Historyczne "złoto" Fortuny

drukuj
Henryk Mażul, 28.02.2017

…Pójdę na całego! Muszę tylko dobrze wyjść z progu, trafić w ułamku sekundy na ten jeden jedyny, właściwy moment odbicia. I lecieć, lecieć jak najdalej.

…Już ruszył. Już dojeżdża do progu, wybicie… lot, jakiego w najśmielszych marzeniach nikt nie oczekiwał – 111 metrów! Widownia zamiera na dłuższą chwilę, aby w kilka sekund później wybuchnąć zdającym się rozsadzać betonowe trybuny krzykiem, który odbity od zalanej słońcem góry Okura, dociera chyba aż do położonego hen, w dole, Sapporo.
Ważący 60 kilogramów, mierzący 165 centymetrów wzrostu, liczący lat 19, drobnej postury, z czupryną o kolorze marchewki i piegami na chłopięcej twarzy Wojciech Fortuna stał się sprawcą sensacji nie lada. 11 lutego 1972 roku zdobył złoty medal dla Polski. Upragniony setny medal w bez mała półwiecznej historii olimpijskich występów sportowców kilku pokoleń startujących w biało-czerwonych barwach; pierwszy złoty medal w dziejach ich występów w zimowych Igrzyskach. Medal wywalczony w koronnej konkurencji zimowych zmagań – konkursie na dużej skoczni. Skokiem, którym znokautował japońskich faworytów z niedościgłym – zdawało się – Yukio Kasayą, i całą plejadą europejskich znakomitości; skokiem, którego rekordowa nota – 130,4 pkt znajdzie trwałe miejsce w historii podniebnych olimpijskich pojedynków "ludzi-ptaków".
Długo pracował nad dobrą formą. Nie miał innych zainteresowań prócz jazdy na nartach. Łamał kupowane przez ojca deski jedne po drugich, gdyż chciał "hycać" jak najdalej. Kiedy miał 9 lat, spróbował skoków w pobliżu rodzinnego domu na Ciągłówce ze zbudowanego wspólnie z kolegami progu. Rozgrywali konkursy, podczas których każdy z uczestników przybierał nazwisko jakiegoś słynnego skoczka, a Wojtek zawsze chciał być Stanisławem Marusarzem.
Te próby spodobały się trenerowi zakopiańskiej "Wisły-Gwardii" Janowi Gąsiorowskiemu. Zaproponował Wojtkowi i paru towarzyszom jego narciarskich zabaw wstąpienie do klubu. Koledzy wykruszyli się, Wojtek wytrwał. Mimo że dwukrotnie chodził z ręką w gipsie, że dwukrotnie uruchamiano mu nogę, że aż trzykrotnie skoki kończyły się wstrząśnieniem mózgu – wytrwał.
Nie było w jego karierze błyskotliwych sukcesów. Utalentowany chłopak, który już jako trzynastolatek stanął na rozbiegu Dużej Krokwi w Zakopanem, imponował wprawdzie odwagą, lecz jego osiągnięcia zamykały się w granicach trzeciego miejsca w mistrzostwach Polski juniorów oraz dziewiątej i dziesiątej lokat w mistrzostwach seniorów. Ale umiał i chciał szybować jak najdalej. Na jednym z treningów zaliczył 112 metrów. Nie bał się. Był odważny. Nie szukał łatwizny. Żadna konkurencja nie mogła złamać jego uporu i pogoni za długością skoków.
Mało wszak brakowało, a o olimpijskiej skoczni mógłby jedynie marzyć, oglądając występy konkurentów na ekranie telewizora. Przecież niemal w ostatniej chwili, na wniosek trenera kadry narodowej Janusza Forteckiego, przy gorącym poparciu go przez dziennikarzy prasy, radia i telewizji, olimpijską ekipę skoczków rozszerzono do czterech osób. Gdyby nie to, Wojciech Fortuna, najlepszy z polskich reprezentantów w Turnieju Czterech Skoczni z przełomu 1971/1972 roku, zostałby w domu.
W Sapporo 19-letni rudzielec pokazał lwi pazur. Już 6 lutego w otwartym konkursie skoków na średniej skoczni zaimponował odwagą i brawurą. Uplasował się na 6 miejscu wśród 56 najlepszych skoczków świata. Wyczyn Fortuny przyjęto z wielką radością, choć on sam nie był zadowolony. 
11 lutego 1972 roku na stadionie olimpijskim w Sapporo około 50 tysięcy widzów oczekiwało na zwycięstwo w jakże prestiżowej konkurencji Igrzysk – otwartym konkursie skoków – faworyta Yuki Kasayi, któremu po sukcesie na średniej skoczni marzył się zwycięski dublet. Przygotowano dlań nawet ukwiecony samochód, którym dojechać miał przed oblicze cesarza. Konkurencję transmitowały wszystkie poważniejsze światowe stacje telewizyjne.
Wojtek startował w drugiej grupie zawodników z numerem 29. Już w pierwszej kolejce znokautował konkurentów. Uzyskał nieprawdopodobną długość – 111 metrów!
Oto jak wspomina ten fantastyczny "skok życia" sam bohater:
Gdy szedłem do góry po próbnym skoku, w którym osiągnąłem 93 metry, stojący przy progu trener Janusz Fortecki zapytał: "Będzie setka?". Odpowiedziałem bezwiednie: "Tak". Ale setka, oczywiście, nie rozwiązywała sprawy. Aby myśleć o sukcesie, trzeba było skoczyć dalej. Może nawet znacznie dalej. I w tym ostatnim momencie, kiedy w napięciu przygotowywałem się do ruszenia z rozbiegu, pomyślałem o czerwonej linii na granicy bezpieczeństwa…
Mknę już rynną rozbiegu, pogłębiam przysiad, wyrzut ciała i… czuję, że wychodzę z progu naprawdę idealnie, z dokładnością do centymetra, do ułamka sekundy trafiam na właściwy moment odbicia. Poderwane błyskawicznie narty niosą mnie coraz wyżej. Rozpoczyna się lot, jakiego jeszcze nie przeżywałem. Wiem już, że wyląduję daleko. Czerwona linia przyciąga mój wzrok jak magnes. Już przestaje być fantazją, staje się czymś realnym, co mogę i muszę osiągnąć. W ułamku sekundy zdaję sobie sprawę, że wyszedł mi skok życia, taki, na jaki wielu czeka próżno całymi latami. Taki, jakim Garij Napałkow, lądując na 109 metrze w Szczyrbskim Jeziorze zaatakował z trzynastej pozycji i wywalczył drugi tytuł mistrza świata…
Przekroczyłem 110 metrów! Tylko ta jedna myśl kołacze mi się w głowie. Ale gdy na świetlnej tablicy zapala się wynik 111 metrów, a więc zaledwie o pół metra mniej od uzyskanego ze znacznie wyższego rozbiegu rekordu Okurayamy, i w ślad za nim pojawia się fantastyczna nota 130,4 pkt, wszystko zaczyna zakrawać na bajkę. I trzeba kilku minut, aby ta bajka stała się w mojej świadomości rzeczywistością, abym uwierzył, że to nie pomyłka, nie figiel elektronicznej aparatury.
Gdy szczęśliwie wylądował, zaczął bić brawo. Nie sobie – wspominał potem, ale tym siłom, które mnie nie zawiodły. Gąsiorowskiemu, który nauczył mnie skakania, Forteckiemu, który mnie zawierzył, Marusarzowi i Groniowi, którzy byli dla mnie wzorem. Tym wszystkim, którzy sprawili, że mogłem skakać tu, na Okurayamie.
Chwila niepewności i niepokoju, czy komisja po skoku Fortuny nie przerwie zawodów i nie zarządzi konkursu od nowa uznając, że jeżeli zawodnik ze słabszej grupy osiągnął taką odległość, rywalizacja z dotychczasowego rozbiegu będzie zbyt niebezpieczna dla najlepszych skoczków, startujących z końcowymi numerami. Szczęściem, sędziowie stosunkiem głosów – 3:2 zadecydowali kontynuować konkurs, a znokautowani psychologicznie przeciwnicy nie mogli się pozbierać.
W kolejce drugiej zadecydowano o skróceniu rozbiegu. Wojtek spóźnił wybicie i zepsuł skok, osiągając ledwie 87,5 metra i otwierając nagle szansę na "złoto" tym, kto po pierwszej próbie najbardziej mu deptał po piętach. Drugi nokaut psychologiczny. Nagła nadzieja na zwycięstwo po skrajnym przygnębieniu. Tej huśtawki nastrojów nie wytrzymali najsilniejsi ze stawki. Tak bardzo chcąc dobrze skakać, popełniali błędy. Skakali słabo, na tyle słabo, że Fortuna utrzymał się na pierwszej pozycji, choć wygrał ostatecznie najmniejszą – jaką można – różnicą punktów, albowiem srebrny medalista Szwajcar Walter Steiner otrzymał notę niższą zaledwie o 0,1 pkt. 
Niejeden dzień telewizja japońska wielokrotnie (podobno 85 razy) pokazywała skok Fortuny w zwolnionym tempie, uznając go za najpiękniejszy w historii narciarstwa!
Nieprawdopodobna wiadomość o sukcesie Fortuny dotarła do Polski nad ranem. Szczęście sportowych kibiców było absolutne. Fortuna po triumfalnym powrocie do kraju był ubóstwiany. Posypały się odznaczenia: Złoty Krzyż Zasługi, Złoty Medal za Wybitne Osiągnięcia Sportowe, Złota Odznaka Polskiego Związku Narciarskiego. Nawet bardziej doświadczonym i odpornym psychicznie mogłoby się od tych laurów poprzewracać w głowie. Cóż dopiero nastolatkowi…
20 lutego, dwa dni po przyjęciu, jakie – jak Zakopane Zakopanem – nie było jeszcze niczyim udziałem, skrajnie wyczerpany i zestresowany Fortuna stanął na rozbiegu Krokwi, aby w zaciętej walce wywalczyć (choć nie bez pomocy sędziów) najdłuższymi 108- i 109-metrowymi skokami pierwszy w swej karierze tytuł mistrza Polski. W powszechnej mentalności nie mieściło się wówczas, że olimpijski złoty medalista może we własnym kraju przegrać ze skoczkami, którzy na Olimpiadzie w Sapporo zostali daleko za nim.
Wspaniale jest zdobyć krążek z najcenniejszego kruszcu, ale jeszcze wspanialej potwierdzić swą wysoką formę. Medal przecież lśni dopiero pełnią blasku, o ile opromieniony jest dalszymi dobrymi wynikami. Wojciech Fortuna nie utrzymał swej wysokiej formy, stąd zrodziły się spekulacje, czy jego zwycięstwo nie przypomina lotu meteorytu, nie jest li tylko zwykłym przypadkiem?
Bohatera Sapporo zniszczyły nieustające uczty na jego cześć. Każdy wielbiciel uważał za wielki honor wypić zdrowie mistrza olimpijskiego, a on tego zdrowia miał coraz mniej. Dużo osób chciało ponadto korzystać z dobrodziejstw przebywania w towarzystwie złotego medalisty. Zaszczyty i pochwały zatruły mu umysł i serce. Ledwie 19-letni Fortuna był zbyt słaby, mało doświadczony życiowo, by oprzeć się, odmówić.
W kolejnych sezonach 1973 i 1974 był cieniem zawodnika, który w Sapporo zadziwił świat. Trenował coraz mniej, częściej za to można go było spotkać w zakopiańskich lokalach niż na skoczni. W 1975 roku został skreślony z kadry narodowej. Czy można było pomóc w trudnym dlań okresie? Trudno jest pokierować człowiekiem niezwykłym, który czuje swą wyższość nad innymi i rzeczywiście ma coś z nadczłowieka – nieludzką odwagę.
Miał 22 lata i znalazł się na rozdrożu – musiał podjąć decyzję, co robić z własnym życiem. Próbował je zmienić. W 1975 roku ożenił się z Haliną Zimak. Mając w kieszeni dyplom elektryka samochodowego, podjął pracę jako taksówkarz, a ponadto handlował dewizami, złotem i ubraniami. Często miał problemy z milicją. Za awantury i bójki dwukrotnie trafiał do więzienia. Małżeństwo nie zdołało go ustabilizować. Zostawił żonę i dwoje dzieci. Wyjechał początkowo na Śląsk, a w roku 1986 – do Stanów Zjednoczonych. Raz wracał do Zakopanego, raz znów przenosił się do Chicago, gdzie prowadził własną firmę remontową. W ostatniej dekadzie XX wieku napisał i opublikował w USA dwie książki autobiograficzne "Prawda o Sapporo" oraz "Szczęście w powietrzu".
W roku 2005 sprzedał własny dom w Zakopanem i wraz z drugą żoną Marią zamieszkał w Gorzycy koło Augustowa. Równocześnie porzucił papierosy i alkohol. Zajął się m. in. promocją narciarstwa biegowego i wspieraniem kolejnych inicjatyw rozwoju regionalnego związanego ze sportem, został organizatorem wystawy "Od Marusarza do Małysza i Kowalczyk". Udziela się społecznie, wspierając Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Na jej aukcję podarował m. in. własny numer startowy z Sapporo. 
5 marca 2015 roku sprzedał za 50 tys. dolarów swój złoty medal olimpijski polskiej firmie odzieżowej 4F. Zgodnie z umową krążek przekazano do Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie. Połowę kwoty z transakcji przeznaczono na rehabilitację amerykańskiego skoczka Nicholasa Fairalla, który dwa miesiące wcześniej po upadku na skoczni w Bischofshofen doznał kontuzji kręgosłupa, a pozostałą część – na leczenie polskiej panczenistki Natalii Czerwonki, dotkniętej nieszczęśliwym wypadkiem podczas treningu. 
Wojciech Fortuna gorąco kibicował też sukcesom Adama Małysza, a ostatnio – Kamila Stocha i "spółki". Był i jest nadal zapraszany do studia telewizyjnego, by komentować te wspaniałe wyczyny. Może mieć satysfakcję, że kiedyś przecierał szlak na najwyższy stopień olimpijskiego podium.
Obecnie, kiedy od jego historycznego wyczynu na olimpijskiej skoczni minęło ostatnio 45 lat i kiedy 6 sierpnia br. świętować będzie jubileusz własnego 65-lecia, nie szuka żadnych usprawiedliwień, otwarcie mówi o najbardziej drastycznych fragmentach życiorysu. Bo – jak twierdzi – chciałby ostrzec wszystkich młodych sportowców przed niebezpieczeństwem, które niesie ze sobą sława. Wiem, że wielu ludzi zawiodłem. Nie jestem jednak alkoholikiem, cwaniakiem, przemytnikiem, żadnym niebieskim ptakiem – wyznaje w swej autobiografii. I nie kryje dumy, że udało mu się odnieść nie mniej ważne niż w Sapporo zwycięstwo – zwycięstwo nad własnym alkoholowym nałogiem.

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 5/2017

5/2017

TO JUŻ 400 NUMERÓW 
"MAGAZYNU WILEŃSKIEGO"!

NASZA WIARA 

  • 100-lecie objawień fatimskich
  • "Ciebie, Boże, wysławiamy"

POLITYKA

  • Na bieżąco

LITERATURA

  • "Hymn na cześć życia, potężny i promienny"
  • Dawała sercom moc czynu, zdrój siły

TRADYCJA WCIĄŻ ŻYWA

  • Palm wileńskich czar
  • Mimo wszystko – spotykamy się na Piaskach

 OŚWIATA

  • Rozwinąć skrzydła

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • Wspomnienia więzienne

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O litości

SZTUKA

  • Abakany okryły się kirem

 

Nasza księgarnia

Stanisław Moniuszko w Wilnie
Wilno po polsku

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie