Opowieść o Juliuszu Tarnowskim - powstańcu styczniowym

Lepiej nam jest zginąć na wojnie,

niżeli patrzeć na niewolę narodu naszego

„Życie Juliusza Tarnowskiego nie da się opowiedzieć tak jak żywoty sławnych mężów dla wszystkich, bo życie Jego było tylko piękną obietnicą, a jedynym czynem śmierć. Miałby on prawo do tego, aby o nim Polska wiedziała, bo dał Jej najwyższy dowód miłości, jaki człowiek może i w innych czasach nieobojętnie zapewne słuchano by o tym młodzieńcu hetmańskiego pochodzenia i ducha, który z bagnetem w ręku poszedł na śmierć na ochotnika, a za ofiarę młodości swojej, szczęścia i życia swojego nie miał nawet pociechy zwycięstwa” – pisał we wspomnieniach około 1865 r. o swoim bracie Juliuszu Stanisław Tarnowski, późniejszy prof. Uniwersytetu Jagiellońskiego, prezes Akademii Umiejętności. Juliusz Tarnowski miał zaledwie 22 lata, gdy na polu bitwy w czasie powstania styczniowego oddał swoje życie za Ojczyznę.

Z rodu hetmańskiego

Pochodził ze znakomitego rodu, w którym cechy rodowe i obywatelskie bywały dziedziczne. Ród bohaterów Tarnowskich otwiera jego protoplasta Spicymir, który za usługi wojenne oddane królowi Łokietkowi, dostał nadania rozległych obszarów nad Dunajcem, gdzie założył miasto Tarnów (1330) i zbudował dwa warowne zamki w Tarnowie i Melsztynie (jego syn Jan odziedziczył Melsztyn, a Rafał – Tarnów, który swe posiadłości poszerzył o posiadłości w ziemi sandomierskiej – znajdowały się one do końca II wojny światowej w rękach Tarnowskich w Dzikowie), dalej – Spytek z Melsztyna, bohater spod Worskli (+(1399), jego syn Spytek, który zginął po rycersku pod Krotnikami w 1439 r., Jan i Spytek z Tarnowa, walczący w 1410 r. pod Grunwaldem i sławny hetman koronny Jan Tarnowski (ten ostatni założył jako wojewoda sandomierski nową gałąź Leliwitów). Dwaj synowie Jana, również Janowie, i ich stryjeczny brat zginęli wraz z królem Władysławem pod Warną w 1444 r.; Aleksander z Tarnowa zginął podczas bukowińskiej wyprawy króla Olbrachta 1497 r., jego brat, przyszły hetman koronny, zdobył imię wielkiego wodza pod Obertynem w 1531 r. Praojcowie Juliusza spełniali obowiązek wobec Ojczyzny idąc pod Psków, Płock, Ostrów, Orynin, Chocim, brali udział w wojnach szwedzkich, walczyli i ginęli w wojnach napoleońskich, w konfederacji barskiej, powstaniach. Prosto z ławy szkolnej do powstania kościuszkowskiego poszedł Marcin Tarnowski, walczył w Warszawie, bronił Pragi, potem w latach 1809, 1812, 1813, ranny parokrotnie i odznaczony pod Moskwą legią honorową przez Napoleona oraz polskim krzyżem Virtuti Militari, walczył po 1815 r. i przypłacił to czterema latami kazamatów w Petersburgu oraz więzieniem w Kursku. Pod Kościuszką bił się też Stanisław Tarnowski z linii dzikowskiej. Odznaczeni zostali krzyżem Virtuti Militari Michał Tarnowski z Dzikowa w 1809 i Władysław Tarnowski. W 1812 r. walczył w wojsku polskim Kazimierz Tarnowski i poległ w bitwie pod Mirem, w powstaniu listopadowym, zdobył krzyż zasługi – Walerian, a wujek Juliusza, Juliusz Małachowski oddał swe życie; wreszcie starszy brat Juliusza, Stanisław Tarnowski, za udział w powstaniu został skazany na dwanaście lat twierdzy w Ołomuńcu, jednakże dzięki amnestii przesiedział tam dwa lata. W 1920 dziesięciu Tarnowskich walczyło o wolność Ojczyzny – z Dzikowa Jan i Artur; siedmiu z nich zostało odznaczonych krzyżami walecznych. Należy też pamiętać, że Tarnowscy służyli Ojczyźnie przez wieki na polu nauki, gospodarki i polityki.

Łączył dobroć serca i zalety umysłu

Juliusz, najmłodszy spośród pięciorga dzieci syn Jana Tarnowskiego i Gabrieli z Małachowskich, urodził się 26 grudnia, na św. Szczepana 1840 r. w Dzikowie nad Wisłą (obecnie dzielnica Tarnobrzega). Imię dostał na cześć poległego w powstaniu listopadowym ukochanego brata swojej matki. Kochany był przez wszystkich w rodzinie niezmiernie. Wcześnie stracił ojca, może dlatego pociągało go towarzystwo osób w wieku dojrzałym. Miał wielki dar zjednywania sobie sympatii starszych i przyjaźni u znacznie dojrzalszych wiekiem kolegów. „Żywy, dowcipny, niewyczerpany w konceptach, choć jeszcze był chłopięciem, ożywiał całe towarzystwo. Bez niego Dzików stawał się smutny; Julka nie było, nie było prawdziwej zabawy. Wszystko, co robił, świadczyło o jego zręczności; na koniu siedział, jakby przyrósł do niego; strzelał celnie, tańczył z gracją i niezmordowanie – ale obok tych, łatwo było odkryć w nim cenniejsze zalety umysłu i serca. Niezwykłego wdzięku było to połączenie w nim pustoty dziecinnej z bystrością pojęcia, trafnością sądu, z siłą i wytrwałością w postanowieniu, z tą wreszcie delikatnością w obejściu, co mu od razu zjednywała serca”– wspominał pisarz Lucjan Siemieński w książce „Dwaj Juliusze”.

Miłość Matki przynosiła piękne owoce

Usposobienie miał buntownicze, ale czuła opieka matki, jej mądre i głębokie nauki, trafiające wprost do serca, miały istotny wpływ na właściwe kształtowanie się jego charakteru, o czym świadczą zachowane listy matki do Juliusza, gdy odbywał naukę w krakowskim gimnazjum, zakończoną maturą w 1858 r., potem studia na Uniwersytecie Jagiellońskim i uniwersytecie w Wiedniu, czy w słynnej szkole rolniczej w Hohenheim. Pisała ona: „Nie zatrzyj niczem dziecko moje jej (młodości – przyp. redakcji) nieskazitelności; przechowaj nietknięty skarb uczuć swoich dla towarzyszki życia, która ci się odpłaci świętą miłością, służącą za podstawę świątobliwym pokoleniom”. Gdy przypadkowo dowiedziała się, że tonął w Wiśle, napominała: „Nie omieszkaj wypłacić się z długu wdzięczności, aby cię później w jakim niebezpieczeństwie opieka Matki Boskiej nie zawiodła, moje kochane dziecko. Jej miłosierdziu dzień i noc polecam całą twoją przyszłość i „rzeczne kąpiele”, które o mało że nie pochłonęły jednego z największych skarbów mego życia”.

Juliusz odwzajemniał się miłością, o czym świadczą słowa pani Gabrieli: „Uprzedziłeś w czułości twoją matkę – i to wiele powiedzieć. Gdyby nie liczne otoczenie, byłabym pocałowała pismo twoje, mój drogi synu. Widziałam w niem jakby cząstkę ciebie samego, jakby fotografią twego serca. Cała moja w nim nadzieja, więcej jak nadzieja, bo bezpieczeństwo o to, co najważniejsze i najlepsze w jestestwie twojem: dusza, która mi zostawiła na pociechę te słowa: ja do ciebie wrócę takim, jakim mnie mieć chcesz. – Bóg ci zapłać nieustającym błogosławieństwem; bo nieustannie brzmią mi w uszach, w sercu mojem, jak obietnica szczęścia twego z samego nieba pochodząca”. Gdy spodziewała się, że stęskniony za domem syn opuści parę dni nauki, choć radowała się myślą na to, prosiła: „Moje dziecko kochane! Zakończ porządnie nauki; – właśnie dlatego, że nikt nad tobą nie czuwa, ty czuwaj w dwójnasób nad sobą i nad rodzinną sławą. Dziś nadzieje kraju na młodej generacji, tej, co się boi Boga i upadku przed nim i przed światem. Niech cię ta bojaźń święta i szlachetna wstrzymuje jak dotąd od cienia złego, a stanie się, że wieczór życia i wieczność cała będą nagrodą przykładnie spędzonej młodości”. Z czułością wskazywała, jak powinien spędzić święta z dala od rodziny: „Gdzie będziesz na święta mój Julku! Te święta, które światu Zbawiciela dały, a mnie syna, co czułością i dobrem postępowaniem, koił nieraz cierpienia duszy. Gdzie będziesz biedny, oderwany od wszystkich, którzy mnie w tych dniach radości otoczą serdecznym kołem? Ale szczególniej któż ci powie w dwudziestą rocznicę urodzin twoich, że ci matka dziękuje i błogosławi za wszystko, coś kiedykolwiek dla Boga zrobił i poświęcił, a przez to do mojej spokojności i pociechy się przyczynił. Wznieś oczy ku niebu, ku Ojcu, jakiego tam i wszędzie mamy, a on ci zastąpi tych, których nie będziesz widział i czuł koło siebie”.

Juliusz spędził święta przy łóżku kolegi rannego podczas pojedynku. Matka rozumiała, że trzeba bronić zawsze swego honoru, ale – jak pouczała – nad prawami ludzkimi są prawa Boskie, od których żaden z żyjących wyłamać się nie może bez narażenia swego zbawienia, jeżeli sam udział w podobnych zajściach jest zabroniony, cóż dopiero mówić o dokonanym czynie zamierzenia się na życie bliźniego i dawała nieocenione wskazówki: „Mój Julku kochany, jeden sposób uniknienia gorszących awantur, jest oddalenie się od osób, które je wywołują. Jeżeli tacy znajdują się pomiędzy kolegami twoimi, lepiej porzuć nauki, bez których obejść się możesz, a wróć nietknięty ani na sławie, ani co ważniejsza, nieobciążony na sumieniu przestępstwem przykazań Boskich”.

Zbawienne rady

Matka z miłością udzielała Juliuszowi nauk, jak ma zachować wiarę i łaskę u Boga, szacunek własny i dobrą sławę u ludzi, zalecała takie praktyki religijne, jak post czy spowiedź, przestrzegała przed marnowaniem czasu na czytanie „baśni”, kazała ze studenckich dochodów co miesiąc odłożyć pewną sumę dla ubogich i nie zaciągać długów. Nieraz zdarzało się, że pod jego wpływem lekkomyślni koledzy stawali się bardziej obowiązkowi i odpowiedzialni. Juliusz przygarniał do siebie tych, których inni odpychali.

Do wielkich jego zalet towarzyskich należała dyskrecja i wierność w przyjaźni. Żywy i porywczy, umiał w sytuacjach trudnych i w przeciwnościach wykazać się cierpliwością, łagodnością.

Rwał się do przyjemności i uciech, jak każdy młody, ale matka czuwała nad tym, by nie błyszczał „blichtrem próżności majętnego panicza”. „Baw się umiarkowanie, a ucz się zapamiętale” – pisała, nauczył się więc przedkładać obowiązki nad przyjemności.

Talent wokalny

Gdy razem z bratem pojechał do Wiednia na studia uniwersyteckie, brał tam lekcje prywatne śpiewu, gdyż miał piękny głos. W wolnych chwilach oddawał się z zamiłowaniem muzyce. Później, podczas pobytu w Rzymie, brał lekcje u pewnego mistrza, który, doceniwszy jego talent i głos, polecił go cenionemu wówczas Alaremu w Paryżu słowami: „Bella voce, e grande disposizione a ben accentare e con anima”.

Wierność obowiązkom

Przeznaczony przez rodziców na spadkobiercę rodzinnych dóbr, potrafił zrezygnować z życia w wielkiej stolicy i, aby sprostać prowadzeniu majątku ziemskiego, wyjechał do znanej niemieckiej szkoły rolniczej w Hohenheim niedaleko Stutgartu. Nie znalazł miejsca w przepełnionym studentami instytucie, musiał zadowolić się zimną izdebką na wsi, złym żywieniem. W pracy, osamotnieniu, w różnych przeciwnościach dojrzewał moralnie, gdy doszła go wiadomość o śmierci matki. Wyjechał czym prędzej do Dzikowa i tam, choć trawiony głębokim bólem, pocieszał swoich najbliższych i okazywał im wiele czułości. Po trzech tygodniach powrócił do Hohenheimu, by ukończyć studia, a następnie wybrał się w podróż do Włoch, z zamiarem powrotu do Paryża. Piękno zabytków, dzieł sztuki koiły jego cierpienia, lecz w Neapolu wyczytał w jakimś dzienniku wiadomość o zdarzeniach warszawskich – nocnej brance, ucieczce młodzieży w lasy, oporze zbrojnym przeciw Moskalom, natychmiast zadecydował o powrocie do ojczyzny.

W powstańczej atmosferze

W Krakowie atmosfera była pełna napięcia i oczekiwania. „Ulice roiły się młodzieżą, wyróżniającą się samą powierzchownością ubioru. Nadstawiłeś ucha na toczące się rozmowy, o niczym nie było słychać, tylko że oddział jakiś wychodzi, wyszedł lub wrócił; dowodził ten lub ów; stoczono bitwę – Moskwa pobita – naszych tylu a tylu legło, Austriacy transport broni zabrali, Francja idzie z pomocą. Każda chwila przynosiła coś nowego.(…) W umysłach panowało najdziwniejsze zamieszanie pojęć, zatarcie wyraźnej granicy między najsprzeczniejszymi rzeczami: uczuciem i przekonaniem; między nadzieją a zwątpieniem, radością a smutkiem, między tym, czego się najwięcej pragnie i przed czym się drży najbardziej” – wspominał Lucjan Siemieński.

Decyzja o stworzeniu oddziału

Gdy w grupie młodzieży, z którą Juliusz był najbardziej zaprzyjaźniony, powstała myśl o sformowaniu oddziału, „złożonego nie z jakiejś zbieraniny, niedotrzymującej kroku za pierwszym wystrzałem”, lecz hufcem dowodzonym przez osobę wypróbowaną odwagą i znajomością sztuki wojskowej, który ruszyłby z pomocą na teren Królestwa, postanowił wziąć udział w powstaniu. Głównym celem tej formacji było odbyć kampanię, która, „jeśli nie mogła przynieść strategicznych korzyści, mogłaby przynajmniej zajaśnieć wśród powstania i odświeżyć w pamięci dawne męstwo i dzielność polskiej broni”.

Z Paryża powołano na dowódcę pułkownika Zygmunta Jordana, który odznaczył się w wojnie węgierskiej, walcząc pod Dębińskim i Bemem, a w krymskiej – bohaterską obroną twierdzy tureckiej nad Morzem Czarnym przeciw przeważającym siłom Moskali. „ Zima – pisał Lucjan Siemieński – wlokła się wśród przygotowań i niepewności. Coraz nowe klęski, coraz sprzeczniejsze wiadomości, wreszcie kierunek, jaki zaczynało przybierać powstanie i bezimienność powstańczego rządu, budziły zwątpienie. Tylko noty dyplomatyczne trzech gabinetów i stosunki z emigracją podtrzymywały gasnące nadzieje”. Wpływowe osobistości z Francji zalecały Polakom wytrwałość i łudziły obietnicami: „W miarę, jaką przestrzeń zajmie powstanie, tak wielką będzie Polska”, co powodowało, że młodzież garnęła się do powstania. Pułkownik Jordan rozpoczął w Galicji tworzenie oddziału, który wsparłby walczących w Królestwie.

Przygotowania do walki

Wiosną, wspomniana wyżej grupa młodzieży, złożona w większości z młodzieży ziemiańskiej, zajęła się wyszukiwaniem podoficerów i zaciąganiem żołnierzy, którzy mogliby stawiać opór choć parę tygodni. Termin wyprawy powstańczej ustalono na 20 czerwca 1863 r. Do przejścia granicy wyznaczono okolicę Szczucina z powodu niskiego tam stanu Wisły. Juliusz w rodzinnym Dzikowie zajmował się ujeżdżaniem koni, umundurowaniem i uzbrojeniem, ćwiczył ochotników, nie dając poznać po sobie, że obawia się, iż wyprawa skończy się niewolą lub śmiercią żołnierzy, że choćby nieprzyjaciel doznał porażki, to sukces dwóch niewielkich oddziałów nie zdoła ocalić sprawy powstańczej.

Tuż przed wyruszeniem wojska na wyprawę, w tajemnicy przed rodziną, jeździł Juliusz do pobliskiej wsi, do pewnego kapłana, by się wyspowiadać. Odwiedził wszystkich krewnych, znajomych, by się z nimi pożegnać, choć nie chciał, by jego żegnali, napisał też krótki testament. Kapelan zamkowy w Dzikowie dokonał w klasztorze OO. Dominikanów zaprzysiężenia uczestników wyprawy.

Wyprawa i śmierć na polu chwały

Nocą, z 19 na 20 czerwca ochotnicy zaczęli ściągać na punkt zborny w Chorzelowie, gdzie sformowano powstańczą kawalerię, a oficerom rozdano nominacje. W pobliskich Gałuszkach zebrało się 30 ochotników, na ogół miejscowych rzemieślników. Brat Juliusza, Stanisław, tak wspominał chwilę formowania się oddziału: „Zamęt, zamieszanie ogromne… widok był straszny. Wszyscy ci ochotnicy nie mogli wyglądać na żołnierzy, ale nie wyglądali nawet na ruchawkę, tylko na zbiegowisko miejskiego gminu – nic tam nie obiecywało ani odwagi, ani sprytu, ani zapału, ani determinacji”.

Gdy jednak sformowano oddział, otrząsnął się z przygnębiającego nastroju: „Ach! Chorągiewki i bagnety, polskie bagnety – myślał w uniesieniu – jest w nich taki urok, takie złudzenie wojska polskiego, wolności, ojczyzny, żeśmy na nie patrzyli z czcią, ze wzruszeniem i pomimo wszystkiego z radością”.

Całe wojsko składało się z około 700 ludzi. Oddział Jordana, którego Juliusz został adiutantem, wraz z grupą doborowej młodzieży zw. „złotą legią” przekroczył 20 czerwca Wisłę, kierując się w stronę wsi Komorów. Drugi oddział podczas przeprawy przez rzekę został zaatakowany i rozbity przez Rosjan. Doszło do wymiany ognia między Rosjanami, którzy zajęli Komorów, a oddziałem Jordana. Krwawy bój przeciągał się; większość ochotników nie umiała obchodzić się z bronią. Z obawy przed nadejściem nowych posiłków rosyjskich Juliusz Tarnowski jako ochotnik postanowił zaatakować Rosjan na bagnety. Padł trafiony kulą w czoło, prowadząc żołnierzy do walki; zginęli pozostali atakujący, a oddział został zmuszony do odwrotu.

„Chcieliśmy się bić; nie dla honoru, nie dla chwały, której wiele nie można się było spodziewać, ale dlatego, żeby się bić z Moskalem za Polskę. To było uczucie górujące” – pisał Stanisław, brat Juliusza, wyjaśniając motywy udziału młodzieży polskiej w powstaniu styczniowym. „Bo lepiej nam jest zginąć na wojnie, niżeli patrzeć na niewolę narodu naszego… Lecz ja dusze i ciało moje dawam za prawa ojczyste, wzywając Boga, aby co rychlej narodowi naszemu miłościwym był” – głosi napis wyryty na epitafium poświęconemu pamięci Juliusza Tarnowskiego w kościele dominikańskim pw. Matki Boskiej Różańcowej w Tarnobrzegu, ufundowanym przez ród Tarnowskich, w którym spoczywa bohater z Dzikowa.

Alicja Trześniowska

Wstecz