1... 100… 200… 300… 400…

drukuj
Redakcja "Magazynu Wileńskiego", 21.05.2017

Kiedy u schyłku roku 1989, znaczącego nasze wielkie powojenne narodowe odrodzenie, zapamiętale zakrzątnęliśmy się przy wydaniu pierwszego numeru "Magazynu Wileńskiego" (a gwoli przypomnienia zapachniał on farbą drukarską w początkach stycznia 1990), nie wybiegaliśmy myślami w bardziej odległą perspektywę, co z tego może wyniknąć. Dopadał nas bowiem wtedy ogrom entuzjazmu, jaki wynikał z przemian, pozwalających upomnieć się o swoje, głosić własne racje i prawdy. Pałaliśmy chęcią bycia tego najbardziej wiernymi kronikarzami, krzepiąc na duchu i służąc rodakom wszelkiego rodzaju bynajmniej nie zdawkową w treści informacją.


Zajęci do reszty dotrzymywaniem kroku nowym czasom, aniśmy się obejrzeli, jak z dodawania numeru do numeru zebrała się ich pierwsza setka, którą znaczył luty-1994. Okres czekania na zamknięty podwójnym zerem kolejny jubileusz nieco nam się wydłużył, gdyż począwszy rokiem 1996 pierwotny cykl dwutygodniowy zmieniliśmy na miesięczny. "Magazyn Wileński"-200 trafił więc do rąk Czytelnika dopiero w sierpniu 2000 roku – znamiennym zresztą o tyle, że równoznacznym z dziesięcioleciem naszego istnienia w gronie polskich mass mediów na Litwie.
Dzięki rytmicznemu krokowi i ambitnemu hołdowaniu przysłowiowemu "ziarnku do ziarnka" miarka oznakowana trzema stówami zebrała się nam w Anno Domini 2009, zbieżna akurat z numerem na jego otwarcie. Owszem, zaistniał powód do dumy z możliwości umieszczenia kolejnego "milowego kamienia" przy edytorskim szlaku, choć dalecy byliśmy od spoczęcia na laurach. Tym bardziej, że perspektywa 12 miesięcy kojarzyła się z osiągnięciem przez nasz miesięcznik wieku dwudziestolatka.
Powyższe nieco arytmetyczne spojrzenie wstecz nie jest dziełem przypadku. Numer, który Szanowny Czytelnik trzyma w ręku, jest bowiem znamienny o tyle, iż liczony w kolejności od naszych prapoczątków w roku 1990 po dzień dzisiejszy zamyka czwartą ich setkę. Co następuje dwa lata z niewielkim okładem po tym, kiedy stuknęło nam magiczne ćwierćwiecze. Okraszone mnóstwem życzeń tych, kto mimo upływu czasu dochowuje czytelniczej wierności. Jak na Litwie, tak też daleko nieraz poza jej granicami: w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Francji, Niemczech, w Finlandii, nie mówiąc już o Polsce, dokąd "Magazyn Wileński" w wysyłkowej prenumeracie trafia jak ta geograficznie długa i szeroka.
Nie ukrywamy, że to właśnie owa godna Zawiszy Czarnego wierność czytelnicza dodaje skrzydeł w podejmowaniu raz za razem wydawniczego trudu mimo uciążliwej kryzysowej rzeczywistości, każe krzesać w sobie twórczy polot, sięgać po tematy, mogące zainteresować możliwie najwięcej osób. A w szczególności przywoływać na łamy to, co polskie, w różnych przejawach: pamięć historyczną, kulturowy i społeczny dorobek rodaków, jak też problemy, z jakimi od lat się borykamy. Innymi słowy, byliśmy i jesteśmy razem w chwilach radosnych tudzież smutnych, postrzegając otaczającą rzeczywistość bynajmniej nie przez różowe okulary. Zawsze staraliśmy się hołdować przy tym podstawowemu dziennikarskiemu credo – uczciwości i wiarygodności. Jak nam się to udaje, niech ocenią ci, komu w niekłamany sposób byliśmy i wciąż jesteśmy potrzebni.
Wystarczy wziąć do rąk pierwsze numery, by – porównując je z dzisiejszymi – w mig się przekonać, jak milowego kroku dokonaliśmy pod względem technicznym, pozwalającym dopieszczać szatę graficzną. Gdy zaczynaliśmy, w grę wchodziły bowiem: dopiero raczkujący rynek papieru, komputerowy skład tekstów i takież makietowanie stron, foliowe błony, sprowadzane z zagranicy tzw. blachy do druku offsetowego. Dziś natomiast oszczędzamy nawet fatygi, by zawozić do drukarni dyskietki z kolejnymi numerami "Magazynu Wileńskiego", w czym wyręcza nagminna poczta elektroniczna. Takie są utożsamiane z XXI wiekiem efekty postępu technicznego.
Nawet on jest jednak bezsilny, by zastopować wyraźnie przedwczesne nieraz odejście do wieczności ludzi, czego również boleśnie doświadczyliśmy. Próżno dziś szukać pośród żywych gościnnie użyczających nam piór: śp. Jerzego Surwiły, Haliny Jotkiałło, Jadwigi Kudirko, profesor Uniwersytetu Warszawskiego Janiny Wójtowicz. Grono twórczych pracowników etatowych przerzedziło się natomiast o Jana Sienkiewicza, Krystynę Marczyk i Lucynę Dowdo, których koleje losu przekierowały do innej pracy zawodowej; w dwóch przypadkach – nawet poza granice Litwy. Coraz bardziej ciążące brzemię lat sprawiło, że współpracę z nami wyciszyły Łucja Brzozowska, Julitta Tryk, Alwida Antonina Bajor. Wszyscy powyżej wymienieni zostawili po sobie jakże wdzięczną pamięć oraz… trudne do wypełnienia luki.
Stojąc twardo na ziemi i stroniąc od megalomanii, zdajemy sprawę, że dalece nie każdy ambitny zamiar udało się w pełni zrealizować. Z winy zresztą nie tylko naszej, gdyż nie jesteśmy w posiadaniu różdżki czarodziejskiej, której każde skinięcie zaradzałoby jakże nieobcym trudnościom finansowym. Owszem, wielu z nich wspólnie podołaliśmy, choć z perspektywy dnia dzisiejszego czy też jutra widać, jak te piętrzą się nadal.
Z okazji wydania numeru 400. miesięcznika nie przewidujemy fety. Będąc w ciągłym marszu, traktujemy ten liczebny wyznacznik jako kolejny etap służby Słowu Polskiemu. A nade wszystko – Czytelnikowi, czekającemu na kolejne numery naszego pisma.

 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 5/2019

ROCZNICE, JUBILEUSZE

  • Patriotyzm nas uskrzydla
  • Przemawiał mową natchnionych dźwięków

POLITYKA

  • Na bieżąco

PIERWSZA W EUROPIE I DRUGA NA ŚWIECIE

  • Triumf polskiej myśli politycznej

Z NAKAZU PAMIĘCI

  • Gdy stary album "głos zabiera"
  • HENRYK: "Dzwonię dla pokrzepienia serc"

W POLONIJNYM BRATNIM KRĘGU

  • Nasi z Ostojićeva

SPORT

  • "Złota Ela"

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach na "saratowskim szlaku"

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O celu życia

Nasza księgarnia

Pejzaż Wilna. Wędrówki fotografa w słowie i w obrazie
Wilno po polsku

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie