Podglądy
Korupcjo, ty hydro lernejska!
Najnowsze badania przeprowadzone przez międzynarodową kampanię „Gallup” zadały kłam twierdzeniom, że nasi politycy i urzędnicy nic nie potrafią czynić z oddaniem i konsekwencją. Otóż, zdaniem obywateli, potrafią śpiewająco... Uprawiać korupcję. Okazało się, że w opinii mieszkańców naszego kraju, Litwa jest tak skorumpowana, iż prześcignęła w tym procederze takie państwa jak Wietnam, Iran, Afganistan, Uzbekistan, Białoruś, Rumunię, Rosję oraz niejeden kraj określany mianem republiki bananowej. Badania kampanii „Gallup” polegały na zadaniu obywatelom 101 kraju pytania: „czy w organizacjach państwowych i w sferze biznesu waszego kraju korupcja jest zjawiskiem bardzo rozpowszechnionym, czy nie?”. Indagowani na ten temat obywatele Litwy odpowiadali tak jednomyślnie twierdząco, iż nasza bursztynowa kraina zdobyła zaszczytne 101 pierwsze miejsce. No, serce rośnie!
Mieliśmy – jako państwo – już takie osiągi jak chociażby miejsce lidera pod względem liczby popełnianych samobójstw, prowadziliśmy w rankingu krajów mających najgorszą opiekę zdrowotną, prześcignęliśmy wszystkich pod względem liczby wypadków śmiertelnych na drogach. Ale to wszystko na ciasnym dziedzińcu europejskim. Tym razem udało nam się zabłysnąć noworocznym fajerwerkiem na skalę światową. „Ale to tylko w opinii przeciętnych obywateli – wrednej, niewdzięcznej i pyskatej hołoty, która nie przepuści żadnej okazji, by dopiec władzom” – tak pewnie uważają tej władzy przedstawiciele. Nie zmienia to faktu, że to 101 miejsce, na którym ulokowaliśmy Litwę, świadczy o głębokiej pogardzie, jaką nasz obywatel żywi do naszego polityka czy urzędnika, a ta z czegoś wynika. Sądząc z druzgocącego wyniku tego sondażu, uważamy, że panuje u nas już nie korupcja, jeno pełną gębą kleptokracja (tak elegancko określane są rządy złodziei). Obie te szpetne „damy” na literkę „k” łączy fakt, że są sprzedajne, różni zaś to, że za panowania kleptokracji rządzący odrzucają jakiekolwiek pozory uczciwości. Wieniec naszego społeczeństwa, po takiej ocenie, powinien właściwie wystąpić o rozwód z własnym narodem i rozejrzeć się za jakimś innym. Wdzięczniejszym czy co? Niestety, utrzymanki (a tym są dla narodu politycy) nie rozwodzą się ze swoimi sponsorami zanim ich nie oskubią jak kurczaka.
Jeżeli zaś chodzi o prawdziwy stopień przeżarcia naszego państwa korupcją, optymiści pocieszają, że nie jest tak źle, bowiem to obrzydliwie choróbsko zaatakowało nas zaledwie w połowie. Od czubka głowy (bo tak się psuje ryba), i ciut niżej niż do pasa. Transparency International, międzynarodowa organizacja badająca, ujawniająca i zwalczająca praktyki korupcyjne plasuje nas na 46 miejscu (wraz z Czechami i Kuwejtem) wśród 163 monitorowanych przez siebie państw. TI co roku publikuje wskaźnik percepcji korupcji (Corruption Perceptions Index – CPI) w tych krajach. Każdy z nich oceniany jest w skali od 10 (największa przejrzystość) do 0 (największa korupcja) punktów. My od 2001 roku stabilnie osiągamy wskaźnik 4,8, czyli do ideału brakuje nam zaledwie 5,2 punkta. Niestety, państwo nie przekraczające 5 punktów, w dodatku drepczące w miejscu, jest uważane za niezdolne do okiełznania poziomu korupcji i nie czyniące w tym kierunku żadnego postępu. Oj, czarno widzę przyszłość premiera Gediminasa Kirkilasa, który, niczym mitologiczny Herakles, zapowiedział niedawno, że albo w ciągu najbliższego roku urwie co najmniej parę łbów tej hydrze, albo poda się do dymisji. Aż się tej obietnicy boję, bo zasadniczo premiera Kirkilasa lubię. Nie żeby za jakieś osiągnięcia. Uważam, po prostu, że jest on najsympatyczniejszym szefem rządu, jakiego mamy od chwili ogłoszenia niepodległości. Odtajnił posiedzenia rządu, nie chowa się przed dziennikarzami i nie traktuje ich, wzorem poprzednika, jak obmierzłych półgłówków. Poza tym jest niegłupi, przestrzegający w swojej partii kolejności dziobania, a więc skromny. A też bezpretensjonalny i choć stary wyjadacz polityczny, nie umoczony w jakichś spektakularnych aferach. I o dziwo, potrafił przekonać inne partie do podpisania porozumienia w sprawie wspólnej walki z panią „k”. To się chwali, ale żeby w razie klęski nieopatrznie zapowiadać dymisję? Tu premier przesadził. Bo litewska korupcja to, jak już wspomniałam – wypisz, wymaluj – mitologiczna hydra lernejska. Tak hadka, że włos się jeży na samo jej wspomnienie. Taki wielogłowy wężopies lub psowąż (ma ciało bulteriera, a głowy żmii), na karku którego buja się od 8 do 9 (a według niektórych wersji nawet 50 lub 100) łbów, w tym jeden nieśmiertelny. Na miejscu łba odciętego odrastają dwa lub trzy nowe. Bydlę jest bardzo jadowite, nawet zapach jego śladów wywołuje zakażenie skłonnością do afer. Powstaje pytanie: czy samotny rycerz Kirkilas (bo w pomoc innych nie wierzę) jest w stanie w ciągu roku pokonać lub przynajmniej pozbawić kilku łbów takiego potwora? Nie! Tu potrzebne są co najmniej całe legiony Kirkilasów!
Na szczęście, nasz premier łebski jest. Nie żeby posiadał kilka głów niczym hydra, ale tę jedną ma nie od parady. W obawie, że teraz mu pismactwo o tę wojnę z korupcją będzie łeb i inne części ciała fatygowało, gdzieś w tydzień po swej bojowej deklaracji ogłosił pierwszy sukces: „Śmiem twierdzić, że nie ma w strukturach władzy najbardziej skorumpowanej partii (Partii Pracy). Obecny rząd już wniósł więc pewien wkład w zwalczanie korupcji”. A więc to o to chodziło? Przegoniliśmy PP od żłoba i ani się obejrzymy, jak przekształcimy się w jakąś Finlandię, Islandię lub inną Danię (kraje o najmniejszej korupcji). Byłoby cudnie, ale jest pewna zgryzota. Otóż Partia Pracy powstała jesienią 2003 roku, a my od 2001 roku mamy niezmienny wskaźnik CPI – 4,8 punkta. Czyli nie PP nam ten wskaźnik napędza. Wniosek – albo niewłaściwemu bydlęciu łebek (Uspaskicha) ucięto, albo też nie takie korupcjogenne bydlę z tej Partii Pracy, jak nam się sugeruje. Ocena (od pięciu lat taka sama) wystawiana Litwie przez Transparency International każe sądzić, że właściwa hydra korupcji nadal hasa na wolności. Niech więc pan, panie premierze, dalej szuka tego potwora... Albo bliżej. Chociażby wśród partyjnych kamratów oraz współrządzących koalicjantów, tam bowiem lęgnie się ta paskuda, gdzie stoi żłób. Na początek można by jeszcze raz zapytać ekspremiera Brazauskasa: jak to było z prywatyzacją „Ality”? Dlaczego zlekceważono wyniki przetargu i zamiast włoskiemu zwycięzcy oddano przedsiębiorstwo rodzimej grupie towarzyskiej, która zaproponowała za nie najniższą cenę, w wyniku czego straciliśmy 36 milionów litów? Mógłby też premier popytać wśród kolegów, jak to było z prywatyzacją innego producenta alkoholu, kowieńskiej spółki „Stumbras”, którą holding „MG Baltic” „kupił” za pieniądze wyjęte z kasy tejże spółki. Tam też poszło się przespacerować (i nigdy nie wróciło) ponad 36 milionów litów. A gdyby Kirkilasowi pozwolono poszperać w przepastnych szufladach kumpli-posłów, znalazłby tam pewnie raport państwowej kontroli na temat prywatyzacji zachodnich linii rozdzielczych (lit. skrót VST). Ze wspomnianego raportu wynika, że hyderki, które pohasały sobie w „Alicie” i „Stumbrasie” to były milusie kiciusie w porównaniu z paskudą, która zaszalała w VST. Państwowa kontrola zasugerowała, że po pierwsze: wartość należącego do VST mienia została zaniżona; po drugie: wszystko wskazuje na to, że przetarg był ustawiony pod specjalnie w tym celu powołaną nikomu nieznaną spółeczkę o ograniczonej odpowiedzialności; po trzecie: zwycięzcy przetargu pozwolono prawie stukrotnie obniżyć kapitał zakładowy sprywatyzowanego przedsiębiorstwa i wypompować z niego ponad 401 milionów litów, czyli zwrócić sobie trzy czwarte zapłaconej za linie rozdzielcze kwoty.
Takie to cuda działy się ostatnio za rządów ferajny sympatycznego premiera Kirkilasa. Ale to sprytne towarzystwo nie jest bynajmniej wyjątkiem. Hodowlę hyder, hyderek i hydrąciątek (nie tylko na gruncie prywatyzacji) uprawiała u nas każda partyjka, która się kiedykolwiek otarła o władzę. Każda ma swoją mniejszą lub większą kolekcję tych potworków, żadna przy tym nie jest specjalnie zainteresowana pokazywaniem ich w zoo. Dlatego też nikt z naszych władzodzierżców jeszcze tak naprawdę nie beknął za korupcję. Przy okazji ujawnienia kolejnego przekrętu rządzących opozycja drze się wniebogłosy, ale krótko. Działa niepisana umowa – popyskować trzeba, ale potem gęba w kubeł, „bo też nie jesteśmy bez grzechu”. „My nie polujemy na wasze potwory, wy dajcie spokój naszym!” A hydry hasają bezczelnie i nieskrępowanie.
I do takiego kraju mają wracać zarobkowi emigranci, którzy dopiero co się z niego wyrwali? A przecież władze coraz poważniej kombinują, jakby tu ściągnąć ich z powrotem. W państwie zaczyna brakować rąk do pracy i, co najważniejsze, podatników. A przecież ktoś musi zrzucać się na waciki, pomadki, koraliki i inne duperelki dla naszej utrzymanki. Ci, którzy zostali w kraju, z coraz większym wysiłkiem spełniają zachcianki tej chciwej kokoty. Na nowych zaś sponsorów jak ulał pasują ludzie, którzy tyrają w różnych tam Londynach, Dublinach i Sztokholmach. Dlatego nasi władzodzierżcy dostają ślinotoku na samą myśl o dobraniu się do ich ciężko zarobionych euro. Sęk jednak w tym, że ci chwilowi emigranci, po zakosztowaniu w innych krajach normalności, za cholerę nie chcą do ojczyzny wracać. Brane są więc pod uwagę różne metody ich ściągnięcia – w rachubę wchodzi zarówno kij jak i marchewka. W ramach kija Algirdas Brazauskas (jeszcze będąc premierem) ogłosił, że trzeba by z zarobkowych emigrantów ściągać koszty ich wykształcenia. Z kolei poseł Petras Auštrevičius, lider nowo powołanego Ruchu Liberałów Litwy, wymyślił dla nich dość osobliwą marchewkę – nowelkę do ustawy O dniach świątecznych. Proponuje w niej, by dzień 18 grudnia, który na świecie jest obchodzony jako Międzynarodowy Dzień Emigranta (International Migrant’s Day), świętować również u nas... jako Dzień Powrotu (z emigracji, oczywiście). Auštrevičiusem, który jako główny negocjator w sprawie przystąpienia Litwy do UE osobiście przyczynił się do uruchomienia fali zarobkowej emigracji, prawdopodobnie targają wyrzuty sumienia. Boleje nad tym, że Litwę już opuściło ponad 400 tysięcy par rąk do pracy. „W takiej sytuacji codziennie powinniśmy udzielać uwagę wyzwaniom, jakie stawia przed nami emigracja, ale jakimś krokiem do przodu byłoby nadanie szczególnego znaczenia dniowi 18 grudnia” – ględzi w obronie swojego pomysłu. Widocznie uważa, że zarobkowi emigranci, gdy tylko się dowiedzą, że Litwa ogłosiła dla nich Dzień Powrotu (brzmi to trochę jak amnestia), w te pędy przygalopują do kraju. I już na zawsze tu zostaną. Razem z zarobionymi pieniędzmi. Tym bardziej, że w kraju tak sympatycznie, bo i Święta tuż-tuż, i Nowy Rok za pasem, więc zdobna w choinki i lampiony ojczyzna może się wydać szczególnie ponętna. „Jesteśmy przekonani, że okres ten jest wyjątkowy, a świętowanie Dnia Powrotu nadałoby mu jeszcze głębsze znaczenie” – bzdurzy Auštrevičius przekonany o genialności swojego pomysłu. A przecież trudno o większy kretynizm. Nikt nie wróci tu jedynie dlatego, że państwo kusi go Dniem Powrotu. Jeżeli już ogłaszać jakieś święto-wabik dla emigrantów, to proponuję Dzień Uczciwości czy Dzień Oczyszczenia. Wyobraźmy sobie, że w tym dniu (mogę pomarzyć?) wszyscy politycy, którzy mają coś na sumieniu, ujawnialiby swoje afery i składaliby dymisje. Jakież to byłoby piękne i uzdrawiające dla państwa. Po kilku latach takie święto przybliżyłoby nas do standardów panujących w cywilizowanych krajach, takich jak, dajmy na to, Szwecja. A nasi politycy przestaliby może tarzać się ze śmiechu obserwując takie przypadki, jak niedawna dymisja ministra kultury tego państwa – Cecilii Stegoe Chilo. Pani minister złożyła tę dymisję, gdy wyszło na jaw, że zatrudniała „na czarno” opiekunkę do dzieci, poza tym nie opłacała abonamentu telewizyjnego, narażając państwo na stratę... co najmniej 15 tysięcy koron (1520 euro). Gdy porównuję to przestępstwo z naszymi bezkarnie pląsającymi hydrami wydaje mi się, że żyjemy ze Szwedami na różnych planetach.
Żadne inne święto, ani świętowanie nie przywróci nam tych 400 tysięcy obywateli, którzy (rozmawiałam z wieloma) im dłużej siedzą tam, tym krytyczniej oceniają to, co się dzieje tutaj. Bo widzą, słyszą, porównują, wyciągają wnioski i co gorsza, tracą wywiezione z kraju cierpliwość i pokorę wobec nieprawości, jakich wobec swoich obywateli dopuszczają się władze rodzimego kraju. Nie radziłabym więc ściągać z powrotem tego fermentu tak długo aż tu coś się zmieni na lepsze. Mogłoby dojść do wybuchu... społecznego nieposłuszeństwa. Jeżeli jednak wbrew tym ostrzeżeniom Sejm zwariuje, uwierzy Auštrevičiusowi i zechce przychylić się do jego propozycji, to niech posłowie najpierw sprawdzą, kiedy dokładnie z wieloletniej i dalekiej emigracji powrócił na ojczyzny łono Valdas Adamkus. I ten właśnie dzień ogłośmy Dniem Powrotu, bowiem trudno o lepszą zachętę niż zawrotna kariera tego emigranta. A hasłem tego dnia mogłoby być zawołanie: „Wracaj z daleka, urząd prezydenta czeka!” albo coś równie idiotycznego, choć w wypadku Adamkusa zgodnego z prawdą.
Lucyna Dowdo