Na prawo od Lelewela…

drukuj
Halina Pytel-Kapanowska, Szczecin , 25.03.2017
Fotografia Julii Undro, która do dzisiaj znajduje się u wnuka Jerzego Undro

Wilnian losy kresowe

W Wilnie byłam tylko raz. W 1989 roku na wycieczce, zorganizowanej przez Szczeciński Oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej. Pojechali nie tylko dziennikarze, ale także "starzy Wilniucy", w tym – Stanisława Kociełowicz, o której pokrętnym, ale jakże ciekawym losie kresowym pisano niejednokrotnie na łamach "Magazynu Wileńskiego" oraz innych wydań prasowych. 
Na tę wycieczkę do Wilna wybrał się także Jerzy Undro, długoletni fotoreporter Centralnej Agencji Fotograficznej i Polskiej Agencji Prasowej, znany nie tylko w Szczecinie, ale również w kraju i poza jego granicami. Towarzyszyła mu żona Maria. Oboje po raz pierwszy odwiedzili to miasto. A Jurek czuł się tu jak u siebie. Oprowadzał po najważniejszych dzielnicach, opowiadał o interesujących faktach historycznych, sypał jak z rękawa szczegółami. Miałam szczęście, że to właśnie z nimi najczęściej wędrowałam po Wilnie. 
Najbardziej niezapomniana była wyprawa na cmentarz na Rossie. Odwiedzenie tego miejsca powodowało wzruszenie, zwłaszcza, gdy zatrzymywaliśmy się przy grobach wybitnych Polaków: Matki Marszałka Józefa Piłsudskiego i Serca Syna, Joachima Lelewela… Ale nie mniej wzruszająca i fascynująca była misja, z której powodu znaleźliśmy się na Rossie.
– Szukamy grobu mojej babci Julii Undro – już na początku zapowiedział Jurek. – Idziemy na prawo za "Lelewelem", dalej w dół za kaplicą, następnie lekko w prawo i w dół… – zarządził zdecydowanie. 
Ruszamy i rozglądamy się dokładnie. Maria nie była przekonana, czy uda nam się odnaleźć ten grób, bo przecież: tak wielu Polaków pochowanych zostało w starej części cmentarza – "na prawo od Lelewela"…
Nie pamiętam już, jak długo trwały poszukiwania ani kto pierwszy zobaczył ten nagrobek. Pewnie Jurek… Ale znaleźliśmy! 
Dopiero teraz, po latach, poprosiłam go o rozmowę na ten temat. Spotkaliśmy się znów we trójkę, jak na wycieczce w Wilnie. 
– Byłam zadziwiona, jak dokładnie Jurek przygotował się wtedy do tego wyjazdu – wspomniała Maria Undro. – Bardzo zależało mu na znalezieniu grobu babci…
Jurek urodził się w 1947 roku w Międzyrzeczu, gdzie po wojnie osiedlili się rodzice. Jednak od najmłodszych lat słuchał opowieści o Wilnie, Wileńszczyźnie, Kresach. Zazwyczaj dorośli rozmawiali o tym trochę po cichu i w tajemnicy, żeby nikt postronny nie usłyszał. Jurek sporo pamięta z tych opowieści, choć żałuje, że nikt dokładnie ich nie spisał.
– U nas w domu był portret babci Julii, matki mojego Ojca, oprawiony w owalną ramę – opowiadał Jurek. – Lubiłem patrzeć na to zdjęcie, więc mogłem sobie wyobrażać, że ją znam, tymczasem nawet mój Tata niewiele ją pamiętał. Bo zmarła w 1907 roku, gdy miał zaledwie 2 lata. 
Niewiele wiadomo o babci Julii. Pochodziła z rodziny Bortnowskich. Około roku 1920 w jej grobie pochowana została także Józefa Bortnowska. Julia zmarła młodo. Dokładnie nie wiadomo, dlaczego. Mówiono, że była jakaś epidemia, tyfusu chyba. Dziadek Ignacy, mąż babci Julii, kasjer w magistracie Wilna, z zamiłowania ogrodnik, po kilku latach od jej śmierci ożenił się ponownie. Józef, syn Julii, urodzony w roku 1905, miał trzy młodsze przyrodnie siostry. 
Jurek pamięta dokładnie jak Józef Undro opowiadał, że w roku 1933 na grobie swojej matki wmurował marmurową tablicę z napisem: "Matce – Syn". Jeszcze w chwili odnalezienia grobu babki tablica ta była, ale zabrakło jej już w roku 2003, kiedy Jurek z Marią i z kuzynką znów odwiedzili Wilno. W tym roku też się wybierają, na Wszystkich Świętych. Będą również, oczywiście, na cmentarzu na Rossie, na grobie nie tylko Julii Undro, ale także majora Wojska Polskiego Tadeusza Stożka, oficera AK, zastrzelonego w lipcu 1944 roku po operacji "Ostra Brama". Był to kolega ojca Jurka, legionista, przedwojenny oficer, ojciec Heleny – matki chrzestnej Jurka. 
W 1935 roku Józef Undro ożenił się z Wandą z Turowskich, którzy mieli mająteczek w Upiach w pobliżu Miednik Królewskich (dzisiaj śladu po nim nie ma). W 1936 roku urodziła im się córka Weronika. Rodzina Wandy i Józefa Undrów mieszkała przy zaułku Szkaplernym w Wilnie. Józef pracował w elektrowni wileńskiej. Żyli spokojnie do czasu, nim do Wilna weszli Sowieci. 
Po wojnie, w 1947 roku, już na tzw. ziemiach odzyskanych, na świat przyszedł syn Jerzy. Weronika po ukończonych w Poznaniu studiach mieszkała w Zielonej Górze, gdzie przez wiele lat pracowała jako wychowawca i nauczycielka historii. 
Dlaczego po wojnie znaleźli się akurat w Międzyrzeczu? 
– Tata właściwie chciał jechać do Szczecina, ale mama wolała zamieszkać w mniejszej miejscowości – opowiada Jurek. – Akurat w Międzyrzeczu osiedliła się rodzina mamy: ojciec, matka i siostry, w tym – ciotka Jadzia, starsza siostra Wandy, która była wywieziona do Kazachstanu i stamtąd transportem tu trafiła. Trzy jej córki też tu się osiedliły. Najstarsza Wacława wróciła w mundurze żołnierskim, druga z Kołymy, gdzie w czasie wojny pracowała w kopalni.
Jurek wspomina, że w domu dzieje rodziny przywoływano ściszonym głosem. Po prostu bano się mówić o tamtych trudnych wojennych latach. Pamięta opowieści o Armii Krajowej, wywózkach do Kazachstanu, na Syberię, o aresztowaniach. Wspominano m. in. majora Antoniego Olechnowicza ps. "Pohorecki", "Bolesława", czyli Stanisława Kiałkę.
O samym Wilnie opowieści było tak wiele, że Jurek już w dzieciństwie wyobrażał sobie zaułek Szkaplerny. Wiedział, że od głównej ulicy trzeba było iść pod górę, po kocich łbach. Na końcu tej uliczki stał dom Wandy i Józefa Undrów, nazywany przez znajomych i rodzinę "domem na górce". Podczas drugiej bodajże wizyty w Wilnie Maria i Jurek odnaleźli mieszkającą po sąsiedzku panią Aścikową, która przyjaźniła się przed wojną z drugą żoną (panią Marią) dziadka Ignacego. Było to bardzo miłe spotkanie, przy ćwiarteczce i zakąsce, przyjemnie się rozmawiało i wspominało…
Maria Undro, żona Jurka, nie ma wileńskich korzeni, ale od męża i jego rodziców przejęła wszystkie tradycje i resentymenty. Od 1972 roku (odkąd się pobrali), zaczęła uczyć się wileńskiej kuchni i wileńskich zwyczajów, bo właściwie każde Święta Bożego Narodzenia spędzali w Międzyrzeczu, gdzie przy wigilijnym stole zasiadała cała rodzina, zazwyczaj kilkanaście osób. 
Maria pomagała teściowej w przygotowaniach, bo samych uszek to nawet 180 trzeba było ulepić. Najprościej przygotowywało się śliżyki, takie wysuszone łamańce, jedzone po namoczeniu w mleku makowym. Do ucierania maku, wcześniej dwukrotnie przekręconego przez maszynkę, zazwyczaj był zatrudniany Jurek. To ucieranie miało doprowadzić do tego, by mak puścił mleko. Było to zdecydowanie męskie zadanie, bo zazwyczaj ucierało się nawet 1,5 kg maku, do którego dodawało się miód rozpuszczony w wodzie. Na wigilijnym stole obowiązkowo był też kisiel przyrządzany z żurawin, uzbieranych w pobliskich z Międzyrzeczem lasach. Nie mogło zabraknąć także smażonego i w galarecie karpia, no i oczywiście tradycyjnego barszczu grzybowego. 
Te tradycje Maria zachowała, choć już od dawna nie jeżdżą na Wigilię do Międzyrzecza, tylko na groby rodziców Jurka. Tata zmarł w 1987 roku, mama – w 1994. 
Maria i Jurek wybudowali dom niedaleko Szczecina. Są już emerytami, choć Jurek cały czas realizuje swoją zawodową pasję. Teraz na Wigilię – z uszkami, śliżykami i kisielem z prawdziwych żurawin – przyjeżdżają do nich dorosłe dzieci Małgosia i Maciej oraz synowie córki: Borys, który ma lat 12 i zaliczył już pierwszą wizytę w Wilnie, i o 3 lata młodszy Kajtek. Małgosia uczy języka angielskiego, pilotuje też wycieczki zagraniczne, a Maciej jest kierowcą wielkiej ciężarówki. 
Maria i Jurek poznali się, kiedy byli studentami Politechniki Szczecińskiej, na jednym z wielu rajdów turystycznych, w których z upodobaniem uczestniczyli. Do dzisiaj mają grono przyjaciół do wspólnego spędzania wakacji na biwaku w lesie niedaleko od Szczecina. Co roku wyjeżdżają też w Bieszczady. To bieszczadzkie wędrowanie stanowi ulubiony wypoczynek.
Za granicą bywali razem niewiele. Trzy wspólne wycieczki do Wilna, wyprawa do Kalifornii na wesele kuzynki, do Paryża, Sztokholmu, Pragi. Jurek ze względu na swój zawód przez pięć lat, począwszy od 2003 roku, jako korespondent wojenny regularnie "odwiedzał" Irak i Afganistan, a także Czad. Towarzyszył wojskom koalicyjnym. Wtedy to właśnie jedyny raz nie było go na rodzinnej Wigilii. Ale przysłał płytę z życzeniami. Po pobycie w Iraku i Afganistanie przygotował wystawy fotograficzne, które objechały niemal całą Polskę. Powstał ponadto z tego album. 
– Owszem, nie były to bezpieczne wyprawy, ale taki mam charakter (chyba po wileńskich przodkach), że bać się trzeba rozsądnie – komentuje Jurek. – Miałem szczęście, wróciłem z niebezpiecznych wypraw. Może dlatego, że wykonywałem pracę, która jest moją pasją, oraz darzyłem szacunkiem wszystkich spotkanych ludzi. I… mam rodzinę, do której trzeba było wrócić… 
Jurek, z aparatem w ręku i przy oku, był też świadkiem przemian, jakie nastąpiły w Europie i w Polsce w ostatnich 50 latach, w tym: Polskiego Sierpnia’80, Nagrody Nobla dla Czesława Miłosza czy obalenia Muru Berlińskiego. Jest znanym fotoreporterem, ma w dorobku kilka znaczących nagród. W Szczecinie był kilkakrotnie honorowany nagrodami Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej. Jego prace wielokrotnie nagradzano też w ogólnopolskich konkursach fotografii prasowej.
A wszystko zaczęło się jeszcze w Międzyrzeczu, kiedy był uczniem szkoły podstawowej. Najpierw wujek Piotr, znany jako "złota rączka", zdradził tajemnice fotografowania i aparatu fotograficznego. W roku 1960 za pierwszą swoją pracę podczas żniw w pegeerze kupił aparat fotograficzny, stając się posiadaczem "Smieny 6". Później zapisał się do Klubu Garnizonowego na zajęcia sekcji fotograficznej. W roku 1968 za pracę w betoniarni kupił swoją pierwszą "Practicę 4". Wkrótce w ogólnopolskim czasopiśmie "Nadodrze" opublikował pierwsze zdjęcie: nocną fotografię pomnika Rodła w Międzyrzeczu. Już w 1969 roku rozpoczął współpracę z Centralną Agencją Fotograficzną i tak powoli młodzieńcza pasja stawała się profesją. Okazała się nawet ważniejsza niż ukończenie studiów na Politechnice Szczecińskiej. 
Maria ukończyła chemię i przez wiele lat  pracowała w przemyśle, a później w rektoracie Politechniki Szczecińskiej. Do dzisiaj kultywują wspólną pasję – wędrowanie po górach i dolinach. Jurek – jak zawsze – z aparatem. 
 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 6/2017

6/2017

WIARĄ SILNI

  • Setna rocznica śmierci arcybiskupa Kluczyńskiego
  • Był kapelanem u "Łupaszki"

W TROSCE O SPUŚCIZNĘ PRZODKÓW

  • XXII Festiwal "Pieśń znad Solczy"
  • Ziemia Trocka z folklorem zbratana
  • Z potrzeby pamięci

HISTORIA NIEJEDNO MA IMIĘ

  • Muzeum II Wojny Światowej
  • Jedno małżeństwo, dwa powstania

TRADYCJA WCIĄŻ ŻYWA

  • Palm wileńskich czar

POLSKA – BIAŁORUŚ: KULTURA ŁĄCZY

  • Jak sąsiad z sąsiadem

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach na "saratowskim szlaku"

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O zawiści

PAMIĘCI ZBIGNIEWA WODECKIEGO

  • Nad wszystko uśmiech

KRÓTKIE DZIEJE METEOROLOGII

  • Trafić w pogodową "dziesiątkę"

Nasza księgarnia

Wilno po polsku
Pejzaż Wilna. Wędrówki fotografa w słowie i w obrazie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie