Dama "uskrzydlająca" dysk

drukuj
Opracował Henryk Mażul, 16.01.2019

2019 – rokiem stulecia Polskiego Komitetu Olimpijskiego

 

Nabierający rumieńców rok 2019 jest szczególny dla sportu nad Wisłą i Odrą. Znaczy bowiem jubileusz stulecia Polskiego Komitetu Olimpijskiego – nadrzędnej organizacji, której misją jest wszechstronne dbanie o godne występy reprezentantów Orła Białego w letnich i zimowych bataliach spod znaku pięciu splecionych kółek, upowszechnianie idei olimpijskiej, promocja sportu w ogóle oraz reprezentowanie polskiego sportu w organizacjach międzynarodowych, w tym – w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim.
Tak znamienna rocznica stanowi doskonałą okazję, by spojrzeć wstecz i przybliżyć dzieje sportu polskiego, hołdującego idei poczciwego barona Pierre de Coubertina – wskrzesiciela Igrzysk nowożytnych. Będziemy to czynić na łamach "Magazynu Wileńskiego", przywołując jak "kamienie milowe" przy przebytym szlaku, tak też z imion i nazwisk tych, za których sprawą dźwięczał Mazurek Dąbrowskiego, gdy honorowano najlepszych. 
Radzimy te materiały czytać ze szczególną uwagą, gdyż… mogą służyć pomocą w odpowiedzi na pytania okazyjnego konkursu, jaki mamy zamiar ogłosić bliżej końca roku, na co mamy wstępną zgodę Jubilata w fundowaniu nagród. Będziemy ponadto się starali, by te trafiły do rąk laureatów z rąk specjalnie przybyłej na uroczystą galę podsumowania którejś ze znakomitości w gronie polskich olimpijczyków.
"Cykl olimpijski" otwieramy prezentacją sylwetki Haliny Konopackiej – zdobywczyni historycznego, gdyż pierwszego olimpijskiego "złota" dla barw biało-czerwonych.

 

Amsterdam, 31 lipca 1928 roku. Same południe. Rano padał deszcz. Potem wyjrzało słońce, ale nie na długo. Atrakcje słynnego holenderskiego miasta schodzą jednak wyraźnie na drugi plan. Ponad 20 tysięcy ludzi śledzi walkę przedstawicieli 46 państw na olimpijskim stadionie.
Oto zakończył się rzut dyskiem pań. Po raz pierwszy w historii Igrzysk Olimpijskich – flaga polska na głównym maszcie! "Ceremonie protocolaire olympique – rozlegają się dostojne słowa spikera. – Premiere M-lle Konopacka – Pologne…". Biało-czerwony sztandar powoli płynie do góry, obok niego – amerykański oraz szwedzki. W niebo bije polski hymn – Mazurek Dąbrowskiego.
Na triumf Konopackiej powszechnie liczono. Do Amsterdamu jechała przecież jako rekordzistka świata. I nie zawiodła. W finałowej serii rzutów objęła prowadzenie już po pierwszej próbie i choć rywalki zawzięcie goniły, nie oddała go już do końca konkursu, poprawiając wynik na 39.62 metrów, równoznaczny z nowym rekordem świata. Amerykanka Lilian Copeland, jako srebrna medalistka, uzyskała wynik zaledwie 37.08, a Szwedka Ruth Augusta Svedberg była gorsza prawie o cztery metry (35.92).
Sama mistrzyni olimpijska w tygodniku ilustrowanym "Stadjon" z 14 sierpnia 1928 roku tak wspominała największy w swej karierze sukces sportowy: "Mój dzień zapowiadał się nieszczególnie. Od rana padał deszcz. Oślizgły dysk, mokre koło, zimno, wiatr – to niedobre prognostyki. Jedyne moje atuty – chęć zwycięstwa, chęć tak wielka, że prawie pewność. Droga do stadjonu tym razem dłuższa niż co dzień. Samochód czegoś posuwa się wolniej… Z szatni przez długi tunel wychodzę na boisko. Dopiero teraz widzę przytłaczającą potęgę stadjonu. Wokół szary mur ludzi, wobec którego sylwetki nasze na ślicznie strzyżonej murawie boiska gubią się. Z trudem odnajduję biało-czerwone chorągiewki na trybunach, wśród rozkołysanego tłumu widzów, wyglądających jak masa brzęczących os, skupionych około zielonego kwiatu boiska. Z trudem tylko słyszę okrzyki: Polska, Halina! I czuję, jak ci ludzie proszą, dopominają się o "hymn i sztandar". Jestem ogromnie podniecona. Moja biało-czerwona chorągiewka z boiska musi wyrosnąć w wielki sztandar i zawisnąć na najwyższym maszcie. Nie wiem, czy któraś z konkurentek przystępowała do rzutów z tak mocnym pragnieniem zwycięstwa. Już pierwszy rzut przekonywa mnie jak bardzo "chcę", pomaga "mogę". Zwyciężyłam i nie miałam sił cieszyć się ze zwycięstwa".
Mistrzyni Igrzysk (okrzyknięta notabene w plebiscycie dziennikarzy sportowych również za ich miss) stała się uosobieniem sukcesu. Otrzymała gratulacyjny telegram od prezydenta Ignacego Mościckiego. Po powrocie do kraju przyjmował ją w Belwederze Marszałek Józef Piłsudski, udzielała setek wywiadów, stała się najpopularniejszą osobą w Polsce, m.in. dwa razy z rzędu (1927 i 1928) wygrała plebiscyt "Przeglądu Sportowego" na najlepszego sportowca w kraju. Jej sława była porównywana ze sławą Jana Kiepury, czego jakże wymownie dowodziło powiedzenie: "Kiepura pyskiem – Konopacka dyskiem".
11 listopada 1900 roku przyszła na świat w Rawie Mazowieckiej, skąd wkrótce jej rodzina przeniosła się do Warszawy. Trzy lata młodsza od Paavo Nurmiego, starsza od Jesse Owensa o lat 13. Urodziła się w roku Igrzysk II Olimpiady, na przełomie dwóch epok. Sport wówczas był tak wątły, jak wątłe były Olimpiady. Pozbawiony struktury organizacyjnej, poszukujący mecenatu. Kobiety musiały walczyć o emancypację olimpijską i w skromnym programie lekkoatletycznym ujrzymy je po raz pierwszy dopiero w Igrzyskach amsterdamskich w roku 1928.
Kiedy w roku 1924 po raz pierwszy weszła na stadion, poziom niektórych konkurencji był śmiesznie skromny, co dotyczyło zwłaszcza rzutów. "Wzięłam dysk do ręki – wspomina mistrzyni – i już po paru rzutach ustanowiłam rekord Polski. No, to wzięli mnie wtedy w jakieś ramki i kazali trenować. Po paru miesiącach okazało się, że pobiłam rekord światowy, o którym nie miałam pojęcia". 
Jej trener – Francuz Maurice Bacquet podkreślał, że tak szybki postęp zawdzięczała rzadko spotykanej kulturze ruchu i wyczuciu rytmu. Jakie wyniki w dysku mogłaby osiągać, gdyby postanowiła specjalizować się tylko w tej konkurencji a nie "rozmieniać się" na uprawianie innych oraz starty nie tylko lekkoatletyczne? Możemy popuszczać tylko wodze fantazji.
Z powyższego może wynikać, że Konopacka miała ułatwioną drogę do rekordu, znacznie prostszą niż obecne mistrzynie, choć absolutnie zadziwiała wszechstronnością. Nie poświęciła się tylko i wyłącznie konkurencji, w której osiągała największe sukcesy. Bratanie się ze sportem zaczęła od narciarstwa. W 1924 roku zapisała się na kurs i odtąd już każdą zimę spędzała w Zakopanem. W Tatrach nosiła przydomek "Czerbieta" (zbitek słów "czerwona kobieta"), od koloru swetra i beretu, które zwykle miała podczas zjazdu. 
Inspirowana przez swego brata – Tadeusza, grała także w tenisa, hazenę, świetnie pływała i wiosłowała, jeździła na nartach, uprawiała biegi, skakała w dal i wzwyż, rzucała oszczepem, ba – pasjonowała się automobilizmem. Prezentowała przy tym poziom najwyższy, wyczynowy a nie amatorski. Choć w kilku konkurencjach ustanawiała rekordu krajowe, pozostała jednak gwiazdą dysku, konkurencji jak gdyby dla niej stworzonej, mającej wspaniały rodowód literacki, sięgający mitologii.
Szalała za nią publiczność, sławili dziennikarze, mówiono o niej z zachwytem i szacunkiem. Dlaczego? Czy dlatego, że była "Record-Woman of the World", a później – mistrzynią Olimpiady. Po części chyba tak, jednak przyczyna ogromnej popularności Konopackiej rozciąga się poza sferę działania na boisku i dotyczy także usposobienia, osobowości. 
To prawda, że była radością stadionu, że "przedstawiała się podczas startu jako uosobienie tańca, lekkości i rytmu a nie wysiłku, który nigdy nie był widoczny". A przy okazji dowodziła, że w sporcie kobiecym wcale nie muszą dominować umięśnione "baby-chłopy", lecz także zawodniczki urodziwe, wyjątkowo zgrabne i o nieprzeciętnym intelekcie.
Nigdy później Polska nie miała sportsmenki tak wszechstronnej, utalentowanej poetki i malarki, damy będącej ozdobą najzacniejszych salonów Rzeczypospolitej. Otrzymała staranne wykształcenie. Grała na fortepianie i gitarze, lubiła kino, teatr, kawiarnię, dancing. Porozumiewała się w kilku językach, studiowała filologię na Uniwersytecie Warszawskim. Mówiła, że miała kolorowe życie. Chociaż to, co osiągnęła, niejednej kobiecie mogłoby przewrócić w głowie, pozostała skromna i koleżeńska. Od początku do końca kariery wierna była jednemu klubowi – AZS Warszawa.
To prawda, że "miała doskonale opanowaną technikę i prawdziwie męskie zacięcie". Wynikało to jednak w znacznym stopniu z hojności natury, która obdarzyła ją świetnymi warunkami fizycznymi. "Unefemme forte" – czytamy w gazetach. I znajdujemy zaraz dopisek: "Trudno znaleźć drugą kobietę o mięśniu tak długim, elastycznym i tak zdolnym do krótkiego szybkiego wysiłku".
"Wielu zapewne sądzi – pisał Tadeusz A. Grabowski – że nasza znakomita lekkoatletka – to kobieta mięśni i treningu, pozbawiona niewieścich słabości i kobiecego czaru, od świtu do nocy rzucająca dyskiem, oszczepem i kulą, zjadająca na śniadanie jajecznicę np. z 15 jaj. Otóż nieprawda, Halina Konopacka jest zgrabną, wiotką, uroczą, ba czarującą kobietą o regularnych rysach twarzy, pięknych wesołych oczach i… wielkich zdolnościach poetyckich. Wczesne ranki i późne wieczory poświęca na czytanie i pisanie. Od 10 rano do obiadu ćwiczy ona lekką atletykę, po południu pracuje. Wieczorem chodzi do kina lub teatru. Późnym wieczorem pisze wiersze albo maluje, a jak jest bardziej zmęczona – haftuje". I puenta: "Dysk, narty, rakieta i pędzel malarski, pchanie kuli i pisanie wierszy. Oszczep i hafcik richelieu. Sport i poezja. Kontrasty czy hegemonia? Kobieta o wspaniałej sprawności fizycznej i duszy poetki. Ideał starożytnej Hellady w nowoczesne obleczone szaty – Halina Konopacka".
Z pewnością nie mieściła się ona w ciasnym stereotypie sportsmenki. Była piękną kobietą, nosiła się niesłychanie elegancko, stąd przy okazji różnego rodzaju zawodów stanowiła prawdziwą ozdobę stadionów. "Wystarczyłoby przypomnieć z kroniki życia towarzyskiego II Rzeczypospolitej długą listę prominentnych osobowości, w tym – jednego premiera, które szalały za tą – jak pisała ówczesna prasa – kobietą posągowej urody" – wspominał historyk dr Janusz Osica.
O sukcesie dyskobolki pisała również polska prasa pozasportowa. "Wiadomości Literackie" dodały, że "Konopacka jest nie tylko chlubą sportu polskiego, ale ujawniła także wybitny talent jako poetka". "Świat" opublikował jeden z wierszy ("Pożegnanie") przypominając, że już wcześniej niektóre wiersze "złotej Haliny" ukazały się w roku 1926 drukiem w "Skamandrze" i "Wiadomościach Literackich". Trzy lata później jej dorobek poetycki w postaci 17 wierszy ujęty został natomiast w tomik "Któregoś dnia", jaki ukazał się nakładem wydawnictwa Ferdynanda Hoesicka, stając się modną w salonach lekturą. Nastąpiło to dzięki rekomendacji naczelnego redaktora "Przeglądu Sportowego", znanego poety Kazimierza Wierzyńskiego, zdobywcy na Igrzyskach Olimpijskich w Amsterdamie złotego medalu olimpijskiego w dziedzinie literatury.
Przygodę ze sportem, a w szczególności z lekką atletyką, okraszoną olimpijskim "złotem", 3-krotnym biciem rekordu świata w rzucie dyskiem, 56 rekordami Polski (kula, dysk, oszczep, 3-bój, 5-bój, sztafety), 27 tytułami mistrzyni Polski, zakończyła w roku 1931. Decyzję o zejściu z boiska podjęła nagle, ale stanowczo. Przedolimpijski sezon 1931 był zatem ostatnim w jej siedmioletniej karierze. Karierze niezwykłej, błyskotliwej, bogatej w sukcesy i zwycięstwa, które są przywilejem nielicznych. 
Na początku 1932 roku, na kilka miesięcy przed Olimpiadą w Los Angeles, prasa przyniosła sensacyjną wiadomość: "Mistrzyni i rekordzista świata, nasza jedyna championka olimpijska, Halina Konopacka- Matuszewska postanowiła wycofać się z czynnego uprawiania lekkiej atletyki". "Oddaję dysk w dobre ręce, Jadzi Wajsównie" – oświadczyła, żegnając się z przeszłością sportową.
Pani Halina zaglądała jeszcze dość często do CIWF-u, na Bielany, gdzie na zgrupowaniu przebywali olimpijczycy, brała dysk do ręki, jakby próbując przedłużyć rozstanie. Czy aby nie było to zbyt szybkie zejście ze sportowej areny? Nie, raczej – piękne! Bez porażki! W pełni chwały, świadome, szlachetne, dające szanse młodszym. Jako dyskobolka nie przegrała Konopacka nigdy. Jest to fakt bez precedensu bodajże w całej historii polskiej lekkiej atletyki.
Może się nasunąć inna wątpliwość. Czy tak utalentowana sportsmenka wykorzystała w pełni swoje możliwości? Problem ten dostrzegali zresztą współcześni. "Nasz główny lider i nasza największa gwiazda – pisał "Przegląd Sportowy" 24 lipca 1926 roku – panna Halina Konopacka – trenuje tylko wtedy, kiedy widzi czarno na białym, że konkurencja zagraniczna jest groźna. Pracowała sumiennie wówczas, kiedy dawny jej rekord pobity był przez Niemkę Milly Reuter. Z chwilą jednak, gdy dysk jej poleciał z furkotem poza 34 metry, uznała widać nasza championka, że nie ma po co za bardzo się wysilać. A szkoda". Pozostańmy jednak przy oczywistym stwierdzeniu: nikt wówczas, poza nielicznymi wyjątkami nie umartwiał się na treningu. Były to czasy Sotiona nie Ikkosa, jeśli wolno użyć porównania z "Dysku olimpijskiego". A Konopacka odnajdywała siły witalne w nieprzepartym dążeniu do zwycięstwa.
W 1928, w tym najszczęśliwszym – jak sama przyznawała – roku jej życia, wyszła za mąż za o lat 9 starszego piłsudczyka, pułkownika Ignacego Matuszewskiego, dyplomatę, szefa oddziału II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego i ministra skarbu II Rzeczypospolitej (1929-1931). We wrześniu 1939 roku wraz z mężem, dowódcą i inicjatorem akcji, oraz majorem Henrykiem Floyar-Rajchmanem ratowała przed hitlerowcami tony złota ze skarbca Banku Polskiego. Po wyruszeniu z Warszawy kolumny 12 miejskich autobusów, z których ostatni prowadziła będąca znakomitym kierowcą Halina, pod bombami niemieckimi udało się nocną jazdą dotrzeć do Rumunii, a potem przez Morze Czarne i Bliski Wschód dowieźć cenny skarb urzędującemu we Francji premierowi rządu polskiego na uchodźstwie Władysławowi Sikorskiemu. Do Polski dzielni przewoźnicy złotych sztab nie mieli już jednak powrotu. W oczach przedstawicieli rządu emigracyjnego zyskała Konopacka nowy epitet: "podwójnie złota" – na sportowych arenach i w życiu, gdy ratowała narodowy dorobek.
Siłą rzeczy wraz z mężem znalazła się na wymuszonej emigracji. Wbrew wielu perypetiom w roku 1941 dotarli oboje do Nowego Jorku. Po śmierci Matuszewskiego (1946) powtórnie wyszła za mąż za Jerzego Szczerbińskiego. Po ponownym zostaniu wdową (1959) przeniosła się na Florydę. Tam dała wyraz kolejnemu artystycznemu wcieleniu z pędzlem i paletą. Malowała głównie kwiaty, jakby miała wciąż w pamięci te z Amsterdamu. Trzy razy odwiedzała Polskę, gorąco przyjmowana przez koleżanki i kolegów z boiska i współczesnych działaczy sportowych. Za każdym razem była bardzo wzruszona.
Zmarła 28 stycznia 1989 roku w Daytona Beach na Florydzie. 18 października 1990 roku urna z prochami sławnej Polki spoczęła na Cmentarzu Bródnowskim w Warszawie.
Obecnie imię Konopackiej nosi w Polsce kilka szkół i placówek sportowych. Są to między innymi Gimnazjum nr 2 oraz Ośrodek Sportu i Rekreacji w rodzinnej Rawie Mazowieckiej, a także Wyższa Szkoła Kultury Fizycznej i Turystyki w Pruszkowie. Jej wyczyny sportowe zostały uhonorowane odznaczeniami państwowymi: Złotym Krzyżem Zasługi, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. W roku ubiegłym, czczącym stulecie odzyskania przez Polskę Niepodległości, prezydent Andrzej Duda nadał natomiast pośmiertnie pierwszej polskiej złotej medalistce olimpijskiej Order Orła Białego. 
Ubiegłoroczna 90. rocznica sukcesu w Amsterdamie oraz tegoroczna 30. rocznica odejścia Haliny Konopackiej do Wieczności na pewno przyczynią się do tego, by jej legenda ożyła z nową siłą. Zasłużyła bowiem na to ze wszech miar, zapisując się złotymi zgłoskami na kartach polskiego sportu, czego nikt jej nie odbierze.
 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 5/2019

ROCZNICE, JUBILEUSZE

  • Patriotyzm nas uskrzydla
  • Przemawiał mową natchnionych dźwięków

POLITYKA

  • Na bieżąco

PIERWSZA W EUROPIE I DRUGA NA ŚWIECIE

  • Triumf polskiej myśli politycznej

Z NAKAZU PAMIĘCI

  • Gdy stary album "głos zabiera"
  • HENRYK: "Dzwonię dla pokrzepienia serc"

W POLONIJNYM BRATNIM KRĘGU

  • Nasi z Ostojićeva

SPORT

  • "Złota Ela"

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach na "saratowskim szlaku"

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O celu życia

Nasza księgarnia

Stanisław Moniuszko w Wilnie
Wilno po polsku

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie