Moje Betlejem

drukuj
s. Anna Mroczek , 16.12.2016
Fot. archiwum

Udał się także Józef z Galilei, z miasta Nazaret, do Judei, do miasta Dawidowego, zwanego Betlejem (…), z poślubioną sobie Maryją, która była brzemienna. (Łk 2,5)

Święta Bożego Narodzenia w swej długiej tradycji kojarzone są z domowym zaciszem, w którym rodzina delektuje się wzajemną bliskością. Wszyscy dokładają wiele starań, by na czas wrócić do domu, a potem w rodzinnym ognisku się wyhamować po codziennym pędzie życia, prezentami umilając sobie nawzajem ten święty czas. 
Zaiste święty to czas dla każdej rodziny, bowiem przełamany przy jednym stole opłatek, jak dobra wróżba, pozwala mieć nadzieję, że w kolejnym roku rodzina będzie trzymać się razem i nie rozpierzchnie się w żadnych losu nawałnicach.
Doświadczenie Świętej Rodziny, w czasie, gdy Syn Boży miał się narodzić, było paradoksalnie odwrotne. Na ten właśnie czas musiała ona wyjść ze swojego domu, bez specjalnych zabezpieczeń, jako że nikt im niczego nie gwarantował. Byli razem, to prawda, ale zdani na doświadczenie drogi i wszystkiego, co ta droga ze sobą niesie, a więc niebezpieczeństwa, biedy, obcości… Oczywiście, narodzenie Syna Bożego rekompensowało wszelkie przeciwności, a niepokoje ludzkich serc Maryi i Józefa wyciszał Boży pokój. 
Jak traktować to doświadczenie Świętej Rodziny? Czyżby Bóg na narodzenie swego Syna czegoś nie dopilnował? Czy to jakiś wybryk losu? Czy w ogóle miało być inaczej? Czy może właśnie tak miało być?!...
A więc i ja, podążając życiem za swym Mistrzem i Panem, wychodzę z ciepłych bamboszy, wytykam nos poza mały pokoik i wyruszam ze spokojnego domu na wiatr i niepogodę, na losu przygodę…
Raz miało miejsce spektakularne wręcz wydarzenie. Samolotem z Warszawy leciał oprócz mnie tylko jeden pasażer! No, bo któż w Wigilię wyrusza z domu, a szczególnie z Polski, która tak mocno jest przywiązana do tradycji rodzinnych świąt Bożego Narodzenia!? Wtedy doszło u mnie wyraźnie, że udaję się w przeciwną stronę niż wszyscy: oni śpieszą do rodzinnego domu, ja zaś od niego się oddalam.
Bożonarodzeniowe wyprawy zaczęły się zaraz po upadku komunizmu. Był zwyczaj organizowania świątecznych grup wsparcia Kościoła na Wschodzie. A więc najpierw w 1991 roku pojechałam na Ukrainę, do Winnicy. W świątyni, którą wierni odzyskali głodówką, pikietując na Placu Czerwonym w Moskwie, odbywała się pierwsza pasterka – po wielu dziesięcioleciach, kiedy było zabronione sprawowanie w niej kultu. Trzeba było tam być, by odczuwać radość Boskiego zwycięstwa, by doświadczać świeżego entuzjazmu wiary. Betlejemską szopkę zrobiono z wielkim artystycznym rozmachem, a świątynia była otwarta przez całą noc, by każdy "postkomunistyczny Nikodem" mógł się pokłonić swemu Nowonarodzonemu Panu. 
Dzień wcześniej przyjechał polski ksiądz z sąsiedniego Brasławia, błagał, by pomóc ludziom zrobić szopkę, bo figurki mają, ale oni nigdy nie widzieli szopki i nie wiedzą co do czego. To uroczyste uniesienie ludzi, którzy mają świadomość, że czynią coś wyjątkowego, pamiętam do dziś. W wigilijny zaś poranek ksiądz wziął do ręki gitarę i zaśpiewał kolędę Natalii Kukulskiej… I choć nie znaliśmy się wcześniej, poczuliśmy się sobie bliscy.
Potem przyszła kolej na wileńskie Boże Narodzenia. Właśnie od świętowania Narodzin Boga zaczęła się przygoda z Wileńszczyzną, bo pojechałam tam w ramach wsparcia Kościoła na Wschodzie. Wtedy urzekła mnie szkoła nr 26 w Nowej Wilejce, pierwszy opłatek w nauczycielskim gronie, jasełka z motywem sierotki Marysi. To świętowanie było inspiracją, by zadomowić się tu na dobrych kilkanaście lat. Przyszedł więc czas na pierwszą wigilię z moją klasą wychowawczą (47. promocja). Nie da się zapomnieć o tych bardzo rodzinnych klimatach na "dopieszczonych" nowowilejkowych szkolnych jasełkach i pasterkach w kościele św. Kazimierza, gdzie wszyscy na ich zakończenie "nosili się" z opłatkiem, by dotrzeć do każdego.
Po Wilnie przyszedł czas na syberyjskie Boże Narodzenia, które się kojarzą od razu z setkami przemierzanych kilometrów, by dotrzeć do "owieczek", zagubionych na przysłowiowym końcu świata. Nie zapomnę "wizyty" pani doktor w Nojabrsku, która, pragnąc być na Mszy świętej, przybiegła w lekarskim kitlu ze słuchawkami na szyi, bo w Rosji 25 grudnia – to przecież zwyczajny dzień pracy…
Wiekopomnym wydarzeniem było uczestniczenie w pierwszej od stworzenia świata pasterce w Surgucie, niewiele niżej od północnego koła podbiegunowego – w nowym kościele, jeszcze bez drzwi i okien, przy temperaturze zaledwie… -10° Celsjusza. Trzeba było widzieć tę determinację zwyciężania wszelkich trudności i radość z Narodzin Bożej Dzieciny we wspólnocie wiary. A potem jeszcze pierwsze jasełka, w których nie tylko ochrzczeni mieli swoje role… Te syberyjskie świętowania zaowocowały później narodzeniem się nowej anielskiej wspólnoty, właśnie w Surgucie!.. 
Bożonarodzeniowe wypady zwieńczył wyjazd do Afryki. Doświadczenie tamtejszego entuzjazmu, a zarazem kontemplacji tajemnic wiary wyrażanej w gestach, gdzie ludzie całymi tuzinami oczekiwali na chrzest, dopełniło moje uczestnictwo w misterium Narodzin Pana w Kościele powszechnym. Nie zawiozłam im radości jak bożonarodzeniowego podarku; ona wyzwoliła się we wspólnocie wiary, pośród której rodził się Jezus. Nikt oddzielnie jej nie posiadał, ale gdy przeżywaliśmy tę Tajemnicę razem, wtedy właśnie stała się naszym udziałem.
Oczywiście, jak każda wyprawa, tak i te wspominane, nie obyły się bez trudu, na szczęście nie było w nich pasyjnych nastrojów. Wręcz przeciwnie, bożonarodzeniowy czas miał m. in. posmak ekstremalnych przygód: jazda na nartach na Uralu czy odwiedzenie naturalnego rezerwatu afrykańskich zwierząt. Nigdy nie zapomnę wrażenia totalnego kontrastu: w Wigilię wyleciałam z ponuroszarej Europy, na pasterkę – już afrykańską – się załapałam, rano zaś obudził mnie śpiew ptaków i dźwięk tam-tamów, a za oknem – zielona trawa i kolorowe kwiaty! 
Cóż myśleć o tym wszystkim z perspektywy czasu? Mam mgliste przeczucie, że bardziej uczestniczymy w tajemnicach Nadprzyrodzoności aniżeli mamy tego świadomość. Na pewno bardzo słabo pojmujemy sens tego, co obecnie przeżywamy. Za każdym jednak razem, gdy z domu się wybierałam, zdążałam do duchowego Betlejem, które, co prawda, było w różnych miejscach na kuli ziemskiej, ale w każdym z nich Bóg rodził się pośród ludzi, chcących Go przyjmować do swoich serc. Mnie zaś, niegodnej, Opatrzność przydzieliła misję Anioła, jaką – choć w maleńkim stopniu, mam nadzieję – spełniłam. 
Dane mi więc było uczestniczyć w przyrastaniu bądź odradzaniu się Kościoła, który, jak wiemy, jest mistycznym Ciałem Chrystusa. Doświadczenia te bardzo mnie umocniły, stąd jestem bardzo bogata ich wspomnieniami. Kwiaty wdzięczności należą się natomiast wielkiej Boskiej Opatrzności!
 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 5/2019

ROCZNICE, JUBILEUSZE

  • Patriotyzm nas uskrzydla
  • Przemawiał mową natchnionych dźwięków

POLITYKA

  • Na bieżąco

PIERWSZA W EUROPIE I DRUGA NA ŚWIECIE

  • Triumf polskiej myśli politycznej

Z NAKAZU PAMIĘCI

  • Gdy stary album "głos zabiera"
  • HENRYK: "Dzwonię dla pokrzepienia serc"

W POLONIJNYM BRATNIM KRĘGU

  • Nasi z Ostojićeva

SPORT

  • "Złota Ela"

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach na "saratowskim szlaku"

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O celu życia

Nasza księgarnia

Wilno po polsku
Pejzaż Wilna. Wędrówki fotografa w słowie i w obrazie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie