2006 – Rokiem Języka Polskiego

Jego Wysokość SŁOWO

Błąd, czy żart językowy?

O tym, jak się rozwijał, doskonalił i piękniał nasz język ojczysty w dobie staropolskiej, średniopolskiej, z jakimi trudnościami wypadło mu się zmagać w dobie nowopolskiej, na którą przypadł okres zaborów, mówiliśmy w poprzednich odcinkach. Językowa doba nowopolska, w której zaszły ogromne zmiany w zakresie słownictwa – to okres długi i językowo nader zróżnicowany. Językowi przypadło bowiem, poza tą najważniejszą funkcją – środkiem porozumienia się między ludźmi – „obsługiwać” utwory tak różnych kierunków literackich, jak romantyzm, pozytywizm, modernizm. Miałam dziś zatrzymać się na języku okresu Młodej Polski i dwudziestolecia międzywojennego. Jednakże plany te zmieniła pewna przypadkowo zauważona notatka w „Kurierze Wileńskim”. Przypadkowo, bowiem od pewnego czasu przestałam ten dziennik czytać, zrażona jego polszczyzną. Chodzi o dość intrygującą wiadomość z pierwszej strony: Dziennikarskie szlify. Wszechnica rozpoczęła działalność dwa tygodnie temu, 7 czerwca, i jest skierowana do uczniów szkół średnich, „którzy bardzo lubią język polski”. Zaintrygowały mnie te szlify skierowane do uczniów. Uznałam, że Przybyszewski, Miciński, Tetmajer i Boy mogą trochę poczekać, a szlify raczej nie.

Cel powstałej przy redakcji „K.W.” wszechnicy niewątpliwie jest zbożny: zgromadzić młodzież, która lubi pisać i chciałaby publikować swoje teksty na łamach gazety. Niepokój budzi jednak sposób, w jaki uczniowie, „którzy bardzo lubią język polski”, są językowo kształceni.

Oto prowadząca tę wszechnicę dziennikarka dała adeptkom szlif dziennikarskich (z informacji wynika, że zgłosiło się sześć dziewcząt) zdania, „które naprawdę pojawiły się w prasie”. Należało poprawić błędy. Zdań takich było około 20, jednakże zacytowane są tylko trzy. Oto one.

Kilka dni przed Świętami konserwatyści wytypowali ofiarę, a pozostałe parlamęty na oczach zdumionego tłumu odarły ją z marszałkowskich insygniów.

Robi to cała parlamęciarnia (stąd kombinacja zarządu, by jakoś to ludziom wynagrodzić), tylko któż by się odważył oskarżyć o to posłów.

Osobiście, jako osoba lewicująca, jestem przeciwna wszelkiemu wyzyskowi klasy robotniczej przez rządzące elity i ich przypupasów.

„Dla tych, którzy nie są pewni, gdzie pojawiły się błędy, pogrubiliśmy słowa”– pisze prowadząca wszechnicę dziennikarka. Oczywiście, uczennice „błędy” poprawiły, bo w szkole je nauczono, że parlament, jako wyraz obcy, pisze się przez -en. Tyle że chodzi tu zupełnie o coś innego i szkoda, że prowadząca wszechnicę dziennikarka nie wykorzystała tego pozornego błędu, (i innych również), by porozmawiać z młodzieżą o mechanizmach dowcipu językowego. Bo przecież widać jak na dłoni, że te, z punktu widzenia ortografii i leksyki, błędy są celowym środkiem artystycznym, zmierzającym do ośmieszenia parlamentu poprzez graficzne przekształcenie postaci graficznej wyrazu oraz konotację z zamętem, a może mętami. Z kolei neologizm parlamęciarnia kojarzyć się może czytelnikowi pejoratywnie, na przykład z wylęgarnią, cieplarnią. I choć cieplarnia jako taka nie zawiera żadnych treści ujemnych, raczej odwrotnie (kojarzy się na przykład z hodowlą pomidorów), to w odniesieniu do pracy parlamentu ma odcień wyraźnie komiczny i satyryczny. Wylęgarnia dobra jest do wylęgu kurcząt, gorzej, kiedy wylęgają się tam niezbyt mądre pomysły

Wspomniane wyżej wyrazy parlamęty oraz nowotwór parlamęciarnia są przykładami żartobliwej modyfikacji fleksyjnej. Zmianą formy graficznej wyrazu (parlamęt zamiast parlament), czyli żartem modyfikacyjno-graficznym zabawiali się nieraz poeci-satyrycy. W latach trzydziestych ubiegłego wieku, kiedy to trwała dyskusja nad uproszczeniem ortografii polskiej, w satyrycznym piśmie „Wróble na dachu” pojawił się taki oto wierszyk:

Polaku, czy ci nie rzal

Othodzić ot gramatyki?

Hcesz pisać „lasuf” i „chal”,

Uśfiencić fszystkie hcesz byki?

Julian Tuwim ironizował nad pseudostaranną, nienaturalną wymową głosek nosowych niby-inteligentów:

Dochodzą już do przesady

Te kąplemęty, lansady,

Te sętymęty, czułości

Przyprawić mogą o mdłości.

Satyryczną transformację formy graficznej stosuje też poeta w wyrazach sportsmenka (sportsmęka) oraz Hamburg (Chamburg). W ten sposób wyrazom zostały narzucone wtórne – dodajmy: ujemne – treści (męka i cham).

W „Bajce o siedmiu kwiatkach głupich” Gałczyński kpiąc (oczywiście, nie z kwiatków, tylko z ludzkiej głupoty, snobizmu i pozy) również ucieka się do żartu polegającego na modyfikacji graficznej:

Zaś Róża, Róża, która

przywdziewa białą togę,

powiedziała: „Jestem ponura,

bo ja w takich warunkach,

gdzie nie ma zrozumienia

dla K-Ą-T-Ę- placji

i specyficznych natężeń duchowych,

i życia osobiście wewnętrznego,

i metafizyczności,

i wytwornego pesymizmu,

i irracjonalnej przygody (...)

w ogóle rozkwitnąć nie mogę”.

Stosowana świadomie zmiana rodzaju również nie jest błędem, tylko środkiem stylistycznym. Znowu poprosimy Gałczyńskiego o przykład:

Jest i taka poeta,

poeta, ale nie ta,

nie z mięsa, tylko z waty,

zasłużyła na baty.

Ta zmiana rodzaju nadaje wyrazowi poeta zabarwienie ekspresywno- humorystyczne. Stwierdzenie, że jakiś poeta zasługuje na baty, mogłoby być odebrane jako agresywne, a nawet wręcz groźne. Natomiast „taka poeta” wywoła raczej uśmiech, bo wiadomo, że i ta poeta, i te baty to tak na niby. (Choć prawdę mówiąc, niejednej „takiej poecie” przydałyby się baty za zaśmiecanie poezji grafomańskimi „wierszami”). Dodajmy, że takie zmiany rodzaju nie zawsze są niewinnym żartem czy też wyrażają współczucie, litość (biedna ty moja chłopczyna), często oznaczają gryzącą ironię, szyderstwo, a nawet pogardę. Stanisław Ignacy Witkiewicz pisze w „Nienasyceniu” o zdegenerowanym artyściątku. Sięga po rodzaj nijaki, uważając widocznie, że rodzaj żeński, na przykład, „zdegenerowana artyścina” - to za wiele honoru.

Ciekawe, że jeden i ten sam zabieg stylistyczny – zmiana rodzaju – często służy przeciwstawnym celom. O ile użycie rodzaju żeńskiego zamiast męskiego w odniesieniu do mężczyzny najczęściej ma na celu w jakiś sposób poniżyć go, zlekceważyć, to dzieje się zupełnie odwrotnie, gdy chodzi o kobiety. Tu zmiana rodzaju jest wywyższeniem, wyrazem uznania, pochwały. Gdy mówiąc o kobiecie lub zwracając się do niej stosujemy formy męskoosobowe, jest to komplementem. Chwat z naszej starej! Morowy chłop z niej – pisała Maria Dąbrowska w „Nocach i dniach”. To przechodzi ludzkie pojęcie, co ten nasz Aguńczyk wyprawia! – mówią rodzice, dumni, że ich Agnieszka na celująco ukończyła dwie uczelnie jednocześnie.

Jeśli chodzi o zacytowany w jednym z przykładów wyraz „przypupasy”, to nigdy go nie słyszałam, co nie oznacza wcale, że taki potoczyzn nie istnieje. Słowniki podają wiele form fleksyjnych i wyrazów pochodnych od wyrazu upupić. Prawdopodobnie owych mało sympatycznych przypupasów łączą jakieś związki pokrewieństwa z rodziną tych „upupiających” wyrazów. Inna rzecz, że na zakres użycia wyrazów potocznych, a nawet wulgaryzmów w języku pisanym różni ludzie – i piszący, i czytający – patrzą różnie. Pamiętajmy jednak, że język służy nie tylko do wyrażania myśli, ale i do wyrażania uczuć, emocji. Temu celowi – wyrażaniu uczuć – służy właśnie całe bogactwo neologizmów, nie tylko tych wysokich lotów, jak na przykład u Leśmiana czy Tuwima, ale i tych bardziej „codziennych”, bytowych, czasem rubasznych, czasem bardzo dowcipnych. Oto Marian Załuski w satyrycznym wierszu „Juwenalia staruszków” nazywa te juwenalia piernikaliami staruszków. Kiedy w jednym z podręczników języka polskiego znalazłam tekst K. T. Toeplitza, w którym się mówi o oglądactwie i oglądaczach telewizji, pewna byłam, że to oglądactwo jest neologizmem. Przeistoczyłam się więc w pilną oglądaczkę słowników i po dokładnym oglądactwie wielu znalazłam oglądactwo w Wielkim słowniku ortograficzno-fleksyjnym. Okazuje się, że ma ono prawo obywatelstwa w polszczyźnie. Czy tylko przysporzy jej urody?

W tejże telewizji codziennie, przy tym po kilka razy słyszymy na kanale Polonia reklamę Cała Polska czyta dzieciom, w której to reklamie głosem radosnym, entuzjastycznym i ochoczym pan opowiada o pewnym tacie, który swoim słuchiwaczkom codziennie czyta książki. Należy wątpić, czy akurat taki neologizm jest potrzebny. Humoru też trudno się w tych słuchiwaczkach doszukać.

Zabawne i dowcipne są natomiast Tuwimowe igraszki słowne.

Na wiersz Peipera i Putramenta

Szkoda papiera i atramenta.

Mistrzowsko został tu wykorzystany komizm wypływający ze zbieżności nazwisk i atrybutów pisarskich – papieru i atramentu. Przy tym ci, którzy znają wiersze wymienionych autorów, chyba nie będą mieli poecie za złe tego kalamburu.

W celach ekspresywnych lub dla żartu stosowane są nieraz środki, które w żaden sposób nie można uznać za poprawne ze stanowiska gramatyki. Norwid: W dziele swoim żaden nie jest cały. Im więcej dzieło skończeńsze i calsze. Dąbrowska: I przecież... Marcyś... to są twoje, najtwojsze myśli.

Kiedyś moje małe córki lubiły bawić się moimi koralami, których dość dużo miałam. Kiedy się po jakimś czasie o nie upomniałam, usłyszałam: Te korale są tak dawno u nas, że się już odtwoiły. Ha, trudno, skoro się już odmoiły...

Łucja Brzozowska

Wstecz