Towarzyszom kapłańskich dróg…

Własnego kapłaństwa się boję,

własnego kapłaństwa się lękam

 

i przed kapłaństwem w proch padam,

i przed kapłaństwem klękam

 

W lipcowy poranek mych święceń

dla innych szary zapewne ---

jakaś moc przeogromna

z nagła poczęła się we mnie

 

Jadę z innymi tramwajem ---

biegnę z innymi ulicą ---

 

nadziwić się nie mogę

swej duszy tajemnicą

ks. Jan Twardowski

W niedawno obchodzoną Uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego Benedykt XVI oficjalnie ogłosił rok kapłański. Inspiracją posłużyła mu przypadająca akurat 150. rocznica urodzin dla Nieba św. Jana Marii Vianneya, patrona wszystkich proboszczów. Na tę okoliczność Ojciec Święty napisał specjalny list, z którym warto się zapoznać. Od jakiegoś czasu kapłaństwo i sposób jego sprawowania stał się „dyżurnym tematem”, od mediów poczynając, a na sąsiedzkich biesiadach kończąc. Najwyższa więc pora przywołać tę „gorącą linię” na łamy naszego miesięcznika.

Dzisiejszy żądny sensacji świat interesuje się kapłaństwem zazwyczaj wtedy, gdy któryś z Namaszczonych przekroczy granice moralności. Z jaką wścibskością wyszukuje, niczym smaczne kąski, epizody rozgłaszane przez satelity, przeczące etyce chrześcijańskiej. Wszystko zaś podawane jest w takiej formie, abyśmy się gorszyli. No, i oczywiście, „nakręceni” niby to z własnej woli, gorszymy się, lamentując i zawodząc, na co to sobie duchowni pozwalają, jakoby byli wyjęci spod prawa upadłej natury albo z chwilą przyjęcia święceń kapłańskich krew w ich żyłach zmieniała kierunek przepływu! A przecież nas samych tak często życie boleśnie przekonuje o upadłości ludzkiej natury.

Niestety, nierzadko zdarza się, że i chrześcijanie przypominają sobie o kapłaństwie od tzw. „wielkiego dzwonu”: gdy ktoś umiera bądź dzieci chrzcić trzeba… Wtedy szukają księdza, a bardzo się złoszczą, jeżeli nie znajdują go natychmiast. Poza tym dajemy się „wkręcić” w krytykę nie tylko poszczególnych kapłanów, ale i urzędu kapłańskiego, z którego w innych okolicznościach jakże pragniemy skorzystać.

Wydaje się słusznym spostrzeżenie, że modnie jest „psioczyć” na księży, jakby to należało do dobrego tonu społecznych zachowań. A już z pewnością nie wiemy, że wróg Kościoła przed dziesiątkami lat określił strategię walki: „odciągnąć księdza od ołtarza, od cnoty… zepsucie ludu przez kler, a kleru przez nas… już dość tępić ostrza na kościach kilku nieszczęśników, którzy w nimbie męczenników jeszcze przysparzają wiernych; luz moralny i rozbicie jedności wiernych przyniesie upragnione przez nas skutki”. Z bólem trzeba stwierdzić, że na własne oczy oglądamy owoce tej niszczącej Kościół strategii, stąd trzeba zdobyć się na odważną refleksję, czy aby mimowolnie nie dokładamy tutaj swoich „trzech groszy”?

Nie mam zamiaru w tym miejscu przyjmować pozycji sędziego lub też wybielać słabości kapłańskiego stanu ani nawet się nimi zajmować. Od tego są Hierarchowie Kościoła! Przy okazji roku kapłańskiego chciałoby się odświeżyć pojęcie kapłańskiej godności, a także przejąć się potrzebą czasu: jak moglibyśmy pomóc spośród nas Wybranym w przeżywaniu kapłaństwa?

Oddajmy głos Świętemu Proboszczowi z Ars: „Och, jakże kapłan jest wielki!.. Gdyby pojął siebie, umarłby... Bóg jest mu posłuszny: wypowiada dwa słowa, a na jego głos Nasz Pan zstępuje z Nieba i zawiera się w małej hostii...”. W dawnej staropolskiej tradycji szacunek do kapłaństwa przejawiał się w pozdrowieniach, w ucałowaniu błogosławiącej dłoni duszpasterza, w powściągliwości rozmów na jego temat. Dziś postrzegamy te zwyczaje jak kulturowy relikt. Nie chodzi o to, by na siłę zachowywać formę, która może kłóci się z duchem czasu, ale strzeżmy istoty: dystansu wynikającego z szacunku dla kapłańskiego posłannictwa, zawierającego w sobie autorytet tajemnicy Boga i człowieka.

Tymczasem „szlifujemy” sobie języki, ślizgając się na kapłańskich potknięciach, jakby nasze grzechy od tego lżejszymi się stawały, przy czym wcale nie przeczuwamy, że szkodzimy własnej wspólnocie wiary, do której należymy. Ksiądz bowiem otrzymał wielką władzę od Boga, ale nie dla siebie, tylko dla innych. Jeżeli nie otaczamy kapłaństwa należną troską, to na własne życzenie uszczuplamy jego efektywność wobec nas, o czym przekonuje Święty z Ars: „Na co zdałby się dom pełen złota, gdyby w nim nie było nikogo, kto otworzyłby nam doń drzwi? Ksiądz ma klucze do skarbów niebieskich: to on otwiera bramę: on jest ekonomem dobrego Boga; zarządcą Jego dóbr... Zostawicie parafię na dwadzieścia lat bez księdza, zagnieżdżą się w niej bestie... Ksiądz nie jest kapłanem dla siebie, jest nim dla was”.

W dyskusjach z młodzieżą wyczuwa się, że przybiera ona pozycję obrońców „uciśnionych” celibatem księży, stając się przez to bezwiednym echem mediów, kontestujących ustalenia Magisterium Kościoła. Celibat, oczywiście nie jest łatwy, a dzisiejszy moralny relatywizm sprawia, że staje się coraz trudniejszy. Trzeba więc nie lada czujnego wysiłku, aby był przeżywany z pożytkiem dla Kościoła i własnego rozwoju. Z pamiętnika celibatariusza: „Czuć w głębi siebie wszelki brud, rozpustę i wrzenie instynktów ludzkich, a jednocześnie trwać ponad tym, nie zanurzając się – tak jak kroczy się po wyschniętym trzęsawisku, pozwalając unosić się dzięki jakiejś swoistej lekkości…”. Wielowiekowe doświadczenie Kościoła przekonuje nas, jakże owocnym darem dla Królestwa Bożego jest celibat.

Przez świeckich postrzegany jest najczęściej w aspekcie negatywnym, jako niemożliwość założenia rodziny i przekazania życia. W takim schemacie myślenia służy powodem współczucia dla celibatariuszy. Tylko nieliczni próbują doszukać się w tym wyrzeczeniu pozytywnego celu, jakim jest ciągła otwartość na Boga i dyspozycyjność względem Jego woli, ogłaszanej przez prawowitych przełożonych. Od takich ludzi można liczyć na zrozumienie bądź doping do wytrwania. Cel jest wzniosły, poprzeczka wysoka, jakże mogłoby się obejść bez wyrzeczeń!

Chyba jednak zaskoczę wielu, jeśli powiem, że najtrudniejszą do okiełznania jest wcale nie organiczna pożądliwość seksualna, ale samotność wołająca o „drugą połowę” w spotkaniu potencjalnej kandydatki i pragnienie potomstwa. Także w tym aspekcie potwierdza się prawdziwość sentencji Anny Iwaszkiewiczowej: „Dorobkiem największym w życiu jest wybrać własną samotność”.

Czy wobec ledwie zarysowanych aspektów celibatu nie powinniśmy wczuć się w rolę: jak pomóc księżom go przeżywać? Nasza rola okazuje się wcale nie drugorzędna. Funkcjonując w społeczeństwie, wytwarzamy między sobą tzw. pola napięć. Swoim zachowaniem, ubiorem, słowem czy wręcz tylko spojrzeniem stawiamy drugiemu pewne wymagania, ustalamy pewien poziom, który on choćby podświadomie wyczuwa. Słyszy się nieraz stwierdzenia: „przy niej nie potrafiłem przekląć”, „przy nim nie zdobywaliśmy się na obmowę”, itp. Skoro „mądrej głowie dość dwie słowie”, więc chyba wystarczy werbalnego roztrząsania tematu, który powinien znaleźć dalszy ciąg w refleksji o epilogu nierzadko jak: „mea culpa”. Być może konsekwencją naszych raniących zachowań była modlitwa jednego z księży: „Ustrzeż mnie, Boże, od fałszywych przyjaciół, a od wrogów sam się obronię”.

Los księży nie powinien być nam obojętny i nie powinniśmy ich pozostawiać samych sobie, aczkolwiek towarzyszenie celibatariuszom na drodze życia jest rzadką sztuką, wymagającą od nas znajomości natury człowieka i nie lada czujnej ascezy. Nie ma jednak szkół, gdzie moglibyśmy posiąść tę sztukę, a jednak nikt nie powinien czuć się zwolniony od jej zgłębiania, a osobliwie – pobożne chrześcijanki.

W czasach współczesnych, w odpowiedzi na obecny stan duchowieństwa, chwalebnie postrzegane są różne formy wzmożenia modlitwy za duszpasterzy. Jedną z nich, obecną też na Wileńszczyźnie, jest Dziecięca Misja Modlitwy za Kapłanów. To pewien impuls, który nas budzi do podobnych zachowań. Modlitwa będzie też najlepszym towarzyszeniem i szkołą towarzyszenia Wybrańcom Boga na drogach ich życia i posługi; będzie też najlepszą formą przeżywania rozpoczętego w Kościele roku kapłańskiego.

S. Anna Mroczek

Wstecz