientów i rząd nie wie, co dalej z tym fantem począć. Taki to biznes i z sianiem, i z ubezpieczaniem.

Wspominałam już, że szef rządu wydaje się tęsknić do obelg dużego kalibru. Po tym, jak potraktował chłopów, polecałabym mu wycieczkę na wieś. Pewnie by się zachwycił wielopiętrowością epitetów, którymi zostałby poczęstowany. Zresztą po kilku dniach stanowisko Brazauskasa w sprawie częściowego przynajmniej wyrównania rolnikom strat uległo złagodzeniu. Zasugerował, że może się jakieś pieniądze znajdą, ale nie natychmiast i jeżeli Unia pozwoli. Ach, jacyż oni wobec tej Unii ulegli... gdy trzeba dać coś obywatelowi nie sobie.

Coraz częściej mam wrażenie, że nasz rząd zachowuje się jak młody kundel. Testuje cierpliwość pana (w tym wypadku społeczeństwa) poprzez coraz bezczelniejsze zachowania, deklaracje i pomysły. Jeżeli pan się dziko oburzy, to się z nich wycofuje, jeżeli pokornie połknie, to mamy przechlapane. Znów nam coś zabierze. Z młodym kundlem też tak jest. Pozwólcie mu spać na wycieraczce, to wejdzie wam do przedpokoju. Nie przegonicie go stamtąd – wejdzie do salonu. Pozwolicie tam zostać – wpakuje się do sypialni. Potem do łóżka i do miski... Dowcip polega na tym, że wcześniej czy później (lepiej wcześniej) trzeba powiedzieć takiemu bydlątku – won, do budy! W innym razie obudzimy się pewnego dnia z ogryzionymi uszami.

Nie da się już ukryć, że nasi politycy po prostu społeczeństwem gardzą, w dodatku ostentacyjnie. Nie dziwiło mnie to u politycznych nuworyszy konserwatystów. Tym, gdy się dorwali do władzy, woda sodowa nie tylko uderzała do głowy, ale wręcz tryskała uszami. Kiedyś mój ulubiony polityk Vytautas Landsbergis był uprzejmy powiedzieć wprost, że nie podoba mu się smutne usposobienie obywateli Litwy. Zaś zarzuty, że nasz obywatel jest biedny, bo durny, są na porządku dziennym i padają z ust przedstawicieli najróżniejszych opcji politycznych. Jednak takie odzywki i postawy nie pasują do partii, która w swojej nazwie ma człon: socjaldemokratyczna. A coś mi się obijało o uszy, że obecnie rządzi nami właśnie taka opcja, zresztą na spółkę z partią robotniczą i inną, też z przedrostkiem „socjal...”. Przed nastąpieniem tych rządów wydawało mi się, że socjaldemokraci wywodzą się z ruchu robotniczego dążącego do zmniejszenia nierówności społecznych. Klasyczni socjaldemokraci zmierzali nawet początkowo do zastąpienia kapitalizmu socjalizmem. Z czasem przestali się z tym zastąpieniem wygłupiać, ale ich celem, hasłem, sztandarem jest polityka prospołeczna – dążenie do zapewnienia każdemu prawa do pracy, równości szans w dostępie do oświaty, kultury, służby zdrowia, większej równości dochodów... Te wzniosłe dyrdymały można kontynuować w nieskończoność. I śmiech powiedzieć – zachodni socjaldemokraci przynajmniej próbują zachować pozory. Nasi zaś po latach obrastania w sadło dostali skrzydeł u stóp – od plebsu, za jaki uważają resztę społeczeństwa, już się oderwali i w przestworza nowobogactwa wznieśli, ale kudy im tam do klasy reprezentowanej przez najdurniejszego polityka zachodniego.

Wyobrażam sobie piekło, jakie by nastąpiło, dla przykładu w Niemczech, gdyby jakiś bęcwał – wiceminister zdrowia z SPD (ichniejsza Socjaldemokratyczna Partia) – z miną zblazowanego arystokraty oświadczył w telewizji, że droższe leki są dla zamożnych, a biedota musi liczyć się z tym, że chorowanie, owszem, kosztowne jest. Taki cham zostałby tam utrupiony politycznie do trzeciego pokolenia w przód. U nas zyskał aprobatę szefa rządu.

„Społeczeństwo uważa, że nie każdy może się leczyć drogimi lekami, podobnie jak nie każdy może jadać w restauracji „Stikliai” – pouczył był hołotę (może nie dosłownie, ale w ten deseń) wiceminister zdrowia Rimantas Šadžius. Pouczył w związku z planowaną zmianą trybu refundacji leków. Ministerstwo otóż wymarzyło sobie, że będzie refundowało pacjentom wyłącznie leki tańsze i starszej generacji, a jak ktoś ma kaprys leczenia się lepszymi, niech buli z własnej kieszeni. Taka segregacja majątkowa. Trzeba przyznać, że przy refundacji leków usiłują majstrować wszystkie rządy. Tak się bowiem składa, że pacjenci, szczególnie przewlekle chorzy, to takie cwaniaczki, które, jeżeli im pozwolić, wybierają w aptece leki skuteczniejsze, a więc droższe. Nadszarpując przy tym budżet państwowy, tak jakby nie było pilniejszych wydatków niż utrzymywanie przy życiu niedoszłych umarlaków. Weźmy na ten przykład bieżący remont w gmachu Sejmu (nowe parkiety, tynki i meble), na który przeznaczono drobne 7,8 miliona litów czy planowaną budowę nowej sali posiedzeń za 40 milionów litów (a propos, to prawie połowa kwoty potrzebnej na wyrównanie strat rolnikom).

Ale wróćmy do reakcji premiera na cyniczny wyskok ministra Šadžiusa.

„On logicznie umotywował swoje stanowisko” – pochwalił go Brazauskas zagabnięty przez dziennikarzy na okoliczność czy nie zamierza przypadkiem wyszarpnąć stołka spod bezczelnego tyłka tego chama. Dziw jeszcze, że nie udekorował go jakim orderem czy premią za odwagę i szczerość.

Ostatecznie oburzenie opinii publicznej sprawiło, że rząd nie odważył się na wprowadzenie radykalnych zmian w trybie refundacji leków. Ale jeżeli ktoś jest tak naiwny i myśli, że nasi „samodzierżcy” przestaną w tym temacie kombinować, to chyba nie mieszka w naszym kraju. Ani przez chwilę nie wątpię, że kundel nadal będzie testował naszą cierpliwość. Nie wątpię też, że jego nienawiść wobec nas będzie wzrastała. I nie dziwota. Elity wszak mamy pierwyj sort, za to narodem jesteśmy kołtuńskim i niewesołym, słowem – bez jaj. Zamiast sobie podyskutować o walorach szparagów z sosem holenderskim czy o tym, że dobrego szampana pija się z truskaweczką, ciągle marudzimy. Szarpiemy naszych pięknych, wypachnionych i spasionych rządzących za rękawy eleganckich garniturów i usiłujemy się w nie wypłakać – a to wypłaty za niskie, a to benzyna za droga, a to leki nie do wykupienia, a to znów ceny na bilety w komunikacji miejskiej za wysokie. I ciągle krzywimy się na trwonienie środków budżetowych na różne ładne rzeczy, które mogą sprawić, że z dalekiej perspektywy (i dla obcokrajowców) kraj nasz będzie wyglądał bardziej ponętnie. Ani sejm, ani rząd nie mają czasu zawracać sobie głowy takimi dyrdymałami jak nasze codzienne frasunki. Ministry i posły są stworzone do spraw wielkich, rzec można strategicznych. Chociażby takich jak kształtowanie pozytywnego wizerunku naszego kraju. A to kosztuje. Ale gdy idzie o dobre imię Ojczyzny liczenie pieniędzy jest nieeleganckie. Ostatnio rząd ogłosił więc przetarg pt. „Strategia formowania wizerunku Litwy”. Do udziału w nim zaprasza się zarówno krajowe jak i zagraniczne firmy od public relations (kreowania wizerunku). Źli ludzie powiadają, że w to dzieło pudrowania naszego prowincjonalnego kraiku tak, by z daleka przypominał europejskiego lwa salonowego, zostaną władowane grube miliony oraz, że przetarg jest już ustawiony pod jedną firmę. Ale nie wierzmy złym ludziom. Więcej patriotyzmu! Chociażby z tego względu, że upomina się oń prezydent. Valdas Adamkus ostatnio poskarżył się młodzieży, że martwi go ten brak patriotyzmu, podobnie jak kryzys moralny, który ogarnął Litwę. Zróbmy mu przyjemność, przyznajmy raz, że na Litwie jest charmant (pięknie)... do ciężkiej cholery!

Lucyna Dowdo

* fragment wiersza Wojciecha Młynarskiego Największy sukces

Wstecz