Palm wileńskich czar

drukuj
Henryk Mażul, 21.07.2017
Fot. Sławomir Subotowicz

Tradycja wciąż żywa

Dokończenie. Początek – w nr. 5-6​
Choć latek przybywa…
Ustalenie przeciętnej wieku podwileńskich palmiarek sprawia zdecydowany kłopot. Zważywszy brak dopływu młodzieży, nietrudno wszak o wniosek, iż temu "latek przybywa". Mimo różnych osobowości, nieobce im są wszak przymioty wspólne: benedyktyńska wręcz cierpliwość w potyczce z monotonią, wynikającą z powtarzania zda się w nieskończoność tych samych ruchów, polot twórczy, sprawiający, że to, co jest wytworem rąk i wyobraźni, wcale nie nosi bliźniaczych w podobieństwie znamion. 
Konieczne są też palmiarkom pewne predyspozycje zdrowotne: nie szwankujący wzrok, sprawne ręce. Jeśli kondycja fizyczna atletów w grę raczej nie wchodzi, to skłonności alergiczne organizmu wyraźnie nie są pożądane. Wyschnięte zioła, kłosy i kwiaty wydzielają przy wiciu zapachy oraz pyłki wyraźnie kłopotliwe czułym na schorzenia dróg oddechowych albo wysypki. Takoż niepożądana jest nadmierna skłonność skóry do wszelakiego rodzaju podrażnień, o które nietrudno przy owijaniu wokół patyka kłujących w dotyku składowych palm. Wtedy stwierdzenie, że każda prawdziwa sztuka wymaga ofiar, nabiera w rzeczy samej bolesnych treści. Szczególnie w odniesieniu do dłoni i palców, narażonych na byle reumatyczne schorzenia.
Skoro pod pióro nawijają się zdrowotne wątki palmiarek, te zagmatwać mogą też będące ostatnimi czasy istną plagą… kleszcze. Gdy się chodzi po dziewiczych ostępach pośród mietlicy bądź szuwarów w poszukiwaniu zielnego tworzywa, ani się zauważy, jak taki "gość" wpija się w ciało. A jeśli w porę go się nie zauważy i nie usunie (co za sezon trzeba czynić nawet czasami po 10-15 razy), zakażenie spowoduje dawkę bolesnych zastrzyków. Dmuchając na zimne, najlepiej byłoby – rzecz jasna – sięgnąć zawczasu po szczepionki, tyle że te są kosztowne, a palmiarkom nie przysługują zniżki. 
Brzemię lat na karku, w miarę ich upływu, też swoje robi. Im cięższe, tym więcej trzeba hartu ducha, by przełamać zdrowotną niemoc. Nad czym triumfy święci jednak wynikła z potrzeby serca radość tworzenia i warowania przy przekazywanej z pokolenia na pokolenie tradycji, świadomość dzielenia się pięknem z innymi.
Przy ustalaniu wieku wypada (aczkolwiek nie przystoi!) zaglądać raczej do metryk damskich. Wicie palm nie bez podstaw kojarzy się bowiem z płcią piękną, liczebnie wyraźnie dominującą. Zajęcie to przecież zdecydowanie bardziej kobiece niż męskie: jak w pierwotnym naszykowaniu tworzywa, tak też w późniejszym wiciu. 
Nic więc dziwnego, że poszczególni faceci postrzegają je jako plamę na honorze, doskonale nadto wiedząc o przegranej z paniami pod względem cierpliwości oraz precyzji w układaniu kwiatków tudzież operowaniu nitką. I niech za młodu synowie lub wnukowie ochoczo garną się do pomocy, w miarę doroślenia wyrastają z tego niczym z chłopięcych spodenek. Męski przyczynek w wyczarowywaniu palm sprowadza się więc najczęściej do naszykowania leszczynowych patyków, służących ukwieconym wałkom bądź innym formom i kształtom za rdzenie, do przygotowania gleby pod zasiew lub sadzenie bądź skoszenia tego, czym łan obrodził, a co stanowi ich zbożową okrasę.

"Cicha Nowinka" popularyzuje…
Popularyzacja naszych palm naprawdę niejedno ma imię. Bez wątpienia przyczynia się do tego również powstały w roku 1995 zespół "Cicha Nowinka" z Ciechanowiszek, niezmiennie prowadzony przez Janinę Norkūnienė. A to dlatego, że pierwszym widowiskiem, jakie znalazło się w ich repertuarze, było to pod nazwą: "Skąd przychodzi palma?". Możliwe do zrealizowania po tym, kiedy kierowniczka napisała wierszowany jego scenariusz. 
Nieco wymuszonym natchnieniem ku temu posłużyło natomiast nadesłane przez Stowarzyszenie "Wspólnota Polska" zaproszenie do odwiedzenia Warszawy z wystawą-sprzedażą palm. Dostała Norkūnienė wtedy olśnienia, że dobrze byłoby podbudować prezentację jakimś tematycznym przedstawieniem-obrazkiem. Ukazującym cały proces tego, jak z niczego powstają takie – dajmy na to – "ruszczycówki". 
W czym pomocna miała być właśnie pokazowa lekcja, udzielana przez ubrane w ludowe stroje panie, które wijąc je na scenie snują wspomnienia, śpiewają, żartują. A nie ma tu nic z manierowania, albowiem Irena Jodko, Teresa Michalkiewicz, Władysława Zenowicz, Irena Tylingo, Halina Maksymowicz, Wiesława Bujnowska, Franciszka Rynkiewicz, Alfreda Romańczyk, Joanna Chodźko, Janina Zamara wraz z koleżankami do perfekcji opanowały w praktyce palmiarski warsztat.
To prawda, pochodząca z rejonu trockiego Janina Norkūnienė czuła się w początkach jak uczennica wobec profesorek, gdyż jej rodzinne strony palmiarstwo jakoś ominęło. Z pokorą ćwiczyła więc u ich boku, podpatrując, jak wygląda to w praktyce. A że okazała się w temacie nad wyraz pojętną "czeladniczką", bardzo szybko nabrała wprawy, pozwalającej na równi zająć miejsce w wizualnym pokazie, skąd przychodzi palma.
Wystawiwszy po raz pierwszy to przedstawienie 20 lutego 1995 roku w szkole w Ciechanowiszkach, "Cicha Nowinka" objechała z nim następnie szmat Wileńszczyzny, Litwy i, oczywiście, Polski. W tej ostatniej kunszt palmiarsko-artystyczny prezentowano m.in. w Warszawie, Wrocławiu, Ełku, Łomży, Suwałkach, Węgorzewie, Szczecinie, Stargardzie Szczecińskim, Siedlcach, Trójmieście, Krakowie, Rybniku, Giżycku, Białymstoku, Ostródzie, Wysokiem Mazowieckiem, Grucznie. A za każdym razem zabierano ze sobą własnoręcznie uwite palmy, które przed i po koncertach znajdowały licznych nabywców.
Skrupulatnie pierwotnie licząca wojażowe kilometry szefowa "Cichej Nowinki", niebawem zaczęła się gubić w rachunku i po pewnym czasie machnęła na to ręką, gdyż licznik zdecydowanie parł do przodu. Przy bilansowaniu pięciolecia istnienia "Cichej Nowinki" wyszło, że nakręcił on ponad 30 tysięcy kilometrów. Dziś, kiedy zespół liczy 22 lata, ów kilometraż z pierwszego pięciolecia wypada mnożyć na dobrych razy kilka. Trasy, prócz Litwy i Polski, wybiegły też hen daleko: na Białoruś, Ukrainę i do Rosji, a wraz z nimi dotarła tam wieść o ewenemencie wileńskiej palmy. 

