Kaziuk'2007

„Dzień świętego Kazimierza to litewska Anthesteria – święto kwiatów, święto wiosny. Nie ma jeszcze kwiatów, jeszcze śnieg pokrywa ziemię, ale jest przeczucie tych kwiatów, które wkrótce roześmieją się tysiącem barw misternie wykonanych palm wileńskich” – pisał na łamach przedwojennego „Słowa” Walerian Charkiewicz. Co ciekawe, kiedy losy zarzuciły tego literata, dziennikarza, historyka w daleki świat, zawsze powracał do wspomnień o Kaziuku. Współorganizował przy każdej nadarzającej się okazji kiermasze na wzór wileńskiego, opowiadał, pisał o nich. Nawet po tułaczce, gdy osiadł w Londynie, temat kaziukowy kontynuował na łamach ukazującego się tam czasopisma „Od A do Z”.

Ks. kardynał Henryk Gulbinowicz z Wrocławia wspomina: „W czasie tego święta organizowano pochody kazimierzowskie i w takim pochodzie szkoła nasza (od red.: szkoła nr 25 na ulicy Wileńskiej) brała udział... Moja klasa miała przypięte serca, bo w czasie uroczystości kaziukowych jednym z głównych elementów było serce z piernika. Małe dla tych, którzy nie mogli sobie pozwolić na inne, i duże, z czerwonymi różami z jakiegoś obrzydliwego lukru, w pudełku, z celofanem dla zamożniejszych. Pamiętam doskonale napis na jednym z takich serc: „Ciebie kocham, ciebie lubię, w serce twoje dzióbię”. I był na tym sercu, oczywiście, poza napisem także ptaszek z dzióbkiem, który pukał do serca kochanej dziewczyny. Byłem wtedy w szóstej klasie i trochę już wiedziałem, co w trawie piszczy: otóż w kaziuki narzeczeni razem chodzili po Wilnie, spacerowali po Placu Łukiskim, który rozciągał się od brzegów Wilii poprzez mury kościoła św. Jakuba aż do ulicy Mickiewicza. Bliżej Wilii handlowano wszystkim, co mogła dostarczyć wieś...”

Kaziuk'2007 w Wilnie. Szaro, słotno, jak się u nas mówi – zołko. Różnie z pogodą bywało, odkąd od początku XVII stulecia dzień św. Kazimierza jest świętowany. Źródła podają, że zdarzały się zaspy śniegu, ale był czas, że panie paradowały bulwarami wileńskimi w białych strojach. W tym roku obliczono, że „aleja” kiermaszowa rozciągnęła się na dwa kilometry (wywołało to niezadowolenie kierowców, bo ruch ograniczono lub w ogóle zakazano). Stragany ustawiono poczynając od al. Giedymina (d. A. Mickiewicza, od domu handlowego braci Jabłkowskich), poprzez Plac Katedralny z przyległościami, na Zamkowej, Wielkiej i na dawnych Safianikach zwanych kwartałem Tymo. Zbudowano tam przed paru laty budy handlowe, których sprzedawcy wystrzegają się jak ognia. Budy nieszczelne, ziąb od Wilenki ciągnie, dojazd i dojście – niewygodne. Tam jednak w tym roku zlokalizowano główne atrakcje. Do Safianik od Placu Savivaldybes podążał przebieraniec za królewicza Kazimierza ze świtą i grupa rzemieślników w strojach z epoki – raczej bezbarwna namiastka dawnych pochodów, gdy gremialnie maszerowało duchowieństwo i cechy rzemieślnicze. Plac zdobiła 5-metrowa kura – symbol tegorocznego Kaziuka – na metalowej konstrukcji misternie upięto tkaninę, imitującą pióra. Panowie zabawiali się próbując unieść 200-kilogramową siekierę. Nielicznym to się udało. Grały i śpiewały zespoły ludowe. Dominowała część jarmarczno-gastronomiczna. Największe tłumy ciekawskich i kupujących okupowały ulice Starówki, nieliczni docierali nad Wilenkę.

Co było? Sporo wyrobów z drewna, gliny, wikliny, tkanin. Palmy wileńskie o coraz dziwaczniejszych kształtach i raczej brzydkie. Może tradycyjne zjawią się podczas Palmowej Niedzieli. Serca piernikowe – nijakie. Dużo obwarzanków i dużo tandetnej „chińszczyzny”. Byli ze swoimi wyrobami i zespołami goście z Białorusi, Estonii, Łotwy i Polski. Ci ostatni oferowali m. in. nalewki i „danie”, które zrobiło furorę – pajdy chleba posmarowane smalcem, podobno doskonale przyprawionym. Było sporo turystów z Polski.

Czego nie było? Ogólnie rzecz ujmując – naszych. Kto się liczy, wyruszył w Polskę. Z chlebem i za chlebem, z najpiękniejszymi palmami i innymi wyrobami ludowymi. Na scenach wielu miast Polski rozbarwiły się stroje śpiewaków i tancerzy polskich zespołów z Wilna i Wileńszczyzny. Tak trwa od lat.

Halina Jotkiałło

Wstecz