Z mrozem – za pan brat

drukuj
Henryk Mażul, 13.04.2018

Niewiarygodne wyczyny Valerjana Romanovskiego

Jak świat światem, człowiek mocował się z zimnem. By się ogrzać, rozniecał po jaskiniach ogniska, a w miarę postępu doskonalił twory produkujące ciepło. Za ochronę ciała poza miejscem zamieszkania służyły natomiast skóry zwierzęce, z wynalezieniem igieł takoż przekształcane w coraz bardziej pomysłowe ubiory. Innymi słowy, nawet nasi pra-pra-praprzodkowie w swej masie, zamiast uodparniać własne organizmy na chłód, wybrali drogę ich ogrzewania, przyjmując w odróżnieniu od atakującej zdecydowanie obronną postawę.
Dla Valerjana Romanovskiego (używającego właśnie w takim zapisie własnych personaliów) bierna postawa wobec zimna jest nie do przyjęcia. Zdecydował bowiem złapać się z nim na dobre za bary, by mocując się utwierdzać się w przekonaniu, na ile ludzki organizm jest w stanie mu się przeciwstawić bez szwanku – rzecz jasna – dla zdrowia. Przystając na sprawdziany, o których nawet sama opowieść przyprawić może czytelnika bądź słuchacza o porządną tzw. gęsią skórkę, czyli ciarki i dreszcze.
Owe ciarki tudzież dreszcze przy nadmiernym wychłodzeniu ciała były też jakże nieobce Valerjanowi w dzieciństwie, gdyż w tym względzie niczym się nie różnił od rodzeństwa i rówieśników rodzinnej wsi Gudele, położonej w pobliżu starej szosy, wiodącej z Wilna do Mejszagoły. Nic w nim bowiem nie było z morsa, wielbiącego kąpiele w przeręblach. By chronić się od mrozu, opatulał się jak mógł. Już wtedy podbudowywał jednak własną tężyznę fizyczną amatorskim uprawianiem sportu, reprezentując Awiżeńską Szkołę Średnią, gdzie pobierał naukę, w konkurencjach rozgrywanych na bieżniach oraz na narciarskich trasach.
Wkraczanie po maturze w dorosłe życie wypadło akurat po przemianach spowodowanych tzw. pierestrojką, przy pewnym rozgardiaszu gospodarczym równoznacznym z niepewnością jutra. Wraz z braćmi Mirosławem i Leszkiem podjęli w roku 1992 nieco karkołomną decyzję wyjechania z Litwy do Polski, by tam spróbować zarobić na prozaiczny chleb i do chleba. Życie tak pokierowało, że dzięki przedsiębiorczej smykałce założyli w Busku-Zdroju wspólną stolarską firmę, która z powodzeniem prosperuje do dziś.
To właśnie w Polsce odkrył w sobie Valerjan utajnione dotąd kolarskie pasje. A że nastąpiło to wiekowo zbyt późno, musiał zaniechać marzeń o zwycięstwach w klasycznym ściganiu się na szosie w kolarskich peletonach. Przesiadł się więc na rower górski, zachęcany do zdwajania treningów przez znanego w przeszłości zawodnika- wyczynowca Cezarego Zamanę. Ambitna postawa sprawiła, że w roku 2013 wygrał organizowany przezeń wielce prestiżowy Mazovia Marathon 24 H w kategorii open.
Nie musi mówić, że pierwsze poważne sukcesy wyraźnie dodały mu skrzydeł, utwierdziły w przekonaniu, że pedałowanie w ultramaratonach może być okraszone wyczynami nie lada, aczkolwiek w rywalizacji nie tyle z rywalami, ile z samym sobą. Wtedy jeszcze nie myślał, że otworzy się przed nim na całego księga rekordów Guinnessa.
Dziś natomiast jego nazwisko figuruje w niej aż 9-krotnie! Nie ma przecież równych w samotnym podążaniu do mety na rowerze górskim tzw. trasą MTB. Już parokrotnie śrubował bowiem rekordy świata w jeździe non stop przez 12, 24 oraz 48 godzin, a te w przeliczeniu na kilometry budzą niewiarygodny podziw dla ich posiadacza, gdyż aktualnie wynoszą odpowiednio: 334, 623 oraz 1062 kilometry.
Parę lat temu zapragnął Valerjan zdecydowanie utrudnić rywalizację z samym sobą i z naturą. By przetestować na własnej skórze możliwości ludzkiego organizmu, wprost z siodełka rzucił ekstremalne wyzwanie… mrozom, pedałując w warunkach, gdy słupek rtęci w termometrach spada do niespotykanych notowań. Tak się zrodził pomysł projektu "oswajania mrozu", konsekwentnie zresztą realizowany ze wciąż wzrastającą skalą trudności. Również dlatego, że gorącymi jego orędownikami obok naszego krajana są przede wszystkim: główny koordynator Wawrzyniec Kuc, architekt z zawodu i wielki podróżnik, uwieczniający zresztą odwiedzane miejsca na pięknych zdjęciach, oraz Piotr Marczewski – instruktor survivalu, czyli sztuki przetrwania w warunkach ekstremalnych. 
