Spotkanie absolwentów wileńskiej „piątki”
I ożyły lata szkolne, lata młode

Ledwie w połowie lipca 1944 roku Wilno zostało wyzwolone od faszystów, zaczęto tu zasiewać ziarna pokojowego życia. Jakże wymownie zaświadcza o tym decyzja władz o powołaniu jesienią 6 gimnazjów oraz 30 szkół początkowych i progimnazjów. Polaków, którzy w mieście Ostrobramskiej Pani i na Wileńszczyźnie przeżyli gehennę II wojny światowej, najbardziej krzepiła na duchu informacja, że w tej liczbie placówek oświatowych będą też dwa gimnazja polskie – dziewczęce z numerem 5 w gmachu obok wileńskiej filharmonii i chłopięce z numerem 3 przy ulicy Ostrobramskiej 27. Trudno dziś powiedzieć, czy to zbieg okoliczności, czy też przemyślany zamiar, aczkolwiek kroniki wieszczą, że w „piątce” pierwsza rada pedagogiczna miała miejsce 14 października – w dniu, upamiętniającym 171. rocznicę powołania Komisji Edukacji Narodowej. Właśnie ta data jest uważana za dzień odrodzenia naszej powojennej szkoły polskiej.
Ponieważ wieść o możliwości pobierania wiedzy w języku ojczystym rozeszła się wśród rodaków lotem błyskawicy, posypały się pierwsze zgłoszenia tych, komu wojna przekreśliła uczniowską przygodę, albo tych, kto mimo okupacji uczył się w tajnych kompletach. Nic więc dziwnego, że w poszczególnych klasach rozpiętość wiekowa sięgała nawet 7-8 lat, a pewien odsetek stanowili też ci, którzy w szeregach Armii Krajowej zdążyli zakosztować partyzantki, a którym po operacji „Ostra Brama” udało się uniknąć rozbrojenia. Ten entuzjazm wyraźnie tonowała jednak tak zwana pierwsza repatriacja naszych rodaków do Polski, z czego masowo korzystali jak nauczyciele tak też potencjalni uczniowie.
W wyniku zmniejszającej się liczby chętnych nauki dziewcząt nad V gimnazjum zawisła groźba likwidacji. Widząc, co się święci, ówczesna jego dyrektor Ksenia Szulc i inspektor III gimnazjum Kazimiera Likszanka podejmują zbawienną decyzję o połączeniu w roku 1946 tych „kuźni wiedzy” w jedno gimnazjum koedukacyjne. W tym statusie przetrwało ono do roku 1949, kiedy to przekształcone zostało w szkołę średnią nr 5. Owej reformy polskie gimnazjum doczekało się już na nowym miejscu, jako że w roku 1948 sprzed Ostrej Bramy zostało przeniesione do dzielnicy Antokol i ulokowane w budynkach, gdzie do wojny mieściły się żeńska szkoła nr 15 i męska nr 29, a podczas wojny – koszary.
Ponieważ bagaż wiedzy, jaki posiadali zaciągający się do szkoły uczniowie, był zróżnicowany, niektórzy nie zagrzali długo miejsc w szkolnych ławkach, gdyż pozwolono im zrobić maturę eksternem, co nastąpiło już w roku 1945, choć bez żadnej taryfy ulgowej. A to dlatego, że trzon kadry pedagogicznej stanowiła stara przedwojenna gwardia, nie mogąca się sprzeniewierzyć etosowi wymagającego nauczyciela. Iście złotymi zgłoskami wypada dziś zapisać nazwiska Stanisławy Pietraszkiewiczówny (notabene, prawnuczki brata filomaty Onufrego Pietraszkiewicza), Marii Czekotowskiej, Heleny Tomaszewskiej, Salomei Sucharewiczowej, Janiny Pieniążek, Aleksandra Jabłońskiego, Konstantego Tyszkiewicza, Ludwika Kuczewskiego, Haliny Tarasiewicz, Heleny Tyszko, którzy prócz tego, że przekazywali młodzieży cały przebogaty zasób wiedzy, świecili własnym przykładem w postępowaniu, naznaczonym głębokim patriotyzmem, poczuciem wspólnoty, którą wypada zachować również po opuszczeniu murów szkolnych. „Starajcie się być razem” – coraz to powtarzała swoim wychowankom, maturzystom roku 1950, nauczająca łaciny Salomea Sucharewiczowa. Kto natomiast miał szczęście być na lekcjach języka polskiego, prowadzonych przez Stanisławę Pietraszkiewiczówną, w sposób wręcz magiczny nasiąkał miłością do ojczystej mowy, do literackiej spuścizny Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Henryka Sienkiewicza.
Bezwzględna sowiecka rzeczywistość lat 1945-1957 spowodowała, że dalece nie każdy, kto się podjął wtenczas nauki w wileńskiej „piątce”, dobrnął do matury. Jednych zmiotła do Polski wraz z rodzicami fala repatriacyjna, inni za konspiracyjną harcersko-patriotyczną działalność podczas wojny i zaraz po niej w bydlęcych wagonach trafili na zsyłkę do Syberii albo gdzie indziej. To tym ówczesnym nastolatkom wypadło opłakiwać na niby śmierć „ojca narodu” towarzysza Stalina, wraz z rodzicami i nauczycielami stawiać opór zajadle nacierającej rusyfikacji. Wyszli z tego wszystkiego obronną ręką, wydając ze swych szeregów całą plejadę ludzi z wyższym wykształceniem, wielce zasłużonych dla krzewienia polskości na naszych terenach, że wymienię tu: Krystynę Adamowicz, Łucję Brzozowską, Barbarę Znajdziłowską, Hannę Strużanowską, Stanisława Jakutisa, Olgierda Korzenieckiego, Zdzisława Tuliszewskiego, Jasię Subocz-Lewczuk, Zbigniewa Rymarczyka, Halinę Kostecką-Szulską (dwoje ostatnich już jako dyplomowani pedagodzy wróciło do tak drogich murów, gdzie przepracowali odpowiednio 49 i 32 lata).
Czas jest bezlitosny. Z grona tych, kto zdobył świadectwa dojrzałości w pierwszych latach po wojnie, zdecydowana większość już odeszła lub odchodzi na niebiańską służbę. To właśnie ta świadomość nieuchronnego przemijania nieco spontanicznie zrodziła pomysł, by w roku, kiedy mija 65. rocznica zaistnienia wileńskiej „piątki”, jaka położyła nieocenione zasługi dla rozwoju oświaty polskiej na Litwie, doprowadzić do spotkania jej absolwentów z lat 1945-1957. Jednym z tych, co to pierwotnie ów zamysł posiali, a następnie gorliwie czuwali, by słowo ciałem się stało, okazał się absolwent roku 1950 Jan Pakalnis, od wielu lat niezwykle skrzętnie gromadzący archiwalne materiały, dotyczące tak bliskiej sercu rodzimej „budy”.
Odegrane poprzez stosowne ogłoszenia w naszych mass mediach przedspotkaniowe „larum” okazało się nad wyraz skuteczne. 28 czerwca br. na długo przed godziną 15 przed budynek powojennej „piątki” na wileńskim Antokolu, gdzie dziś się mieści litewska szkoła średnia, mniejszymi bądź większymi grupkami ciągnęli byli wychowankowie. To spotkanie po latach miało jakże wzruszającą oprawę: nie brakło utonięć w serdecznych objęciach, raz po raz „terkotały” aparaty fotograficzne, z nie lada sentymentem pochylano się nad wyjętymi z albumów zdjęciami sprzed ponad pół wieku, przywoływano nazwiska kolegów i koleżanek z ławy szkolnej. Nierzadko było to widzenie się po długich latach rozłąki, co w pierwszą kolej dotyczyło tych, kto pofatygował się specjalnie w tym celu przybyć z Polski – ze Szczecina, Gdańska albo z Pruszkowa.
Tych wzruszeń dopełnił wspólny spacer po klasach i korytarzach, kędy jako nastolatki chadzali i skąd już jako opierzone ptaki wyfrunęli w dorosłe życie. Zaraz potem, zgodnie zresztą z przewidzianym scenariuszem, wszyscy na uroczyste spotkanie udali się do auli sąsiadującej ze starą szkołą obecnej Wileńskiej Szkoły Średniej im. Joachima Lelewela, gdzie zostali powitani przez jej dyrektor Edytę Zubel, a serdeczne słowa jakże wymownie dopełnił dźwięk przystrojonego biało-czerwoną kokardą dzwonka.
Prowadząca uroczyste spotkanie wspomniana już Jasia Subocz-Lewczuk zaprosiła na mównicę absolwentkę roku 1956 Krystynę Adamowicz. Ta znana wileńska dziennikarka przybliżyła pokrótce zgromadzonym na sali historię szkoły, którą oni zresztą hen kiedyś współtworzyli. Do przeszłości, choć nieco nowszej, nawiązał też w swym wystąpieniu Wacław Baranowski, mający na „liczniku” pedagogicznym 45 lat pracy, z czego lat 27 stał u steru właśnie wileńskiej „piątki”.
Potem w sposób spontaniczny wytworzyła się oratorska sztafeta przez czas i pokolenie, jako że na mównicę, by snuć wspominki, kolejno wchodziło po jednym z wychowanków różnych lat, a jako pierwsza uczyniła to przybyła z Gdańska absolwentka roku 1948 Krystyna Rzewuska, mająca za sobą 8 lat odsiadki w sowieckich łagrach. Po niej natomiast głos zabierali: Hanna Strużanowska, Jan Pakalnis, Ryszard Borejko, Stanisław Krzywicki, Piotr Szulski, Irena Woronkówna-Berger (aktualna mieszkanka podwarszawskiego Pruszkowa), Halina Kostecka-Szulska oraz Łucja Brzozowska.
Ech, ileż to w tych wspominkach było ciepła i sentymentu, wdzięczności dla niepowtarzalnych nauczycieli, dumy, że jest się wychowankiem właśnie wileńskiej „piątki”, pogodnej refleksji o życiu, co to „szybko upływa”..! Wielce wzruszająco wypadły poczynione swego czasu przez Jana Pakalnisa nagrania przemyśleń nad istotą tej „kuźni wiedzy” na wileńskim Antokolu odeszłych już w zaświaty Zbigniewa Rymarczyka oraz Zdzisława Tuliszewskiego jak też identyczna refleksja „papieża Wileńszczyzny”, liczącego obecnie 103 lata księdza prałata Józefa Obrembskiego. Ten głosowy monolog-dialog kilkakrotnie przeplatano wspólnym śpiewem, m. in. – specjalnie w tym celu ułożonej okazyjnej piosenki, przetkanej tęsknotą do czasów szkolnej młodości.
Korzystając z tak licznej frekwencji, do zgromadzonych w imieniu założonego jesienią ubiegłego roku Klubu Wychowanków Wileńskiej Szkoły Średniej nr 5 przemówił jego prezes, maturzysta 1964 roku Roman Rotkiewicz. W związku z ambitnym zamiarem upamiętnienia przez Klub z imienia i nazwiska każdego byłego ucznia oraz nauczyciela zwrócił się on do najstarszych absolwentów z gorącym apelem o poczynienie wspólnego „banku informacji”, do czego zobowiązują również przewidziane na tegoroczny październik obchody 65. rocznicy założenia wileńskiej „piątki”. Ponadto zgodnie potaknięto propozycji Jasi Subocz-Lewczuk, by przyłożyć się społem do agitowania bliskich i znajomych w oddawaniu swych pociech do pierwszej klasy tej naszej placówki oświatowej o najdłuższym powojennym rodowodzie.
Spotkanie piękną klamrą spięło powielone wielogłosem życzenie, by po jakimś czasie „znowu być razem”. W myśl tego, do czego ich swego czasu nawoływała Salomea Sucharewiczowa oraz inni pedagodzy. Zresztą – przyznać trzeba – takie wspólne spotkania byłych wychowanków, tyle że w mniejszym, gdyż klasowym gronie, odbywają się w „piątce” już od dawna, w czym prym wiedzie promocja roku 1950. Ustaliwszy swego czasu, że będą co roku w ostatnią sobotę czerwca o godzinie 16 stawiali się na wileńskim Placu Katedralnym, czynią to wbrew coraz bardziej ciążącym na karku krzyżykom i coraz boleśniejszym lukom w szeregach. Jak twierdzi Jan Pakalnis, mający w swym domowym archiwum krocie pieczołowicie przechowywanych materiałów tekstowo-zdjęciowych związanych z historią szkoły, nie poprzestaną na tym, nim lista żyjących ostatecznie się wykruszy.
Siedziałem na sali, zapamiętale chłonąc niepowtarzalną atmosferę spotkania i czułem pewien niedosyt. Wynikający z jednej strony z faktu, że tej żywej historii nie przysłuchuje się dzisiejsza brać uczniowska, a z drugiej, że jak dotąd słynna wileńska „piątka”, poza będącymi w rozsypce poszczególnymi opracowaniami, nie doczekała się „czegoś opasłego”, ukazującego jej długie dzieje, losy nauczycieli i wychowanków. A przecież taka monografia ma ze wszech miar rację bytu. Tym bardziej, że szkoła stoi u progu jubileuszu 65-lecia…
Henryk Mażul