Ich Troje i „Album Wileńskie”
Z produkującej się na Litwie polskiej braci dziennikarskiej są najmniej liczni, aczkolwiek z pewnością najbardziej widoczni. Służący im za narzędzia pracy kamera i mikrofony powodują przecież, że dzięki spójni wizji z fonią stają się jakby podwójnie medialni. Taki dwójduch w jednym ciele. Czy raczej trójduch, gdyż Edyta Maksymowicz, Walenty Wojniłło oraz Jan Wierbiel od lat 10 stanowią zawodowy monolit, będąc wszędzie tam, gdzie dzieje się coś ważnego w naszym heroicznym trwaniu na ziemi ojców i dziadów. A to, czego są świadkami, widz może następnie przez kwadrans obejrzeć w „Album Wileńskim”, emitowanym co sobotę rankiem w I programie Telewizji Litewskiej albo przez różne programy Telewizji Polskiej, zainteresowane pokazem tego, jak się wiedzie rodakom na Litwie.
Po dyplomy – nad Wisłę
Łączy ich to, iż wszyscy dyplomy wyższych uczelni zdobyli w Polsce, w czym szlaki poniekąd przecierał po skończeniu szkoły w Rudominie Janek. Dostawszy się w roku 1989 na wymarzone studia operatora filmowego na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach w pierwszym rzucie grupki naszej młodzieży, ledwie Macierz się otwarła na chętnych tam studiowania, fundując stypendia. Edyta z Walentym natomiast po złożeniu matury odpowiednio w Wileńskiej Szkole Średniej im. Szymona Konarskiego i stołecznej „syrokomlówce” załapali się tam na naukę zaraz potem jako laureaci Olimpiad Języka i Literatury Polskiej, które akurat na fali naszego możliwego wraz z „pieriestrojką” bujnego narodowego odrodzenia powołano do życia, wybierając polonistyki na Uniwersytetach w Gdańsku i Warszawie.
Wielce chwalebne jest, że już jako wyedukowani specjaliści całą trójką zdecydowali wrócić na rodzinnych stron łono. Pierwszy w roku 1994 uczynił to Wierbiel, a został zaangażowany do współpracy przez Romualda Mieczkowskiego, kierującego naonczas tygodniowym półgodzinnym programem „Rozmów Wileńskich” na antenie I programu Telewizji Litewskiej. Co prawda, on – operator z prawdziwego zdarzenia – zetknął się z problemem nie lada: musiał pracować na pożyczonej kamerze, gdyż, by takową otrzymać w Telewizji Litewskiej, zamówienia wypadało składać (tu uwaga!) z dwutygodniowym wyprzedzeniem, co sprawiało, że nie mogło być żadnej mowy o operatywności filmowanych wątków.
W wirze przemian
To właśnie Janek odszukał Edytę i Walentego, kiedy kierownictwo telewizji spod znaku Pogoni, gdzie zdecydowanie dęły wiatry nowych przemian, chciało, by wiew ów zahaczył też o audycję polską, i kiedy zdecydowano starą ekipę zasilić zastrzykiem „świeżej krwi”. Właśnie oni, jako młodzi i wykształceni, mieli go stanowić, wraz z będącymi również po studiach w Polsce Tadeuszem Tomaszewskim i Waldemarem Chorościnem, którzy jednak po pewnym czasie wycofali się z „desantu”, jaki miał ukształtować nowe oblicze telewizyjnego programu, formowanego na potrzeby społeczności polskiej na Litwie.
Niestety, zamysł z „transfuzją” tej „świeżej krwi” w stare ciało nie powiódł się: zbyt różne mieli koncepcje i punkty widzenia. Przez kilka miesięcy robili więc „Rozmowy Wileńskie” na przemian – raz ekipa tamta, raz natomiast oni, uczyniwszy to samodzielnie po raz pierwszy dziesięć lat temu – 6 maja 1997 roku. Taki stan rzeczy trwał do jesieni, kiedy to ni stąd, ni zowąd otrzymali propozycję wyjazdu na trzymiesięczny staż do Telewizji Polskiej w Warszawie.
Macierz „wędkę” dała…
Skrócili ten pobyt w stolicy Polski do dwóch miesięcy, choć do dziś wspominają go jako coś, co im, wtedy jeszcze „nieopierzonym”, mogło się jedynie przyśnić: taka niepowtarzalna szansa podpatrzenia, jak to czynią prawdziwi mistrzowie, i przejęcie kunsztu, jakim szczodrze się z nimi dzielono. A że okazali się stażystami niezwykle ambitnie chłonącymi zawodowe tajniki, przy końcu edukacji otrzymali propozycję wręcz nie do odrzucenia – robienie felietonów o Polakach na Litwie dla TVP. Przyjęli ją z wielką radością, choć nie bez drżenia serc, czy aby temu wyzwaniu podołają.
Tymczasem po powrocie do Wilna czekał ich natomiast przykry konfuz. Dalszy dualizm „Rozmów Wileńskich” okazał się niemożliwy. Owszem, poczuli się wyrzuconymi z siodła, ale nie pasowali. Tym bardziej, że Telewizja Polska wypożyczyła kamerę, czyli taką wędkę, z której pomocą mieli wszak sami „łowić”. Na szczęście, TVP, a później też TV „Polonia” zaczęły coraz szerzej otwierać się na zakup tego „połowu”, dzięki czemu mogli przez lat prawie pięć nie tylko jakoś się utrzymać, ale też sukcesywnie dozbrajać się sprzętowo, a przez to usamodzielniać się jako Polski Ośrodek Informacji na Litwie.
Zdwajając wysiłek
Los dobrodusznie uśmiechnął się do nich w końcu roku 2001, kiedy to stale dążąca do nowatorstwa Telewizja Litewska rozpisała konkurs na nowy program mniejszości narodowych na Litwie, w tym też – polski. Oni, zdecydowani zwolennicy tworzenia programów autorskich, stanęli w szranki, mając do pokonania trzech konkurentów. A gdy ogłoszono werdykt, mieli powody do wyrzucenia w geście triumfu rąk do góry, bowiem właśnie ich oferta zyskała największe poparcie. Oferta, nazwana po długich debatach jako „Album Wileńskie”. W wyraźnej aluzji w tytule do tradycji ukształtowanej pierwotnie przez Jana Kazimierza Wilczyńskiego, a następnie przez Stanisława Lorentza. (Dla mniej wtajemniczonych przypomnę, iż pierwszy tak właśnie nazwał zbiór swych unikalnych rycin dotyczących grodu giedyminowego i okolic, a drugi przywołał tę nazwę w książkowym tytule swych wspomnień z okresu międzywojennego dwudziestolecia minionego wieku, kiedy to los zarzucił go do Wilna). Teraz tak się „ochrzcić” zdecydowali również oni, a żeby oddać hołd swym poprzednikom, zachowali nawet pisownię z czasów, kiedy to rzeczownik „album” należał w naszej gramatyce do nieodmiennych.
Odkąd jesienią 2002 roku zostało wyemitowane w ich wydaniu pierwsze „Album Wileńskie”, trio Maksymowicz – Wojniłło – Wierbiel produkuje się więc na dwóch płaszczyznach: rodzimej i „eksportowej” do Polski. Nie trzeba mówić, iż wymaga to zdwajania wysiłku, gdyż płaszczyzny te bynajmniej się nie pokrywają i nie dublują. W audycjach rodzimych stawiają bowiem sobie za cel informowanie społeczności polskiej o wydarzeniach politycznych, oświatowych, kulturalnych i wszelkich innych, a zarazem – tworzenie zwierciadła jej życia. Nie kryją, że poprzez audycje te chcą też kreować wizerunek Polaka na Litwie w początkach trzeciego tysiąclecia z myślą o ewentualnych widzach Litwinach oraz przedstawicielach innych mniejszości narodowych zamieszkujących Nadniemeńską Krainę. Chcąc być obiektywnymi, trzeba więc mądrze wypośrodkowywać i wyważać wątki, nie wpadać w skrajności, nie dać się ponieść niepotrzebnym emocjom i sentymentom.
Zbyt kusy kwadrans
Kiedy za każdym razem szykują emisję kolejnego „Album”, trapi ich tak naprawdę jedyny problem: jak w kwadrans „upchać” całe pełnokrwiste życie rodaków w mijającym tygodniu? Zresztą, ten kwadrans – to tak naprawdę 13,5 minuty, gdyż cenne sekundy zabiera prezentacja winiety i pewna oprawa graficzna całości oraz tak wszędobylska reklama. Żeby się zmieścić, tną to, co przygotowali, raz, potem drugi, a nawet trzeci, gdyż innego wyjścia nie ma.
Świadomi, że 15 minut – to format programu informacyjnego, przebrali różne formy. Próbowali np. wzorem „Teleexpressu” ujmować wydarzenia migawkowo, by zyskać na pojemności. Wyszło tak na dobrą sprawę o wszystkim i o niczym, co wywołało pretensje widzów. Postanowili zmniejszyć więc liczbę ujęć do kilku, eksponując te najważniejsze i wydłużając czas ich trwania. Znów było źle, gdyż część wydarzeń nie trafiało na szklane domowe ekrany. Wciąż więc szukają tego optymalnego wariantu, stawiając na rozbudowane programy monotematyczne, choć tak naprawdę wiedząc, że rozwiązanie jest jedno – wydłużenie programu choć do 30–40 minut.
Kiedyś przecież emitowana niedzielami w I programie Telewizji Litewskiej polska „Panorama Tygodnia” liczyła minut 50. Potem „Rozmowy Wileńskie” skrócono do pół godziny. Jeszcze potem na „Album Wileńskie” otrzymali kwadrans czasu eterowego. Czyli tyle, ile liczą programy innych mniejszości narodowych. Bo – jak widać – kierownictwo Telewizji Litewskiej wszystkie je zwykło mierzyć jedną miarką. Puszczając w niepamięć, że mniejszość polska jest bez porównania większa niż – dajmy na to – białoruska lub ukraińska.
Zresztą z tą „urawniłowką” nie jest tak do końca fair. A to dlatego, że Rosjanie czemuś są zdecydowanie uprzywilejowani. Prócz sobotniego kwadransa w bloku mniejszości narodowych mają przecież codziennie 10-minutowy program informacyjny, a ponadto raz tygodniowo 15-minutowy program prawosławny. Gdzież tu więc sprawiedliwość? Tym bardziej, iż prezentująca się najprężniej polska mniejszość mnoży imprezy, podczas gdy Ukraińcy bądź Białorusini są w tym zdecydowanie powolniejsi, stąd nierzadko zachodzą w głowę, co tu by tak pokazać? Kiedy próbowali się dowiedzieć, czemu Rosjanie hołubieni są w sposób szczególny, usłyszeli na odczepnego: „Bo... rosyjski na Litwie zna zdecydowanie więcej osób niż polski”.
Deficyt… życzliwości
Nie godząc się na tak macosze traktowanie, redakcja „Album Wileńskiego” wielokrotnie postulowała u kierownictwa Telewizji Litewskiej o wydłużenie czasu emisji przygotowywanego programu. Tylko że postulaty te jak dotąd przypominają wołanie na puszczy. Co więcej, w ramach oszczędzania funduszy przed kilkoma laty podjęto decyzję, by na okres trzech miesięcy letnich również tzw. programy misyjne, do jakich należą te z mniejszościami narodowymi w rolach głównych, ograniczyły się do powtórek już raz wyemitowanych audycji. Ich protest z motywacją, że latem życie społeczno-kulturalne rodaków bynajmniej przecież nie zamiera, połączony na domiar z gorącym apelem kilku polskich organizacji na czele ze Związkiem Polaków na Litwie, nie zrobiły jakoś na zwierzchnikach Telewizji Litewskiej żadnego wrażenia. Przy tej zdecydowanie zarysowanej niechęci troje realizatorów „Album Wileńskiego” za wielki sukces uznaje wysforowanie go na czoło programu mniejszości narodowych tudzież przesunięcie ze zbyt wczesnej godziny 8 rano na godzinę 10.30, pozwalając obudzić się wszystkim, kto w pierwszym dniu weekendu lubi dłużej pospać.
Więcej czasu antenowego wielce by się przydało, by również pośród widza litewskiego kształtować autentyczny wizerunek Polaków na Litwie z ich problemami i sukcesami. Jakże różniący się od tego, jaki w sposób wcale nieprzypadkowy starają się wytworzyć telewizje litewskie, perfidnie wypaczając nieraz stan rzeczy, w czym wyjątku wcale nie stanowi LTV. Konia z rzędem temu, kto przypomni, kiedy to najbardziej medialna „Panorama” w jej I programie ukazała życzliwie naszych rodaków, w świetle pozbawionym złośliwości albo ironii.
Jak natomiast Polacy na Litwie na ostrzu noża stawiają któryś ze swoich zadawnionych w rozstrzyganiu problemów, telewizja centralna wnet śpieszy w okolice Sejn lub Puńska, by sfilmować „męczeńskie” realia zamieszkałych tam Litwinów. Z kolei chętnie smakujące w temacie polskim „Dviračio žinios” zwykły ukazywać „Lietuvos lenką” w satyryczno-ironicznej kanwie: jako prostaka, żyjącego jedynie myślą, kiedy to Wilno z Wileńszczyzną powrócą do Polski.
Prawdomówne
i rzetelne credoRobione przez Ich Troje audycje „eksportowe” – jak się już rzekło – też mają swoją specyfikę i przesłanie. Są świadomi, że prócz ładunku informacyjnego winny kształtować obraz naszego rodaka jak na Polskę, tak też za pośrednictwem tamtejszych telewizji na cały świat. Nie zwykli więc wynosić „śmieci” z własnej „izby”. Wręcz odwrotnie: przez dobrych lat kilka heroicznie prostowali ubzduraną nie gdzie indziej, tylko (żeby było boleśniej) właśnie w Macierzy śpiewkę o rzekomo do reszty skłóconych Polakach na Litwie. I nie kryją satysfakcji, iż cokolwiek udało się ten krzywdzący wizerunek odmienić.
Docierające przede wszystkim za pośrednictwem Telewizji „Polonia” na cały świat ich audycje o rodakach mają być czytelne. Żeby taki Polonus w Australii, Brazylii bądź Republice Południowej Afryki bardziej pojął, o co chodzi, ukazują istotę rzeczy, a nie rozpraszają się na szczegółach i drobiazgach, co w pierwszą kolej dotyczy problemów.
Zresztą, z wyciąganiem na światło dzienne tego, co nas boli, zważywszy, iż pracują na zamówienie, bynajmniej nie zawsze mieli wolną rękę. Szczególnie dotyczyło to czasów przedekcesyjnych Polski i Litwy do Unii Europejskiej oraz NATO. Wedle widzimisię Warszawy, wszystko w stosunkach Orła Białego i Pogoni miało naonczas być cacy-cacy. Modelowano więzy te aż do obrzydzenia poprawnie, składając na ołtarzu braterstwa i dobrosąsiedztwa niejedną krzywdę, wyrządzaną w biały dzień wileńskim albo podwileńskim Kowalskim. Musieli więc baczyć, by tych „kantów” w reportażach albo w newsach nie było za wiele, gdyż inaczej były gorliwie „zaokrąglane”.
Teraz, na szczęście, ów zagłaskujący polsko-litewskie więzy punkt widzenia zdecydowanie się zmienił. Nie ma już tematów tabu. Ba, Warszawa wręcz zachęca, by spoglądali na rzeczywistość rodaków na Litwie bez różowych okularów. Mają wrażenie, iż zaczyna nie brakować takich, co to na naszych polskich problemach skłonni byliby „zęby ostrzyć”. Oni nie zamierzają jednak kopiować metod, jakimi się kieruje Telewizja Litewska w ukazywaniu „cierpiętnictwa” Litwinów w Polsce, gdyż droga ta wiedzie do ślepego zaułka. Prawdomówność i rzetelność – oto credo, któremu byli, są i pozostaną wierni.
Niczym skała jednolici
Dziś, gdy wracają do początków swej telewizyjnej przygody, z czym tak mocno się zbratali, Edyta z Walentym mimowolnie się uśmiechają. Zaczynali przecież tak naprawdę od zera, ucząc się telewizyjnego abecadła, narracji obrazkowej, kolejno się wtajemniczając w różne gatunki – od najprostszego newsa poprzez reportaże, widowiska, po jakże wymagające filmy dokumentalne, których to filmów zresztą mają na swym koncie już kilka. A wszystkie – co z dumą podkreślają – są tworem zbiorowym, gdyż telewizja – to gra zespołowa z bardzo konkretnym podziałem funkcji. Trzeba (nierzadko podczas „burzy mózgów”) zawczasu obmyślić scenariusz, obrać najbardziej pasującą do zdarzenia formę relacji. Dopiero potem w ruch idzie kamera, tworzony jest tekstowy podkład pod wizję, a dzieło za każdym razem wieńczy arcyważny montaż, w czym nieodzowną pomocą służą im Rinalda Akelyte oraz Algis Bigelis.
Za 10 lat wspólnej pracy rozumieją się naprawdę bez słów, będąc triem jednolitym jak skała. Zdaniem Edyty, tak zgrana ekipa, jaką obecnie tworzą, jest – kto wie – czy aby nie największym ich osiągnięciem. Bez wątpienia pomocna w tym była prawie zbieżność wiekowa, wspólna wizja celów, poczucie nowatorstwa, zdolność składania w ofierze własnego „ja” dla wspólnego „my”, co – rzecz jasna – nie oznaczało stawiania krzyżyka na własnym zdaniu. W tak twórczym podejściu narodziło się krocie audycji, których bohaterami na ekranie w lwiej części byli tak sercu bliscy rodacy na Litwie.
Jeden wizją, dwoje – fonią
Zasobność ich archiwum sięga ponad 3000(!) godzin filmowych, z czego najbardziej kontent jest Jan Wierbiel. To wszystko on bowiem sfilmował. Kamerą ustawioną na statywie albo dźwiganą (zbatuje mnie chyba za to słowo) na plecach. Że praca operatora dlań – to wielka frajda, bardziej niż wymownie świadczy niezdolność powiedzenia, jak ciężkie jest toto z obiektywem. „Ileś tam waży” – twierdzi z uśmiechem, puszczając w niepamięć, iż wcale nie piórkiem jest też bardzo nieporęczny statyw. Ponadto na kamizelce, jaką zwykł nosić, aż się roi od przeróżnych schowków: na kasety, baterie, kable. Oczepiony tym więc bywa niczym choinka zabawkami. „Wystarczy jednak, by organizatorzy imprezy zapewnili jakąś tam akcję, a już można pracować. Znacznie gorzej jest natomiast z taką konferencją, gdzie same siedzące głowy” – zwierza się Janek, odsłaniając tajniki zawodowej pracy.
O ile on pozostaje poza kadrem, Edyta z Walentym mają nieraz wodzić rej przed kamerą. Z konieczną prezencją, elokwencją tudzież zdolnościami prowadzenia monologu lub dialogu, by maksymalnie zwięźle i treściwie wyłuszczyć meritum sprawy. Nie kryją, że w początkach kariery język im nieraz grzązł w gardłach. Szczególnie kiedy za rozmówców mieli np. prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego albo premiera Jerzego Buzka, z którym, jak wspominają, dostąpili zaszczytu rozmawiania jako pierwsi z dziennikarzy zagranicznych po objęciu przezeń rządowego steru. Jeśli natomiast chodzi o rozmówców rodzimych, mogą mieć nie lada satysfakcję, że ci najczęściej nagrywani zrobili znaczące postępy: potrafią trzymać się przed kamerą, są w miarę lakoniczni w wypowiedziach, a i na poprawność polszczyzny usilnie baczą.
Filmami znaczona historia
Wśród liczonych na tysiące błon z nagraniami miejsce szczególne zajmuje torba z 33 kasetami, jakie przywieźli z dwumiesięcznego wojażu w roku 2000 do Republiki Południowej Afryki na zaproszenie tamtejszej Polonii. Tego wyjazdu na Czarny Ląd nie zapomną do końca życia, podobnie jak spotkania prawie że w buszu z Dezyderiuszem Drużyńskim – człowiekiem o losie pokrętnym niczym górska serpentyna, w który wpisuje się też rozległy rozdział wileński. Na razie kasety te „marynują się”, choć są pełni zdecydowania przywołać je na jesieni br. we wspomnieniowych audycjach z okazji 10-lecia pierwszej audycji w „Rozmowach Wileńskich” oraz 5. rocznicy „Album Wileńskiego”.
Zdają sprawę, że archiwum, w jakiego są posiadaniu – to kapitał bezcenny, bo ocalający od zapomnienia to, co się działo z udziałem Polaków na Litwie w latach 1997-2007. Okres jak dekada więc. Aby go wydłużyć, gotowi są gorąco apelować do rodaków o wcześniejsze materiały audio-wizualne dla wspólnego archiwum, jakie niejeden kręcił amatorską kamerą. Materiały dziś już historia, dotyczące jak własnej rodziny, tak też szkół, zespołów artystycznych, przeróżnych wydarzeń. Wielce zachęcający jest w tym gest dyrektora Wileńskiej Szkoły Średniej im. Joachima Lelewela Wacława Baranowskiego, który przekazał im własnoręcznie nakręcony film z wyjazdu w latach 70. ubiegłego wieku Ludowego Zespołu Pieśni i Tańca „Wilia” do Polski. Każdy kolejny taki dar przyjmą z radością szczególną, zapewniając przy tym darczyńcom zgranie kopii na ich potrzeby na bardziej współczesne nośniki.
Kiedy zagaduję na koniec rozmowy prowadzonej w ich lokującym się na poddaszu Domu Kultury Polskiej w Wilnie „mateczniku” o plany i życzenia na przyszłość, nie dają się zbytnio bujać w obłokach. Marzy się choć maleńkie własne studio nagrań, sukcesywne dozbrajanie się w sprzęt, który ma to do siebie, że przy tak zawrotnym postępie w telewizyjnej branży rychło się starzeje. A dziękując za dotychczasowe wyrozumienie rodzinom, gdzie tak często są nieobecni, chcieliby być nadal w obrazie i głosie kronikarzami życia Polaków na Litwie. W nadziei, że życie to zyska cokolwiek jaśniejsze barwy.
Henryk Mażul