Polak też potrafi!

Odachować Wileńszczyznę!

Za czasów Litwy sowieckiej monopol na gospodarkę dzierżyło tylko i wyłącznie państwo, a każdy przejaw inicjatywy prywatnej tępiony był już w zalążku. Taki stan rzeczy zdecydowanie się odmienił, kiedy Pogoń w roku 1990 wybiła się na niepodległość. W rozgardiaszu ekonomicznym, jaki pierwotnie zapanował, coraz więcej do powiedzenia zaczęli mieć nieco obco dla naszego ucha brzmiący przedsiębiorcy. A byli to w pierwszą kolej ci, co odważnie złapali się za bary z nowymi realiami, zdecydowanie preferującymi zaradnych i zdolnych nieszablonowo myśleć. To tacy, dzięki wysiłkowi pomnożonemu przez samozaparcie, odnotują później przyprawiające nieraz o zawrót głowy osiągnięcia.

Cieszy, że na stale wydłużającej się biznesowej liście tu i tam widnieją nazwiska naszych rodaków. Właśnie ich pod rubryką „Polak też potrafi!” staramy się prezentować od pewnego czasu na łamach „Magazynu Wileńskiego”. W dowód szacunku, podziwu i... stawiania za wzór do naśladowania innym. Dziś – rzecz o ZSA „Arabeska” i jej chwalebnych zamiarach odachowania Wileńszczyzny.

Wcale nie trzeba pozjadać wszystkie rozumy, by stwierdzić, jak ważnym elementem składowym domu jest dach. Wystarczy przecież, że przecieka, a każdy, nawet najokazalszy pałac, rychło popadnie w ruinę. Oto dlaczego człowiek od zarania dziejów troszczył się, by ochronić swe domostwa przed działaniem niekorzystnych warunków atmosferycznych, wykorzystując trawę i skóry zwierzęce. W czasach bardziej bliskich po temu służyły natomiast słoma, gont, dranica, wypalana z gliny dachówka. Po II wojnie światowej w naszych stronach furorę nie lada robił eternit. Dziś natomiast krzykiem mody są lekkie dachy w różnych kolorach z blachy, a dzięki jej ocynkowaniu i powlekaniu specjalnymi tworzywami jakże trwałe. Właśnie takie oferuje każdemu chętnemu ZSA „Arabeska”, zlokalizowana przy stacji kolejowej w Jaszunach.

Nim „Sielchoztechnika” Prosperowała…

Że zaistniała w roku 1993, zasługa Stanisława Pieszki, znanego w naszym gronie działacza społecznego, obecnego wiceprezesa Związku Polaków na Litwie. Wolą losu połączonego z Ziemią Solecznicką, gdyż nim tu trafił w Anno Domini 1975, piastował stanowisko dyrektora technicznego w przypisanej Niemenczynu „Sielchoztechnice” rejonu wileńskiego. A że czynił to jak zawołany gospodarz, został oddelegowany, by tchnąć życie w identyczną organizację, wyposażającą w niezbędny sprzęt rolniczy kołchozy i sowchozy nad Solczą i Wisińczą położone, która z tym wyraźnie nie nadążała. Jak wspomina, liczył wtedy, że zagrzeje tu fotel przez rok i nie dłużej. Został natomiast na całych lat 18, nim w warunkach już wolnej Pogoni „Sielchoztechnika”, jako przeżytek byłej epoki, padła na zbity łeb.

Dotrwał do jej kresu, choć komunistyczne naczalstwo jak w Solecznikach tak też w Wilnie już od końca lat 80. na całego kopało pod nim dołki. Popadł mu w wielką niełaskę zaraz po tym, kiedy na przekór wyraźnie polakożerczo nastawionemu „Sajudisowi” wraz z grupą innych naszych rodaków został gorącym orędownikiem utworzenia w składzie Litwy na terenie Wileńszczyzny Polskiego Kraju Narodowo-Terytorialnego. „Jeśli w składzie Związku Sowieckiego autonomię mają znacznie mniej liczni od Polaków na Litwie Kałmucy czy Gagauzi, to czemuż my nie możemy?” – pytał z otwartą przyłbicą samego Algirdasa Brazauskasa, kiedy ten go wezwał na „męską rozmowę” i postawienie pod pręgierz.

Żeby mu „tych Gagauzów z głowy wybić”, zaczęto się czepiać na różne sposoby do pracy, sugerując niedociągnięcia. Komisja poganiała komisję, ale że szukanie przysłowiowej dziury w całym spełzało na niczym, wciąż pozostawał u steru solecznickiej „Sielchoztechniki”. Równolegle piastując też tekę deputowanego do Rady Najwyższej Litewskiej SRR, która to Rada 11 marca 1990 roku ogłosiła znienacka ku powszechnej konsternacji rozbrat Wilna z Moskwą. Warto nadmienić, że tym deputowanym został zagłosowany przez „vox populi” Wileńszczyzny” wręcz entuzjastycznie, co dobitnie dowodzi, jak wielkim mirem wtedy tu się cieszył.

Równie entuzjastycznie za niezłomną postawę byłby zapewne wybrany też posłem na Sejm litewski, gdy po proklamowaniu niepodległości rozpisano doń wybory. Demonstracyjnie zrezygnował jednak z tego, prosząc wyborców o poparcie dla lekarza z Solecznik Zbigniewa Siemienowicza, dzięki czemu ten triumfował. Chciał przez to zaprotestować, pojąwszy, że Litwinom szybciej włosy na dłoni wyrosną, niż potakną tak gorąco przezeń lansowanej idei autonomii Wileńszczyzny.

Hołdując „kup-sprzedaj”

Ponieważ w nowych realiach kołchozy i sowchozy rozsypywały się niczym domki z kart, nad „Sielchoztechniką” zawisło widmo upadku. Ten nieuchronnie nastąpił w roku 1993. Wszedłszy w prywatyzacyjnej zawierusze w posiadanie położonego nieopodal stacji kolejowej w Jaszunach budynku o powierzchni 600 metrów kwadratowych, gdzie dotąd siedzibę miał pion handlowy kierowanej przezeń organizacji, i 3000 metrów kwadratowych pomieszczeń magazynowych, zaczął gorączkowo się zastanawiać: „Co dalej?”. Wiedział jedno: wypadnie jakoś odnaleźć się w nowej sytuacji. Niosąc odpowiedzialność za siebie i za 30 ludzi, którymi miał pokierować.

A że naonczas znajdująca się na wyraźnym rozdrożu gospodarka litewska rozpaczliwie jęła hołdować zasadzie „kup-sprzedaj”, po powołaniu do życia ZSA „Arabeska” postawił Stanisław Pieszko na sprowadzanie metali z Rosji, Ukrainy, Białorusi i sprzedaży ich na Litwie oraz w Polsce. Popyt był naprawdę duży, a w zadośćczynieniu mu jak znalazł okazały się kontakty wypracowane z całym Związkiem Sowieckim za czasów bytności w „Sielchoztechnice”.

Aby skuteczniej zawojować rynek zbytu nad Wisłą, w roku 1998 wspólnie z rodakami w Macierzy powołano do życia wedle pół na pół w akcjach udziałowych wspólną firmę „Metalzbyt & Arabeska”. Ta funkcjonowała przez trzy lata, nim „Arabeska” odkupiła nie swoje udziały. Pieszce coraz wyraźniej rysował się bowiem pomysł, by obok działalności stricte handlowej zmierzyć się z produkcją. Choć z równoległego handlu na parę z tymże „Metalzbytem” nie zrezygnowali jednak.

Od korków do blachodachówki

Na kalendarzu był rok 2001. Dla „Arabeski” historyczny o tyle, że wtedy właśnie weszli w koprodukcję… aluminiowych korków do butelek, którymi kowieńska gorzelnia „Stumbras” miała kapslować schodzącą z taśmy „wodę ognistą”. Jak się okazało, zamiar, budzący pierwotnie u niejednego uśmiech politowania na twarzy, okazał się wielce intratnym interesem: łącznie przecież przetwarzali rocznie na korki nie bagatela – 60 ton sprowadzanego przez nich aluminium. Jakby czynili to do dzisiaj, pławiliby się zapewne w dobrobycie. Niestety, z tej bonanzy dane było korzystać tylko 4 lata. Bo, gdy w roku 2003 spółka „Mineraliniai vandenys” spry(ch)watyzowała „Stumbras”, zrezygnowano z usług „Arabeski”.

Nie nawykły posypywać głowy popiołem Stanisław Pieszko, w jednym z dwóch wykupionych w Białej Wace pomieszczeń gospodarczych wnet rozkręcił produkcję stalowych ogrodzeń. Kiedy poczuł, że rynek nimi się nasycił, zdecydował ześrodkować działalność w jaszuńskiej hali produkcyjnej i obrał nowy kierunek – produkcję blaszanych okryć dachowych.

Pozostaje zresztą temu wierny do dziś, stawiając coraz pewniejsze kroki. W czym bez wątpienia pomocne są imponujące pod względem gabarytów, gdyż długie na bez mała 30 metrów maszyny: jedna do profilowania blachy, a druga nabyta w roku ubiegłym i będąca dumą „Arabeski” – do wytwarzania blachodachówki. Maszyny pioruńsko drogie, ale za to takie, gdzie komputer myśli za człowieka, a mechanizmy wyręczają go w napinaniu mięśni, gdy trzeba kawałkować na potrzebne formaty ważący 5-6 ton rulon blachy. Gdy się wzbogacą o wózek widłowy, zaginarkę o większej wydajności, nożyce-gilotyny i maszynę do cięcia blachy na paski, na co – jak obliczyli – z wliczeniem PVM-u potrzeba około 800 tysięcy litów, będą naprawdę „uzbrojeni po zęby”.

By konkurencji sprostać

Jest to wręcz konieczne, jeśli się chce zająć trwałe miejsce w produkcji i sprostać konkurencji. Która jest naprawdę ostra, czego dowodzi chociażby fakt, że w samym tylko Wilnie okrycia dachowe oferują firmy „Ruukki”, „Destata Profil”, „Vilrufas”. Skore, rzecz jasna, obok klientów stołecznych przychylać też nieba tym z Wileńszczyzny, będącym w polu szczególnego zainteresowania „Arabeski”, której atutami są jakość i zwięzłe terminy wykonania zamówienia.

Ta operatywność jest wszak wielce kłopotliwa zimą. Zgodnie z wymogami przemienianiu blachy w blachodachówkę w hali produkcyjnej winno towarzyszyć jako minimum 5 stopni Celsjusza na plusie. O co, jakże trudno, gdy na dworze sroży się mróz. A tu jak na złość wpływa zamówienie na kilkadziesiąt metrów okrycia. Owszem, korzystnie byłoby czekać, aż dotrze kolejne, by nagrzawszy halę produkcyjną do potrzebnej temperatury ustrzelić naraz chociażby dwa przysłowiowe zające. Tylko że wtedy nastąpi poślizg czasowy w dotrzymaniu terminów, co może spowodować grymas niezadowolenia u klienta.

Grzeją więc jakże rozległe pomieszczenie produkcyjne w każdej potrzebie, bijąc sobie po kieszeni. Bo choć dachy są kryte z reguły w sezonie wiosenno-letnio-jesiennym, na wykonanie zamówień zimą obowiązuje ta sama taryfa. Podczas gdy tak naprawdę wypadłoby ją powiększyć o koszta grzewcze. Stanisław Pieszko ma prawo liczyć, że te cokolwiek się obniżą, gdy lada dzień zostanie zamontowany nabyty już rewelacyjny piec niemieckiej firmy „Bullerjan” z rurowym konwektorem, dyszący ciepłem niczym wulkan.

Konieczny grubszy pieniądz

Oprócz klientów rozeznanych w temacie i wiedzących, czego chcą, „Arabeska” gotowa powitać otwartymi ramiony każdego, kto jest w tym laikiem. Taki może liczyć tu na życzliwą fachową poradę, na pomoc w dobraniu najbardziej pasującego do całego budynku koloru odachowania, by całość przypominała widok niczym z pocztówki. Gdy wszystko jest ustalone i klient mówi „tak”, specjaliści z Jaszun koniecznie wyjeżdżają na miejsce, by dokładnie wymierzyć dach, a przede wszystkim jego wysokość. Arkusze blachodachówki cięte są bowiem tak, by jednego kawałka starczyło od góry do dołu, dzięki czemu unika się niepotrzebnych „szwów”. W ten sposób pozostają jedynie łączenia poprzeczne, co 1.08 m, jeśli to trapez, i co 1.12 m w przypadku blachodachówki, gdyż taka jest ich szerokość efektywna. Nie trzeba mówić, iż przez to dach wygląda o wiele efektowniej, jest trwalszy, cieplejszy i mniej narażony na zacieki.

Realia są takie, że kto marzy o dachu modern, musi mieć grubszy pieniądz, gdyż jest to zabieg kosztowny. „Kosztowny i coraz kosztowniejszy” – wzdycha Stanisław Pieszko, przypominając, jak nie tak dawno sprzedawali metr kwadratowy trapezu po 16 litów, a metr kwadratowy blachodachówki po litów 20. Aktualnie obowiązujące koszty – to odpowiednio 22 lity i od 28 litów wzwyż, a nie jest to bynajmniej końcowy pułap cenowy.

Chodzi o to, że zamawiana w Korei Płd. blacha, nim znajdzie się w Jaszunach, płynie statkiem do Kłajpedy, co oczywiście winduje jej koszt własny. Ten rośnie jednak niczym na drożdżach, kiedy zaczyna się wyładunek w porcie i późniejszy przewóz. Wykonujące to firmy z racji na monopol postępują niczym zdziercy. W głowie się nie mieści, ale za transport każdej tony blachy z Kłajpedy do Jaszun wypada bulić po 60 (!) euro, co jakże okrutnie mści się na budżecie „Arabeski”, a co za tym idzie – obciąża kieszeń ewentualnego klienta.

Brukselo, pomóż!..

A Wileńszczyzna przecież wciąż i nadal biedę klepie. Niewielu tu stać dzisiaj na zafundowanie sobie dachu, jakie pokrywają pałace nowobogackich. W sklepie prowadzonym przez „Metalzbyt & Arabeskę” w Jaszunach, a specjalizującym się w materiałach budowlanych i narzędziach, do niedawna zdarzały się sceny wręcz kuriozalne: przychodził wieśniak i mówił – dajmy na to – że potrzebuje 23 gwoździ i ani o jeden więcej, po czym dopiero te były ważone. A powyższe bynajmniej nie stanowiło znaku skąpstwa, tylko rachowania każdego centa, by jakoś przysłowiowy koniec z końcem powiązać.

Na grube tysiące wypada z pewnością liczyć na Wileńszczyźnie domy i budynki gospodarcze, gdzie eternitowe dachy, które w czasach sowieckich były tak powszechne, potrzebowałyby wymiany. Tym bardziej, iż głośno o tym, rzekomo zawarty w nich azbest jest wielce szkodliwy dla zdrowia. Po tym, gdy Litwa z Polską weszły do Unii Europejskiej, w tej ostatniej trwa z finansową pomocą Brukseli akcja zamiany okryć eternitowych na bardziej współczesne, a i dla zdrowia nieszkodliwe.

W Nadniemeńskiej Krainie tymczasem z tym cisza. „Arabeska” próbowała dokonać „przełamania lodów”, ale sporządzony przez nią projekt nie doczekał się akceptacji litewskiego ministerstwa środowiska. A szkoda, wielka szkoda. Jakby było inaczej, zamówienia posypałyby się niczym z rogu obfitości. Tymczasem prawda jest bardziej niż oczywista: jeśli Europa nas nie wesprze, już w najbliższym czasie krocie okryć eternitowych przekształci się w sita, gdyż ich gospodarzy nie stać będzie na własną rękę przy stale rosnących kosztach dokonać wymiany.

Klient i robotnik – panem!

Zdaniem Stanisława Pieszki, płynące dla naszych rolników dotacje z Brukseli są jak ożywcze powietrze, by cokolwiek zakrzątnąć się przy budowie nowych i renowacji budynków jak mieszkalnych tak też gospodarczych. Oni to odczuli poprzez zwiększoną liczbę zamówień na mniejszą i większą skalę. Na przykład, farmer Czesław Moroz z Małych Solecznik zamówił w „Arabesce” ponad 6 tysięcy metrów kwadratowych okrycia dachowego na pobudowaną chlewnię.

Przed taaakimi klientami czapki z głowy wypadłoby zdejmować. Podobnie jak przed księżmi, którzy właśnie w Jaszunach składają zamówienia na pozyskanie materiałów niezbędnych do pokrycia świątyń, gdzie duszpasterzują. Bo każde takie zamówienie – to za jednym machem jako minimum 500 metrów kwadratowych blachodachówki. Jak dotąd z myślą o domach Bożych albo plebaniach uczynili to proboszczowie i parafianie z Turmont, Podborza, Butrymańc, Jaszun, Rudziszek, Połuknia, a na pewno na tym nie koniec, gdyż Wileńszczyzna jest gęsto kościołami usiana. Oczywiście, są gotowi każde takie zamówienie spełnić ze szczególnym namaszczeniem.

Dzisiejsza „Arabeska” zatrudnia 11 osób. Część z nich mieszka w Jaszunach, część – w okolicach, a dyrektor Stanisław Pieszko – w Wilnie, skąd do Jaszun niewiele dalej niż rzut beretem. Ta bliskość stolicy ma wszak też swój minus: powoduje odpływ siły roboczej, z czym zresztą coraz większy problem, gdyż rejon solecznicki nie stanowi szczęśliwego wyjątku na ogólnolitewskiej mapie emigracji zarobkowej, podążającej „za chlebem” do Irlandii, Hiszpanii bądź Skandynawii. Każda sensowna ręka do roboty zaczyna więc liczyć się na wagę złota. Tym większy szacunek żywi kierownictwo dla Edwarda Juchniewicza, Tadeusza Bogdziuna, Marka Kisłowskiego, którzy w sposób jakże trwały połączyli swe życiorysy produkcyjne właśnie z „Arabeską”, potrafiąc być uniwersalnymi w pracy.

Za seniorem w ślad

Skoro nawija mi się pod pióro tzw. czynnik ludzki, nie sposób tu nie powiedzieć o Jarosławie Pieszce – młodszym z synów seniora Stanisława. Bo to właśnie jemu przekazuje protoplasta „Arabeski” coraz częściej ster kierowniczy firmą, nie kryjąc radości, że ten znajduje się we wciąż pewniejszych rękach. I nie bez kozery. Jarosław ukończył w roku 1994 Instytut Inżynierów Budowlanych, a u boku ojca jest od roku 1998. Te dziesięć lat podbudował dalszym zdobywaniem jak wiedzy teoretycznej tak też praktycznej. Niczym wytrawny siewca rzuca w rolę ziarna, tak on sypie dziś znajomością rzeczy z branży dekarskiej, potrafi obsłużyć klienta promieniując życzliwością, trzyma rękę na pulsie nowinek w dachowych okryciach i orynnowaniu, gdyż „Arabeska” oferuje też wszystko, co niezbędne, by odprowadzić wodę ściekającą dachem.

W Jaszuny młodszy z Pieszków wrósł bynajmniej nie tylko zawodowo. Z pomocą ojca wymościł tu sobie okazałe „gniazdko”, a obecnie wspólnie z żoną Anną nie szczędzą wysiłku w jego zadbanym utrzymaniu. Do polskiej klasy pierwszej miejscowej szkoły noszącej imię Michała Balińskiego chodzi już synek, a za dwa lata w jego ślady podąży też córeczka. Wraz zresztą z mamą, nauczającą języka i literatury polskiej. W miejscowości, kędy nieraz podążał w rodzinne strony albo do Maryli Adam Mickiewicz, gdzie do Ludwisi Śniadeckiej smalił cholewki Juliusz Słowacki. Z Jaszunami ponadto nieodparcie się kojarzą profesorowie Uniwersytetu Stefana Batorego w osobach Jana Śniadeckiego i Michała Balińskiego, po których pozostał okazały pałac i przyległy doń park oraz kwatera mogił na rodzinnym cmentarzu.

Na patriotycznej nucie

Wdzięczna to więc ze wszech miar mieścina, by nasiąkać patriotyzmem, warować przy tradycjach narodowych i je krzewić. W czym jakże pomocne jest przypisane „Arabesce” koło Związku Polaków na Litwie. Jego to, a przede wszystkim Pieszków zasługa, że w budynku starostwa odnowiono pomieszczenie dla biało-czerwonej działalności, gdzie mogą się gromadzić na różne imprezy jak oni tak też rodacy z całych Jaszun tudzież okolic. Swoją „cegiełkę” w postaci siły roboczej i materiałów dorzucili ponadto przy porządkowaniu kwatery rodzinnych grobów Balińskich i Śniadeckich na ich rodzinnym cmentarzyku.

W roku ubiegłym obiektem troski stał się natomiast jaszuński kościół pw. św. Anny. Dzięki kontaktom w pozyskiwaniu funduszy wydatnie wsparli jego renowację. Jak obliczyli z księdzem proboszczem Andrzejem Andrzejewskim, by prace dokończyć i świątynia na planowane w październiku br. obchody 80-lecia jej konsekracji wyglądała gruntownie odnowiona, potrzeba jeszcze około 60 tysięcy litów. „Postaramy się jakoś je zdobyć” – obiecuje nie nawykły rzucać słów na wiatr Stanisław Pieszko.

Swej przynależności narodowej kierownictwo „Arabeski” nie kryje też przy przyjmowaniu zamówień. Wystarczy, że klient okaże ważną legitymację członka Związku Polaków na Litwie, a już ma 5-procentowy rabat. Co obraca się w znaczną oszczędność, o ile w grę wchodzi na przykład większa ilość blachodachówki. Bo przysłowiowym oczkiem w głowie Stanisława i Jarosława Pieszków są rodacy na Wileńszczyźnie, jakże okrutnie doświadczeni dziejowym losem po roku 1939.

To ja, „Arabeska”…

Kiedy zagaduję o przyszłość „Arabeski”, jej kierownictwo wyraźnie się ożywia, będąc zgodnego zdania, że mają naprawdę wiele do zrobienia w odachowaniu po współczesnemu okolic Wilnu przyległych. A świadomi potrzebnych po temu pękatych portmonetek z litami, tych szczerze życzą tutejszym mieszkańcom. Oni ze swej strony dotrzymają kroczenia w nogę z dekarskim postępem, by sprostać w ten sposób każdemu wymogowi klienta.

Zresztą, z zamiarem bycia nieco bliżej niego, marzy się Pieszkom zmiana obecnej lokalizacji firmy przy stacji kolejowej w Jaszunach, skąd do drogi wiodącej z Wilna do Solecznik bez mała 4 kilometry, na położoną w pobliżu bardziej ruchliwych ciągów komunikacyjnych. Bo wtedy z reklamą świadczonych usług byłoby znacznie łatwiej poprzez umieszczenie wprost przy szosie wpadających w oko stosownych billboardów. Na razie plany te spowija woalka mgły, choć znając konsekwencję w działaniu Pieszki-seniora można przypuścić, że i ten zamiar zostanie z pewnością zrealizowany.

Kiedy w drodze powrotnej do Wilna z Jarosławem Pieszką mijamy Jaszuny, gestem ręki nie bez dumy wskazuje na domy, które okryto ich blachodachówką, a które obecnie tak pięknie się prezentują. Czyni te gesty raz za razem, bo tu o „Arabesce” wiedzą nagminnie. A ta nie miałaby nic przeciwko, by znajomość z nią zawarła też cała Wileńszczyzna i Litwa.

Henryk Mażul, Fot. autor

Wstecz