Portrety

Geometria działania

 

Edyta Zubel: lat – 38, stan cywilny – mężatka; wykształcenie – uniwersyteckie, matematyk-pedagog; wykonywany zawód – dyrektor szkoły; zainteresowania – sport, turystyka; rysopis…; cechy szczególne… itp.

Pani dyrektor jest nieprzyzwoicie młoda: ma młodzieńczą sylwetkę i taki pogodny wyraz twarzy, na której nie ma jeszcze cienia znudzenia czy maski. Wcale to jednak nie znaczy, że będzie jej z tym łatwo na stanowisku dyrektora szkoły, która dla przedwojennych i wojennych roczników młodzieży wileńskiej (i podwileńskiej) była jedynym polskim gimnazjum, potem słynną „piątką”. Los tej szkoły można by uznać za tragiczny. Bo nie tylko ludzie mają swoje życiowe dramaty.

„Piątka” wileńska – szkoła ze wspaniałą polską, jak to się mówiło, przedwojenną kadrą – miała pecha, była położona w dzielnicy, gdzie za władzy sowieckiej działała wyższa szkoła wojskowa. Stąd wniosek bardzo prosty – wokół niej zamieszkali przyjezdni wojskowi Rosjanie, ich rodziny: żony (nauczycielki), dzieci (uczniowie), no i żywioł rusyfikacji powoli „piątkę” zachłysnął. Prawda, polskie klasy długo tu jeszcze miały dobrą renomę, jednak… A kiedy po odzyskaniu przez Litwę niepodległości, wojska radzieckie opuściły Litwę, została też zreorganizowana szkoła wojskowa, sporo rodzin wojskowych wyjechało, wielu Rosjan swoje dzieci oddawać zaczęło do litewskich szkół, by jak najmocniej i jak najszybciej się zakotwiczyć w nowej litewskiej rzeczywistości.

A co ze szkołą? Ta pustoszała. W latach rozkwitu innych polskich szkół – „mickiewiczówki”, „syrokomlówki”, „konarskiego” – „piątce” przeszkadzała jej dwujęzyczność, przez co rodzice po trochę zaczęli ją omijać. Szkoła, co prawda, zdobyła się na zryw: po istotnym zmniejszeniu się klas rosyjskich, pierwiastek polski tu się odrodził: szkole nadano imię wybitnego Polaka Joachima Lelewela – nauczyciela geniuszów. Jednak utraconego czasu nie dało się nadrobić – tuż obok, za rzeką powstała jeszcze jedna polska placówka oświatowa, przy ulicy Minties. Tak nieliczny kontyngent uczniów musiano dzielić na dwie placówki. Słowem, problemów nigdy tu nie brakło, bo na dodatek jeszcze sąsiednia szkoła – „pękająca w szwach” litewska – czyniła (i czyni) zakusy na przestronny budynek szkoły im. J. Lelewela (budynek, który od czasu wybudowania nie był remontowany).

Tak w skrócie można subiektywnie podać historię szkoły. Więc jak tu nie zacząć rozmowy z panią dyrektor od aż cisnącego się na usta pytania: jak się odważyła stanąć przy sterze tak problematycznej placówki? Bo z jednej strony aureola dawnej świetności, z drugiej – dziurawe podłogi. Od czego tu zacząć to dyrektorowanie?

Pani Edyta, jak to matematyk – jest lakoniczna: „Nim się zabieram do jakiejś roboty, najpierw muszę sobie wszystko poukładać – nazwać problemy i uszeregować w odpowiednim porządku. To taka moja – jak żartują koleżanki – geometria”. (Dodaję sobie w myślach – działania). Kiedy trafiła do tej szkoły, pierwszym odruchem (nazwijmy go kobiecym) była chęć zrobienia po prostu porządku, w dosłownym tego słowa znaczeniu. No, i stanęła do konkursu na stanowisko dyrektora. I wygrała go. I musiała zabrać się do roboty. A tej nigdy się nie bała, bo, jak zaznacza, jest podwileńską dziewczyną i, jak na gospodarce przystoi, wszystkie prace potrafiła wykonać.

Pani Edyta Zubel pochodzi z Rudowsi, wsi odległej od Niemenczyna o kilkanaście kilometrów. Rodzice: Irena i Jerzy Gołdakowscy tak córki swe wychowywali, że chociaż zawsze powtarzali, iż nauka jest najważniejsza, jednak od domowych prac nie zwalniali. Ale szkoła dla Edyty zawsze była bardzo ważna. Tam na przykładach swoich nauczycieli (niestety, też negatywnych) zrozumiała, jakim powinien, a jakim – nie, być nauczyciel. Pani Elwira Błażewicz – jej pierwsza nauczycielka – to wzór na całe życie.

Tradycyjnie w niemenczyńskiej średniej była mocna matematyka, a na domiar łatwo się Edycie dawała, z niej była bodajże najlepsza w klasie. Ale jak teraz przyznaje, może trochę była przekorna, a może to w niej już wtedy pedagogiczne skłonności się przejawiały, że kolegom zadań odpisywać nie dawała, tylko kazała siadać obok siebie i… tłumaczyła. Bardzo lubiła też fizykę, a to za sprawą wspaniałego nauczyciela – pana Ryszarda Sudujki. Ale w szkole nie tylko do nauki się garnęła. Była również bardzo aktywna: brała udział w konkursach – recytowała wiersze, uczestniczyła w olimpiadach. No, i śpiewała, w „Jutrzence” – prowadzonej przez bardzo wymagającego, ale też tak wiele potrafiącego dla swych uczniów przekazać pana Jana Mincewicza.

To śpiewanie jest w niej żywe do dziś. Marzy, że jak się upora z najpilniejszymi problemami, to do chóru musi się zapisać. Zamiłowanie do muzyki stara się przekazać również dla syna. W dzieciństwie nie została przyjęta do szkoły muzycznej, więc (jak to często bywa) postanowiła, że syn obowiązkowo musi się z muzyką zaprzyjaźnić. Ma też inne, jeszcze nieziszczone marzenie – zająć się rysunkiem lub malowaniem obrazów. Podstawową wiedzę z malarstwa zdobyła jeszcze w szkole, w kółku plastycznym. Ale wie, że kiedyś powróci do tej pasji na pewno.

W roku 1988 Edyta złożyła maturę. Wybrała studia na kierunku matematyki na Uniwersytecie Wileńskim. Dostała się na nie bez większych trudności, miała celujące świadectwo, w którym była tylko jedna czwórka. Studiowała w rosyjskiej grupie, a początek lat 90. – to był okres likwidacji takich grup na Uniwersytecie. Jednak za sprawą rozważnych i inteligentnych wykładowców postanowiono im dać możność ukończyć studia w tym języku, w jakim je rozpoczęli. Prawda, nie obeszło się też bez przykrych incydentów i wypadów wobec „rosyjskojęzycznych”. Na całe życie utkwił jej w pamięci wypadek, kiedy to młodziutka wykładowczyni języka angielskiego w trakcie tłumaczenia tekstu w bardzo chamski sposób scharakteryzowała Rosjan. Wówczas cała grupa – jak na komendę – wstała i wyszła z audytorium. Poprosili, by zmieniono im wykładowczynię, tak też się stało.

Podczas studiów przyszli pedagodzy odbywali praktyki, mieli zajęcia z opieki socjalnej. W trakcie takiej praktyki Edyta znalazła się w internacie dla dzieci niepełnosprawnych. Odwiedzały z koleżankami te dzieci, by z nimi się pobawić, pomóc w opanowaniu nawyków potrzebnych do normalnego funkcjonowania w społeczeństwie. Po pewnym czasie wraz z koleżanką podjęły tam pracę w charakterze wychowawczyń. Nie było to łatwe, bowiem dzieci przyzwyczaiły się do partnerskich kontaktów z młodymi wychowawczyniami, a personel miał im to za złe.

Musi przyznać pani Edyta, że nie było łatwo znaleźć optymalny wariant stosunków z tymi dziećmi. Pracowały tam bodajże z rok. Praca ta dawała jednak nie tylko satysfakcję dla przyszłych pedagogów, ale też zarobek, który gwarantował samodzielność. Edyta, chociaż mieszkała stosunkowo niedaleko od Wilna, żyła w bursie studenckiej, bowiem o ile dojazd do Niemenczyna był zawsze łatwy, to już do jej wsi codzienne dojazdy – wprost niemożliwe. Więc siłą rzeczy się usamodzielniła. Rodzice często jej przypominali, że przecież nie jest łatwo uczyć się (dodajmy – dobrze) i pracować. Sugerowali, że mogliby ją utrzymywać. Jednak niezmiennie odpowiadała, że jak będzie jej brakowało pieniędzy, to na pewno skorzysta z ich pomocy, ale woli zarobić sama. Lubiła i lubi radzić na własną rękę.

Na piątym roku musieli się już studenci rozglądać za miejscem pracy – etatów nikt nie gwarantował. We wrześniu Edycie wpadło w oko ogłoszenie, że w szkole podstawowej w Sorok Tatary potrzebny jest nauczyciel matematyki. Zgłosiła się tam. I już w listopadzie została nauczycielką matematyki. Tak od roku 1993 związała swój los ze szkołą, w której przepracowała 14 lat – do 2007 roku, w tym też w ciągu trzech lat jako wicedyrektor.

Szkoła w Sorok Tatary stała się dla niej tym drugim uniwersytetem – praktycznego uczenia się zawodu. Była tam najmłodszą nauczycielką. Weszła do zespołu, w którym koledzy pracowali już po kilkanaście lat, tworzyli doświadczone, zgrane i solidarne grono. Miała szczęście – przyjęto ją bardzo życzliwie, pomagano poznawać arkana zawodu. Bardzo wiele, jako nauczycielka i administrator, Edyta zawdzięcza dyrektorce szkoły, pani Danucie Kłopowej, która potrafiła bardzo delikatnie ustawiać młodą osobę i pozwolić poczuć swoją wartość, znaleźć własne miejsce, doskonalić oraz robić karierę. Właśnie tam, w Sorok Tatary, poznała szkolną „kuchnię”, nauczyła się podstaw administrowania.

Tak jej to życie geometrycznie poprawnie się ułożyło, że po skończeniu studiów i podjęciu pracy – na Sylwestra 1994 roku – poznała Andrzeja, swego przyszłego męża. A w sierpniu się pobrali. Wybranek Edyty – Andrzej Zubel – jest wilnianinem, ma ukończone dawne Technikum Politechniczne i pracuje jako mechanik samochodowy. W pierwszych latach małżeństwa nie mieli swego kąta, więc wynajmowali w ciągu kilku lat mieszkanie. A kiedy urodził się syn Edgar, zamieszkali wraz z babcią męża w stołecznej dzielnicy Żyrmuny. Mieszkała też z nimi siostra babci, więc Edyta uczyła się rodzinnego życia pod ich bacznym, ale też życzliwym i taktownym okiem. Dwa lata opiekowała się dzieckiem, aż musiała wracać do pracy, zaś synek pójść do przedszkola.

Jej droga do Sorok Tatary wiodła każdego ranka przez przedszkole syna, tak samo wyglądały powroty. Ta trasa zabierała wiele czasu, więc postanowiła zdobyć prawo jazdy. No, i od roku 2001 jeździ własnym samochodem. Kiedy synek musiał pójść do szkoły, wybrała dlań szkołę-przedszkole „Źródełko” w dzielnicy Naujininkai, bo leżało akurat na trasie do Sorok Tatary. Jednak rozumiała, że nie potrafi w żaden sposób w tym swoim życiu wykroić czasu, żeby syn mógł chodzić na dodatkowe zajęcia, a tak bardzo chciała, by uczył się gry na skrzypcach. Więc kiedy synek został przyjęty do szkoły muzycznej im. Dvarionasa, zrozumiała, że dla jego nauki musi poświęcić swoje ambicje i pożegnać się z tak sercu miłą szkołą w Sorok Tatary. Rozstanie nie było łatwe: obie z panią dyrektor popłakały się, a nawet żartem się umówiły, że „w razie czego” zawsze może tu wrócić.

Na jesieni 2007 roku Edyta Zubel zaczęła całkiem nowy rozdział w swoim życiorysie. Ucieszyła się, kiedy zaprzyjaźniona sąsiadka, a zawodowo wicedyrektor szkoły im. J. Lelewela, poradziła, by przyszła do jej „kuźni wiedzy”, bo akurat mają wolny etat matematyka. Cieszyła się na perspektywę pracy tak blisko domu i z tego, że będzie mogła być ciągle z synem, no, i szkoła muzyczna znajdowała się obok.

Wtedy jeszcze sama nie wiedziała, że już wkrótce splanowane spokojne życie zamieni na tak „kłopotliwe” stanowisko dyrektora. Jednak, jak już wyjaśniliśmy sobie na początku, od pierwszych chwil pobytu w szkole im. J. Lelewela nie dawała jej spokoju myśl, że miejska szkoła średnia tak wyglądać nie powinna; była przyzwyczajona do idealnego porządku w „swojej” poprzedniej szkole i wiedziała, jak dyrektorka troszczy się o jej interesy. Nie przypuszczała jednak wtedy, że tu, w Wilnie, te problemy i sposoby ich rozwiązywania będą o tyle trudniejsze niż w Sorok Tatary.

Nie mówiąc nikomu ani słowa o swojej decyzji, stanęła do konkursu na objęcie stanowiska dyrektora. Jedynie mąż był wtajemniczony i ani próbował ją powstrzymać, bo hołduje zasadzie, że jak człowiek nie wypróbuje swych sił, to potem może w życiu bardzo żałować. 5 listopada 2007 roku ogłoszono wynik konkursu – została dyrektorką szkoły. Było to dużym zaskoczeniem dla jej nowych kolegów w pracy. Jednak chyba dobrze się stało, że dyrektorem został ktoś z zewnątrz, nowy człowiek, mogący przyjrzeć się sprawom szkoły ze strony. Przyjrzeć się, skonstatować i poukładać problemy według ważności lub priorytetów.

Musiała od początku prowadzić równolegle dwie linie działalności: niezbędny remont (te nieszczęsne podłogi) i troska o narybek. Znalazła w gronie pedagogicznym wspaniałych sojuszników. A najważniejsze, że w możliwość zmian uwierzyli rodzice. Za pieniądze zebrane z przeliczenia 2 proc. od podatków udało się wymienić podłogi w większości pomieszczeń. Na pilne potrzeby wykorzystano też pieniądze z odnajmowania sali sportowej. W szkole działalność swą rozwinęła grupa przygotowawcza dla najmłodszych.

Starali się przyciągnąć rodziców nie tylko na doroczne tradycyjnie obchodzone w szkole święta, ale też do wspólnych akcji. Organizując od dwóch lat zabawę noworoczną dla rodziców, nauczyciele chcieli, by zapoczątkowała ona w szkole nową tradycję. Czy jednak w tych czasach przetrwa, trudno przewidzieć. A taki nieformalny kontakt z rodzicami bardzo jest potrzebny, uważa pani dyrektor. Tak samo jak spotkania absolwentów (potencjalnych rodziców). Ostatnie szczególnie cieszyło: przybyło na nie 260 osób. Niemałe nadzieje są też pokładane w działalności komitetu miłośników szkoły, kierowanego przez byłego absolwenta Romana Rotkiewicza. Pani dyrektor jest otwarta na każdy kontakt, który posłuży rozwojowi szkoły.

Dziś uczy się tu 347 uczniów i pracuje 58 nauczycieli. Szkoła ma pełny komplet podstawowych klas polskich i poszczególne rosyjskie – po jednej klasie. Natomiast klasy XI i XII są po dwie. Trafia do nich młodzież z podstawówek z Jerozolimki, Rzeszy, Jęczmieniszek, z „wiwulskiego” oraz podstawowej im. Jana Pawła II oraz innych szkół.

Historia niekiedy dziwne koła zatacza: dziś, by wytrwać, szkoła znów planuje mieć komplet klas rosyjskich. Bo tak się stało, że dzieci rosyjskie, zamieszkujące na rozległym terenie od Szosy Niemenczyńskiej poprzez Antokol, Żyrmuny aż do Zielonego Mostu i Placu Łukiskiego nie mają ani jednej szkoły. Dzięki ich przygarnięciu – teraz są tu zarówno polskie jak też rosyjskie, liczące odpowiednio 14 i 11 dzieci klasy przygotowawcze. Do szkoły uczęszczają również wychowankowie z domów dziecka – są tu polskie dzieci z takiej placówki przy ulicy Grybo.

By uatrakcyjnić i ożywić życie szkoły oraz zarobić pieniądze na poszczególne inicjatywy, administracja wraz z nauczycielami sporządza projekty i je wygrywa (m. in. projekt socjalizacji, który ma stać się czymś w rodzaju dawniej w szkołach prowadzonej orientacji zawodowej). W szkole powstała też grupa nauki tańca, udało się kupić stroje dla jego miłośników.

Jednak największym sukcesem zespołu pedagogicznego i osobiście pani dyrektor jest pozyskanie funduszy na renowację szkoły. Pieniądze na całościowy remont, który ma objąć ocieplenie ścian, wymianę okien, drzwi, systemów ogrzewania, dachu, będzie finansowany z pieniędzy programu oszczędzania energii. Europejskie pieniądze powyżej dwóch i pół miliona litów dopełnią też środki z konta Ministerstwa Oświaty i Nauki.

Ta ogromna inwestycja ruszy już wkrótce – pani dyrektor z dumą pokazuje sygnowany ważnymi pieczęciami i podpisami wykaz prac oraz komputerowy wizerunek gmachu szkolnego po remoncie – a koniec robót jest przewidziany w grudniu br. Szkoła im. J. Lelewela będzie wówczas nie tylko dogodnie usytuowana i wygodna, ale też ładna i ciepła. No, i miejmy nadzieję, że rodzice zechcą oddać swoje pociechy pod opiekę doświadczonego choć młodego zespołu nauczycieli. Szkoła ma zresztą nie tylko komplet wszystkich przedmiotowców, ale też dogodne warunki – pomieszczenia do prowadzenia zarówno zajęć lekcyjnych w jedną zmianę, jak i dodatkowych.

Wracając do osoby pani dyrektor, warto odnotować, że jest pogodną, szczęśliwą kobietą, która posiada kochającą się rodzinę: są sobie z mężem tak samo drodzy i bliscy jak na początku znajomości (a raczej jeszcze bardziej), spędzają razem każdą wolną chwilę. Pasją rodziny jest sport. Odkąd pani dyrektor podjęła pracę „u Lelewela”, praktycznie na co dzień odstawiła samochód. Rodzina z przyjemnością przesiada się na rowery. I uczniowie są mile zdziwieni, kiedy w rowerzystce rozpoznają swoją panią dyrektor. Kochają też państwo Zubelowie sport na wodzie – spływy kajakowe, to jest właśnie to. A poza tym rodzina lubi podróżować. Podróże – wiadomo – nie tylko kształcą, ale też zbliżają.

Kiedy poruszamy kwestię więzów międzyludzkich, pani dyrektor zaznacza, że marzy się jej modelowy stosunek z ojcami i mamami uczniów. Zarówno szkoła jak też rodzina powinny dbać nawzajem o swój autorytet. Niestety, rodzice często zapominają o tym, że omawiać poszczególne cechy nauczycieli swych dzieci w ich obecności jest nie tylko nietaktowne, ale też przynosi ogromną szkodę w procesie wychowania. Sama pani dyrektor preferuje w pracy robocze, rzeczowe stosunki. A, jako pedagog, trzyma się zasady, że najważniejsza jest konsekwencja w postępowaniu z uczniami. Każdy rozkaz, każde polecenie, zadanie ma tylko wtedy sens, kiedy jest wyegzekwowane jego wykonanie. Stara się o tym ciągle pamiętać. No, i kieruje się prostą zasadą, by nie robić drugiemu tego, co sobie niemiłe.

Czy jej się to udaje, mogą ocenić osoby, z którymi obcuje. Pani Edyta czuje się komfortowo wtedy, gdy robiąc wieczorem rachunek sumienia, może spokojnie powiedzieć: „To, co było, było jak należy”. Wiadomo, najlepszym nadzorcą dla każdego z nas jesteśmy my sami. Oczywiście, pod warunkiem, że stawiamy wysoko poprzeczkę wymagań.

Janina Lisiewicz

Wstecz