Pod dachem Izby
9 stycznia 2000 roku, równo w 5. rocznicę powstania "Cichej Nowinki", z inicjatywy samorządu rejonu wileńskiego w tychże Ciechanowiszkach z wielką pompą otwarto Izbę Palm i Użytku Codziennego, gdzie stałą ekspozycję mają zgromadzone w okolicy przedmioty bytowe, służące naszym przodkom, jak też palmy, którymi przez okrągły rok można tu oko pieścić. Okazami jak współczesnymi, tak też wyczarowanymi rękoma kobiet, których już próżno szukać na liście żyjących.
Izba ta gościła dotąd naprawdę krocie przybyszy. I to nie byle jakich: żony ambasadorów rezydujących na Litwie, etnografów, oficjeli przeróżnych delegacji. Widziała takoż mnogie praktyczne warsztaty, gdyż jedna z funkcji rzeczonej placówki polega na popularyzacji tego rodzaju rzemiosła. Jest więc ona czym bogata, tym rada jadącym tu złożonym z dzieci i dorosłych mniejszym bądź większym grupom albo poszczególnym osobom, chętnie zgłębiającym tajniki wszystkiego, co się wiąże z palmami, a przede wszystkim – z ich wiciem. Będąc w sytuacji o tyle komfortowej, że mają gotowe tworzywo w postaci kwiatów, traw, kłosów. Puszczaj więc, kochasiu, wodze fantazji i twórz do woli, mając we wszystkim porady wytrawnych mistrzyń!
Wieloletnie obserwacje Norkūnienė, jak im idzie, są zróżnicowane. Szczególnie w odniesieniu do dziatwy, która wielce ochoczo zabiera się do pracy z kwiatkami, nitką i patykiem, a jeśli tworzy grupę, bodziec dodatkowy powoduje rywalizacja, by stworzyć "dzieło" piękniejsze niż pozostali. Zdecydowanie jest to jednak zapał słomiany, czyli szybko mijający. Palmiarska przygoda, podobnie jak się zaczęła, kończy na pierwszej "ruszczycówce", kwitowana na odczepnego stwierdzeniem: "To nie dla mnie!". Tym bardziej, gdy słyszą, iż to wszystko, co sprawia końcową radość tworzenia, trzeba pierwotnie uzbierać na łąkach, wyhodować w ogródkach, wysuszyć, ufarbować. Słowem, włożyć multum wysiłku, dostając w zamian to, na czym można zarobić niewiele więcej niż sławetny Zabłocki na mydle.
Z kolei praktykanci dorośli, w których gronie – co tamtejszym palmiarkom jest splendorem nie lada – Ciechanowiszki odwiedziła też sama prezydent Państwa Litewskiego Dalia Grybauskaitė, nabierają z mety wielkiego szacunku do poczynań tych, kto z palmiarstwem wytrwale sztamę trzyma. I też są mało spontaniczni w naśladowaniu na dłuższą metę swych nauczycielek. Z przyczyny tej samej co dzieci: zbyt uciążliwa to harówa, a stąd po stokroć łatwiej zdobyć się na wydatek przy zakupie podczas Kaziukowego kiermaszu upatrzonego okazu niż własnoręcznie takowy od zera poczynać. 

Norkūnienė niczym instytucja
Jeśli więc palmiarki nie lęgną się jak kurczęta w inkubatorze, zdaniem Janiny Norkūnienė, istnieje jedyny najskuteczniejszy sposób wydłużenia tradycji: tę niczym klejnot w skarbcu wypada przechowywać w rodzinach, gdzie z pokolenia na pokolenie przekazywany jest kunszt niezwykłego rzemiosła, przez co młodzi mogą nasiąkać nim w miarę wzrastania. Oto dlaczego gotowa jest familijnym tradycjom bić pokłony szczególne. 
Również na stronach książki, której zamysł coraz bardziej klaruje się w głowie. Jakby na przekór pokutującemu mniemaniu, że o "ruszczycówce" wypada mówić w czasie bezpowrotnie mijającym. Klucz do prezentacji stanowiłoby nie miejsce zamieszkania, ale właśnie gniazda rodzinne, gdzie nierzadko tradycja owa wybiega daleko poza jedno pokolenie i gdzie przy wiciu palm dostrzec można młode twarze.
A byłaby to już druga tematyczna edycja jej pióra. Pierwsza, po litewsku została opatrzona tytułem "Vilniaus verbos: gyvoji istorija" (2010). Jej wariant polski "Palmy wileńskie w dobie obecnej" ujrzał druk w roku 2012. Obie, wydane staraniem Parku Regionalnego Wilii przy finansowym wsparciu samorządu rejonu wileńskiego, stanowią poniekąd przetarcie w tym temacie. 
Na 60 bogato ilustrowanych stronach autorka odsłania historię rzemiosła, wiele miejsca poświęca gromadzeniu kwiatków i traw wszelkich, użyczających palmom tworzywa, udziela praktycznych porad przy ich wiciu. Poniekąd suplement do wydania stanowi natomiast podbudowany zdjęciami migawkowy wykaz z imion i nazwisk poszczególnych mistrzyń, uszeregowany według wiosek, jakimi tuż za stołecznymi rogatkami w kierunku na Ciechanowiszki i Suderwę usiana jest Wileńszczyzna, a jakie tworzą istne palmiarskie "zagłębie". 
Janina Norkūnienė, obrawszy palmiarstwo jako sposób na życie, wcale nie tylko temu hołduje, idąc przez codzienność nieraz z szybkością stu spraw na godzinę. Fascynuje ją bowiem do reszty kojarzone z Wileńszczyzną dziedzictwo kulturowe w szerokim tego słowa znaczeniu. To z jej inicjatywy członkinie "Cichej Nowinki" zaczęły, chodząc od chaty do chaty, gromadzić tutejszy polski folklor, a dziś mogą się pochwalić utrwaleniem w różnej postaci setek muzycznych "kawałków". Nieraz bezcennych, gdyż ocalonych od zapomnienia w ostatniej chwili, zważywszy matuzalowy wiek przywołujących je z pamięci. 
"Skąd przychodzi palma?" – to wcale zresztą nie jedyny scenariusz obrzędowego obrazka, jaki poczęła niestrudzona kierowniczka zespołu, wielce niespokojna duchem "profesor" Norkūnienė. Gdzie niczym w zwierciadle przeglądają się tak swojskie podwileńskim Polakom obyczaje z charakterystyczną regionowi gwarową mieszanką językową z naleciałościami z litewskiego, rosyjskiego czy białoruskiego. Językowy tygiel okrasi takoż dwie kolejne inscenizacje: "Zielone Świątki" oraz "Sen starego pieca" (o tym, jak to pod wiejską powałą wypiekał niegdyś bochny świeżego chleba), nad którymi obecnie intensywnie pracuje.
Sferę dociekań posiadaczki certyfikatu produktu dziedzictwa narodowego w zakresie palmiarstwa poszerza jej wielka pasja opartą o ziołolecznictwo medycyną ludową, w czym jest nie mniej biegła. Nieobce są też kierowniczce "Cichej Nowinki" tajniki kuchni regionalnej, strojów babć i prababć, swego czasu zgłębiła kunszt tworzenia ozdób choinkowych. Słowem, Janina Norkūnienė – to człowiek-instytucja, zrośnięta ze wszystkim, co w różnych postaciach utożsamia się z etnograficzną Wileńszczyzną.
* * *
Słychać coraz głośniej, że już niebawem podwileńska palma z okolic Ciechanowiszek, staraniem samorządu rejonu wileńskiego, będzie miała… swe muzeum. Rozlokuje się ono w sąsiadujących z nimi Mazuryszkach, we dworku, będącym przed II wojną światową własnością podpułkownika Jerzego Dąbrowskiego. Zostanie on przedtem poddany gruntownej rekonstrukcji. Po to, by mogłaby tu zaistnieć ekspozycja z prawdziwego zdarzenia. By w pomieszczeniach z odpowiednim mikroklimatem pod oszklonymi gablotami znalazły się przeróżne w barwach, kształtach i formach okazy z wysuszonego kwiecia, traw i kłosów. Również ten wysoki na 6 metrów i 40 centymetrów olbrzym albo mikrus wielkości zapałki, wyczarowane swego czasu przez Teresę Michalkiewicz z Łapowciszek, a okrzyknięte za coś, co może pretendować do księgi rekordów Guinnessa. 
Mam propozycję, by wnętrze tego niezwykłego królestwa ozdobiła też portretowa galeria najsławniejszych w palmiarskim rodzie mistrzyń. Takich chociażby jak (o kolejności niech zadecyduje obowiązujący w polszczyźnie porządek alfabetyczny): Alina Alencinowicz, Wiesława Bujnowska, Joanna Chodźko, Walentyna Danilczyk, Zinaida Danilczyk, Irena Dembskienė, Agata Granicka, Teresa Jasińska, Irena Jodko, Konstancja Kotlarz, Swietłana Kozłowska, Teresa Kozłowska, Jadwiga Kunicka, Ola Kunicka, Halina Maksymowicz, Anna Marcinkiewicz, Alina Markowska, Maria Markowska, Teresa Michalkiewicz, Leokadia Niewierowicz, Janina Norkūnienė, Bożena Nowicka, Alina Plotnikovienė, Alfreda Romańczyk, Alina Rynkiewicz, Franciszka Rynkiewicz, Stanisława Rynkiewicz, Aleksandra Salnik, Janina Sienkiewicz, Maria Stankiewicz, Zofia Stankiewicz, Weronika Subotowicz, Weronika Swirbutowicz, Leokadia Szałkowska, Danuta Tomaszewicz, Irena Tylingo, Stanisława Tylingo, Genowefa Waszkiewicz, Anna Wiszniewska, Maria Wiszniewska, Zenona Wiszniewska, Genowefa Wojciechowska, Helena Wójcik, Janina Zamara, Felicja Zenowicz, Władysława Zenowicz, Stanisława Zieniewicz... Z podpisami kto zacz, poczynionymi koniecznie złotymi zgłoskami. 
Nie sposób powiedzieć, ile tak naprawdę osób na Wileńszczyźnie skłaniało bądź skłania do "zakwitnięcia" leszczynowe patyki. Na dalece niepełnej liście Janina Norkūnienė dolicza się takowych bez mała 300. Chciałoby się życzyć, by na przekór praktycznemu do granic wytrzymałości i owładniętemu żądzą pieniądza XXI wiekowi tak liczne rzesze były też w przyszłości. Bo przecież palmy – to Piękno. Które – wedle przesłania genialnego Cypriana Kamila Norwida – "na to jest, by zachwycało"...
 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 8/2017

8/2017

PATRIOTYZM NIEJEDNO MA IMIĘ

  • W hołdzie tym, co kulom się nie kłaniali
  • Wolności wierni
  • "Jeszcze Polska nie zginęła"

POLITYKA
Na bieżąco

  • Jak Litwini postrzegali polskie odrodzenie?

OŚWIATA

  • Polonistyka wybroniona! I co dalej?
  • Absolwenci jubileuszowego roku
  • "Setkami" okraszona matura

MUZYKA

  • Osiecka śpiewana też w Wilnie

LITERATURA

  • "Banita boski to mój los"
  • Na 120. rocznicę śmierci Adama Asnyka

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

O szlachetności

TU I TAM BIJĄ POLSKIE SERCA

  • "Jasna Góra" w Naddniestrzu

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach na "saratowskim szlaku"

Nasza księgarnia

Wilno po polsku
Stanisław Moniuszko w Wilnie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie