Czarny Bór na skrzyżowaniu ludzkich losów

Na biograficzno-geograficznym szlaku Józefa Mackiewicza

Andrzej Bożek nigdy nie miał usposobienia wesołego. To mu z ojca poszło. Ale w ostatnich czasach widywano go wyjątkowo zachmurzonym. Nie dlatego, że matka jego umarła tej zimy. Ludzie umierają o każdej porze, tym bardziej starzy. Później był pogrzeb z księdzem i do kościoła trzeba było iść, do którego już dawno przestał chodzić, naturalnie nieprzyjemne to było. Nie dlatego, że na księdza donosy pisał. To już, ma się rozumieć, inna sprawa: życie prywatne jedna rzecz, a polityka druga rzecz, wyższa. Rozumiał to i rozróżniał. Donosy należały do czynności, jak się kiedyś wyraził uroczyście Czemodanow, „rozgromienia kontrrewolucji”. Bożkowi podobał się ten wyraz „rozgromienie”! Mimo woli zaciśniesz pięść wymawiając. Ale, ot, z ojcem zaczęły się swary.

Stary Feliks Bożek, który z początku pochwalał i nawet dopingował swego jedynego syna w karierze, zaczął po śmierci żony, jak to się młody wyraził: nosem kręcić. W rzeczywistości jednak nie było to żadne kręcenie nosem, a wyraz zgorzknienia. Wcale też nie – jak sądził syn – od daty śmierci matki, a z innego przypadku, na pozór tak błahego, że nikt by się nawet domyśleć nie mógł.

W sąsiedztwie mieszkała niejaka Sowińska z trojgiem dzieci, żona byłego woźnego sądu okręgowego w Grodnie. Gdy bolszewicy przyszli, mąż jej został aresztowany i wywieziony do łagrów, nie wiadomo, czy pod Archangielsk, czy na, jak inni mówili, Kołymę. Ona sama wywędrowała i po długiej tułaczce zamieszkała kątem z dziećmi w tej osadzie, zostawszy nędzną wyrobnicą. W najbliższym sąsiedztwie Bożków. Naturalnie stary gospodarz rozumiał jej położenie: z trojgiem nieletnich dzieci, bez męża, wśród obcych... Kilka razy pożyczył, to znaczy dał po prostu, mleka, innym razem chleba, jeszcze tam dwa–trzy razy wspomógł rozmaicie z własnej woli, gdy jeszcze nieboszczka żona, wieczny pokój, żyła. Ale wkrótce Sowińska sama zaczęła prosić i tym prośbom końca nie było. Ciągle przychodzi, bywało, pożycz jej to a tamto; najpierw tylko z jedzenia, a później to gałęzi suchych, to wiadro, to donicę, to nieckę tam jaką, to znowu mąki razowej. Stary dawał albo nie dawał, zależnie od humoru. Wreszcie niedawno zjawiła się: daj jej trochę kaszy gryczanej. I jeszcze powiada: „Gryka w zeszłym roku obrodziła pięknie”. Stary był właśnie rozdrażniony, bo mu szyna na kole pękła, a żelaza nigdzie nie było dostać. Stał nachylony przy wozie, obrócił się i zapytał ze złością:

– Ty ją siała?! Ty siała ją?! Grykę, a ?!

Wtedy Sowińska niespodziewanie rozwarła gębę: – Ty, taki owaki, stary chrzan! Kułak ty przeklęty! Ty co, myślisz, swoje bogactwo do grobu zabierzesz?! Znajdą się i na ciebie Sołowki! Nieboś, zabiorą i tobie, sukin syn ty, żeby ciebie z trumną zakopali! Czy ty jeden na ośmiu hektarach ostaniesz?! Taaak? Myślisz syn wyratuje? Taaak?!

– Ot, jak ja ciebie wraz z biczem po tej gębie...! – żachnął się Feliks.

– Spróbuj, spróbuj tylko biczem! Isz, pan jaki! Biedną kobietę biczem będzie straszył! Spróbuj, zaraza! Myślisz, że ja tego gówniarza, twego syna, polękam się?! Pojedzie i on z tobą na Kazakstan! Teraz biednym ludziom nie ma czego lękać się kułaka!... – wymachując pięściami wrzeszczała, aż załamywał się jej cienki, okropnie przenikliwy dyszkant. – Moje dzieci z głodu umierają! – chustka spadła jej na ramiona, wiatr targał przedwcześnie siwiejącymi włosami.

Stary Bożek nie przestraszył się naturalnie, bo co jemu tam takie babskie krzyki: spływają jak woda po gęsi, ale w nagłym olśnieniu pojął coś, czego zdawało się dotychczas nie rozumiał: „Życie teraz na tym tylko zasadza się, że każdy nie sobie dobrego, a innym złego życzy”. Gdy odeszła, myślał: „Prawda to, co mówiła, że jej lękać się nie ma czego. Co ona ma do stracenia? Nic, zupełnie nic. A on: wszystko”.

Chodził posępny przez cały dzień, zaciskał szczęki, aż skóra grała na nie ogolonych policzkach. Synowi nic nie powiedział o zajściu, bo szkoda nawet słów na takie głupstwo tracić, za to postanowił z nim porozmawiać o innym. Bo prawdę też powiedziała Sowińska o tych ośmiu hektarach, że ich nie zostawią. Co ślepego udawać! Syn wyratował jakoś, wykręcił z nadmiernego podatku, ale czy na długo? Toteż pewnego dnia ojciec odezwał się:

– Wziąłby ty jutro choć zabronować ta działeczka pod lasem.

– Nie mam jutro czasu – odparł szorstko Andrzej.

– A na co masz czas? Bronować, ale językiem w gębie? Samogon spijać, twój czas.

– To papka nie wie, że ja sekretarzem sielsowietu jestem?! Urzędnikiem jestem?! A jak trzeba było podatków umniejszyć, to pamiętał!

Stary przekroczył próg, stuknął drzwiami i na tym się na razie skończyła zamierzona rozmowa. W złe uroki nie wierzył nigdy. Jemu, bywało, czarny kot czy zając choć tysiąc razy drogę przebiegnie, nawet uwagi nie zwróci. Ale mimo woli powierzysz, jak od czasu tego przekleństwa rzuconego przez Sowińską coś w nim jakby zapadło wewnętrznie, załamało się.

W takich to okolicznościach zaszedł drugi wypadek, pozornie, jeszcze błahszy od pierwszego: pewnego przedwieczoru, gdy syna nie było w chacie, Feliks wyszedł na ujadanie psa i zobaczył przed bramą nieznajomego. To znaczy nieznajomego z imienia, ale z wyglądu poznać go było od razu: kurtka miejskiego kroju, wytarta i połatana, a na tyle ciasna, iż widać, że nie na niego szyta; czapka cywilna z daszkiem; pod nią twarz spalona słońcem i wiatrem, poorana zmarszczkami niedoli; zarost na brodzie nie golony; spodnie sowieckie, watowane, koloru ochronnego, choć strasznie wypłowiałe i podarte: buty pod warstwą kurzu, ale również rozpoznasz: krótka miękka cholewa wojennego kroju rosyjskiego; w ręku patyk jak u włóczęgi. Jednym słowem niewprawne nawet oko oceni: zbieg albo dezerter. Prosi wody popić albo i kawałek chleba zjeść. Stary Bożek wpuścił niechętnie do chaty, ale później odjął blachę z otworu pieca, wyjął stamtąd miskę wystygłego barszczu, położył obok łyżkę i odchyliwszy leżący na stole, zawinięty w ręcznik bochen razowca, powiedział:

– Jedz, kiedy głodny.

Przybysz jadł milcząc, łapczywie.

– Ty kto będziesz?– zapytał po dłuższej chwili gospodarz.

– Ja to? Ja, tak sobie. Pielgrzymuje.

– Ty by choć spodnie inne włożył, a to na wiorstę poznać.

– A skąd ich wziąć, spodni to innych?

Pomilczeli znowu i gospodarz widząc, że gość krępuje się samemu częstować chlebem, wziął nóż, odkroił kawał razowca i podsunął mu.

– Dziękuję – powiedział tamten.

– Z daleka sam?

– Z wołogodzkiej guberni będę.

– Z miasta czy ze wsi?

– Z kołchozu. Na wojennej służbie był.

– Nu, jak tam – zapytał westchnąwszy czemuś gospodarz – życie u was?

– Jakie tam może być życie...

Stary Bożek nie pytał dalej. Wiedział przecie – co tu pytać. Jakie może być życie [...] Obydwaj spojrzeli w tej chwili w okno, w którym mignął cień przechodzącego człowieka. – Syn mój – objaśnił gospodarz.

Przybysz zamilkł.

Andrzej wszedł, na widok nieznajomego stanął w progu, później odkiwnął mu bez słowa głową, obrzucił uważnym spojrzeniem i siadł w rogu izby skręcając papierosa. Wszyscy trzej milczeli. Ojciec nie patrzył na syna. Trwało w ten sposób może pięć, może dziesięć minut, po czym Andrzej wstał i znów bez słowa wyszedł z izby. Teraz ojciec podniósł głowę i patrzył przez szybkę chaty. Syn szedł drogą w kierunku osady. [...] Andrzej chodził tą drogą czasem po kilka razy dziennie. Poszedł i teraz. Ale stary w tej chwili pomyślał: „To nie jest tak, że godność ludzka nie ma żadnego znaczenia. To nieprawda. Owszem godność ona jest. Sumienie, a jakże”. Wstał.

– No, bracie – zwrócił się do gościa – u mnie nocować, to nie będzie gdzie.

Tamten, czy to zrozumiał od razu, czy wiedział z doświadczenia, czy się domyślał, dość, że uniósł się z ławy bez zdziwienia, bez urazy, ruchem naturalnym zabrał czapkę, kij i torbę, pożegnał się grzecznie, podziękował i dopiero na ganku spojrzał pytająco na gospodarza.

Stary wskazał palcem:

– W ten lasek i prosto, prosto. Aż do rzeki. Ale na drogę nie wychodź później. Wolej pomęczyć się rojstami.

Po niedługim czasie Andrzej wrócił. Sam wrócił. Rzucił czapkę na łóżko, rozejrzał się po izbie, nic nie powiedział.

I oto stary ucieszył się nagle wewnętrznie i wzruszył. Niedużo brakowało, a miałby łzy w oczach. Czegoś podobnego z nim nigdy nie bywało! I o co? Że syn wrócił sam?... Z niespodziewanym dla samego siebie rozrzewnieniem powiedział:

– Ty by, synku, jednak uważał. Nie zaprzedawał się tak za wszystkiem, z sumieniem swoim.

– Co to papka zaczął teraz... Nie ma czego nosem kręcić. Ja wiem, co robię.

– Kolację jeść będziesz? – zapytał miękko ojciec.

– Niegłodny. – I niby sobie przypominając: – A ten człowiek, poszedł dokąd?

– Poszedł. – Stary mimo odmowy syna, zaczął odgrzewać barszcz. [...] – Poszedł. Mówił, że do miasta idzie. A zresztą, Bóg święty jego wie.

* * *

W kilka dni później idąc drogą spotkał Sowińską, która śpieszyła dokądś z pustym dzbanem. Już miała go wyminąć, naciągnąwszy chustkę na czoło, gdy stary zatrzymał się i patrząc w inną stronę pogrzebał patykiem w piasku.

– Przychodzić – powiedział w trzeciej osobie – po mleko dla dzieci. I może podejmie się roboty w domu? Przy gospodarstwie?

Sowińska nic nie odpowiedziała, przeszła mimo z zaciśniętymi ustami. Nazajutrz jednak o świcie zjawiła się u Bożków: „Podoić krowy?” – zapytała.

– No, tak, trzeba – odparł gospodarz.

(Józef Mackiewicz „Droga donikąd”)

„Zgubiony” (a przecież istniejący) dom, w którym się ukrywał ks. Michał Sopoćko

Chata powieściowych Bożków leżała na uboczu w odległości jednego kilometra od osady. Nikt z obecnych mieszkańców Czarnego Boru o niej nie słyszał, nie potrafi jej zlokalizować. Dzisiaj starych tu domów jak przysłowiowych rodzynków w cieście. Z uporem penetruję to „ubocze” współcześnie rozbudowanego osiedla. W wyniku odnajduję „zgubiony” dom, w którym ukrywał się przed Niemcami ks. Michał Sopoćko (jako „Wacław Rodziewicz”). Dom będący w czasie wojny własnością naonczas 65-letniej Felicji Węsławowicz. Dom nazwany „Opatrznością”, gdyż autentycznie nadawał się na znakomite schronienie. W swoich „Wspomnieniach...” ks. Sopoćko dokładnie go opisał. Dom na ustroniu, z dala od miejscowości. W pobliżu nie przebiegały żadne drogi. Dom przycupnięty na północnym krańcu Puszczy Rudnickiej, zewsząd otoczony lasem. Obok był niewielki skrawek ziemi uprawnej i łąki, przez które przepływał strumyk. Ten dom ks. Sopoćko będzie wspominał także w swoim „Dzienniku”. Odnotuje, że sama miłosierna Opatrzność Boża przyprowadziła go tu i czuwała nad nim.

...Tego domu szukałam od... ponad roku...

Dom drewniany, w tamtych czasach nie był oszalowany i miał ganeczek wsparty na dwóch kolumnach – opowiada mieszkanka Czarnego Boru, Janina Raczko. Przed domem rosła duża brzoza. Nie ma już jej obecnie. Ale dąb obok – przetrwał. Strumyk – był, ale już wysechł. Staw – dziś zieloną rzęsą pokryty.

W domu tym mieszka córka Janiny Raczko, razem z rodziną. Dom mają w spadku po Felicji Węsławowicz. Zapisała go w testamencie rodzinie Raczków, którzy aż do śmierci nią się opiekowali.

...Od domu Felicji Węsławowicz przysłowiowy rzut beretem do domu Józefa Mackiewicza.

Janina Raczko przedstawia metrykę zgonu Felicji Węsławowicz (była córką Zygmunta), zmarła we wrześniu 1962, pochowana na cmentarzu w Solenikach.

Felicja Węsławowicz przyjaźniła się z teściową Janiny, Felicją Raczko. I to jej właśnie, ich rodzinie zwierzała się ze wspomnień z czasów wojny, opowiadała o ukrywającym się w jej domu księdzu Michale Sopoćce.

...Ileż księży, pielgrzymek, sióstr zakonnych (z Wilna, Poznania, Białegostoku i in., a wśród nich także bratanica ks. Sopoćki s. Bernadeta), przetrząsało w ostatnich latach Czarny Bór, by wytropić dom, w którym mieszkał ks. Sopoćko. W roku ubiegłym „szturmowałam” na ten temat czarnoborskie starostwo. Sam starosta we własnej osobie długo wydzwaniał, wyszukiwał osoby tu najstarsze wiekiem, które coś „o tej Felicji” mogłyby wiedzieć, a dokładniej – o jej domu.

Rok 2009 przyniósł więcej szczęścia... Nie wątpię, że dom ten w najbliższym czasie zostanie odpowiednio upamiętniony.

...A chata powieściowych Bożków? Kto wie, może i ona przez jakiś przypadek, skojarzenie nie dziś to jutro (czy za rok) – takoż się odnajdzie?

Czy mógł w czasie ukrywania się w Czarnym Borze znać chatę Bożków ks. Michał Sopoćko? Raczej... musiał był ją omijać... Ale wiedział przecież, czuł, że niemal pod każdym dachem, gdzie działo się wiele złego, powinien był także przebywać jakiś dobry duch, który tym tu zastraszonym ludziom co jakiś czas przypominał o godności i sumieniu, i o tym, że Bóg może okazać swe miłosierdzie nawet największemu z grzesznych.

Ograniczenie działalności na terenie własnej archidiecezji

Po wojnie, na terenie archidiecezji białostockiej, jak i wcześniej w Wilnie i Czarnym Borze, ks. Sopoćko z dużym zaangażowaniem włączył się w rozpowszechnianie nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego. I – jakkolwiek angażował się w szerzenie kultu niemal w całej Polsce oraz za granicą – ograniczony był w tej działalności na terenie własnej – białostockiej – archidiecezji. Ostrożne i powściągliwe stanowisko abp. Romualda Jałbrzykowskiego wobec kultu Miłosierdzia Bożego, zwłaszcza jego prywatnych form pochodzących z objawień s. Faustyny, okazywanych jeszcze w Wilnie, nadal było podtrzymywane. Już w 1949 roku kuria metropolitalna w Białymstoku wydała zarządzenie, skierowane do księży proboszczów, zakazujące rozpowszechniania na terenie archidiecezji broszurek, druków czy innych opracowań o Miłosierdziu Bożym, pisanych przez ks. Sopoćkę w związku z objawieniami s. Faustyny. Zakazowi temu miały podlegać nawet te opracowania, które posiadały Imprimatur innych diecezji. Podstawą do takiego orzeczenia według tegoż dokumentu był fakt braku autorytatywnej kościelnej wypowiedzi, przyznającej objawieniom s. Faustyny rangę objawień prywatnych. Zaznaczone było również, choć bez uzasadnienia, że cytowane w opracowaniach ks. Sopoćki fragmenty z objawień s. Faustyny, a także same te opracowania „zawierają wiele rzeczy, które budzą poważne zastrzeżenia”. I dlatego zarządzenie to zostało wydane w celu zapobieżenia „niewłaściwemu i błędnemu ujęciu prawd naszej św. wiary i praktyki kościelnej”.

Zarządzenie to zostało wydane 21 grudnia 1949. Od tamtego czasu ks. Sopoćko działał już tylko poza własną archidiecezją na polu apostolstwa Miłosierdzia Bożego. Negatywne stanowisko kurii metropolitalnej było konsekwencją krytycznego stosunku abp. Jałbrzykowskiego do objawień s. Faustyny oraz jego uprzedzeń do ks. Sopoćki.

„Gorliwy, pracowity, łatwowierny, uparty” (W opinii abp. Jałbrzykowskiego)

Pisze ks. Henryk Ciereszko:

„Ważnym źródłem ukazującym i wyjaśniającym stanowisko abp. Jałbrzykowskiego wobec szerzonego przez ks. Sopoćkę kultu Miłosierdzia Bożego oraz objawień s. Faustyny jest jego osobiste oświadczenie na ten temat, spisane w 1951 roku. Była to odpowiedź na skierowane do niego zapytanie ze strony Komisji Głównej Episkopatu, dotyczące objawień s. Faustyny i kultu Miłosierdzia Bożego. Arcybiskup zaznaczył w nim, że uwielbia Miłosierdzie Boże, o nie też Boga prosi, ale na nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego, propagowane na tle objawień siostry, ma negatywne zapatrywanie. W celu umotywowania swego stanowiska zrelacjonował historię szerzenia kultu Miłosierdzia Bożego oraz podał ocenę postawy ks. Sopoćki. Według tej relacji, ks. Sopoćko na kilka lat przed wojną radził się go, jak ma postępować wobec objawień s. Faustyny. Wtedy arcybiskup zalecił mu zachować ostrożność, aby nie uległ złudzeniu oraz polecił, by nikomu o nich nie mówił. Po upływie kilku lat, czyli w czasie wojny, dowiedział się, że ks. Sopoćko propaguje nowe nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego. Zażądał wtedy od niego wyjaśnienia, dlaczego nie zastosował się do jego zalecenia i rozgłaszał wieści o objawieniach oraz nabożeństwie. Ksiądz Sopoćko usprawiedliwiał się tłumacząc, że czyni to prywatnie, poza kościołami i dlatego uważał, że wolno mu było to czynić, oraz że otrzymał ku temu zachętę kardynała Hlonda. Natomiast na modlitwy do Miłosierdzia Bożego, które rozprowadzał, miał aprobatę kurii krakowskiej. Wspomniał też, że w samych objawieniach zawarty był nakaz szerzenia nabożeństwa i gdyby ociągał się z wypełnieniem go, mogłaby go spotkać kara Boża. Arcybiskup po wysłuchaniu tych wyjaśnień, jak dalej sam relacjonował, zabronił wtedy ks. Sopoćce szerzenia nabożeństwa według form wywodzących się z objawień s. Faustyny oraz rozgłaszania o tych objawieniach. Decyzję tę umotywował wskazaniem na przepisy Kodeksu prawa kanonicznego (kanony 1259 i 1279) i dekret: De novis cultus seu devotionis formis non introducendis Kongregacji Świętego Oficjum z 26 maja 1936 roku oraz odwołaniem się do opinii teologów, którzy jego zdaniem przeciwni byli wynoszeniu jednego z przymiotów Bożych ponad inne, jako że w Bogu wszystkie przymioty są nieskończenie doskonałe. Powoływanie się zaś ks. Sopoćki na autorytet św. Tomasza uznał za niesłuszne i bezpodstawne. Negatywnie odniósł się też do samych objawień s. Faustyny, gdyż nie były jeszcze do tego czasu zbadane przez władze kościelne. Stąd, jego zdaniem, nie można było powoływać się na nie przy propagowaniu nowego nabożeństwa, co według niego czynił ks. Sopoćko. Tłumaczenia ks. Sopoćki, że szerzy nabożeństwo nie odwołując się do objawień siostry, nie przekonały hierarchy [...], co więcej – w odbiorze abp. Jałbrzykowskiego niektóre przepowiednie s. Faustyny nie potwierdziły się (uchronienie Wilna przed zniszczeniami wojennymi), a zdarzenia, których rzekomo doświadczyła (jak np. skatowanie przez szatana po wysłuchaniu Mszy św., z którego wybronił ją Archanioł Gabriel czy przyjmowania Komunii św. od Anioła podczas pobytu w szpitalu, w którym posługiwał kapelan) wydawały się niewiarygodne. Z tych powodów Arcybiskup uznał, że musi zająć negatywne stanowisko wobec objawień oraz dzieła miłosierdzia wywodzącego się od siostry. Miał też zastrzeżenia co do szczególniejszego uczczenia Miłosierdzia Bożego w Niedzielę Przewodnią. Uważał, że naruszałoby ono szczególne miejsce, jakie w liturgii Kościoła zajmuje Triduum Paschalne i Święta Wielkanocne. Arcybiskup miał także zastrzeżenia co do sposobu propagowania nabożeństwa. Jak słyszał, w Krakowie zaaprobowano je w oparciu o rzekome zezwolenie na nie z Wilna, a w Wilnie miano przy aprobacie powołać się na zezwolenie Kurii Krakowskiej. Z tego powodu uznał on, że skoro źródło nabożeństwa jest niejasne, to i ono nie może być klarowne. Zabiegi zaś ks. Sopoćki o szerzenie nabożeństwa i jego aprobatę określił jako gorliwe, prawie fanatyczne działania, wynikające z osobistego przejęcia się widzeniami św. Marii Małgorzaty Alacoque. Przypisał też ks. Sopoćce, przy wielu jego zaletach – takich jak gorliwość, pracowitość, wolność od zarzutów pod względem moralnej postawy – zbytnią łatwowierność, czasami brak krytyczności i niekiedy uparte zachowanie. Na uwagę, której udzielił ks. Sopoćce jeszcze w czasie wojny, że szerzy nabożeństwo w oparciu o niepotwierdzone objawienia, tenże miał odpowiedzieć, iż zaprzestał już propagowania kultu w łączności z tymi objawieniami. Tymczasem według Arcybiskupa była to niekonsekwencja, gdyż potrzeba nabożeństwa była właśnie oparta na tych objawieniach. Arcybiskup wytykał też fanatyczną postawę niektórych zwolenników nabożeństwa, których działalność nosiła jego zdaniem posmak sekciarski”.

Wszystkie te opinie (pisze dalej ks. Ciereszko), o ile dotarły za pośrednictwem Episkopatu Polski do Kongregacji Świętego Oficjum, mogły faktycznie zrodzić krytyczny stosunek do kultu szerzonego w takiej formie i w taki sposób, jak przedstawił to abp. Jałbrzykowski. Także relacja o postawie ks. Sopoćki mogła zaważyć na decyzji Kongregacji o jego – Sopoćki – upomnieniu.

Arcybiskup Romuald Jałbrzykowski aż do śmierci nie zmienił w tym temacie swych przekonań. Zmarł w 1955 roku.

Podobnego charakteru, co oświadczenie abp. Jałbrzykowskiego, zarówno w swym negatywnym tonie, jak i w treści – jeśli chodzi o historię zaangażowania ks. Sopoćki w szerzenie nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego, była odpowiedź Wikariusza Kapitulnego Archidiecezji w Białymstoku, ks. Adama Sawickiego, udzielona na zapytanie prymasa Stefana Wyszyńskiego w 1957 roku. Powtórzył on w zasadzie relację abp. Romualda Jałbrzykowskiego, znaną już z jego oświadczenia. Relacja Wikariusza Kapitulnego mogła mieć (podobnie jak przekaz abp. Jałbrzykowskiego) wpływ na decyzję Kongregacji Świętego Oficjum, a zwłaszcza na postanowienie o upomnieniu ks. Sopoćki.

„Gotów jestem znieść jeszcze większe „monitum”

Ksiądz Sopoćko, w duchu posłuszeństwa, dostosował się do orzeczenia Kongregacji, przyjął też informację o udzielonym mu upomnieniu (gravissinum monitum). Wyznał jednakże: „Gotów jestem znieść jeszcze większe „monitum”, choćby niesłusznie, byle tylko udostępnić odwieczną naukę Kościoła o nieskończonym Miłosierdziu Bożym w tych ciężkich czasach dla ludzi zrozpaczonych, stojących nad brzegiem przepaści, obudzając u nich żądaną przez Zbawiciela ufność”. Nie podejmował też specjalnych działań w celu usprawiedliwienia siebie, wyjaśnienia ewentualnych przyczyn zakazu Kongregacji czy udzielenia mu upomnienia. O całej tej sprawie pisał jedynie w listach do zaufanych osób. Podobnie zapisał w swoim „Dzienniku” i „Wspomnieniach z przeszłości”.

Wędrujący obraz Najmiłosierniejszego Zbawiciela autorstwa Ludomira Sleńdzińskiego

O los namalowanego w Wilnie przez Eugeniusza Marcina Kazimirowskiego w obecności s. Faustyny pierwszego wizerunku Jezusa Króla Miłosierdzia (ta właśnie nazwa została przekazana siostrze) ks. Sopoćko troszczył się do końca życia. Zamierzał nawet zorganizować potajemne przewiezienie go do Polski, jednakże plan ten się nie udał. Wizerunek ten został skazany na wędrówkę po kościołach w Wilnie i w Nowej Rudzie na Białorusi – długą, burzliwą...

Podobnie rzecz się miała z obrazem Najmiłosierniejszego Zbawiciela autorstwa Ludomira Sleńdzińskiego. (Jedynie te dwa obrazy – Kazimirowskiego i Sleńdzińskiego – ks. Sopoćko uważał za poprawne, właściwie oddające ideę Miłosierdzia Bożego).

Pierwszy obraz Sleńdzińskiego z 1954 roku ks. Sopoćko starał się umieścić zaraz po jego zatwierdzeniu w jednym z kościołów w Warszawie, miał nawet nadzieję na umieszczenie go w katedrze warszawskiej. Dopiero jednak w 1960 roku zainteresowanie obrazem okazał ks. Zbigniew Kraszewski – wicerektor, a później rektor Seminarium Duchownego w Warszawie – i zezwolił na zawieszenie go w warszawskim kościele św. Józefa przy seminarium.

Na prośbę ks. Sopoćki Sleńdziński namalował w 1955 roku drugi obraz. Staraniem ks. Sopoćki został on umieszczony najpierw w kaplicy Miłosierdzia Bożego w kościele ojców reformatów w Krakowie, a potem w ich klasztorze. W 1966 roku ks. Sopoćko oddał go do odnowienia Sleńdzińskiemu i następnie przekazał ojcom franciszkanom w Krakowie, którzy zawiesili go w swoim kościele w kaplicy Męki Pańskiej. Dwa mniejsze obrazy, po nieudanej próbie przekazania ich biskupom, ks. Sopoćko zabrał do siebie. (Jeden z nich przekazany został do kościoła parafialnego w Sokółce w Archidiecezji Białostockiej, drugi natomiast znajduje się w Kurii Metropolitalnej w Białymstoku).

Losami tych obrazów, podobnie jak wileńskim, ks. Sopoćko interesował się do końca swego życia.

W 1970 roku ks. Kraszewski, pod opieką którego pozostawał pierwszy obraz, został biskupem pomocniczym w Warszawie i przestał być rektorem seminarium. Zamieszkał na plebanii pw. Bożego Ciała w Warszawie na Kamionku i tam zabrał ze sobą obraz, ponieważ nowe władze seminaryjne nie chciały sprawować nad nim opieki. Ksiądz Sopoćko często wyrażał wobec ks. Kraszewskiego życzenie, aby obraz z powrotem mógł być umieszczony w kościele.

Niestety, za życia ks. Sopoćki nie udało się tego uczynić. Obraz pozostawał na plebanii jeszcze przez długie lata – aż do 1993 roku, w którym został przekazany przez biskupa Kraszewskiego do kościoła księży jezuitów w Kaliszu, gdzie jest publicznie czczony.

Drugi obraz, pozostający od 1966 roku w kościele ojców franciszkanów w Krakowie uległ z czasem pewnemu uszkodzeniu na skutek odprysków wosku ze świec, które za blisko niego ustawiono. A ponadto – w 1972 roku został usunięty z kaplicy Męki Pańskiej. Ksiądz Sopoćko interweniował u ojców franciszkanów w tej sprawie i w wyniku obraz został mu odesłany do Białegostoku w kwietniu 1973 roku. Tu poddany został konserwacji. Ksiądz Sopoćko uzyskał niebawem zezwolenie Administratora Apostolskiego w Białymstoku biskupa Henryka Gulbinowicza na umieszczenie obrazu w prokatedrze. 3 września 1973 bp Gulbinowicz poświęcił uroczyście obraz, który zawieszono w bocznej ścianie obok ołtarza św. Antoniego. Od razu został otoczony czcią wiernych. Odtąd co tydzień odprawiano przed nim prywatne modlitwy po zakończeniu wieczornego nabożeństwa w kościele.

Doprowadzenie do umieszczenia obrazu w prokatedrze było ostatnią zewnętrzną inicjatywą ks. Sopoćki. Stało się to nareszcie w jego rodzimej archidiecezji, w której przez długie lata nie było sprzyjającego klimatu dla Miłosierdzia Bożego.

Dziś obraz umieszczony jest w niewielkiej, ale osobnej kaplicy, w ołtarzu specjalnie dla niego przeznaczonym.

A jednak... najpopularniejszy obraz Adolfa Hyły

Kopie obrazu Sleńdzińskiego, wraz z prośbą o malowanie obrazów Miłosierdzia Bożego według tegoż wzoru, ks. Sopoćko przesłał ponadto do ośrodków szerzenia kultu poza granicami Polski. Wtedy też zaznaczył, iż podstawą dla tego wizerunku jest ewangeliczna scena zjawienia się Chrystusa zmartwychwstałego uczniom, że ma on więc biblijne źródło, a stąd może być propagowany niezależnie od prywatnych objawień s. Faustyny. Jego oczekiwania jednakże (jak sam to zaznaczył w „Dzienniku”) nie spełniły się. Nadal bardziej rozpowszechniony był wizerunek w interpretacji Adolfa Hyły, krytykowany przez ks. Sopoćkę.

Dlaczego jednak ksiądz Sopoćko oddawał prym obrazowi Sleńdzińskiego, a nie pierwszemu, wileńskiemu pędzla Eugeniusza Marcina Kazimirowskiego (do którego zdawałoby się był bardziej emocjonalnie przywiązany)?

Pisze ks. Henryk Ciereszko:

„Poza obrazem Hyły w latach 40. powstały również inne wizerunki Jezusa, malowane w kraju i poza jego granicami. Ksiądz Sopoćko także i do nich miał pewne zastrzeżenia. Oczekiwał, że twórcy będą się wzorowali na reprodukcjach obrazu Kazimirowskiego oraz jego własnym opisie na ulotce „Jezu, ufam Tobie”. Obraz wileński, choć cenny z racji bezpośredniego udziału s. Faustyny w jego powstaniu, nie był według niego udany pod względem artystycznym. Postać Jezusa była bowiem za mało subtelna, niedokładnie też oddano postawę idącą. Jakkolwiek obraz nie zadowalał go w tym względzie, to jednak uznawał go – zwłaszcza od strony ideowej – za pierwowzór, którym winni kierować się inni malarze. Dlatego też pod koniec lat 40. próbował zamawiać u malarzy obrazy, które właściwie oddawałyby ideę Miłosierdzia Bożego, będąc zarazem wierne wskazówkom s. Faustyny”.

Z obrazem Adolfa Hyły czczonym w klasztorze sióstr Zgromadzenia Matki Bożej w Krakowie-Łagiewnikach ks. Sopoćko zetknął się w 1947 roku. Od razu wniósł wobec niego zastrzeżenia. Według niego obraz nie oddawał we właściwy sposób wizji s. Faustyny, a takie było założenie. Adolf Hyła malował jedynie na podstawie opisu z „Dzienniczka” siostry i prawdopodobnie reprodukcji nie najlepszej jakości kopii obrazu, wykonanej przez Łucję Bałzukiewicz i umieszczonej na okładce modlitw wydanych w 1937 roku oraz według wskazówek kierownika duchowego s. Faustyny w Krakowie o. Andrasza i sióstr. Nikt z nich zatem nie mógł znać wskazówek s. Faustyny, przekazywanych podczas malowania pierwszego obrazu w Wilnie. To zaś, jak trudno było wiernie oddać wyobrażenie Jezusa według wskazań siostry, uwidoczniło się już podczas malowania obrazu przy jej obecności w Wilnie.

Ksiądz Sopoćko, będąc jedynym świadkiem tego zdarzenia, znając też wymogi siostry odnośnie do obrazu, musiał więc zareagować na niezgodności w stosunku do wileńskiego pierwowzoru. Według niego, nieodpowiednie było przede wszystkim tło obrazu, czyli krajobraz z kwiatami, gdyż pierwsza wizja Jezusa miała miejsce w celi, a i w następnych wizjach podobny krajobraz nigdy nie był tłem. To ujęcie (Hyły) miało swe źródło, zdaniem ks. Sopoćki, w interpretacji o. Andrasza. Ojciec Andrasz uważał, że Jezus na obrazie nie powinien być wyobrażony jak Pan i Sędzia unoszący się na obłokach, ale jako idący po ziemi – „biednej ziemi naszej, której mieszkańcom chce świadczyć Miłosierdzie swoje”.

Następnie ks. Sopoćko skrytykował ustawienie postaci Jezusa. Była ona nieco pretensjonalnie wychylona i ujawniała pewien feminizm. Ponadto prawa ręka, za wysoko podniesiona, wyrażała akcję, a nie spokój. Promienie z kolei były zbyt wyraziste, za bardzo zdradzające materialność, a wzrok Jezusa nazbyt świdrował patrzącego na obraz. Zaś ks. Sopoćko, powołując się na wskazania s. Faustyny, uważał, że obraz powinien posiadać ciemne tło. Postać Jezusa w białej szacie powinna być prosta, uchwycona niejako w momencie zatrzymywania się – z lewą nogą wysuniętą nieco do przodu. Ręka nie mogła być uniesiona za wysoko. Wzrok zaś powinien być nieco opuszczony, wyrażający miłosierdzie. Natomiast promienie wychodzące spod uchylonej w okolicy serca szaty, miały być jakby przeźroczyste, ale oświetlające odpowiednio postać Jezusa oraz przestrzeń przed Nim, skierowane na patrzącego, a nie opadające ku ziemi.

Uwagi i zastrzeżenia ks. Sopoćki wobec obrazu Hyły poczynione w Krakowie w 1947 roku nie zostały przyjęte przez artystę. Dopiero po paru latach Hyła zmienił częściowo tło, zamalowując kwiaty, a w miejsce ziemi pod stopami Jezusa namalował posadzkę.

Obrazy Kazimirowskiego i Sleńdzińskiego, wędrujące po świątyniach, stały się znane tylko wąskiemu gronu wiernych, nawiedzających te kościoły. Natomiast popularność obrazu Hyły wzrastała z dnia na dzień (dziś jest to najbardziej znany obraz na świecie). Także i w tym wypadku, podobnie jak i w kwestii ustanowienia święta Miłosierdzia Bożego, ks. Michał Sopoćko musiał pogodzić się z faktem niezrealizowania się jego pragnień i oczekiwań.

(Cdn.)

Alwida A. Bajor

Wstecz