Wileński Uniwersytet Pedagogiczny wręczył dyplomy magistrom i bakałarzom
Zdani na siebie

W dniu 29 czerwca br. świąteczną atmosferę dało się wyczuć już na przedpolu Wileńskiego Uniwersytetu Pedagogicznego. Zaświadczała o tym paradująca w galowym przyodziewku młodzież akademicka, licznie przybyli z okazałymi wiązankami kwiatów sekundujący jej krewni i znajomi. Tym Rzymem, dokąd wiodły wszystkie drogi, była położona na trzecim piętrze uczelniana aula. Bo to właśnie tu w uroczystej oprawie miały być wręczone dyplomy bakałarzy oraz magistrów, zwieńczone odpowiednio 4 bądź 6 latami studiów. Obok innych kierunków te upragnione dokumenty otrzymywało też 125 absolwentów wydziału slawistyki: poloniści, rusycyści, białoruteniści.
Jak tradycja każe, uroczystość zainaugurował studencki hymn „Gaudeamus igitur”. Nim rozpoczęła się ceremonia wręczania dyplomów, miejsce przy mównicy zajęli kierownik wydziału konsularnego ambasady RP w Wilnie Stanisław Kargul oraz jego trzeci sekretarz Agnieszka Śnieżko. Pan Stanisław Kargul, przywoławszy pokrótce dzieje wileńskiej polonistyki, poinformował, że na wniosek ministra spraw zagranicznych, prezydent RP Lech Kaczyński podpisał stosowny dekret (odczytany w całości przez Agnieszkę Śnieżko) o odznaczeniu rektora Wileńskiego Uniwersytetu Pedagogicznego prof. dra hab. Algirdasa Gaižutisa Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej, dla podkreślenia jego 6-letnich zasług w rozwoju zadomowionej od prawie półwiecza w tych murach polonistyki. Zabierając w odpowiedzi głos, nagrodzony serdecznie podziękował za tak wysokie odznaczenie i zapewnił, że również nadal nie ustanie w wysiłku na rzecz umacniania poprzez wykonywane obowiązki stosunków litewsko-polskich.
To właśnie głowie uczelni wespół z dziekanem wydziału slawistyki doc. dr Gintautasem Kundrotasem przypadł zaszczyt wręczania dyplomów wywoływanym kolejno grupom absolwentów. Jako pierwszych zaszczyt ten spotkał 9 magistrów filologii polskiej, po czym identyczne „trofea” odebrało 4 rusycystów. Po nich przyszła kolej na bakałarzy studiów dziennych, a stosowne dokumenty przypadły też 16 studentom filologii polskiej. Jako ostatni dyplomy bakałarzy przyswoili studiujący zaocznie. Radość tych, kto potrafił pomyślnie pogodzić naukę z pracą, dzieliło też kolejnych 9 polonistów.
Jak łatwo więc obliczyć, suma summarum szeregi polonistyczne powiększyły się tego roku o 34 osoby. Właśnie ich i tych wszystkich, kto w rodzinach był pomocny w pozyskaniu swym studentom dyplomów, serdecznie pozdrowiła kierownik katedry doc. dr Irena Masojć, życząc, by w nękanych bezrobociem czasach każdy znalazł już jeśli nie pedagogiczne, to przynajmniej jakieś zatrudnienie.
Pomocne w tym mają też być wydane po angielsku załączniki, zaświadczające o uzyskanych na przeciągu nauki ocenach oraz o tzw. kredytach, a mające pozwolić łatwiej się poruszać po integrującej się Europie. Owszem, teoretycznie wygląda to pociągająco, aczkolwiek jakoś wątpię, by wynikły z tego jakieś większe korzyści praktyczne. Chyba że ten i ów zdecyduje się studiować na którejś z uczelni Starego Kontynentu. Bo trudno przypuścić, by załączniki te stanowiły różdżkę czarodziejską przy ewentualnym zatrudnieniu – dajmy na to w mglistym Albionie albo w Irlandii (i tak przecież w nie wyuczonym zawodzie).
Nie ukrywam, siedziałem na sali mimo uroczystej atmosfery toczony smętnymi myślami. Bo dziś jest tak, że uczelnię wcale nie boli głowa, czym jej absolwent się zajmie. A tymczasem za moich studenckich czasów inaczej było. Kto otrzymywał dyplom, za pół roku wiedział, gdzie będzie pracować. A to dzięki tzw. przydziałowi, podczas którego ci z najlepszymi podczas całych studiów wynikami otrzymywali te najbardziej atrakcyjne na całej liście posady, a każdy (z wyjątkiem posiadaczy tzw. wolnych dyplomów) musiał koniecznie odpracować na przydzielonym miejscu 3 lata.
Obecnie wypada szukać zatrudnienia na własną rękę, co dla młodych ludzi jest na pewno zajęciem jakże stresującym. Dla polonistów – w szczególności, gdyż ofert podjęcia pracy zbieżnej ze zdobytą wiedzą nie za wiele. Odczuwalny nadmiar nauczycieli tego przedmiotu powoduje, że tylko nielicznym uśmiechnie się nauczanie w szkołach literatury i języka ojczystego.
Świeżo upieczona magister Alicja Mikielewicz może uchodzić za szczęściarza. Od lutego br. podjęła bowiem pracę polonistki w położonej tuż za rogatkami Wilna Zujuńskiej Szkole Średniej. Ma sporo godzin, klasę wychowawczą, co pozwala w pełni poczuć się „panią nauczycielką”. Jej koleżanki świadome, że teraz „każdy sobie rzepkę skrobie”, też starały się same zaradzić. Pochodząca z Koleśnik Justyna Lenkiewicz (notabene prócz dyplomu magistra polonistyki tegoroczna posiadaczka również identycznego dyplomu pedagoga socjalnego) i jeszcze parę dziewcząt załapało się do pracy w placówkach przedszkolnych. „Na razie” – jak twierdzą, nie kryjąc, że będą się rozglądały za bardziej atrakcyjnymi posadami.
Z grona tegorocznych 16 bakałarzy studiów dziennych czworo najlepszych przyszłość (przynajmniej dwa najbliższe lata) ma zapewnioną: podejmą finansowaną z państwowego „koszyczka” naukę na magisterce. Jeszcze przed rokiem nieodpłatnych miejsc było znacznie więcej; obecnie w ramach zaciskania kryzysowego pasa liczba ta została mocno okrojona.
Mający za sobą pierwszy etap studiów Jan Łukaszewicz żałuje, że będzie musiał się rozstać z koleżankami z roku, z którymi za cztery lata zdążył na dobre się zżyć. Trzech ich było płci męskiej na starcie studiów. Już po pierwszym roku został jednak rodzynkiem. Czy przez to dziewczęta nosiły go na rękach? „Nosiły, nosiły, choć też starałem się im w tym odwzajemnić” – żartuje. A zagadnięty o „co dalej?”, chce wierzyć, że oceny, jakie ma w indeksie, pozwolą mu ubiegać się o jedno z czterech gratisowych miejsc na magisterce.
Kurującemu polonistykę prodziekanowi wydziału slawistyki doc. dr. Romualdowi Naruńcowi radość z wyedukowania kolejnej promocji tych, kto jest kompetentny, by nauczać młodzież naszych szkół poprawnej polszczyzny, przeplata się z obawami o tegoroczny 1 września. Jak wiadomo, zainicjowana reforma szkolnictwa wyższego wprowadza odpłatność za studia. I to odpłatność niebotyczną, jeśli się zważy, że uniwersytecki rok bakalarski będzie kosztował przyszłego filologa 6625 litów, architekta oraz psychologa – 7922 lity, medyka – 9478 litów, a pilotów i muzyków – aż 18854 lity. Co prawda, senat pedagogicznej uczelni podjął decyzję, mającą cokolwiek ulżyć tym, czyje rodziny cienko przędą: po przedstawieniu stosownych dokumentów odpłatność studentowi może być zmniejszona nawet o połowę.
Z konieczności brzękania sakiewką zostaną zwolnieni jedynie najzdolniejsi, aczkolwiek stanowiący naprawdę znikomy odsetek. Pytanie, kogo z rodziców stać będzie, by zapewnić swym pociechom wyższe wykształcenie, albo kto z młodzieży zdecyduje się na zaciągnięcie pożyczki w banku, co jest swoistą pętlą na szyi, pozostaje więc otwarte. A że z odpowiedzią na dwoje babka wróżyła, i Romuald Naruniec, i wszyscy wykładowcy katedry nie kryją zatroskania o tegoroczny polonistyczny narybek w przewidywanej liczbie 20 osób. Cóż, niech zatroskanie to udzieli się również wszystkim, komu nie jest sloganem poczucie patriotyzmu i kto pomny jest sakramentalnego przesłania Mikołaja Reja: „Niech narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi i swój język mają”...
Henryk Mażul