Minęła 65. rocznica akowskiej operacji „Ostra Brama”

Los – na ofiarny stos...

Zryw niczym ułańska szarża

Przed 65 laty w grodzie nad Wilią trwały zacięte walki. Bo to właśnie 13 lipca 1944 roku został on oczyszczony od niemieckiego okupanta. W roli wyzwolicieli wystąpili żołnierze sowieccy, dowodzeni przez generała Iwana Czerniachowskiego oraz żołnierze Wileńskiego i Nowogródzkiego Oddziałów Armii Krajowej, uczestnicy operacji pod kryptonimem „Ostra Brama”. Niestety, pierwotny zamysł dowództwa AK, by niespodziewanym atakiem zaskoczyć Niemców, wyprzeć ich z Wilna i wyprzedzić pod tym względem Sowietów, spalił na panewce.

Dziś z perspektywy czasu bardziej niż wymownie widać, że zryw, mający w swym zamyśle zamanifestować, kto jest gospodarzem grodu nad Wilią, nosił wiele znamion ułańskiej szarży. Przede wszystkim, na nic zdały się przypuszczenia głównego stratega operacji „Ostra Brama” majora Macieja Kalenkiewicza „Kotwicza”, że morale Niemców się załamią i w panice stąd się wyniosą. Tymczasem oni jeszcze w kwietniu przystąpili do gruntownej fortyfikacji miasta, czyniąc z niego istną twierdzę, której miała bronić bez mała 18-tysięczna załoga. Gotowa bić się do ostatniego żołnierza, zważywszy, że gród ten stanowił ostatni punkt strategiczny osłaniający Prusy Wschodnie. Dowództwo Armii Krajowej, rezydujące początkowo w Dziewieniszkach, a potem – w Wołkorabiszkach, miało swe ogniwa wywiadowcze na terenie Wilna. I – owszem – przesyłały one meldunki o ruchu wojsk niemieckich i rozmieszczeniu bunkrów obronnych. Brakowało natomiast danych o liczebności, dyslokacji oddziałów, ich sile i organizacji.

Niemcy się spodziewali, że wypadnie się bronić przeciw 17-tysięcznej nawałnicy polskich żołnierzy. A tymczasem szturm Wilna w pierwszej fazie przypuściło jedynie 4700 akowców. Byli na domiar zmęczeni długimi marszami, znacznie ustępowali wrogowi pod względem uzbrojenia, szczególnie – artylerii, decydującej w niemałym stopniu o powodzeniu ataku. Popełniono też zapewne błąd w taktyce, przechodząc od walki partyzanckiej, jaką dotąd prowadziła Armia Krajowa, do regularnych działań wojskowych.

Zgubna okazała się ponadto próba przyśpieszenia o jeden dzień ataku, który w pierwotnym zamyśle miał nastąpić 7 lipca o godzinie 23. Zbyt forsowne natarcie wojsk sowieckich zmusiło jednak poczynić korekty w planach. Z rozkazu generała Aleksandra Krzyżanowskiego „Wilka” do natarcia ruszono 6 lipca wieczorem. Pośpiech ów spowodował pewne zamieszanie w szykach, nie pozwolił poszczególnym oddziałom stawić się na wyznaczonych im pozycjach. Na nic zdały się męstwo i zapał bojowy, w czym atakujący znacznie przewyższali broniących się Niemców.

Sukces był połowiczny: prawobrzeżna od Wilii część miasta została wyzwolona przez żołnierzy Armii Krajowej. Natomiast część lewobrzeżna oparła się atakom, bo Niemcy stawiali tu szczególnie zacięty opór. Wykrwawione w bojach oddziały AK musiały się wycofać. Wilno z rąk niemieckich zostało ostatecznie oczyszczone 13 lipca 1944 roku. Po tym, gdy z odsieczą przyszły prące na zachód oddziały Armii Sowieckiej.

Pierwotny zamiar rządu w Londynie, by w zajęciu Wilna wyprzedzić oddziały dowodzone z Kremla i zademonstrować, do kogo miasto to tak naprawdę należy, wziął zatem w łeb. Wypadło dzielić się łupem z żołnierzami z gwiazdkami na czapkach. Wspólne patrolowanie Wilna jedynie stworzyło pozory sojuszu. Dwa razy akowcy zawieszali na wieży Giedymina biało-czerwoną flagę i dwukrotnie zrywali ją żołnierze sowieccy.

Szydło z worka ostatecznie wyszło kilka dni po wyzwoleniu Wilna. Mimo prowadzenia rozmów o wcieleniu AK w skład oddziałów sowieckich do dalszej walki z Niemcami 17 lipca zaproszony na nie przez generała Iwana Czerniachowskiego do pałacyku przy stołecznej ulicy Kościuszki 16, usłyszawszy uprzednio, że „nikakowo dogowora nie budiet”, podstępnie został aresztowany generał „Wilk”. W taki sam sposób rozbrojono w Boguszach około 26 oficerów AK średniej i niższej rangi, a po czym w Puszczy Rudnickiej – większość akowców, których gros bydlęcymi wagonami trafiło do sowieckich łagrów. Wielu z nich stamtąd nie wróciło, zostało zakatowanych, pomarło z wycieńczenia i poniewierki. Odchodząc zostawiali potomnym testament walki o miasto Tej, „co w Ostrej świeci Bramie”, o „perłę korony polskiej”, o „Florencję Północy” – polskie Wilno, dla którego pracowali, walczyli, cierpieli i oddali życie.

Był też Jan Piątek „Czarny”

Do tych, którzy podczas II wojny światowej jakże godnie spełnili swą żołnierską powinność względem Ziemi Wileńskiej, należy też Jan Piątek ps. „Czarny”. Los z naszymi strony połączył go w roku 1931, kiedy to otrzymał powołanie do wojska. Przybył tu natomiast aż z Podkarpacia, z położonej nieopodal Mielca wsi Kliszów, gdzie w roku 1909 przyszedł na świat i gdzie minęła jego młodość, znaczona 6 latami uczęszczania do mieleckiego gimnazjum. Śmierć ojca w roku 1926 przerwała jednak naukę. Musiał rychło wydorośleć, a żeby pomagać owdowiałej matce, podjął się pracy. Początkowo jako cukiernik w warszawskiej firmie braci Szokalskich, a następnie jako kok na statku.

Jak już nadmieniłem, w roku 1931 czynna żołnierska służba sprowadziła go do Wilna, do stacjonującego tu 1 pułku piechoty. Po półtora roku, gdy miał wracać do cywila, nie uczynił jednak tego. Dosłużywszy się stopnia kaprala, zdecydował nadal wdziewać żołnierski mundur, podpisując zawodowy kontrakt: początkowo przez trzy lata z roku na rok, a w roku 1935 – za jednym pociągnięciem na cztery lata z miesięcznym żołdem 150 złotych. Tak to w regularnym wojsku i w stopniu sierżanta zastał go 1 września 1939 roku hitlerowski napad na Polskę.

Niczym jeden mąż ruszyli do obrony Ojczyzny. Toczyli zacięte boje pod Pułtuskiem i Wyszkowem, chcąc przedrzeć się do Warszawy. Na nic zdało się męstwo, okupione krwią wielu poległych – siły były zbyt nierówne, o czym ostatecznie przekonali się w potyczce pod Łukowem, kiedy to zostali przez Niemców doszczętnie rozbici i rozproszeni po okolicznych lasach. Świadomi klęski gorączkowo szukali odpowiedzi: „Co dalej?”. Wraz z kilkoma kolegami zdecydował sierżant Piątek już w cywilu wracać do Wilna, gdzie czekała go żona Józefa i maleńki synek Wiesław.

Udało się! Tyle że Wilno było już w rękach Sowietów, którzy po pewnym czasie wielkodusznie przekazali je Litwinom. O pracę było trudno, tym bardziej, że nowi gospodarze szczególnie niechętnie zatrudniali Polaków. By jakoś radzić, podjął się Piątek szmuglowania. Ze wsi sprowadzał żywność, a tam woził własnoręcznie wytwarzane tak deficytowe naonczas mydło. Ten proceder był dlań świetną przykrywką dla działalności w podległej rządowi na emigracji konspiracyjnej organizacji „Polska Podziemna – Związek Walki Zbrojnej”, mającej walczyć z okupantem, do której zaciągnął się we wrześniu 1941 roku.

Poprzez drukowanie i rozprowadzanie ulotek mieli krzepić rodaków na duchu, podsycać wiarę, że Ojczyzna zostanie wolna. Z wykorzystaniem w pierwszą kolej zawodowych żołnierzy utworzono doskonale funkcjonujące struktury państwa podziemnego, mające na celu przystąpienie w pewnym momencie do oporu z bronią w ręku. Właśnie po temu powołano Armię Krajową, a jej żołnierzem został też Jan Piątek.

Do partyzantki trafił zaangażowany przez porucznika Czesława Grombczewskiego „Juranda”, który w połowie stycznia 1944 roku z kilkoma żołnierzami zorganizowanego w Wilnie konspiracyjnego plutonu wyruszył do Koniuch pod Bujwidzami, by przygotować miejsce postoju dla pozostałej w Wilnie reszty AK-owskiej formacji. Niebawem zameldowali się tam z żołnierzami sierżant Maurycy Palenko „Strug” oraz właśnie Jan Piątek „Czarny”, któremu powierzono dowództwo nad 1 plutonem.

Po tym, gdy w pierwszych dniach lutego 1944 roku doszło do planowanego połączenia plutonu Czesława Grombczewskiego „Juranda” z plutonem porucznika Wilhelma Dietmeyera „Wilczura”, zaistniał samodzielny około 80-osobowy oddział partyzancki, przemianowany nieco później na 1 Brygadę Partyzancką Armii Krajowej Okręgu Wileńskiego pod dowództwem „Juranda”. Jej chrzest bojowy nastąpił już niebawem, kiedy otrzymała zadanie położyć kres panoszącemu się w okolicach Podbrodzia niby sowieckiemu oddziałowi partyzanckiemu, a w rzeczy samej – bandzie rabunkowej niejakiego „Borodacza”, nękającej na różne sposoby miejscową ludność polską.

1 marca wspierani przez oddział „Błyskawica” i akowców innych formacji żołnierze „Juranda” okrążyli w Mejrańcach zajętych notoryczną libacją bandytów. W wyniku gęstej strzelaniny banda poniosła dotkliwe straty. Na polu walki zabito 32 niby partyzantów sowieckich, w tym – samego herszta „Borodacza”, rannych zostało 10 osób, a 6 ujęto. Zdobyto też wiele broni, tak niezbędnej do dalszej walki. Po stronie polskiej obeszło się bez strat.

Zasilana przez coraz to nowych jakże patriotycznie nastawionych ochotników 1 Brygada „Juranda” rozpoczyna triumfalny marsz po Wileńszczyźnie, naszpikowany w miesiącach marzec – lipiec 1944 niejedną potyczką jak z oddziałami niemieckimi tak też z policją litewską. Jej szlak bitewny wiódł m. in. przez Kuprijaniszki, Powidaki, Mejszagołę, Suderwę, Antokolce, Skorbuciany, okolice Ławaryszek, Majkuby, Kozaki, Komorowszczyznę, Kotłówkę. Jako zawodowy żołnierz, Jan Piątek „Czarny” miał za zadanie szkolenie tych, kto z miejscowej ludności zdecydował chwycić za broń, by walczyć o wyzwolenie Ojczyzny-Wileńszczyzny.

Tak się stało, że w toku operacji „Burza” to właśnie partyzancka formacja porucznika Czesława Grombczewskiego „Juranda” w dniu 13 lipca 1944 roku stoczyła pod Krawczunami ostatni bój o Wilno z wycofującymi się stamtąd elitarnymi jednostkami faszystowskimi generała Rainera Stahela, mającymi miażdżącą przewagę jak w żywej sile (ta liczyła około 2 tys. żołnierzy), tak też w orężu. W tym nierównym boju poległo aż 79 żołnierzy i sam 33-letni „Jurand”.

Po aresztowaniu dowództwa okręgu oraz oficerów oddziały wileńskiej AK otrzymały rozkaz natychmiastowego opuszczenia terenu i przejścia do Puszczy Rudnickiej. Jej osłona zdała się na nic, gdyż marsz ten był kontrolowany przez oddziały sowieckie jak z ziemi tak z powietrza.18 lipca w otoczonym kotle znalazł się też Jan Piątek „Czarny”. Świadomi bezmyślności walki akowcy złożyli broń, po czym w liczbie około 6 tysięcy osób odkonwojowano ich i uwięziono w ruinach zamku w Miednikach Królewskich. 28 lipca doprowadzeni pieszo do stacji Kiena i załadowani do bydlęcych wagonów zostali wywiezieni w głąb Rosji – do Kaługi.

Tu, podobnie jak pozostałym towarzyszom broni, a teraz – jeńcom, zaproponowano Janowi Piątkowi wstąpienie do szeregów wojska sowieckiego dla dalszej walki z Niemcami. Gdy stanowczo odmówił enkawudzistom złożenia przysięgi z motywacją, że czynienie tego na rzecz obcego państwa byłoby sprzeczne z jego żołnierskim etosem, został poddany wnikliwemu śledztwu. By paradoks był większy, usłyszał, że jako obywatel ZSRR (którym przecież nigdy nie był!) będzie sądzony za… zdradę ojczyzny. Przypisano mu też rzekome rozstrzeliwanie wziętych do niewoli w potyczce pod Mejrańcami sowieckich spadochroniarzy, zarzuconych na wraże tyły (a tak naprawdę – zbirów z bandy „Borodacza”). Wyrok, jaki usłyszał w dniu 26 grudnia 1944 roku, mógł mrozić krew w żyłach: 10 lat pozbawienia wolności w łagrach z utratą całego majątku oraz ograniczeniem praw obywatelskich na dalsze trzy lata.

W ten to sposób w życiorysie przechrzczonego na rosyjską modłę Iwana Josifowicza Piontka (ech, ta przewrotna polska nosówka „ą” w nazwisku!) rozpoczął się okres łagiernika. Początkowo przez lat 10 jego „drugim domem” z musu został Kraj Irkucki na bezkresach Syberii, a następne dwa lata spędził na zesłaniu w Kraju Krasnojarskim. Rozkaz o końcu golgoty, znaczonej katorżniczą pracą, jakże licznymi szykanami i poniewierką, zastał go w maju 1956 roku w osiedlu Teja nad Jenisejem. Mógł wracać do „swajej Polszi”, tyle że nie do Wilna, które było już stolicą Litwy sowieckiej, a w rodzinne strony – do Kliszowa.

Wrócił, nie do końca świadom, że w ludowej Ojczyźnie za swą AK-owską przeszłość będzie postrzegany przez płaszczące się przed Kremlem władze wyraźnie zezem. Zaciskał zęby, żył i pracował: początkowo jako sprzedawca, a potem – jako kierownik sklepu, handlującego różnym żelastwem. Prowadził ożywioną korespondencję z byłymi towarzyszami broni, jeździł na spotkania. Wszystko, co dane było mu przeżyć, skrzętnie spisywał, mając w zamiarze wydanie autobiograficznej książki. Ta jednak nie ukazała się drukiem, gdyż w roku 1980 dom, gdzie mieszkał, został okradziony, a dziwnym zbiegiem okoliczności przepadły wszystkie rękopisy. Ten ubecki „numer” podciął mu wyraźnie skrzydła, zrujnował zdrowie, co przyśpieszyło odejście w zaświaty w dniu 30 lipca 1981 roku. Spoczął obok rodziców na cmentarzu w Kliszowie.

Zamieszkały w Wilnie, a liczący obecnie lat 70 syn Jana Piątka – Wiesław głęboko w sercu chowa pamięć o ojcu, z którym los go rozłączył na całe życie. Pozostawszy wraz z matką w Wilnie, nie mieli tu łatwego życia. Ledwie głowa rodziny poszedł do oddziału partyzanckiego, doczekali się rewizji w domu. Kto wie, czym by ta się zakończyła, gdyby litewskim policjantem nie okazał się znajomy matki z przedwojennych potańcówek. Kiedy rewidujący wrócili po kwadransie, matki z sześcioletnim synkiem już nie zastali. Ci bowiem po przenocowaniu u dziadków, udali się na tereny kontrolowane przez partyzantów, mieszkając u różnych ludzi, co pozwalało też często-gęsto widywać się z mężem i ojcem. Do dziadków, na wileńską Lipówkę, wrócili potajemnie zaraz po operacji „Ostra Brama”. Przedwojenny adres przy Chełmskiej 6 nigdy już nie stał się dla nich aktualny.

Akowska przeszłość męża i ojca snuła się za nimi niczym cień. Mieszkali na Lipówce niczym na wulkanie, gdyż enkawudziści mieli ich w swoich kartotekach i kilkakrotnie nawiedzali. Za każdym razem ratowali się ucieczką na pobliski karaimsko-ewangelicki cmentarz, w czym pomocą służyło pagórkowate usytuowanie ulicy Wąwozy. Zimą stawała się ona nieprzejezdna z powodu zasp, latem natomiast piaszczyste stromizny powodowały, że z dala można było słyszeć przeraźliwy warkot silnika samochodu zwanego „cziornyj woron”, służącego enkawudzistom przy łapankach. Nie inaczej jak sam Pan Bóg strzegł Piątków, skoro uszli represjom, nim dano wreszcie im spokój.

Jan Piątek nigdy do Wilna nie zawitał. Syn Wiesław począwszy od roku 1957 regularnie odwiedzał ojca w Kliszowie, chcąc możliwie najwięcej się dowiedzieć o jego kolejach losu, kiedy przestali być razem. Nie były to jednak opowieści wylewne. Wielokrotnie słyszał, że o wszystkim dowie się z książki, którą planował wydać, a w czym plany pokrzyżowała peerelowska bezpieka.

Z tym większym pietyzmem przechowuje więc pan Wiesław nieliczne pamiątki po rodzicu: zdjęcia w mundurze żołnierza AK, pozyskane w Litewskim Archiwum materiały dotyczące śledztwa w Kałudze i wydanego wyroku, dyplom potwierdzający zdobycie przezeń w roku 1933 tytułu bokserskiego mistrza garnizonu w wadze piórkowej, odręcznie spisany zeszyt z próbkami twórczości poetyckiej, zdradzającej zresztą jego w tym nieprzeciętny talent, a podkreślający bogactwo duchowe.

Pamięć „na baczność” prostowana

Przypadająca w lipcu br. 65. rocznica operacji „Ostra Brama”, którą życiem przypłaciło około 500 żołnierzy AK, stanowiła doskonałą okazję, by uczcić ich pamięć, by przywołać tamte dyszące krwią i pożogą dni, by zrozumieć racje naonczas siedemnastoletnich. Tych, którzy na zew Ziemi Wileńskiej poszli do walki z wrogiem i do końca nie splamili żołnierskiego honoru. Znakiem tej pamięci były liczne uroczystości przy grobach akowskich – na wileńskim Pióromoncie, w Kolonii i Kalwarii Wileńskiej, w Skorbucianach, Krawczunach, do czego walnie się przyczynił Związek Polaków na Litwie, pozostający przy życiu, a zamieszkali jak u nas tak też w Polsce wiarusi.

Z piękną inicjatywą wspólnych obchodów tej daty po raz pierwszy wystąpił Białostocki Oddział Instytutu Pamięci Narodowej z jego prezesem Cezarym Kuklą na czele. W dniu 4 lipca honory akowcom oddano w grodzie nad Białą, gdzie w intencji poległych i pomordowanych odprawiona została Msza św., złożono kwiaty przed pomnikiem żołnierzy AK Okręgów Białostockiego, Wileńskiego i Nowogródzkiego, wygłoszono okazyjną prelekcję.

W dniu 5 lipca obchody 65. rocznicy operacji „Ostra Brama” przeniosły się natomiast do Wilna. Zainaugurowało je tu w południe złożenie wieńców i kwiatów przy sarkofagu Serca Marszałka Józefa Piłsudskiego i w kwaterach żołnierzy AK na cmentarzu Rossa. Obok zastygłych w pocztach sztandarowych naszych kombatantów i miejscowej społeczności polskiej udział w tych uroczystościach wziął kierownik wydziału konsularnego ambasady RP w Wilnie Stanisław Kargul z pracownikami, wiceprezes Polskiego Instytutu Pamięci Narodowej Stanisław Gryciuk, prezes Białostockiego Oddziału IPN-u Cezary Kuklo.

Zabierając głos Stanisław Kargul powiedział m. in.: „Uczestnicy operacji „Ostra Brama” – podobnie zresztą jak olbrzymia większość tego wykutego w II wojnie światowej pokolenia – walczyli o słuszną sprawę, walczyli po właściwej stronie. Co więcej, zwyciężyli w tej wojnie, ale faktycznie – z wyroku historii – przegrali w niej własny los. To chyba jeden z najbardziej tragicznych paradoksów polskiej historii.

Czcimy tu pamięć tych, którzy oddali życie za Polskę. Ale ci, którzy także o Polskę walczyli i udało się im przeżyć, zakosztowali potem najtrudniejszego losu. Znów – z wyroku historii – odeszła od nich Polska, nowa władza skazała ich na więzienia, łagry... Po latach część z nich pojechała do Polski w dwóch transferach, zwanych wówczas repatriacją. Reszta pozostała, otoczona wrogością współlokatorów swego domu, przez długie lata płacąca za swój patriotyzm, za spełnienie obywatelskiego obowiązku. Jednak cechą charakterystyczną tego pokolenia jest wyjątkowe przywiązanie do swych ideałów i ani ci, co powędrowali do Polski, ani ci, co zostali na Wileńszczyźnie, nie dali sobie ich odebrać, pozostali im na zawsze wierni”.

Wprost z cmentarza uczestnicy uroczystości przenieśli się do stołecznego Domu Kultury Polskiej, a ich ciąg dalszy stanowiło wręczenie tu przez ambasadora RP w Wilnie Janusza Skolimowskiego 15 naszym kombatantom przyznanych przez Urząd ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych medali „Pro Memoria”. Potem wydarzenia sprzed 65 lat pod kryptonimem „Ostra Brama” w wyczerpującym referacie przywołał wielki znawca tego tematu – dziekan wydziału Ekonomiczno-Informatycznego Filii Uniwersytetu Białostockiego w Wilnie, prof. Jarosław Wołkonowski. O tymże traktowały też wyświetlone trzy filmy, a całość obchodów wieńczył wspólny posiłek dla obecnych na sali, o co zatroszczył się wydział konsularny ambasady RP w Wilnie.

Dzieje Polski, a jej Kresów Wschodnich – w szczególności, obfitują w niejeden bohaterski epizod, jakże niezbicie dowodzący, że „wolność krzyżami się mierzy”. Owe krzyże znaczą też bitewny szlak tych, kto podczas II wojny światowej na zew patriotycznego ducha poderwał się z bronią w ręku do obrony rodzinnych progów, kto w jakże bezinteresowny sposób rzucił swój los na stos, choć ten został jakże brutalnie przygaszony przez historię, co to „niejeden zna błąd”. Oto dlaczego ta złożona na ołtarzu Ojczyzny żołnierska ofiara winna w sposób szczególny prostować „na baczność” naszą pamięć...

Henryk Mażul

Wstecz