Jego Wysokość SŁOWO
O Jerzym na wieży z Białowieży
Ten ostatni miesiąc w kalendarzu pachnie nie tylko świerkowymi gałązkami, ale i dzieciństwem. Gwiazdka, ubrane drzewko, zapachy świątecznych dań przywołują wspomnienia minionych lat w domu rodzinnym, zabaw z rówieśnikami. Dziś inne są to zabawy, inne zainteresowania, nasze dzieci są dzięki zdobyczom techniki mądrzejsze, bardziej rozwinięte, ale chyba tak całkowicie nie poszły w zapomnienie różne wyliczanki i rymowanki, świadczące o nieskończenie bogatej fantazji dziecięcej.
Grudzień – to miesiąc wewnętrznego wyciszenia się, świątecznych radości, prezentów. Nasza językowa rubryka też chce tym razem wziąć rozbrat z powagą i zaprosić swoich Czytelników, małych i dużych, do zabawy. A prezentem ma być wspólna z Wami wesoła podróż: przypomnimy znane dla wielu z dzieciństwa różne łamańce językowe, rymowanki, te cudownie bezsensowne wyliczanki, które im bardziej są absurdalne, tym rozkoszniejsze. Kilka pokoleń dziewczynek skakało przez sznurek w rytm chóralnego skandowania: „aniołek, fijołek, róża, bez”. Ten „fijołek” koniecznie musiał być nieortograficzny, bo inaczej brakowało mu sylaby i źle się skandował. Z kolei „entliczek pentliczek, czerwony stoliczek” był hasłem do rozpoczęcia wielu zabaw, również chłopcom. Wiele też wyliczanek bazowało na... liczeniu. Oto kilka:
Raz, dwa, trzy,
Czarownica patrzy.
Cztery, pięć, sześć,
Chce was wszystkich zjeść.
Siedem, osiem, dziewięć,
Wsadzi w smołę, w dziegieć.
Nim wszystkich pochwyta,
Uciekniemy i kwita.
Pamiętam, że w Wilnie bardzo popularna była wyliczanka:
Raz, dwa, trzy, cztery,
maszerują oficery,
a za nimi oficerki
pogubiły pantofelki.
Nie mogło się też, rzecz jasna, obejść bez siedzącej na ratuszu baby i mielącej mąkę w kapeluszu, bez czarownicy, która masło kleci, bez diabła siedzącego na dachu, bez ele mele dudki, gospodarz malutki.
Czy dziś, kiedy nasze dzieci interesują się raczej grami komputerowymi niż zabawą w chowanego, wszystkie te iskrzące się wspaniałym bezsensem i surrealistycznym humorem wyliczanki i rymowanki odeszły do lamusa językowego? Może nie są tak jak dawniej popularne, ale żyją i, co więcej, powstają nowe. Te oto najwyraźniej są znamieniem naszych czasów:
Raz, dwa, trzy, cztery,
maszeruje Huckleberry,
za nim idą Pixie Dixie
wykąpane w proszku IXI,
a za nimi krowy dwie,
wykąpane w proszku E.
Jest też i „komputerowa” rymowanka-wyliczanka:
W komputerze siedzi zwierzę,
ma niebieskie kły,
wiesza pranie na ekranie,
pomagasz mu ty.
Nieco inny charakter mają tak zwane łamańce językowe, czyli trudne do wymówienia – zwłaszcza szybkiego – zbitki sylabowe bądź też wyrazowe. Chociażby ten o pani Zosi.
Pani Zo, Zo, Zo, Pani Sia, Sia, Sia, Pani Zo, Pani Sia, Pani Zosia męża ma.
A ten mą, mą, mąż pije wcią, wcią, wciąż. Trochę wina, trochę wódki i od tego jest malutki.
Przepił do, do, dom, przepił wó, wó, wóz, przepił dom, przepił wóz, żonę na patelni wiózł. A ta żo, żo, żo, a ta na, na, na, a ta żo, a ta na, a ta żona dziecko ma.
Potem się okazuje, że dziecko ma smoczek i inne warte opiewania rzeczy, i wyliczanka ku ogólnej radości może być bardzo długa.
No i absolutnie bezkonkurencyjny jest, jak mi się wydaje, łamaniec językowy o „Trzech Japoncach”. Warto się go nauczyć, by podczas zbliżających się zabaw karnawałowych wprawić w dobry humor całe towarzystwo.
Było sobie trzech Japonców: Jachce, Jachce Drachce, Jachce Drachce Drachcedroni.
Były sobie trzy Japonki: Cepka, Cepka Drepka, Cepka Drepka Rompomponi.
Poznali się: Jachce z Cepką, Jachce Drachce z Cepką Drepką, Jachce Drachce Drachcedroni z Cepką Drepką Rompomponi.
Pokochali i pobrali się: Jachce z Cepką, Jachce Drachce z Cepką Drepką, Jachce Drachce Drachcedroni z Cepką Drepką Rompomponi.
Mieli dzieci: Jachce z Cepką mieli Szacha, Jachce Drachce z Cepką Drepką mieli Szacha Szarszaracha, Jachce Drachce Drachcedroni z Cepką Drepką Rompomponi mieli Szacha Szarszaracha Fudżi Fajkę. Kto powtórzy bajkę?
Ta pochodząca z kresów rymowanka ma też nieco inną postać. Bohaterami są „kitajcy” o nieco zmienionych imionach.
Okazuje się przy tym, że wcale nie jest taka trudna, jak na pierwszy rzut oka wygląda. Imiona bowiem nie tylko się rymują, ale układają w logiczny ciąg.
A ten łamaniec-połamaniec językowy polecam uwadze tym rodzicom i paniom z klas początkowych, których dzieci seplenią.
Mała muszka spod Łopuszki chciała mieć różowe nóżki – różdżką nóżki czarowała, lecz wciąż czarne nóżki miała.
Po cóż czary, moja muszko? Ruszże móżdżkiem, a nie różdżką. Wyrzuć wreszcie różdżkę wróżki i unurzaj w różu nóżki.
Tu mi się przypomniała pewna zabawna historia. Kiedy sześcioletnia Joasia, uczennica zerówki w Szkole im. Syrokomli, miała trudności z wymawianiem szczelinowych spółgłosek, czyli po prostu sepleniła. Na szczęście jednak uczyła ją doskonała nauczycielka, jedna z najlepszych, jakie znałam – wszechstronnie utalentowana świętej pamięci pani Teresa Urbanowicz, która niczym najlepszy logopeda pracowała nad dykcją dziecka. Któregoś dnia Joasia miała powtórzyć za swą panią: Szary kotek, szary, siedział koło szpary. Myszki nie czekały, szybko uciekały. Żeby nie narazić się na śmiech klasy, cwany dzieciak bez chwili namysłu tak oto wierszyk „powtórzył”: Pręgowaty kotek siedział koło dziurki. Ale nic nie złapał.
Wszyscy chyba od dziecka znamy tego chrząszcza, który brzmi w trzcinie. Ale nasza z nim znajomość najczęściej na jednym zdaniu się kończy. A tymczasem jest to cała opowieść. Posłuchajmy, co się tam – i nie tylko tam – dzieje.
Chrząszcz brzmi w trzcinie w Szczebrzeszynie i Szczebrzeszyn z tego słynie. W szczękach chrząszcza trzeszczy miąższ. Czcza szczypawka czka w Szczecinie, Chrząszcza szczudłem przechrzcił wąż. Strząsa skrzydła z dżdżu, a trzmiel w puszczy, tuż przy Pszczynie, straszny robi szum.
I na tym nie koniec. Okazało się, że chrząszcz miał dość tego brzmienia i się zbuntował:
Trzynastego, w Szczebrzeszynie chrząszcz się zaczął tarzać w trzcinie. Wszczęli wrzask szczebrzeszynianie: – Cóż ma znaczyć to tarzanie? Wezwać trzeba by lekarza, zamiast brzmieć, ten chrząszcz się tarza! Wszak szczebrzeszyn z tego słynie, że w nim zawsze chrząszcz BRZMI w trzcinie! A chrząszcz odrzekł nie zmieszany: – Przyszedł wreszcie czas na zmiany! Dawniej chrząszcze w trzcinie brzmiały, teraz będą się tarzały.
Myślę, że niejeden Anglik, gdyby mu dano do wyboru: powtórzyć ten fragment, czy też odsiedzieć parę dni w areszcie, wybrałby to drugie.
Powszechnie znany jest w różnych wariantach żart językowy o Jerzym, który na wieży w Białowieży szukał jeży (mniej znany wariant: Leży Jerzy koło wieży i nie wierzy, że na wieży leży gniazdo nietoperzy), o Czechach trzech, którzy szli spod czeskich strzech, czy też o Polaku, który szedł po lak i wrzucił dowody do wody. Cała trudność polega tu na zrozumieniu tekstu, by zdania te napisać ortograficznie. Natomiast inne żarciki językowe są podchwytliwe fonetycznie, trudne do wymówienia ze względu na powtarzające się lub podobne sylaby. Spróbujmy szybko wymówić:
Szedł Sasza szosą podczas suszy suchą stopą.
Szła pchła koło wody, pchła pchłę pchła do wody, tamta pchła płakała, że ją tamta pchła popchała.
Obcokrajowców, którzy się bez najmniejszych podstaw skarżą na długie wyrazy w naszym języku, możemy uraczyć dziewięćsetdziewięćdziesięciodziewięciotysięcznikiem, albo intelektualistyczną Konstantyną Konstantynopolitanczykowianeczką. Nader sympatycznym nazwiskiem przedstawiał się też pewien bohater z filmu „Jak rozpętałem II wojnę światową”: Grzegorz Brzęczyszczykiewicz z Chrząszczyrzewoszyc. W sam raz do wymówienia Austriakom.
Ten buk, który, gdyby dał Bóg, przepłynąć miał Bug, to jak mawiał gospodarz domu, czyli dozorca Prokop z serialu „Dom”, małe piwo przed śniadaniem. A spróbujcie na słuch, nie zaglądając tu, bezbłędnie napisać takie krótkie zdanko: Może morze może, a może morze nie może.
A oto propozycja dla tych, którzy lubią bardzo „mądrze” przemawiać:
Biorąc pod uwagę wizualny aspekt tego zagadnienia, jest ono zbyt specyficzne w swojej strukturze obiektywnej i wobec tego w ramach abstrakcjonizmu absolutnie nie wchodzi w rachubę. No bo jeżeli ktoś komuś coś, to jeszcze, a jeśli ktoś komuś nigdy nic, to po co? Chociaż to głupstwo, ale zawsze... A co się tyczy względem tego, to i owszem, gdyż z punktu patrzenia na punkt widzenia, kwintesencja omawianego zagadnienia jest nam bardzo dobrze znana.
Prawdopodobnie każdemu z nas zdarzało się słyszeć lub czytać teksty, które wymagały przetłumaczenia z polskiego na polski. Tu nawet tłumaczyć się nie da, bo nie wiadomo, o co chodzi.
I jeszcze jeden „kwiatek” z tej samej rabaty.
Z etymologicznego punktu widzenia, dochodząc do konkluzji, iż aprobata owych tendencji absolutnie dezorganizuje elementy abstrakcji, przebywanie w twoim płytkim basenie intelektualnym jest awykonalne.
Jedno jest pewne: takie teksty są, że użyjemy tego samego języka, aczytelne. Nadają się jedynie, żeby się z nich pośmiać, pożartować, a rozmawiać językiem „prostym jak podanie ręki”, szczerym i przyjaznym, czego wszystkim Czytelnikom świątecznie i noworocznie życzę.
Łucja Brzozowska