Położona w Syberii Jakucja jest miejscem wręcz idealnym, by w naturalnych warunkach z otwartą przyłbicą stanąć do potyczki z niebywałym ziąbem. A w szczególności – zwany "biegunem zimna" Ojmiakon, najchłodniejsze zamieszkiwane przez człowieka miejsce na globie ziemskim, gdzie powietrze ochładza się nawet do ponad 70 stopni w skali Celsjusza. To właśnie tam po morderczych treningach o tygodniowej dawce nawet przez 48 godzin wybrał się w lutym ubiegłego roku Valerjan. Z jakże ambitnym zamiarem zapisania do księgi Guinnessa za jednym machem trzech rekordowych notowań w ciągłej jeździe na rowerze górskim przez 12, 24 i 48 godzin w skrajnych warunkach pogodowych.
Na tę wieść nawet będący z mrozem wyraźnie na "ty" skośnoocy Jakuci kręcili z niedowierzania głowami, traktując ów zamysł jako coś, co przekracza możliwości zdrowego rozumu. Gdy jednak dzielny Polak z Wileńszczyzny rodem wciąż i wciąż naciskał na pedały przy temperaturze ponad minus 40 stopni, podążając zaśnieżoną trasą, ręce same zaczęły im się składać do zasłużonych oklasków. Te przerosły w owacje, kiedy zamysł arcyambitnego Romanovskiego został w pełni zrealizowany, jako że za 12 godzin ciągłej jazdy miał na liczniku 132,25 kilometra, w jeździe dobowej dystans ten wydłużył się do 242,75 kilometra, a w dwudobowej – do 344,16 kilometra. Nie trzeba mówić, że każde z tych dokonań wypada mierzyć rekordami świata, godnymi zajęcia miejsca w księdze Guinnessa.
Nie ukrywa, że wyczyn ten kosztował go ogrom wysiłku. Jest przecież tylko człowiekiem, któremu – mimo wytrenowania w stopniu nie do pomyślenia wręcz zwykłemu śmiertelnikowi – organizm zwykł protestować, podszeptując w buncie, że ma dość, że czas skończyć z tym nadludzkim mordowaniem się. Owszem, słyszał te podszepty podczas próby w Ojmiakonie nieraz, a szczególnie natarczywie w końcowej fazie zmagania się z czasem i dystansem. Opędzał się wtedy tym, co się zwie hartem ducha i świadomością, że w przypadku przedwczesnej rezygnacji nie do końca bez uszczerbku dla własnego zdrowia przetestuje możliwości ludzkiego organizmu, których krzywą zamierza zresztą wciąż i wciąż windować.
Tak na dobrą sprawę bowiem wyczyn Romanovskiego sprzed ponad roku w Jakucji jest dopiero przygrywką do znacznie bardziej rozbudowanego programu "oswajania mrozu". Jego kolejny etap z udziałem Valerjana nastąpił w dniach 6-10 lutego 2018 roku, a odbywał się pod naukową pieczą Politechniki Krakowskiej oraz zlokalizowanej takoż w grodzie Kraka Akademii Wychowania Fizycznego. Miał on miejsce w komorze termoklimatycznej, pomyślanej do interdyscyplinarnych badań w warunkach skrajnych narażeń klimatycznych i środowiskowych (niskie albo wysokie temperatury, ekstremalna wilgotność, nasłonecznienie, szronienie lub roszenie).
Innymi słowy, tam, gdzie testowane są np. materiały budowlane, maszyny albo urządzenia techniczne przed uprzednim zastosowaniem ich w praktyce, na parę z alpinistą Piotrem Śliwińskim znalazł się właśnie nasz bohater, a sprzęgało się to z kolejnym niewiarygodnym wyczynem: spędzeniem stu godzin w arktycznym mrozie – przy temperaturze minus 50 stopni, odczuwalnej wskutek wytwarzanych podmuchów wiatru nawet o 10 kresek niżej. Spędzeniem wcale zresztą nie biernym, czemu miałoby sprzyjać opatulenie się w kilka puchowych kołder, tylko czynnym, polegającym na samodzielnym urządzeniu stanowiska do spania, jedzeniem oraz podejmowaniem wszelkiej aktywności ruchowej, jakże niezbędnej, by nie przekształcić się w sopel lodu.
Nad śmiałkami przez cały czas trwania eksperymentu miał czuwać liczny zastęp naukowców. A to w celu poszerzenia dość ubogiej wciąż wiedzy, jak potrafi sobie radzić zanurzony w niebywałe zimno, a zmuszany do wysiłku nasz organizm. Z mnożeniem tych pytajników Valerjan dotkliwie się zresztą zetknął przed ponad rokiem, kiedy się przymierzał do kolarskiego wyczynu w Ojmiakonie. W tym zastępie naukowców ciekawość szczególną zdradzali natomiast medycy, chcący poznać, na ile bez szwanku dla zdrowia może się przeciwstawić chłodom człowiek jako taki.
Romanovski nie byłby Romanovskim, jakby i z tej próby nie wyszedłby zwycięsko, jako że po stu godzinach pobytu w trzaskającym mrozie opuszczał komorę termoklimatyczną w wyraźnie pogodnym nastroju. Bogatszy o cały bagaż doświadczeń; m.in. o to, jak posilić się zheblowanym maczetą zmrożonym na kość jesiotrem, by ten… nie przymarzł do podniebienia (program eksperymentu zakładał bowiem, że w przygotowaniu strawy czy nawet wody nie mogli korzystać z podgrzewaczy). Te doświadczenia będą jak znalazł, gdyż ponownie stanie oko w oko z jakuckim hipermrozem.
Nastąpi to zaś już w styczniu przyszłego roku. Wtedy targnie się na kolejny niebotyczny pomysł, gdyż w około 100 godzin zamierza przejechać na górskim rowerze zaśnieżoną i oblodzoną trasą dystans 1000 kilometrów z Jakucka do już mu znanego Ojmiakonu, czemu towarzyszyć ma (brr!) może nawet 50-stopniowe mrozisko. Nie tylko zresztą po to, by po raz kolejny sprawdzić możliwości własnego organizmu, a przy okazji dowieść, jak wiele potrafi człowiek. Planowanej wyprawie przyświeca ponadto wymiar symboliczny: jadąc drogami Kołymy, ma oddać hołd tysiącom rodaków, którzy zesłańczą golgotę przypłacili życiem na nieludzkiej ziemi, m.in. budując w nieznośnych warunkach tamtejsze ciągi komunikacyjne.
Podobnie jak symboliczny wymiar ma to, że każdy z własnych arcyrekordów dedyduje Valerjan chorym na białaczkę. Od lat wielu wspiera bowiem Fundację DKMS Polska, promującą honorowe dawstwo krwiotwórczych komórek macierzystych, w czym zresztą jest wciągnięty do rejestru wielkodusznych dawców szpiku kostnego. Ten szlachetny ukłon w stronę dotkniętych rakiem krwi – jak twierdzi – wynika z ich codziennej heroicznej walki o życie, która to walka winna budzić ogrom szacunku i podziwu.
Nie kryje, że "oswajanie mrozu" owładnęło nim ostatnio do reszty. Pozwala przecież czynić zadość głęboko tkwiącym w genach coraz to nowym wyzwaniom, a dodatkową fascynacją służy możliwość zmierzenia się z naturą w jej dziewiczej postaci. Owszem, z jej majestatem wygrać się nie da. Można jednak spróbować obalić po części pokutujące powszechne mniemanie o niemożliwości zawarcia przymierza nawet z ekstremalnym zimnem, w czym pomocna ma być aktywna, będąca w ciągłym natarciu postawa. W granicach wszak rozsądnych, których brawurowe przekroczenie pociąga za sobą opłakane skutki zdrowotne albo nawet odejście z tego świata.
Za życiowe credo obrał Valerjan Romanovski nieco buńczucznie brzmiącą formułkę o braku rzeczy niemożliwych. Były przecież czasy, kiedy podobny tysiącom ciepłolubnych istot rodu ludzkiego wzdrygał się na myśl o zanurzeniu własnego ciała w przerębli. Dziś, po odpowiednim zahartowaniu organizmu, potrafi zażywać tam nawet półgodzinnych kąpieli, stąd nic dziwnego, że wraz z nadejściem zimy w bagażniku samochodu stale zalega… siekiera, przydatna do skruszenia tafli lodu na napotykanych wodnych akwenach.
Jak wiele potrafi ludzki organizm, jakże dobitnie się przekonał podczas ubiegłorocznej kolarskiej "szarży" pod Ojmiakonem. Wtedy to w ekstremalnych warunkach, by sprostać koniecznemu wysiłkowi, spalał w ciągu dnia kalorii tyle, ile w identycznym odstępie czasowym przetwarza około 10 dorosłych osób. Funkcjonował więc na iście kosmicznych obrotach, a jakoś nie odczuł niepożądanych efektów ubocznych.
Niepowagą by trąciło, o ile nasz jakże nietuzinkowy bohater jąłby się zachęcania do kopiowania własnych wyczynów na masową skalę. Namawia za to każdego z osobna i wszystkich razem do aktywnego sposobu życia. Jest bowiem święcie przekonany, że ruch w różnych przejawach stanowi poniekąd panaceum na uniknięcie wszelkich boleści, a w połączeniu z zdrowym odżywianiem się służy gwarantem dobrego samopoczucia. 
Niestety, skazywany na osiadły tryb życia współczesny człowiek z reguły nie potrafi się zmotywować, by pokonać czające się w nim lenistwo. Błędne kółko się zamyka, czego pochodnymi – wszelakie niedomagania i konieczne wizyty u lekarzy. Z których usług Valerjan, odkąd postawił na hartowanie ciała w połączeniu z aktywnym trybem życia, wcale nie musi korzystać, nie wiedząc, co to nagminnie trapiące innych katary i przeziębienia.
Bez wątpienia życiowej aktywności 9-krotnemu rekordziście w księdze Guinnessa dodaje praca zawodowa. Jak już nadmieniłem, po wyjeździe w roku 1992 z rodzinnych Gudel i zakotwiczeniu się w uzdrowiskowym Busku-Zdroju na Ziemi Świętokrzyskiej wraz z braćmi Mirosławem i Leszkiem założyli firmę, specjalizującą się w poczynanych z drewna podłogach, schodach tudzież innych wyrobach. 
Drewno stało się też obiektem naukowych dociekań Valerjana, notabene doktoranta i wykładowcy Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Sukcesy zawodowe w połączeniu z ekstremalnymi wyczynami na rowerowym siodełku spowodowały, że trzy lata temu nasz ziomek otrzymał wyróżnienie w plebiscycie Buskowianina Roku, a w ten sposób uhonorowano propagowanie przezeń aktywnego stylu życia, ducha walki oraz promocję Buska-Zdroju poprzez osiągnięcia sportowe.
Warto dodać, że powodując te osiągnięcia, Valerjan za każdym razem dzieli je pomiędzy jednako mu drogie dwie Ojczyzny – Polskę i Litwę. Ta ostatnia, gdzie na świat przyszedł i gdzie spędził dzieciństwo oraz wstępną młodość, raz za razem przyzywa pamięcią. Tu zostali przecież rodzice i siostra Edyta (notabene zaciskająca do zdrętwienia kciuki za każdy kolejny sukces brata). Z przywiązania do stron rodzinnych zachował też poczyniony kiedyś po rosyjsku, a później przekalkowany na litewską modłę zapis własnego imienia i nazwiska. Jak twierdzi, ta "niepolska" wersja pozwala być bardziej rozpoznawalnym, przypomina po części firmowe logo, choć nie zmienia istoty rzeczy, której synonimem – duma z rodowodu podwileńskiego Polaka.
Bywając w kraju lat dziecinnych, który – że powtarza za Wieszczem Adamem – "zawsze zostanie święty i czysty jak pierwsze kochanie", nie zaprzepaszcza Valerjan okazji dla spotkania z rodakami, by ci z pierwszych ust mogli usłyszeć o tym, co osiągnął i co planuje na przyszłość. Ostatnie takowe, powodowane przez Stowarzyszenie Inicjatyw Oddolnych, miało miejsce 22 marca 2018 roku w Domu Kultury Polskiej w Wilnie. Moderowane przez dziennikarza Dariusza Malinowskiego, podarowało każdemu z przybyłych (szkoda wprawdzie, że frekwencja nieco kulała) niezapomniane chwile i utwierdziło w przekonaniu, jak wiele osiągnąć może człowiek, o ile potrafi uruchomić drzemiące w każdym niespożyte pokłady siły woli.
Zdjęcia pochodzą z archiwum Valerjana Romanovskiego

 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 6/2016

BY POLSKOŚĆ NIEJEDNO MIAŁO IMIĘ

  • Obradował XV zjazd Związku Polaków na Litwie
  • Niczym koło zamachowe naszego odrodzenia

POLITYKA

  • Na bieżąco

ZUŁÓW – MIEJSCE URODZIN MARSZAŁKA

  • Kolebka Wielkości

Z SZACUNKIEM DLA HISTORII

  • W Gdańsku odsłonięto Pomnik Ofiar Zbrodni Ponarskiej
  • Bo królom był równy
  • Pędzlem dzieje Polski sławił
  • Zafalować wspomnieniem jak Wilia

OŚWIATA

  • Tam wyrastały nam skrzydła

MNIEJSZOŚCI NARODOWE W POLSCE

  • Pszczelnik scala szczególnie

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O wierze

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach na "saratowskim szlaku"

PODRÓŻE KSZTAŁCĄ

  • Gruzja sędziwa, Gruzja gościnna

Nasza księgarnia

Pejzaż Wilna. Wędrówki fotografa w słowie i w obrazie
Wilno po polsku

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie