O duszy

drukuj
dr Jan Ciechanowicz, 15.04.2019

Pojęcie to należy do często używanych, a jednocześnie do najbardziej tajemniczych przenośni języka ludzkiego. Raz się mówi o duszy jako o zbiorze (czy raczej całokształcie) cech psychicznych danej osoby; innym razem – jako o swoistej substancji duchowej lub znów o jakiejś energii, skupiającej dookoła siebie ciało czy o potoku sił dynamicznych albo też jako o cząstce jakiejś większej i nieogarnionej duszy kosmicznej lub boskiej; bądź wreszcie po prostu jako o psychicznej "funkcji" ciała, razem z nim powstającej i razem z nim ginącej. 

W Talmudzie znajdujemy słowa: Jak Bóg wypełnia świat, tak dusza wypełnia ciało. Jak Bóg widzi, lecz jest niewidzialny, tak dusza widzi, a jest niewidoczna. Jak Bóg czysty, tak dusza czysta. (...) Boże mój, dusza, którą Ty mi dałeś, jest czysta, ponieważ to Ty ją stworzyłeś. Ty ją stworzyłeś i włożyłeś we mnie. Oglądasz ją, lecz przyjdzie czas, a weźmiesz ją ode mnie do życia wiecznego... 
Perypatetycy i inni zwolennicy Arystotelesa uważali, że dusza Wszechświata stanowi coś w rodzaju oceanu wszystkich dusz jednostkowych, i że tylko owa dusza Wszechświata jest w stanie trwać w nieskończoność, podczas gdy dusze osobowe rodzą się i giną, rozpływają w kosmosie, tracą byt indywidualny wraz ze śmiercią ciała. Zgodnie z takim poglądem, dusze istot żywych rodzą się, odrywając się jak krople z oceanu, gdy tylko odnajdują ciało, które mogą ożywić, a giną, łącząc się ponownie z oceanem dusz jak zatracające się w morzu rzeki. 
Niektórzy uważali, że ta dusza Wszechświata jest właśnie Bogiem, inni nie podzielali tego poglądu, odmawiając także jej wieczności i nieskończoności. Najistotniejszą więc cechą jakkolwiek pojmowanej duszy jest jej tajemniczość. Granic duszy – powiadał Heraklites z Efezu – nie dosięgniesz, choćbyś przeszedł wszystkie drogi, tak głęboko leży jej dno. A znowuż Marek Tuliusz Cyceron dodawał: Duszy ludzkiej, będącej częścią boskiego ducha, nie można porównać z niczym innym, chyba tylko z samym Bogiem. 
W piątej księdze Praw Platona znajdują się słynne i piękne rozważania tego filozofa o duszy. Przypomnijmy więc ich fragment: Ze wszystkiego, co posiadamy, jest nasza dusza czymś najbardziej boskim, czymś najbardziej boskim po bogach, a dla nas czymś najbardziej własnym i naszym. Wszystko, co mamy i posiadamy, obejmuje rzeczy dwojakiego rodzaju: jedne są potężniejsze i lepsze i powinny panować, drugie są lichsze i gorsze i muszą ulegać. To więc, co ma panować, wyżej cenić należy niż to, co ma służyć. Gdy więc mówię i wzywam, żeby po bogach, panach naszych, oraz tych, którzy idą po nich, duszę swą czcić najwięcej i zaraz na drugim stawiać ją miejscu, to słuszne są moje słowa i nawoływania. Nikt z nas jednak, można powiedzieć, nie czci jej należycie, choć każdy sądzi, że jej cześć oddaje. Boskim przecież darem jest cześć i żadną złą rzeczą nie uczci się nikogo. I jeżeli ktoś myśli, że jakimiś słowami czy darami przysporzy wielkości swej duszy, czy jakimiś ustępstwami, a nie umie jej uczynić lepszą i szlachetniejszą, to wydaje mu się tylko, że darzy ją czcią, lecz nie czyni tego bynajmniej. Od najwcześniejszego dzieciństwa wyobraża sobie każdy, że zdolny jest wszystko poznać i zrozumieć, że czci swoją duszę, gdy wynosi ją pochwałami i najbardziej jest skory pozwalać jej robić cokolwiek zechce. My zaś twierdzimy, że postępując tak szkodzi swej duszy, a wcale jej nie czci. A czcić ją trzeba, jak powiadamy, na drugim miejscu po bogach. Nie czci jej człowiek, gdy pobłądzi i popadnie w mnóstwo ogromnych utrapień, nie siebie wini, lecz innych, i siebie zawsze rozgrzesza z wszelkiej winy, ratując cześć swej duszy, jak mu się wydaje, a jest przeciwnie, bo właśnie jej szkodzi. I nie czci jej bynajmniej, gdy nie bacząc na to, co wskazuje i pochwala prawodawca, ulega swym namiętnościom, ale czci ją pozbawia, bo obciąża ją grzechami i wyrzutami sumienia. I ani wtedy nie czci jej zaiste, gdy chwalebnym trudom, niebezpieczeństwom, bólom i cierpieniom mężnie nie stawia czoła, lecz się od nich uchyla, bo wszelkie takie postępowanie cześć jej odbiera. I nie czci jej zgoła, gdy sądzi, że bezwzględnym dobrem jest życie, ale ją znieważa, poddając się jej obawom, że w Hadesie są same tylko udręki, zamiast się oprzeć tym jej mniemaniom, pouczając i wykazując, że przecież nie wie ona wcale, czy przeciwnie, największe dobra nas nie czekają u tamtejszych bogów. I nie czci zaprawdę swej duszy człowiek, który piękność cielesną przenosi nad cnotę; wtedy właśnie swą duszę znieważa ostatecznie, uznając ciało za cenniejsze od duszy – jakżeż fałszywie! Nic przecież, co jest zrodzone z ziemi, nie jest godniejsze czci od tego, co pochodzi z nieba, i ten, kto inaczej myśli o duszy, nie uświadamia sobie wcale, jak przedziwny skarb lekceważy. Także ten, kto chce bogactwo zdobywać w niepiękny sposób i kogo nie mierzi, że je tak zdobywa, swymi darami duszy swej nie czci z pewnością – przepaść go dzieli od tego – bo to, co cenne w niej jest i piękne, zaprzedaje za odrobinę złota. A przecież wszystkie złoto, które znajduje się na ziemi i pod ziemią, nie dorównuje swą wartością cnocie. Kto nie chce, jednym słowem, powstrzymywać się, jak może najbardziej, od tego, co prawodawca zalicza do rzeczy haniebnych i złych, i nie stara się z drugiej strony ze wszystkich swych sił czynić tego, co prawodawca uznaje za piękne i dobre, nie zdaje sobie wcale sprawy, że każdy człowiek postępując w ten sposób, duszę swą, rzecz najcenniejszą, jaką posiada, pozbawia czci i niegodnie znieważa. I nikt, można powiedzieć, nie zastanawia się nad tym, jaka jest największa kara "karzącej sprawiedliwości", jak się to mówi. Otóż największa jej kara polega na tym, że się człowiek upodabnia do złych i upodabniając się do nich, unika zacnych mężów, ich rad i nauk, i stroni od nich, a do towarzystwa tamtych lgnie i goni za nimi. A kiedy do nich przywrze, musi z konieczności już znosić i czynić wszystko, co tacy ludzie sobie nawzajem czynią i mówią. I ta jego dola nie jest właściwie dziełem "karzącej sprawiedliwości" – piękne jest bowiem wszystko, co jest sprawiedliwe i co czyni zadość sprawiedliwości – lecz w ten sposób mści się nieprawość i taki żałosny los pociąga za sobą. Zarówno ten, kto go doznał, jak i ten, kto go nie doznaje, godny jest pożałowania. Bo pierwszy pozostaje nieuleczony, drugi zaś ginie, aby uratowało się wielu innych. Na prawdziwą cześć zasługujemy i rzeczywiście postępujemy chlubnie tylko wtedy, krótko mówiąc, gdy dążymy nieustannie do tego, co jest dobre, a to, co nie jest dobre, ale daje się ulepszyć, usiłujemy wciąż naprawiać i uczynić możliwie najlepszym.
Otóż człowiek nie posiada niczego, co by bardziej niż dusza zdolne było uniknąć zła i wytropić niejako i uchwycić to, co najlepsze jest ze wszystkiego, a gdy je pochwyci, przygarnąć do siebie i współobcować z nim już do końca życia. Dlatego też w hierarchii wartości przysługuje jej drugie miejsce. Trzecie – przyzna to każdy – z natury rzeczy przypada ciału. Ale tutaj znowu zastanowić się trzeba, ze względu na co cenimy ciało i czy skłaniają do tego rzetelne dowody, czy tylko fałszywe pozory. Rozstrzygnięcie tego należy do prawodawcy. Przypuszczam, że wskaże on nam tutaj takie zasady wartościowania: nie jest – powie – osobliwie cenne ciało piękne, silne, zwinne lub wielkie, ani nawet zdrowe – choć tak się uważa powszechnie – ani też oczywiście to, które wykazuje przeciwne cechy. Stan ciała pośredni między tymi skrajnościami pozwala nam postępować najroztropniej i najbezpieczniej zarazem. Bo w pierwszym przypadku wbija ono duszę w pychę i czyni zuchwałą, a w drugim znowu słabą ją robi i służalczą. I tak też jest z posiadaniem pieniędzy i wszelkiego mienia: cenne jest ono w obrębie granic w ten sposób zakreślonych. Nadmierne bowiem bogactwo budzi wrogie uczucia i rozłam w państwie i między poszczególnymi ludźmi, a niedostatek znowu najczęściej pozbawia wolności. Niech nikt tedy nie kocha się w pieniądzach i nie gromadzi ich z myślą o dzieciach, ażeby były jak najbogatsze, bo to ani im, ani państwu nie wyjdzie na dobre! Najwłaściwsze i najlepsze wyposażenie młodych stanowi majątek, który nie przyciąga pochlebców, lecz zaopatruje nas we wszystko, co jest konieczne, i dostosowany będąc do naszych potrzeb pozwala nam żyć bez trosk i kłopotów. Dzieciom należy poczucie honoru, nie złoto, przekazywać w spuściźnie. Sądzimy, że wpajamy je młodym, jeżeli robimy im wymówki, gdy zachowują się nieprzystojnie. Nie wpoimy go jednak przez napomnienia, strofując i powtarzając bez końca, że młodzieniec w każdej okoliczności powinien zachować się przystojnie. Mądry prawodawca starszych raczej upominać będzie: powinni wstydzić się młodych i strzec się jak najbardziej, żeby nie widzieli ich oni nigdy ani nie słyszeli mówiących lub czyniących coś nieprzystojnego. Bo gdzie starzy nie mają wstydu, tam z konieczności i młodzi zatracają go zupełnie. Najlepszy sposób wychowania młodych, a zarazem samych siebie, nie polega na upominaniu: niech raczej widzą, że przez całe życie wypełniamy to, do czego ich nawołujemy i zachęcamy... 
Era nowa wprowadziła do tego tematu dalsze subtelne rozróżnienia. O niejakim rozdwojeniu duszy ludzkiej znajdziemy tedy mądre słowa w apokryficznym tekście Testament Aszera z drugiego wieku po Chrystusie: Posłuchajcie, dzieci, Aszera, ojca waszego, a ukaże wam wszystko, co prawe w oczach Boga. Dwie drogi dał Bóg synom ludzkim, dwa myślenia, dwa działania, dwa sposoby i dwa cele. Z tego powodu wszystko jest podwójne, jedno przeciwne drugiemu. Istnieją dwie drogi: ku dobremu i ku złemu. Odpowiednio też istnieją dwa myślenia w naszym wnętrzu osądzające owe drogi. Jeśli bowiem dusza pragnie postępować drogą szlachetną, wszystkie jej czyny dokonują się w sprawiedliwości, a jeśli nawet zgrzeszy, natychmiast się nawraca. Ten, kto myśli sprawiedliwie i odrzuca zło, łatwo zwycięża zło. Gdy jednak człowiek zwraca się ku złu, wszystkie jego czyny są złe; odrzucając dobro przyjmuje zło i podporządkowany Beliarowi nawet jeśli co dobrego uczyni, zamienia na zło. Kiedy bowiem początek jest dobry, koniec ujawnia zło całego działania. Skarbiec bowiem przeciwnika wypełniony jest trucizną złego ducha. 
Bywa człowiek – powiadają – który w słowach stawia dobro ponad zło, ale koniec jego działania jest zły. Oto mąż, który nie lituje się nad tym, kto mu pomaga w złym. To również posiada dwa oblicza, ale całość jest zła. A oto znowu mąż, który miłując złoczyńcę tak samo trwa w złu, ponieważ nawet umrzeć jest w stanie dla takiego. Także i to posiada dwa oblicza, ale całość jest zła. Nawet sama miłość jest złem, kiedy zataja nieprawość. Z nazwy uchodzi za coś dobrego, kres jednak działania pokazuje zło. Ktoś inny kradnie, krzywdzi, rabuje, oszukuje, ale lituje się nad ubogim. Także i to ma dwa oblicza, całość jednak jest zła. Ktoś oszukuje bliźniego, pobudza Boga do gniewu, fałszywie przysięga wobec Najwyższego, ale pomaga ubogiemu. Pana, który jest nauczycielem Prawa, znieważa i pobudza do gniewu, ale lituje się nad ubogim. Duszę pogrąża w ciemności, ale oświeca ciało. Zabija wielu, nielicznym okazuje miłosierdzie. To także ma dwa oblicza. Ktoś inny cudzołoży, jest rozwiązły, ale powstrzymuje się od określonych pokarmów i poszcząc dokonuje złych czynów. Przemocą i bogactwem niszczy wielu, wśród wielości popełnianego zła zachowuje przykazanie. Również i to ma dwa oblicza, całość jednak jest zła. Tacy ludzie podobni są do zwierząt o rozwidlonych stopach, ponieważ w połowie są czyste, w rzeczywistości zaś nieczyste. Tak właśnie powiedział Bóg na tablicach niebieskich.
Wy zaś, dzieci, nie bądźcie ludźmi o dwóch obliczach, dobrym i złym, ale przylgnijcie wyłącznie do dobra, aby Bóg w nim odpoczął, a ludzie go zapragnęli. Unikajcie zła, pokonując przeciwnika waszymi szlachetnymi czynami, ponieważ ludzie o dwóch obliczach służą nie Bogu, ale własnym pożądliwościom, aby podobać się Beliarowi oraz ludziom do nich podobnym.
Natomiast ludzie szlachetni, mający zawsze jedno oblicze, nawet jeśli przez dwulicowych uważani są za grzeszników, wobec Boga są sprawiedliwi. Wielu takich, którzy zabijając złoczyńców, dokonują dwóch czynów: złego ze względu na dobry. Całość jest jednak dobra, jako że zło zostało wykorzenione i usunięte. Ktoś nienawidzi miłosiernego, dopuszczającego się niesprawiedliwości oraz cudzołożnika zachowującego posty. To również ma dwa oblicza. Całość jest jednak dobra, ponieważ człowiek taki, za przykładem Pana nie przyjmuje tego, co pozornie piękne, w miejsce tego, co piękne jest naprawdę. Ktoś inny nie chce spędzać przyjemnego dnia pośród ucztujących, aby nie uczynić swych ust nieczystymi i nie zbrukać duszy. To również ma dwa oblicza, całość jest jednak dobra. Tacy ludzie podobni są do jeleni i saren. Jako dzikie zwierzęta wydają się nieczyste, w rzeczywistości są czyste. Postępują bowiem w gorliwości wobec Boga, trzymając się z dala od tego, czego sam Bóg nienawidzi, jak to powiedział w przykazaniach oddzielając zło od dobra.
Widzicie więc, dzieci, że w każdej rzeczy są dwie strony, jedna przeciwna drugiej, jedna ukryta w drugiej. Po życiu następuje śmierć, po sławie – niesława, po dniu – noc, po świetle – ciemność. Życie wieczne stawia czoła śmierci. I nie można prawdy nazwać kłamstwem ani tego, co sprawiedliwe, niesprawiedliwym, ponieważ wszelka prawda należy do światła, podobnie jak w ogóle wszystko do Boga...
Wy również, dzieci, zachowujcie przykazania Pana, podążając jednoznacznie za prawdą, albowiem dwulicowi podwójnie zostaną skarceni. Miejcie w nienawiści duchy błędu walczące przeciw człowiekowi. Prawa Pańskiego strzeżcie i nie uważajcie zła za dobro. Wpatrujcie się w to, co naprawdę dobre, i zachowujcie je... Do Pana zwracajcie się i w Nim odnajdujcie pokój. Koniec bowiem ludzi ujawnia ich sprawiedliwość. Kiedy bowiem dusza odchodzi niespokojna, dręczona jest przez złego ducha, któremu służyła w pożądliwościach i złych czynach. Jeśli zaś spokojnie i w radości – rozpoznaje anioła pokoju, który wezwie do życia. Tak kieruje życiem dusza rozumna.
Plotyn, a za nim Augustyn Aureliusz, uważali, że duszę ludzką zwać raczej wypadałoby nie "rozumną", lecz "myśleniem obdarzoną". 
W okresie późniejszym dokonywał się proces dalszej subtelnej analizy pojęcia duszy. Oto np. rozważania jednego z genialnych ojców Kościoła katolickiego: Dusza w swym wnętrzu obejmuje stronę umysłową i zmysłową. Pierwsza zawiera w sobie umysł i wolę. (...) Umysł z natury swej ulega poruszeniu ze strony tego czynnika, który go oświeca ku poznaniu prawdy, co bynajmniej nie leży w zamiarach diabła, który raczej pragnie zaćmić rozum człowieka, by przyzwolił na grzech. Tego rodzaju zaćmienie pochodzi od fantazji oraz pożądania zmysłowego. Dlatego wewnętrzne oddziaływanie diabła, jak się wydaje, dotyczy tych dwóch czynników. Przez wpływ na którykolwiek spośród nich diabeł może przywieść człowieka do grzechu; potrafi bowiem tak działać na wyobraźnię, że wywoła w niej zamierzone przez się obrazy, i tak wpływać na popędy zmysłowe, że wzbudzi w nich odpowiednie uczucia. 
Niekiedy tego rodzaju oddziaływanie zachodzi podczas snu. Św. Tomasz z Akwinu w Sumie teologicznej (t. 12) kontynuuje: Gdy zwierzę lub człowiek śpi, wielka ilość krwi zstępuje do narządów zmysłowych, a równocześnie występują w nich pewne zmiany, które wynikają z oddziaływania bodźców zmysłowych, przechowują się w pamięci i wpływają na wyobraźnię tak, iż człowiekowi wydaje się, że wyobrażenia te pochodzą od zewnętrznych podniet. Tego rodzaju poruszenie miejscowe bodźców nerwowych, a także płynów w ciele ludzkim może być dziełem szatanów, zarówno wtedy, gdy człowiek śpi, jak i wówczas, gdy czuwa. Na skutek zaś tego rodzaju poruszeń budzą się w nim pewne wyobrażenia.
Podobnie ruch serca i pobudzenia nerwowe mogą wzbudzić w popędach zmysłowych pewne uczucia, w czym także diabeł może dopomóc. A gdy te uczucia pojawiają się, człowiek staje się bardziej wrażliwy na poznanie tego, co idzie po linii tych uczuć, podobnie jak zakochani nieraz w rzeczach najmniej podobnych widzą obraz istoty ukochanej... Na skutek zaś podniecenia uczuciowego człowiek postanawia uczynić to, co zostało podsunięte wyobraźni; kto bowiem znajduje się pod urokiem jakiegoś uczucia, uznaje za dobro to, do czego uczucie go skłania. W ten sposób diabeł może wewnętrznie przywieść człowieka do grzechu. 
Nawiązując jakby do tych rozważań, niektórzy autorzy wskazywali na bezpośrednią więź, swoiste podobieństwo funkcjonowania duszy i ciała. Poeta Zygmunt Krasiński pisał:
Dusza jest jak ciało:
Gdy się raz psuje, a nadpsutej części
Od zdrowych siłą nie oderwiesz całą,
Złe się rozbiegnie i wszędzie zagęści.
 
* * *
Powiada się powszechnie, że dusza jest nieśmiertelna, ale nie ma jedności zdań co do tego, czy jest stwarzalna, czy też jest wieczna także w kierunku przeszłości. Gdyby była wieczna, to powstaje pytanie o miejsce przebywania duszy przed jej wcieleniem, jak też po śmierci ciała. Rodzi się też pytanie dotyczące możliwości licznych następujących po sobie reinkarnacji, czyli zagadnienie metempsychozy. Nie ma w tej kwestii jasności ani jedności zdań. 
Gottfried Wilhelm Leibniz pisał, iż mówiąc, że dusza człowieka jest nieśmiertelna, każemy trwale istnieć temu, co sprawia, że ta sama osoba utrzymuje swoje moralne właściwości oraz zachowuje sumienie, czyli wewnętrzne refleksyjne poczucie, kim jest, dzięki czemu staje się zdolna do przyjęcia kary i nagrody. Zachowywanie osobowości nie występuje jednak w zwierzęcych duszach i dlatego zamiast nazywać je nieśmiertelnymi, wolę mówić, że są nieprzemijające. Owo nieporozumienie spowodowało jednak, jak się wydaje, poważną niekonsekwencję w nauce tomistów oraz innych świetnych filozofów, którzy wszystkim duszom przypisywali niematerialność oraz niepodzielność, a z wielką szkodą dla nieśmiertelności ludzkiej duszy nie chcieli uznać jej niezniszczalności. Jan Szkot (co oznaczało dawniej "pochodzący z Irlandii" Eriugena), słynny autor z czasów Ludwika Pobożnego i jego synów, opowiadał się za zachowywaniem wszystkich dusz. Nie rozumiem więc, dlaczego mniej niestosownie jest przypisywać trwałość atomom Epikura lub Gassendiego niż kazać nieprzerwanie istnieć wszystkim rzeczywiście prostym i niepodzielnym substancjom, które są jedynymi i prawdziwymi atomami natury. Toteż Pitagoras słusznie mówi u Owidiusza: "Morte carent animae" – "Nasze dusze nie podlegają śmierci".
 [Zabawnym momentem w wywodach Leibniza jest założenie, iż fakty zależą od naszych o nich domniemań: jak myślimy, tak też jest. Cóż za naiwne złudzenie!]. I w tym przypadku może być jednak tak – choć niekoniecznie tak jest – że człowiek przerażony perspektywą niebytu bierze (lub podaje) to, co pożądane (lub wymarzone) za rzeczywiste. Są sprawy, o których nie możemy sądzić czegokolwiek z pewnością, lecz skazani jesteśmy na przypuszczenia, a rozum ludzki, być może, nie powinien w ogóle się nimi zajmować. 
* * *
Wypada w tym miejscu przypomnieć, że praindoeuropejczycy (paleoeuropejczycy, czyli aryjscy przodkowie Bałtów, Cymbrów, Gepidów, Słowian, Celtów, Germanów, Itałów, Scytów, Turańczyków (Turów), Sarmatów, Persów), zamieszkujący przed kilkoma tysiącleciami obszerne połacie między Dunajem, Dnieprem i Wisłą na zachodzie, a Południowym Uralem i Zachodnią Syberią na wschodzie, wierzyli w reinkarnację, czyli w wędrówkę dusz. Z tym, że istniało kilka dość istotnie różniących się ze sobą odmian tej doktryny. 
Zasadniczo uważano duszę za wieczną tułaczkę wciąż na nowo zmieniającą swe cielesne mieszkanie. Dusze stykały się, zbliżały do siebie i znów oddalały w coraz to nowych inkarnacjach. W ten proces potrafili ponoć ingerować kapłani za pomocą modlitw i zaklęć, powodując wcielanie się z zaświatów tych czy innych wybitnych dusz w ten czy inny poczynany embrion. Wierzono, że dusza zmarłego po śmierci poprzedniego ciała ponownie wciela się w dopiero powstający zarodek ludzki i rozpoczyna kolejny żywot na ziemi. Wyznawano pogląd, iż dusza zabitego lub zmarłego śmiercią naturalną człowieka wciela się albo natychmiast, albo w ciągu 3-9 dni, nie później wszelako niż na dzień czterdziesty, w nowe ciało dopiero poczynanego dziecka. Dlatego śmierć ciała fizycznego uważano za coś zgoła nieistotnego i przejściowego lub wręcz pozytywnego, ponieważ tworzącego możliwość przejścia w ciało młodsze, zdrowsze, sprawniejsze. 
Wyobrażano sobie, iż ktoś zabijający swego wroga lub krewniaka czuje duszę ofiary, co się manifestuje w stanie specyficznego pobudzenia duszy mordercy. Duch zabitego może dokuczać swemu mordercy nocnymi koszmarami lub jakąś inną formą obecności i domagać się od niego zadośćuczynienia. Dusze niektórych zmarłych uporczywie upraszają krewnych, aby ci pomogli im wrócić do świata żywych. Obecność zmarłego także w tym przypadku wyraża się w niespokojnych snach, marach wpół na jawie, napadach trwogi i lęku. Młodzi członkowie rodziny mogą odczuwać spotęgowanie i napór do aktywności seksualnej – to znaczy, że dusza zmarłego jest niezadowolona ze swego aktualnego położenia i nalega na jak najszybszym powrocie do ziemskiej wspólnoty rodzinnej. 
W pewnym okresie zaczęto uważać, że spokój może przynieść tylko jedno – znalezienie się i ponowne narodzenie duszy w nowym ciele. Bywa też tak, że dusza po śmierci jest "emocjonalnie" przywiązana do swego ciała, unosi się nad nim, przebywa koło niego i usiłuje jakoś do niego wrócić. Znaleziono na to środek: należało ciało (jako "dom" duszy) spalić. Po tym akcie dusza zabitego rychło znajdowała nowe siedlisko. 
Rytuał palenia zwłok miał więc służyć przyśpieszeniu procesu uwalniania się duszy z więzi z już niepotrzebnym ciałem. Spalenie ciała miało otworzyć przed duszą zmarłego najłatwiejszą drogę do wejścia w nowe ciało w chwili poczęcia. Później ten rytuał traktowano jako akt nabycia nowego życia i zmartwychwstania na tamtym świecie, a samo spalenie zwłok zastąpiono nabożeństwem żałobnym i modłami za dusze zmarłych. 
Pierwsi Ariowie uważali, że życie jest piękne; później, wraz ze zmęczeniem genów, przyszły poglądy pesymistyczne. Nawet sam brak śmierci ostatecznej i fascynującą wędrówkę duszy z ciała do ciała zaczęto odczuwać jako coś uciążliwego, przykrego, smutnego. Gdy narody się starzeją, starzeją się także ich filozofie. 
A przecież "patrijana" (pitrijana, szlak przodków), czyli nieustająca wędrówka dusz ze świata wyższego (z otchłani zaświatów) na ziemię i z powrotem oraz związane z tym nadawanie imienia dziadka wnukowi (odnotowywane do dziś wśród Słowian, Bałtów, Germanów) jest czymś zgoła feerycznym i wspaniałym, czymś, z czego należy się cieszyć a nie zamartwiać. 
Nieprzypadkowo autor jednej z najstarszych upaniszad Czchandogia pisał w poetyckim i metaforycznym stylu o duchach przodków: One wracają do nas tą samą drogą, którą odeszły. Na początku stają się eterem, potem wiatrem, następnie dymem, a wreszcie mgłą i obłokiem. Z chmur wylewają się na ziemię płodonośnym deszczem i znów się rodzą tutaj, w brzuchach matek… 
Gdy materiał genetyczny dawnych Ariów ulegał zmęczeniu, tonacja ich tekstów filozoficznych stawała się coraz bardziej posępna i pesymistyczna. Nadchodziła era buddyzmu. 

* * *
Kończąc rozmowę o duszy zadajmy sobie pytanie: Dlaczego dzieci bywają tak zdziwione, zaskoczone i zakłopotane, gdy się dowiadują, że życie na ziemi nie jest wieczne? Czyżby nie dlatego, że ich anielskie dusze przynoszą Stamtąd wiedzę o tym, że ich życie jest przecież wieczne i niezniszczalne? Na tym świecie owa wiedza musi ulec zapomnieniu w obliczu przemijania życia materialnego, lecz religie przechowują w swym złotym skarbcu tę najwyższą, dostępną dla umysłu ludzkiego mądrość.
 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 7/2019

KALENDARZ "M.W." NA DRUGIE PÓŁROCZE

SERCU BLISKIE ROCZNICE

  • Wolność mierzyli krzyżami
  • Orzeł Biały z Pogonią się zbratałi

POLITYKA

  • Na bieżącoi

 NASZA WIARA

  • Wakacje – czasem pielgrzymowania
  • W hołdzie Chrystusowej golgocie

POZNAJMY POLSKĘ

  • Konkurs Instytutu Polskiego w Wilnie
  • Swarzewo – "Kaszubska Częstochowa"

SPORT

  • Nigdy na deskach

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach "na saratowskim szlaku"

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O mowie

Nasza księgarnia

Wilno po polsku
Stanisław Moniuszko w Wilnie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie

Wiadomości (wp.pl)