I "zstąpił" Patron z ołtarzy przed stragany…

drukuj
Henryk Mażul, 16.03.2018
Fot. Henryk Mażul

Jarmark Kaziukowy w Wilnie - 2018

Jeśli rymowane powiedzonko "na Kaziuka zima z wiosną zwady szuka" w rzeczy samej ma rację bytu, to – przyznać trzeba – tego roku ta pierwsza była wyraźnie górą. Kilkunastostopniowy nawet mróz i natarczywie sypiący śnieg bez wątpienia przerzedził nieco szeregi jak kupujących, tak sprzedających, wśród których zabrakło między innymi rzemieślników z wygrzanej słońcem Italii, przestraszonych tak znacznym spadkiem słupków rtęci w termometrach. Bo nie trzeba mówić, że to naprawdę średnia przyjemność pilnować handlowego interesu, gdy tak niemiłosiernemu chłodowi nie do końca są w stanie zaradzić łyki gorącej herbaty, ciepły przyodziewek i takież nakrycie głowy. Nabywcy mieli w tym względzie cokolwiek lepiej, gdyż skłaniani byli do mimowolnego ciągłego ruchu, by maksymalnie się zanurzyć w niepowtarzalną atmosferę tego barwnego święta. 
Trudno dziś dokładnie ustalić, kiedy to zaliczony w roku 1604 w poczet świętych z racji bogobojnego żywota Kazimierz Jagiellończyk "zstąpił" z ołtarzy przed kiermaszowe stragany. Różni różnie plotą, choć najbardziej pewna jest data, utożsamiana z rokiem 1636. Z powyższego wynika jednoznacznie, że ta kojarzona z początkiem wiosny tradycja ginie w mrokach czasu, miewając zresztą różne dzieje.
Gdy Wilno znalazło się pod zaborem, jarmarczny "Kaziuk" stanowił wyraźną sól w oku władz carskich, postrzegających go jako manifestację polskości i patriotyzmu. Z wielką niechęcią, po rozkwicie między I a II wojną światową, kiermasz ten był traktowany przez władze komunistyczne za czasów Litwy sowieckiej. A choć spychany na margines heroicznie stawiał czoła, by z odzyskaniem przez Litwę niepodległości w roku 1990, przywrócić sobie godną renomę, a przede wszystkim – rozmach.
Mimo najbardziej ponoć zimnego "Kaziuka" w ciągu ostatnich kilkunastu lat, ten w dniach 2-4 marca Anno Domini 2018 na dobre zawładnął Wilnem, mogąc się poczuć jego niekwestionowanym gospodarzem. Zwyczajem ostatnich lat stragany handlowe niczym paciorki w koralach uszeregowały się obok siebie na całej długości alei Giedymina, wiodącej od katedry do Mostu Zwierzynieckiego, zajęły plac Katedralny i przyległe doń ulice aż poza kościół św. Anny, ocierając się o dzielnicę Zarzecze, a ulicą Zamkową i Wielką dotarły nawet do placu Ratuszowego. 
Długo by wypadło ciągnąć wyliczankę, co te stragany oferowały, gdyż było to multum wyrobów z drewna, gliny, skóry, wikliny, wełny, słomy, metalu, szkła, lnu, krasawice palmy z wysuszonego kwiecia o bajecznych wręcz barwach i kształtach, zdobiące tego roku w sposób szczególny śnieżnobiałą scenerię, wyroby kowalstwa artystycznego i wszystko, co potrafią wyczarować natchnione wyobraźnią ludzkie ręce. Która to wyobraźnia zresztą, choć jarmark z roku na rok się powtarza, znajduje wciąż nowe wcielenia, potrafiące mile zaskakiwać nawet stałych bywalców.
Obok rozległego asortymentu – raju dla oczu i dotyku (bo w końcu potrzymanie w ręku kosza albo palmy nic nie kosztuje, a na domiar poprzez dobijanie targu można cokolwiek obniżyć ich cenę) nie mniej imponująco przedstawiał się ten dla smaku i węchu, czyli powodowany żywnością w postaci pitraszonych na poczekaniu różnych dań na gorąco, gór wędlin i innego mięsiwa, wędzonych ryb z litewskiego Pomorza, serów, obwarzanków, chleba i wszelkiego pieczywa z piernikowymi sercami włącznie. Co prawda, na tych sercach wyraźnie dominują napisy litewskie w odróżnieniu od czasów byłych-minionych, kiedy to lukrem wypisywano tam polskie niewieście imiona, by skłonić w ten sposób płeć brzydką do ich nabywania swoim lubym. Jeśli dobrze postrzegłem, to właśnie stragany z przyjemnościami dla żołądka były oblegane szczególnie i to chyba ich właściciele odjechali z kiermaszu z największym utargiem.
Tak czy owak, jedno jest pewne: siła nabywcza zdecydowanie ustępowała mnogości podaży, na co z pewnością w niemałym stopniu rzutuje wciąż trapiąca Litwę głęboka recesja gospodarcza. Zresztą, wielu mniej zamożnych wybrało się na "Kaziuka" zawczasu się nastawiając, że będzie to dla nich jedynie spacer, premiowany nacieszeniem oczu nierzadko wręcz bajecznymi widokami. Takim na domiar najczęściej wymykało się z ust psioczenie na wciąż rosnące, wyraźnie na nie ich kieszeń ceny. Bo czyż każdego dziś stać, by wyłożyć za kilo szynki po 12-13 euro, słoniny – 7-8 euro, polędwicy 15-16 euro, wędzonego pstrąga – po 12-14 euro, a takiegoż węgorza nie bagatela – nawet powyżej 40 euro. A wszyscy w jeden głos gotowi byli twierdzić, że gdy na Litwie "rządziły się" lity, dało się kupić zdecydowanie taniej.
"Kaziukowi" organizatorzy, wśród których prym ostatnimi laty wiedzie były znany koszykarz Vytenis Urba, nie ustają w pomysłach co do jarmarcznych wcieleń. Od pewnego czasu wielkim mamidłem dla oka stały się pochody przebierańców z orkiestrą dudziarzy na czele, kopiującymi dawne cechy rzemieślnicze, nad którymi góruje majestatycznych rozmiarów kukła patrona jarmarcznej ruchawki – św. Kazimierza. Nie tak dawno swego "Kaziuka" miały kolejno poszczególne regiony Litwy: Auksztota, Żmudź, Dzukija czy Suwalkija. 
Tego roku natomiast – jak można było przypuszczać – nie ominęły go akcenty obchodzonego niedawno stulecia odzyskania przez Państwo Litewskie niepodległości. Przy placu Łukiskim po mistrzowsku operujący piłami mechanicznymi podjęli się ambitnego zamiaru wyczarowania w nawiązaniu do tej daty stu różnych figur, na placu Ratuszowym chętni mogli zasiąść do posiłku przy stumetrowym stole, a ponadto jedynka zwieńczona podwójnym zerem okraszała niejedną pomniejszą inicjatywę.
Będąc za każdym razem na "Kaziuku", szczególną sympatią darzę spotykanych tu rodaków z Macierzy. Jak tych oferujących na straganach własne wyroby, tak też przyjeżdżających tu całymi wycieczkami na zwiedzenie jarmarku, o którego kolorycie słychać na całą Europę. Tak jak się zwiedza unikatowe wileńskie zabytki, czemu doskonale służy rok cały, podczas gdy jarmarczne Kaziukowe "cudo" dzieje się jedynie raz w roku. Na moje: "skąd Państwo są?" podczas tegorocznego kiermaszu, słyszałem odpowiedzi: z Warszawy, Białegostoku, Kruszwicy, Lublina, Olsztyna, Malborku i innych miast szeroko rozsianych po mapie Polski, a nie brakło też stwierdzeń o którymś tam z kolei przyjeździe.
Podobnie jak po raz czwarty zawitał do Wilna z nieodległej od granicy Sokółki Wojciech Mazur z żoną Zofią. On – znany artysta plastyk – ponad 40 lat temu zajął się "dla chleba" kaletnictwem. Początkowo nie szło mu jak z płatka, bo toporna z natury skóra stawiała opór. Z biegiem czasu rozsmakował się jednak w tym na dobre, a też wprawił się do perfekcji, co pozwala cieszyć się teraz nie lada renomą. Pozwalającą mieć swoją klientelę o szczególnie wyszukanym guście, przede wszystkim w postaci płci pięknej, chcącej wejść – dajmy na to – w posiadanie budzącej zachwyt torebki, bransoletki albo paska. W egzemplarzu pojedynczym na domiar, gdyż kaletnik Mazur w swoim artystycznym atelier dzięki lotnej wyobraźni oferuje wyłącznie takowe.
Czwarty z kolei przyjazd na wileńskiego "Kaziuka" bardziej niż pozytywnie odpowiada na pytanie, jak mu tu towar schodzi. Bonus dodatkowy – jak autorytatywnie zauważa – stanowi natomiast niepowtarzalna atmosfera, jakiej nie uświadczysz gdzie indziej. A wie, co mówi, gdyż bywał w Polsce na niejednym jarmarku z Dominikańskim w Gdańsku albo Jakubowym w Szczecinie włącznie. Wileński "kuzyn" wyraźnie je przyćmiewa: wielkością, mnogością ofert kupującym, pozahandlowymi imprezami, dziejącymi się na specjalnie w tym celu ustawionych scenach. Wśród których nie brak też swojskich dla oka i ucha kulturalnych akcentów polskich. W roku bieżącym poprzez prezentację własnego kunsztu na ludowo postarały się o to jak rodzime zespoły: nasza nestorka w krzewieniu ojczystego folkloru "Wilia" i "Grzegorzanie" tak też "Szczęściary", przybyłe z położonej na terenie Warmii gminy Purda, a wszystkie rozgrzewały publiczność naprawdę skocznymi rytmami.
Trudno wejść w skórę sprzedających, by określić, kto odjechał z portmonetkami najbardziej wypchanymi eurowymi banknotami. Zresztą, czyż jest w tym potrzeba, skoro zdecydowana większość otrzymała je za uczciwie włożony w różnorakie rzemiosło wysiłek rąk własnych. Z którą to uczciwością – jak niczym szydło z worka wychodzi na jaw – zdecydowanie na bakier wypadli organizatorzy, wedle własnego widzimisię windując ustalone koszty zajmowanych przez handlujących miejsc, dzięki czemu mogli się obłowić w umykające samorządowej księgowości lewe zyski, do tropienia czego zabiera się teraz policja i prokuratura. Cóż, wielka szkoda, że zżerający dosłownie całą Litwę "czerw" korupcyjny nie oszczędził też Bogu ducha winnego kiermaszu, którego patron hołdował życiowej zasadzie: "Lepiej umrzeć niż zgrzeszyć".
Chłodna pogoda sprawiła, że spędziłem na tegorocznym "Kaziuku" zdecydowanie mniej czasu niż poprzednimi laty. Obok raju dla każdego ze zmysłów, jakiego tam doznałem, nie wróciłem też z pustymi rękoma, kupując wiązki obwarzanków, drożdżowe bułki, bochen ciemnego chleba "bez chemii", parę wyrobów z drewna i gliny. Gdy to wszystko rozłożyłem na domowym stole, radości towarzyszyła mimowolna nutka smutku, że na kolejną unikatową w każdym calu naszą wileńską jarmarczną powtórkę wypadnie czekać przez rok cały…
Henryk Mażul

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 7/2019

KALENDARZ "M.W." NA DRUGIE PÓŁROCZE

SERCU BLISKIE ROCZNICE

  • Wolność mierzyli krzyżami
  • Orzeł Biały z Pogonią się zbratałi

POLITYKA

  • Na bieżącoi

 NASZA WIARA

  • Wakacje – czasem pielgrzymowania
  • W hołdzie Chrystusowej golgocie

POZNAJMY POLSKĘ

  • Konkurs Instytutu Polskiego w Wilnie
  • Swarzewo – "Kaszubska Częstochowa"

SPORT

  • Nigdy na deskach

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach "na saratowskim szlaku"

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O mowie

Nasza księgarnia

Wilno po polsku
Stanisław Moniuszko w Wilnie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie

Wiadomości (wp.pl)