Komentarz gospodarczy
Do pracy na Zachód, po zdrowie z powrotem
Szczerze mówiąc, niewiele się ostatnio dzieje w gospodarce kraju. Polityków nurtują dwa tematy: zbliżające się wprowadzenie euro i debaty nad budową nowej siłowni atomowej. Wydaje się, że jeśli chodzi o euro, to najpierw musimy uporać się z nieco zbyt wysoką inflacją, więc niewykluczone, że 2007 rok powitamy ze starą walutą. I bardzo dobrze. Również w temacie siłowni wszystko się ogranicza wyłącznie do dyskusji i dobrych chęci polityków. Cieszyć się natomiast należy, że znów notujemy wzrost gospodarczy. Między innymi w związku z tym Bank Światowy już zlikwidował na Litwie swoje przedstawicielstwo. Uważa się, że my już nie potrzebujemy udzielanego przez ten bank wsparcia. To dobra wiadomość. Podobnie jak ta, że coraz więcej obcokrajowców przyjeżdża na Litwę… żeby się tu leczyć.
Do gorszych wiadomości należy zaliczyć tę, że mamy coraz mniej inwestorów. Również fakt, że stale poszukuje się na Litwie taniej, ale fachowej siły roboczej, zaliczyłabym do niezbyt optymistycznych. Świadczy to o spadku bezrobocia, ale spadek ten jest spowodowany głównie masową emigracją Litwinów na Zachód.
Uciekają nam również bankowcy. Do pracy na Zachód wyjeżdżają nie tylko obywatele Litwy, ale też obcokrajowcy, którzy dotychczas tu pracowali. Pociągają ich bowiem nie tylko wyższe zarobki, ale i lepsze perspektywy działalności zawodowej.
Prezydent litewskiego banku Nord/LB Thomas Buerkle, który kierował tym bankiem w ciągu minionych trzech lat, zmienił Wilno na Nowy Jork, gdzie również zamierza kierować oddziałem banku Nord/LB.
Zdaniem Buerkle, podstawowym źródłem dochodu banku Nord/LB na Litwie są kredyty mieszkaniowe. A to jest biznes ryzykowny, zwłaszcza że ceny mieszkań na wileńskiej starówce są wyższe niż w Berlinie. Jeśli się uwzględni zdolność nabywczą Niemców i Litwinów, to widać, że ceny te są sztucznie rozdmuchane. Buerkle uważa, że litewski rynek kredytów mieszkaniowych jest bardzo agresywny. Jest mało prawdopodobne, by jeszcze w tym roku obniżyło się oprocentowanie kredytów. Tym niemniej popyt na kredyty mieszkaniowe nie zmniejsza się. Litwini bowiem posiadanie własnych czterech kątów uważają za najważniejszą oznakę stabilizacji życiowej, w dodatku kredyty mieszkaniowe są najłatwiejsze w uzyskaniu. To właśnie te dwa czynniki tak mocno windują ceny na mieszkania.
Ma być taniej, ale dobrze. W Europie Zachodniej panuje ostatnio tendencja przenoszenia produkcji do tańszych sąsiadów. Tygodnik The Economist utrzymuje, że Zachód często wybiera na inwestycje Europę Wschodnią i Środkową właśnie z powodu niższych kosztów produkcji. Jednak coraz mniejszą rolę w tym procesie odgrywa tania i niewykwalifikowana siła robocza. Jeszcze trochę, a ta grupa pracowników w ogóle zostanie skreślona z rynku pracy. Obecnie zachodni biznesmeni szukają tanich rynków pracy, ale uwzględniają też jakość siły roboczej. Pod tym względem dobrą bazą jest Litwa, gdzie zarobki są o 50-60 proc. niższe niż na Zachodzie, a kwalifikacje (np. inżynierów) są dość wysokie. Jednak konkurencją dla Litwy mogą być Indie, bo zarobki są tam aż o 75 proc. niższe niż na Zachodzie, a kwalifikacje pracowników równie wysokie.
Obecnie rynek inwestycji podzielił się na dwie podstawowe strefy: jedni wybierają kraj, który ma bliższe rynki zbytu i względnie tanią siłę roboczą, inni wolą Indie, Chiny czy Rosję, gdzie siła robocza jest bardzo tania. Owszem, tania robocizna to również niższa jakość pracy, ale wciąż jeszcze nie brakuje przedsiębiorców, którzy główną uwagę zwracają na cenę, a nie na jakość. The Economist podkreśla, że Europa Środkowo-Wschodnia może się stać bardziej pociągająca dla inwestorów, jeśli potrafi zreformować i udoskonalić uniwersyteckie programy nauczania, bardziej je dostosować do potrzeb rynku. Należy też zwrócić większą uwagę na to, jacy specjaliści mają dziś na rynkach pracy największe wzięcie. A oto co, zdaniem analityków, zachęca i odstrasza inwestorów od Europy Środkowej. Warto się przyjrzeć, gdyż te kryteria dotyczą też Europy Wschodniej. A więc:
Litewska wołowina podbija zachodnie rynki. Tylko w ciągu minionego roku z Litwy wyeksportowano 20 tysięcy cieląt i prawie tyle odchowanych. Tymczasem rynki europejskie stale odczuwają dotkliwy brak cielęciny i wołowiny. Co prawda, Litwa już dysponuje zmodernizowanymi ubojniami i zakładami przetwórczymi, jednak jest ich za mało, byśmy mogli eksportować wyroby mięsne w dużych ilościach. Wysyłamy więc na eksport głównie żywiec. Np. Hiszpania kupuje u nas cielęta, ale nie na ubój tylko do hodowli.
Litwa w tej części Europy jest drugim, po Polsce, eksporterem wołowiny i wykazuje w tej dziedzinie tendencję wzrostową. Nie oznacza to wcale, że niebawem zabraknie wołowiny na litewskim rynku wewnętrznym, ale przyznajmy, że w związku z dość wysokimi (i ciągle wzrastającymi) cenami, ten gatunek mięsa na naszych stołach gości coraz rzadziej.
Od października ubiegłego roku hodowcy mogą sprzedawać mięso na dwa sposoby: jako żywiec i mięso rozebrane (po uboju). Ma to sporo zalet. Skup mięsa rozebranego gwarantuje wyższą jego jakość, jest też wygodny dla rolników. W tej sytuacji o jakości i cenie mięsa decyduje nie punkt skupu, a specjalna (opłacana z budżetu) niezależna komisja. To komisja dba o to, by w ciągu 24 godzin od chwili uboju właściciel dostarczonego żywca został poinformowany o jakości i wycenie mięsa. Nowy system ma jeszcze jedną zaletę: rolnik ma prawo uczestniczyć zarówno w procesie uboju żywca, jak też w pracy komisji oceniającej już rozebrane mięso.
Jeżeli chodzi o wołowinę, moglibyśmy jej eksportować znacznie więcej. Problem tkwi jednak w mentalności naszych rolników. Wielu z nich nadal niezbyt chętnie hoduje bydło mięsne, wolą mleczne, czyli tradycyjną Krasulę przy zagrodzie. Niestety, tradycyjne gospodarstwa mleczne (tzw. kilka ogonów) mają coraz gorsze perspektywy. Mleko skupuje się u nas po bardzo niskich cenach, a mleczne krowy na mięso się nie nadają, gdyż ich wartość konsumpcyjna jest bardzo niska.
Na Litwę po zdrowie. Litwę – ze względu na jej architekturę i piękne okolice – odwiedzają liczne rzesze turystów, ale ostatnio nie jest to jedyny magnez przyciągający do nas obcokrajowców. Coraz więcej zagraniczniaków przyjeżdża tu po zdrowie. Tysiące przybyszy zza granicy kuruje się w naszych sanatoriach, wielu przyjeżdża, by skorzystać z usług tańszych stomatologów, a nawet poddać się skomplikowanym operacjom. M. in. dobrą renomą w świecie cieszą się nasi kardiolodzy, ale decydującym argumentem jest to, że leczenie u nas jest jeszcze nieco tańsze niż w Europie. Z litewskich usług medycznych korzystają nawet obywatele USA i Izraela, bo niektóre z nich są tańsze nawet z uwzględnieniem kosztów podróży i pobytu. Wśród obcojęzycznych pacjentów naszych sanatoriów, gabinetów stomatologicznych czy klinik można spotkać też Szwedów, Norwegów, Duńczyków, Finów, Francuzów, Niemców, Anglików i… Białorusinów, którym, jak się okazuje, też się opłaca leczyć na Litwie.
Do sklepu… ze starą kuchenką. Przed paroma miesiącami pisaliśmy o zużytym lub przestarzałym sprzęcie elektronicznym, który często gromadzi się w naszych domach, piwnicach czy na działkach, bo nie bardzo wiemy, co z nim zrobić. Do zsypu tego wszak nie wrzucisz. Te stare graty nie tylko zawadzają, nieraz stanowią też problem dla naszego zdrowia z powodu substancji chemicznych, których użyto do ich produkcji. Porzucone gdzieś w kącie bardzo powoli, ale konsekwentnie niszczą nasze zdrowie. Tymczasem ich złomowanie czy utylizacja w specjalnym zakładzie nie tylko uwolnią nas od problemu, ale też pozwolą pozyskać surowce (nieraz cenne) wtórne.
Na przykład: na rynek unijny co roku trafia 800 tys. ton akumulatorów samochodowych, 190 tys. ton baterii przemysłowych, 160 tys. ton innych. Jeśli to wszystko poddać przeróbce na surowce wtórne, można uzyskać 20 tys. ton magnezu, tyleż cynku, 1 tonę żelaza i innych metali. Natomiast szkło i plastyk po przeróbce mogą służyć do produkcji nowych telewizorów, materiałów budowlanych, mebli itp.
Odtąd, jeżeli planujemy zakup nowego sprzętu elektronicznego, już nie musimy zastanawiać się, co zrobić ze starym. Sklepy muszą przyjmować je w ramach wymiany.
Julitta Tryk