Podglądy

Apel spod pogrzebanych nadziei

Zaskakującą wiadomość mam. Rząd „zachował stabilność publicznych finansów, infrastrukturę przedsiębiorczości, podjął inicjatywy związane z ożywieniem gospodarki i zmniejszeniem bezrobocia, rozpoczął realizację reform w dziedzinie wyższego szkolnictwa i zarządzania państwem”. Słowem, koalicja „z honorem i wielką odpowiedzialnością przebrnęła przez pierwsze półrocze”.

O jakim państwie tu mowa, o jakim rządzie i jakiej koalicji? O naszych – bezcennych, wspaniałych, jedynych. Uważacie, że powyższe objawione wam cuda nijak nie mają się do tego, co widzicie, słyszycie i na własnej skórze czujecie? Zastanawiacie się: kto nabełkotał aż tyle bzdur? No, któżby inaczej jak nie premier Kubilius, nasz jedyny z kryzysu wybawca. Na mózg mu padło czy po prostu przedawkował? Ani jedno, ani drugie.

Chodzi o to, że po zaprzysiężeniu prezydent Dalii Grybauskaite rząd musiał złożyć na jej ręce swoje pełnomocnictwa. Na razie jest więc zaledwie rządem tymczasowo pełniącym obowiązki. Do przywilejów prezydenta należy albo desygnowanie go (niekoniecznie w obecnym składzie) Sejmowi do ponownego zatwierdzenia, albo postawienie się okoniem i huknięcie: „Ta banda? Po moim trupie!”. Więc Kubilius wciska pani prezydent swój rząd, chwaląc go jak przekupka nadpsutą rybę. Że robi w ten sposób idiotów nie tylko z nas, ale też z głowy państwa? On temu nie winien. To takie zbiorowe natręctwo konserwatystów. Oni zawsze uważali, że łgarstwo powtarzane po wielekroć albo stanie się faktem, albo też ludzie w nie w końcu uwierzą.

Zupełnie inną taktykę uprawia koalicjant Kubiliusa, szef Partii Rozśmieszania... sorry, Wskrzeszenia Narodowego Arunas Valinskas. Ten się nie patyczkował i nie usiłował wciskać obywatelom kitu o zachowanej infrastrukturze przedsiębiorczości czy kurczącym się bezrobociu. Ogłosił bez fałszywego siu-bździu: „Właśnie pogrzebaliśmy nadzieje tych, którzy nie mogą się doczekać, gdy Koalicji Przemian można będzie powiedzieć: „Do widzenia!”. No, to pogrzebali nadzieję całego narodu.

Fajną wiadomość też mam. W tymczasowym rządzie Przemian jest nowa blondynka, która wypełniła zdawałoby się niewypełnialną lukę po najlepszym co mogliśmy dać Brukseli, po ministrze Šemecie. Nowa ministerka nazywa się Ingrida Šimonyte i wszyscy już ją lubią, bo taka blond, sympatyczna, młoda, a po kilku głębszych – to trochę podobna do uwielbianej pani prezydent. Nawet spontaniczny jak postać z billboardu Valdas Adamkus, na wzmiankę o jej kandydaturze, zapiał z zachwytu. Nazwał ją „człowiekiem, który najlepiej zna finansowe problemy trudnych czasów”.

A że się łatwo wzruszam, rozkleiłam się ze współczucia. Pewnie, bidula, wychowała się w sierocińcu lub patologicznej rodzinie. Może zimą chodziła do szkoły w trampkach, a lekcje odrabiała przy akompaniamencie pijackich libacji? A jak już dorosła i się wbrew wszystkiemu wykształciła, to wzięła kredyt, po czym straciła pracę i windykator zajął jej nieruchomość? A może jest samotną matką, która wyłudziła od SoDry świadczenia wychowawcze i teraz grozi jej odsiadka?

A kudy tam! Wszystkie moje obawy rozwiała matuś panny minister oświadczając wyniośle: „Ingrida wywodzi się naprawdę nie z rodziny kołchoźników”. Czyli żadna tam patologia. Wychowana w stolicy, matuchna – ekonomista, tatko – inżynier, dobra szkoła, studia na wydziale ekonomii UW. Jeszcze na studiach podjęta praca w Ministerstwie Finansów. I błyskotliwa kariera – od sekretarza poprzez wiceministerkę aż do ministerki.

Nowa pani minister jest finansowo niezależna i nieźle ustawiona, ale „ani nie zgromadziła milionów, ani nic nie ukradła”, jak zapewniła dziennikarzy jej mama. Mamy więc do czynienia z kimś nie tylko nieprzeciętnie zdolnym, ale też wyjątkowym (nic nie ukradła!). Nieskalane dziewczę Koalicji Przemian. Gdyby jej jeszcze trochę rozumku. Rozbroiła mnie komentarzem na temat propozycji rządu dotyczącej podniesienia VAT o kolejne 2 proc. Przyznała, że poprzednia podwyżka nadziei rządzących na wielkie wpływy do budżetu nie spełniła, bo zmniejszyła się konsumpcja, ale kolejna spełni na pewno.

A dlaczegoż to zmniejszyła się ta konsumpcja? „Nie z powodu podniesionego VAT, a dlatego, że ludzie tracą dochody – i własne, i pożyczone” – wytłumaczyła ekonomista Šimonyte. No, jasne, po pierwszej podwyżce VAT ludzie kupują już tylko kartofle i olej, bo ich nie stać na więcej, ale po kolejnej przerzucą się na kawior, bo... Bo co? Spytajcie się blondynki, która pytana o jej sposoby na kryzys jak mantrę powtarza oklepane frazesy premiera Kubiliusa o konieczności stabilizowania systemu finansowego. A to oznacza „nieunikniony wzrost podatków i być może obcinanie wszystkich świadczeń socjalnych, a także podniesienie granicy wieku emerytalnego”.

Łatwo więc nie będzie, w związku z czym...

Apel mam. Do emerytów. Do „tych starych zgredów”, że użyję tu pieszczotliwej retoryki ministra Rimantasa Dagysa. Hej zgredy, wiem że jesteście ubogie dziady, przyznajcie się jednak bez bicia, że każdy z was cokolwieczek uciułał na tę ostatnią w życiu (po życiu?) imprezkę. I po co wam to? Tak czy siak weźmiecie w niej udział jedynie sztywnym ciałem, bo duch wasz już będzie hasał po tamtej stronie tunelu. Nie warto więc chomikować tych kilku wytartych banknotów. Bo niby co? Chcecie się zabezpieczyć, by rodzina nie musiała świecić oczyma, że jakoś tanio czy tandetnie was opakowała? Czy obawiacie się, że na konsolacji zabraknie dla kogoś kotleta? Furda to wszystko. Co was obchodzi życie po życiu? Co was obchodzi opinia rodziny, z którą spotkacie się już tylko w lepszym świecie? Tam możecie ją zresztą przeprosić, że bezwstydnie przeputaliście te przeznaczone na zbożny cel zaskórniaki. A teraz dalejże je przepuszczać, trwonić, marnować, tracić na coś szalonego! Poczujcie choć przez pół godzinki, że życie może mieć też swoje miłe strony.

Wiem, że nie na wiele tego wystarczy, ale na jedno maciupkie szaleństwo każdy z was może sobie pozwolić. Panom polecałabym, na przykład, zafundowanie sobie masażu topless z ciepłą oliwką (to znaczy topless ma być wykonująca masaż panienka, choć klient właściwie też). Panie mogłyby się skrzyknąć w kilka osób (dla odwagi i oszczędności) i sprowadzić sobie paru chłopaków wykonujących tańce erotyczne. Koniecznie zwieńczone striptizem. A co! Trochę to nieobyczajne, wiem, ale proszę mi wierzyć: bardzo zabawne. Poza tym przekonają się panie, że dawanie mężczyźnie... pieniędzy może być bardzo przyjemne. Pod warunkiem, że jest za co (a z reguły jest) i że ten mężczyzna nie straszy was tyleż ponurą co wredną fizys Kubiliusa czy oligofreniczną gębą Dagysa.

Dla jeszcze bardziej odważnych mam inną propozycję. Mogą np. zafundować sobie niezwykły tatuaż – napis głoszący, w jakim miejscu mają antykryzysowyy pakiet rządu. Np. na pośladku. Gwarantuję, że taki tatuaż w publicznej łaźni wzbudzi prawdziwy aplauz. Koszt nieduży, satysfakcja – bezcenna! Osoby o mniej wybujałej wyobraźni i zupełnie skromniutkich oszczędnościach nawoływałabym: podarujcie sobie przynajmniej odrobinę luksusu, kupując dokładnie taki sam papier toaletowy, na jaki ogłosiło przetarg Ministerstwo Opieki Socjalnej i Pracy. Papierek musi być „dwuwarstwowy, delikatny, koloru białego (...) listek o wymiarze 10x14, długość rolki 160 m”. Tak zażądali ludzie Dagysa w warunkach przetargu. Pójdźcie w ich ślady. Raz się żyje! Żal tylko, że ministersy nie ujawniły, kto i w jaki sposób będzie testował delikatność nabytku. To właściwie dylemat, bo wszak minister może mieć mniej wrażliwy przyrząd do testowania niż jego wicek Klaudijus Stanionis. Czy odwrotnie. Ale to już nie nasze zmartwienie, prawda, miłe zgredy?

Mniejsza zresztą o to, na co ostatecznie wydacie te swoje biedaoszczędności. Ważne, byście je co rychlej roztrwonili. Inaczej rząd je od was wycygani. Jesteście najwdzięczniejszą grupą do obłupiania. Do Anglii czy Hiszpanii przed tą zarazą nie uciekniecie. Waszych protestów kubiliusiarnia boi się jak masochista klapsa. O koniecznych cięciach na wypasionych litewskich emeryturach mówi coraz częściej i odważniej, pracującym ciachnie się aż o połowę.

Niewykluczone, że czeka was też interesująca przygoda: test na przeżycie miesiąca. Bez grosza. Wspomniany już glancuś-picuś Stanionis przyłapał was bowiem na tym, że pobieracie emerytury nie za miniony miesiąc ino za ten, który zamierzacie jakoś przetrwać (to z łaski poprzedniej ekipy). A to sprytne zgredziaszki! Łyknęliście o jedną emeryturkę za dużo. Wypadałoby tę kaskę oddać. Bo a nuż łupniecie w kalendarz na początku miesiąca, tuż po pobraniu awansem emerytury. Szarp się potem o jej zwrot z waszą pazerną familią. Jest jeden szkopuł. Stanionis nie bardzo wie, jak wam to zabrać nie narażając się opinii publicznej, która granice tolerancji jednak ma. Ale nie ukrywa, że się nad tym zastanawia. Więc trwonić, trwonić!

Do młodych ludzi też apel mam. Niech was ręka Boska broni przed rozmnażaniem się. Przynajmniej na Litwie. Rząd Przemian takie praktyki postrzega jak jaką zarazę. Rozpanoszyło się to-to za czasów socjaldemokratów, że strach. Ciężarna kobieta przestała być wymierającym gatunkiem i wzbudzać na ulicach sensację. Ludzie też przypomnieli sobie jak wygląda niemowlę. No, i mata teraz. Narosło przestępczyń na zdrowym ciele narodu. Okazało się, że te baby (i ich latorośle) w bezczelny sposób okradają państwo, bo pobierają zbyt wysokie świadczenia.

Szczęściem, większości małych gnojków zrabowane już odebrano (chodzi o te 50 Lt dziecięcego zasiłku płaconego dziś już tylko najuboższym). Teraz przyszła kryska na kryminalistki-matki. Już się im świadczenia o 10 proc. obcięło (w przyszłości obetnie się więcej), ale to tylko dobrego początki. Minister Dagys zaapelował już do prokuratury i sądów, by podjęły stosowne działania przeciwko „okradającym państwo mamom”. Chodzi o te cwaniary, które na trzy miesiące przed powiciem dostały w pracy podwyżkę (a co za tym idzie wyższe świadczenia macierzyńskie po urodzeniu bobaska). Podejrzewa się je o wyłudzenie, no bo jaki idiota dawałby podwyżkę ciężarnej babie? Teraz rzekomym wyłudzaczkom grozi do 8 lat tiurmy.

Co prawda, uczciwi ludzie powiadają, że tylko złodziej w każdym innym widzi złodzieja, ale to są przestarzałe dyrdymały. Ja tam bez sądu i wyroku zamykałabym te baby w więzieniach. Razem z ich potomstwem. A i chłopów „tudaże”. Kubilius z Dagysem już od dawna trąbią, że zdrowa, godna szacunku i warta wsparcia rodzina – to wyłącznie rodzina kompletna. A gdzie w naszych wyuzdanych czasach utrzymać takie stadło w kupie jak nie w więzieniu. Starzy nie będą tam mieli żadnych pokus a´la wóda, hazard czy skoki w bok, zaś gówniarze, oderwani od komputerów i demoralizującego towarzystwa rówieśników, wyrosną na stanioniopodobnych zuchów. A pomogą w tym sławetne „metodyczne wskazówki”.

Ministerstwo Dagysa wydaje właśnie „instrukcję obsługi dziecka i całej rodziny”. Instrukcja fachowo wabi się: „Metodyczne wskazówki kształtowania nawyków pozytywnego rodzicielstwa”. Jakież to piękne! Dieduszka Lenin, autor tego typu agitek, radośnie bryknął w grobie. Socjalizm upadł, a myśl marksistowsko-leninowska „żywieje wsiech żywych!”. Nawet w głowach betonowych antykomuchów. Wskazówki mają „uczyć rodziców rozumienia swojego dziecka oraz właściwego z nim postępowania w celu osiągnięcia wszechstronnego jego rozwoju a też harmonijnej kultury jego wychowania”. Mądrze. Zaskakują tylko wymagania wobec autorów wskazówek: „Mają zawierać nie mniej niż 200 tysięcy drukarskich znaków (co najmniej 120 stron)”. Mnie się to kojarzy z innym zamówieniem tego ministerstwa? Pamiętacie: „musi być delikatny, koloru białego (...) listek o wymiarze 10x14...”. I jeszcze z czymś.

Mam w domu nowoczesny aparat do kawy, skomplikowane bydlę. Instrukcja jego obsługi mieści się dokładniutko na 120 stronach. Zawsze mi się otóż wydawało, że wychowanie dzieci jest ciut bardziej skomplikowane niż obsługa zaparzarki do kawy. Ale to zanim dowiedziałam się o istnieniu kogoś tak genialnego jak minister Dagys i jego ekipa. Aż żal, że pani prezydent (jak głoszą plotki) taki diament przeznaczyła do wycięcia. Wiem, że podopieczni ministerstwa oszaleją z radości, ale jakaż to strata dla felietonistów!

Aha, za sam projekt „wskazówek” ministerstwo walnęło prawie 400 tys. litów, ile zabuli za wypełnienie go treścią, aż strach pomyśleć. No, ale czy warto liczyć się z kosztami, gdy chodzi o „kształtowanie zdrowej rodziny”?

Co tam głupia agitka dla nierozgarniętych rodziców? Stać nas na więcej. Czy wiecie, że daliśmy naszemu państwu kosztowny upominek. Władze uznały, że wzniesiony w stolicy pomnik głupoty i rozrzutności – odbudowany Pałac Władców – ma być prezentem mieszkańców Litwy dla swego kraju z okazji 1000-lecia. Koszty samej budowy prezentu (bez wyposażenia wnętrz) już przekroczyły 176 mln litów, a trzeba więcej, o wiele więcej. Miejmy więc gest. Nie wypada darować Pałacu w stanie surowym, szarpnijmy się jeszcze na wyposażenie. I zamurujmy w nim mściwie nami rządzącą Koalicję Przemian. W jej miejsce sprowadziłabym sobie jakąś fajną ekipę z Zachodu. Tam mają ciut inne pomysły na kryzys niż stałe dokręcanie śruby udręczonym obywatelom.

Lucyna Dowdo

Wstecz