Pokoleń kresowe pomosty pamięci. Śladami matki na Ziemi Święciańskiej

drukuj
Maria Bożena i Jerzy Dudowie , 27.04.2017

"Surmy po pułkach grały, ale serca były ściśnięte. Każdy patrząc na owe mury, myślał sobie w duszy: "Miły domie, zali cię zobaczę jeszcze w życiu? Wyjechać łatwo, ale wrócić trudno. A przecie każdy część jakowąś duszy w tych miejscach zostawiał i pamięć słodką. Więc wszystkie oczy zwracały się po raz ostatni na zamek, na miasto, na wieże kościołów i kopuły cerkwi, i dachy domów. Każdy wiedział, co tu zostawiał, a nie wiedział, co go tam czekało w owej sinej dali, ku której dążył…". (Henryk Sienkiewicz "Ogniem i mieczem", tom I).

Często powracam myślą do tego przejmującego opisu pożegnania – wyruszających na wojnę wojsk Jeremiego Wiśniowieckiego z rodzinnymi Łubniami. W niezwykły sposób oddaje on stan uczuć tych wszystkich, którzy musieli z różnych powodów porzucić ziemię ojczystą ze świadomością, że tam już nigdy nie powrócą, że nie będzie wolno im powrócić… 
To uczucie jest obecne w świadomości milionów Polaków, którzy w połowie minionego wieku zostali siłą usunięci z Kresów Wschodnich Rzeczypospolitej. Niektórzy z nich najpierw trafiali na bezkresne, dzikie i nieludzkie ziemie Syberii, inni wraz z zakończeniem działań drugiej wojny światowej byli repatriowani na zupełnie im obce tak zwane Ziemie Odzyskane.
Taki los był również udziałem mojej rodziny, od pokoleń zamieszkującej ziemie należące do rodziny Dąbrowskich. Były to majątki: Marguciszki, Becze i Lipowo wraz z zaściankami: Zalesie, Dębowo, Rogówka, Zarzecze, Aloksa; z łąkami Odryna, Stare Pasieki, z lasami i wodami. Stanowiły one część gmin Kiemieliszki (dzisiaj Białoruś) oraz Podbrodzie (dzisiaj Litwa). Ziemiami tymi, po śmierci mojego dziadka Piotra Dąbrowskiego w 1923 roku, zarządzała babcia Michalina Dąbrowska. Dziadkowie mieli troje dzieci: Piotra, Reginę i Irenę – moją mamę. 
Irena Dąbrowska na początku lat trzydziestych poślubiła Leona Krawackiego, pochodzącego z Zachodniej Ukrainy. Leon Krawacki, mój ojciec, był dyrektorem dużej szkoły zawodowej w Wilnie, uczestnikiem wojny polsko-sowieckiej 1920 roku.
Irena z Dąbrowskich i Leon Krawacki mieli pięcioro dzieci: Bohdana (1930), Teresę (1932), Juliusza (1933), Marię Bożenę – autorkę tej relacji (1935) i Jana (1936). Leon Krawacki zginął w Marguciszkach w 1937 roku z rąk jednego z sowieckich agitatorów, od których w tych latach zaroiło się polsko-sowieckie pogranicze.
Nadchodziły niespokojne czasy, "rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne wydarzenia". Zwłaszcza na pograniczu wyczuwało się duże poruszenie, nagle pojawiali się nieznani ludzie poszukujący pracy, a jednocześnie wykazujący niezdrowe zainteresowanie sprawami, które ich w żaden sposób nie dotyczyły, rozpytywali o nastroje społeczne wśród ludzi te tereny zamieszkujących. Nie budzili zaufania. Na liniach kolejowych można było zaobserwować zwiększony ruch pociągów. Radio i prasa bez przerwy donosiły o wzrastającym napięciu pomiędzy Polską i jej wielkimi sąsiadami. Wszystko wskazywało na to, że i wśród zamieszkującej Ziemię Święciańską społeczności może dojść do trudnych do przewidzenia zmian i że mogą one nastąpić bardzo szybko. 
W tej sytuacji seniorka rodu Dąbrowskich, babcia Michalina zdecydowała się na dokonanie podziału dziedzicznej ziemi pomiędzy swoje dzieci: Piotra, Reginę i Irenę. Podział ten został dokonany w Sądzie Okręgowym w Wilnie. Mojej mamie Irenie w udziale przypadło Lipowo z zaściankami. Po dokonanym podziale mama z piątką dzieci nadal zamieszkiwała w przestronnym dworze w Marguciszkach. Tam wszyscy urodziliśmy się, tam też wzrastaliśmy. W pamięci zapisały się na trwałe niektóre obrazy, zdarzenia pogodnego, radosnego dzieciństwa. Opuszczając rodzinny dom, zachowaliśmy wspomnienia, które potem, w trudnych chwilach życia dodawały siły i wiary w to, że niedobry czas nie będzie trwać wiecznie. 
Zapamiętałam naszą opiekunkę, jednocześnie opiekującą się naszym domem – panią Malwinę Łukiańcową. Jej córeczka Helenka była jakby szóstym dzieckiem naszej mamy. Na równych prawach uczestniczyła z nami w zabawach, wycieczkach, wyprawach. Pamiętam też naszą guwernantkę – bonę, młodą Francuzkę, która miała za zadanie nauczyć nas języka francuskiego. Byłam oburzona, kiedy na jednym ze spacerów wiatr zerwał jej kapelusz, a Bohdan, najstarszy brat udając, że goni za tym kapeluszem, podrzucał go tak, by wiatr unosił go jeszcze dalej… Słyszę gromki głos babci Michaliny, która wielką sympatią darzyła swoje psy (w obejściu była ich cała sfora), zwołującej swoje pupile: "Pieski, moje pieski…". Zbiegały się szybko, jakby wiedziały, że babcia je uwielbia. I ten pochód z babcią na czele ruszał na długi spacer nad stawy, nad rzekę. Zwykle na końcu kroczył na swoich krótkich nóżkach jamnik Fafik. Płakaliśmy, kiedy przed wyruszeniem zesłańczego pociągu z Podbrodzia na Syberię przybiegł na stację i wszelkimi sposobami starał się wcisnąć do wagonu, co było niemożliwe. Czekał do ostatniej chwili, a potem długo biegł za oddalającym się pociągiem…
W 1937 roku Bohdan i Tereska rozpoczęli naukę w szkole powszechnej w Kiemieliszkach. Pozostałe dzieci już nie zdążyły, przeszkodził wybuch drugiej wojny światowej. Na Ziemię Święciańską wkroczyli Sowieci. Niemal z marszu przystąpili do masowych wywózek na Syberię. Mama zabrała nas do Lipowa – to było trochę dalej od większych miejscowości. Liczyła, że tam uda się przetrwać straszny czas, że nikt tam nas nie znajdzie. Sowieci wykazali się jednak żelazną konsekwencją, wywieźli z tego terenu wszystkich większych posiadaczy ziemskich, inteligencję, duchownych. I do nas dotarli, zostaliśmy ofiarami wielkiej, ostatniej wywózki w czerwcu 1941 roku, tuż przed wybuchem wojny niemiecko-sowieckiej. 
Sam moment wywózki był dramatyczny. Akurat w tym dniu my, dzieci, zostałyśmy same w domu. Mama musiała dla załatwienia ważnych spraw – innych wtedy nie było – wyjechać do Święcian. Nieczęsto tak się zdarzało, ale mama od najmłodszych naszych lat kształtowała w nas samodzielność, umiejętność radzenia sobie. "Kierownictwo" nad grupą przejmował Bohdan, a my staraliśmy się być mu posłuszni. 
Tym razem sytuacja stała się nadzwyczajna. Na rozkaz sowieckich sołdatów musieliśmy przygotować się do wielkiej drogi, w czym z pewną pomocą – pod nieobecność mamy – pośpieszyli sąsiedzi. Wiele o wywózkach w domu mówiło się, ale w końcu wydawało się, że o nas zapomnieli, że wywózka nas ominie. Stało się inaczej. Podwodą, która przyjechała do Lipowa z Marguciszek, dotarliśmy na stację kolejową w Podbrodziu. Wpakowano nas do już zatłoczonego bydlęcego wagonu. W jakiś sposób zaalarmowana mama dotarła do nas w ostatniej chwili, życzliwi nam ludzie wcisnęli woreczek kaszy, suchary, trochę ciepłej odzieży. Wprawdzie było lato, ale wszyscy znali cel drogi – daleką Syberię, gdzie wszystko jest inaczej. To pozwoliło przetrwać wielotygodniową podróż do miejsca zesłania, którym okazał się Barnauł w Kraju Ałtajskim. 
Wiele lat minęło od tamtych czasów. Przeleciało nasze życie. Nie wszyscy bohaterowie opisanych wydarzeń żyją, ale pamięć ziemi rodzinnej zawsze nam wszystkim towarzyszyła. Wystarczyło przymknąć oczy, by utrwalone dziecięcą pamięcią obrazy powracały z całą siłą. Dwór, zabudowania gospodarskie, dwa studzienne żurawie – jeden dla domu, drugi gospodarczy i przeróżne, tylko nam znane, tajemnicze ścieżki i przejścia – miejsca naszych zabaw dziecięcych, o których nie sposób zapomnieć. 
Trudne warunki powojenne, potem dorosłe życie, sprawy rodzinne, praca zawodowa sprawiły, że nie planowaliśmy – mama i ja z rodzeństwem – wyjazdu na Litwę, by odwiedzić rodzinne strony. Siłą sprawczą podjęcia decyzji o wyprawie na ojczystą ziemię był odnaleziony w Internecie przez kuzyna Krzysztofa Krawackiego artykuł "Zagadkowy wazon", zamieszczony w "Magazynie Wileńskim" w nr. 11/2005. 
Opowiadał o tym, jak do redakcji tego miesięcznika przyszedł "stały czytelnik, pan Jan, wilnianin", który robiąc generalne porządki ubiegłego lata w swoim gospodarstwie na Wołokumpiach, wśród licznych nieużytecznych przedmiotów, nagromadzonych przez dziesięciolecia, natrafił na intrygujący metalowy przedmiot. "Pan Jan był zdumiony, gdy odkrył, iż jest to wazon na kwiaty, zrobiony z… gilzy armatniej…". W dolnej części wazonu zachowała się czytelna inskrypcja: "Panu Dyrektorowi Szkoły Zawodowej Dokształcającej – Instytut Rzemieślniczy w Wilnie. Absolwenci III roku mech. i elektr. 1936/1937". 
Pan Jan zadał sobie wiele trudu, by w Centralnym Archiwum Historii Litwy odnaleźć protokół egzaminu końcowego z języka polskiego w klasie III "elektrycznej", odbytego 7 czerwca 1937 roku, w którym wymieniono nazwisko dyrektora oraz nauczycieli szkolnych. Byli to: dyrektor Leon Krawacki (mój ojciec), jako przewodniczący komisji egzaminującej oraz Halina Wierzbicka – członkini komisji, a także Józefa Terajowiczówna i Teodora Duszyńska – członkinie asystentki. W protokole podano tematy prac pisemnych oraz nazwiska dwunastu uczniów, którzy do egzaminu przystąpili. 
Dla mnie przejmującym momentem było uświadomienie sobie, że ojcu puchar ten wręczono w miesiącu czerwcu 1937 roku, zapewne na krótko przed jego tragiczną śmiercią w Marguciszkach. Dzięki wspaniałej redakcji "Magazynu Wileńskiego" udało mi się skontaktować z Panem Janem, jesteśmy wstępnie umówieni na spotkanie wiosną 2017 roku. To będzie niemal dokładnie w osiemdziesiątą rocznicę tego ważnego dla mojej rodziny wydarzenia.
Bardzo późno dowiedziałam się o tym, że można uzyskać pewne zadośćuczynienie za dobra pozostawione poza granicami Polski. Przedstawiłam stosownemu urzędowi prośbę o uznanie dokumentów Sądu Okręgowego w Wilnie, o dokonanym przez babcię Michalinę Dąbrowską podziale majątku, w części dotyczącej mojej mamy Ireny Krawackiej. Decyzja Sądu określa szczegółowo wielkość przypadających na mamę ziem, zaścianków, zabudowań. Okazało się, iż dodatkowo należy dołączyć dokumenty potwierdzające, że przed zesłaniem na Sybir ziemie te były własnością mamy, że nie zostały sprzedane. W przypadku braku takiego dokumentu należało przedstawić oświadczenia świadków, sąsiadów, że to była rodzinna posiadłość, do ostatniej chwili zamieszkiwana przez mamę i jej dzieci. 
Zwątpiłam w możliwość załatwienia tej sprawy, jednak za namową moich dzieci Anny i Michała zwróciłam się do redakcji "Magazynu Wileńskiego" z prośbą o pomoc. Redakcja zamieściła mój list, naświetlający sytuację mojej rodziny, w 10. numerze miesięcznika z 2016 roku. Staraniem redakcji list ukazał się również w innych wydaniach polskich: "Tygodniku Wileńszczyzny" i "Naszej Gazecie". 
Odzew na ten list przeszedł wszelkie oczekiwania. Mimo że od dnia naszego wygnania z Ziemi Święciańskiej upłynęło ponad 75 lat, znaleźli się ludzie, którzy o rodzinie Dąbrowskich, o naszej mamie, a także o nas, jej dzieciach, pamiętają. Zachowała się wśród mieszkających tam ludzi dobra pamięć o Marguciszkach, Beczach i Lipowie, także o ich mieszkańcach. 
Dziewięć osób wyraziło chęć złożenia oświadczeń. Pierwszy telefon otrzymaliśmy od Państwa Ireny i Kazimierza Babiczów. Ojciec Pana Kazimierza miał posiadłość koło Lipowa, a u Ireny i Leona Krawackich pracował jako kowal i pszczelarz. Pani Irena opowiedziała, że wiele lat po wojnie jej teściowie wspominali Irenę Krawacką i zastanawiali się, czy przeżyła z dziećmi syberyjskie zesłanie. Z wielką pomocą w sprawie odnalezienia świadków pospieszył również wójt gminy Maguny pan Piotr Pietkiewicz, który osobiście dotarł do kilku pamiętających naszą rodzinę osób. 
W niektórych rodzinach pamięć o latach przedwojennych stała się niemal tradycją. Przekazywano z pokolenia na pokolenie opowieść o "rządach" Dąbrowskich, Krawackich, o panujących niegdyś zwyczajach, o pracy, zatrudnieniu stałym i czasowym do różnych robót gospodarskich. Już pierwsze telefoniczne rozmowy, naznaczone wzruszeniem, były zwiastunem czegoś niezwykłego. Zachwycała piękna, z tym cudownym "zaśpiewem" polszczyzna rozmówców, przez tyle lat zachowana w niezmienionym kształcie, a przecież tę ziemię kresową dotknęło ciężkie doświadczenie lat wojennych, okupacji i sowieckiej władzy.
Nie bacząc na porę roku, postanowiłam wybrać się – wraz z dziećmi Anną i Michałem, także z kuzynem Maciejem Jeśmanowiczem, którego przodkowie wywodzą się również z tych ziem – w rodzinne strony. Ale na krótko przed starannie zaplanowanym wyjazdem ciężko zachorowałam, znalazłam się w szpitalu. 
Postanowiliśmy jednak z wyjazdu nie rezygnować, zbyt wielkie wzruszenie i napięcie towarzyszyło prowadzonym z rodakami rozmowom. Ustaliliśmy, że mimo mojej nieobecności Anna, Michał i Maciej ruszą w podróż, odwiedzą wszystkie osoby, które odpowiedziały na nasz apel, wyraziły chęć spotkania i rozmowy, dotrą do rodzinnych ziem, wykonają zdjęcia dokumentujące wyprawę, stworzą współczesny obraz tego, co kiedyś było wartością świętą.
I tak się stało. Anna, Michał i Maciej przebywali na terenie Litwy w dniach 10-15 listopada 2016 roku. W dalszej części mojej opowieści to im właśnie oddaję głos.

Wnukowie śladami dziadkówZ relacji Anny Dudy
Pierwszą wizytę składamy u Jana Siemaszko, obecnie mieszkańca Korkożyszek. Pan Jan ma 86 lat. W latach 1928-1945 zamieszkiwał w Dębówce, miejscowości, sąsiadującej z dobrami Ireny Krawackiej. Znał naszą babcię Irenę, bo jego żona Maria Munduć chodziła z babcią do jednej klasy. 
Z kolei pani Paulina Komaiszko, którą na co dzień opiekuje się córka, pani Maria, od 1927 roku do chwili obecnej mieszka w Kłaczunach, leżących tuż obok Lipowa, rodzinnego majątku naszej babci. 
Pani Paulina powiedziała nam: "Znałam Irenę Dąbrowską-Krawacką bardzo dobrze, kolegowałyśmy się. Mieszkałam koło niej. Znałam też jej brata Piotra Dąbrowskiego, który był właścicielem majątku Becze i często jeździł konno po okolicy…". Przypomniała sobie, że w gospodarstwie Ireny Krawackiej zatrudnionych było ponad trzydziestu pracowników, a wszyscy mieli do dyspozycji domy, stanowiące własność właścicieli majątku. Pracowali w stajniach, oborach i w kuźni.
Po zesłaniu Ireny Krawackiej na Sybir dwór w Lipowie stał pusty; po wejściu Sowietów w 1944 roku został przydzielony rodzinom sprowadzonym z głębi ZSRR. Dzisiaj po dworze i po domkach pracowników nie ma śladu, w tym miejscu uruchomiono zakład torfowy. Jeszcze długo po wywiezieniu Ireny Krawackiej z piątką dzieci wspominano tę rodzinę, zastanawiano się nad jej losem na Syberii.
Pani Maria Kardis, kolejna nasza rozmówczyni w latach 1930-1952 była mieszkanką Kiemieliszek. Ta miejscowość miała status gminy, do której m.in. należały: Marguciszki, Becze, Lipowo. Odległości między tymi wsiami nie były duże. Pani Maria potwierdza, że dobrze pamięta babcię Irenę, z jej córką Teresą uczęszczała do tej samej klasy szkoły powszechnej w Kiemieliszkach. Siostra pani Marii w okresie żniw zatrudniała się do prac polowych w majątku babci. Siostra ta poślubiła syna pani Malwiny Łukiańcowej, zajmującej się dworem i jego kuchnią. Łukiańcowie zajmowali jeden z domów na terenie posiadłości. 
Pani Maria dokładnie zapamiętała dwór i obejście, bo po ślubie siostry często ją tam odwiedzała. Dwór w Lipowie był parterowy, na podmurówce, zbudowany z modrzewiowych bali, dach spadzisty pokryty dębowymi gontami. Przed wejściem był ganek, wewnątrz – sześć pokoi mieszkalnych, wielki salon i kuchnia. Tuż przed wybuchem wojny nieopodal dworu zbudowano wielką odrynę. Osobliwością dworu była duża, nowoczesna jak na owe czasy, łaźnia z kamiennym piecem. Służyła nie tylko mieszkańcom dworu, ale w określonych terminach wszystkim, którzy chcieli z niej skorzystać. 
To była majętna posiadłość, pełna bydła rogatego, trzody chlewnej i ptactwa. Dumę Lipowa stanowiły konie, "lepsze" – do jazdy w siodle, zaprzęgowe i robocze. Przylegająca do stajni i powozowni kuźnia służyła przede wszystkim gospodarstwu, ale świadczyła także usługi wszystkim potrzebującym. Pani Łukiańcowa, podobnie jak wszyscy "funkcyjni" pracownicy, miała do dyspozycji własny, otrzymany od babci dom.
Lipowo otaczały gęste lasy dębowe, bukowe i modrzewiowe, to w nich miały miejsce sławne na całą okolicę grzybobrania. Do dworu, od północnej strony przylegał duży sad owocowy. Dojazd do dworu wyznaczała aleja lipowa, tak cudownie latem pachnąca, wzdłuż której rozlokowano prawie sto uli. Uroku dodawały dwa duże, pełne ryb stawy. Tuż za nimi i wokół nich – rozległe torfowe rojsty. Zdradliwe, zdarzały się bowiem przypadki, że trzeba było szybko z bagna wyciągać nierozważnych spacerowiczów.
Kończąc swoje wspomnienia, pani Kardis dodaje: "Irena Krawacka, według osób, które u niej pracowały, i tych, które ją poznały, była "bardzo dobrą panią". U wszystkich pozostała w serdecznej pamięci…".
Pan Kazimierz Babicz w latach 1936-1952 mieszkał w Rudziszkach, nieopodal Lipowa. Swoją opowieść o tamtych czasach snuje, posługując się głównie wiadomościami, które przekazywał mu ojciec Franciszek, zatrudniony w majątku babci w charakterze kowala. Babiczowie nie mieszkali na terenie Lipowa, mieli własny, osiemnastohektarowy majątek w Rudziszkach. Pan Franciszek zawód kowala zdobył podczas służby w wojsku. Ponieważ nie zawsze miał wystarczająco dużo pracy w kuźni, wykorzystano więc jego zamiłowanie do pszczelarstwa, powierzając opiece wielką lipowską pasiekę. 
Dzieli się on wspomnieniami, których źródłem były rodzinne opowieści: "Po zakończeniu wojny moja mama i mój tato bardzo często wspominali Irenę Krawacką, zawsze mówili o niej "dobra pani". Mojej mamie pani Irena dała wiele rad z zakresu zdrowego żywienia i innych rzeczy, które uważała za ważne i przydatne w życiu. Pani Irena Krawacka, z tego, co pamiętam, posiadała pięćset hektarów…". Dalej dodaje: "W czasie wojny Sowieci wysyłali właścicieli wielkich posiadłości na Syberię. Mój ojciec miał niewiele ziemi, więc wywózki się nie bał. Pani Irena Krawacka była dziedziczką dużego majątku ziemskiego, a to był powód, dla którego Sowieci zesłali ją w 1941 roku…". Był to ostatni transport Polaków-właścicieli ziemskich na Syberię, parę dni później wkroczyli do nas Niemcy…".
W swoim obecnym domu w Nowej Wilejce pan Kazimierz ma trzy obrazy, przedstawiające ziemie należące przed wojną do rodziny Krawackich. "Obrazy te zostały specjalnie dla mnie namalowane. Bardzo kocham tę ziemię" – powiedział. 
Niezmiernie wzruszające są wspomnienia pani Heleny Komaiszko, córki pani Malwiny Łukiańcowej, prowadzącej kuchnię i dom babci Ireny Krawackiej w Lipowie. Pani Helena była mieszkanką Marguciszek od urodzenia aż do zakończenia działań drugiej wojny światowej. O tamtych latach, spędzonych "w cieniu" rodziny Dąbrowskich, opowiada tak: "Pani Irena Krawacka pozwalała mi bawić się i opiekować swoimi dziećmi, bo byłam od nich starsza. A było tych dzieci pięcioro: najstarszy – Bohdan, ale wołaliśmy na niego "Um", potem kolejno: Tereska-Lala, Juliusz-Luczek, Bożena-Pupa oraz najmłodszy Jan – "Jaś wędrowniczek". 
Pani Irena traktowała mnie jak córkę, a kiedy podrosłam, powtarzała: "ja cię wydam za mąż". Byłam prostą chłopką, ale razem z dziećmi Krawackich jadałam przy jednym stole, a pani Irena zabierała mnie razem z nimi na wycieczki do Wilna. Mogłam siedzieć z całą rodziną Krawackich w jednej ławce w kościele w Kiemieliszkach (bo oni mieli tu swoją ławkę). Pamiętam, jak podczas pewnego pobytu w Wilnie lataliśmy samolotem, pływaliśmy statkiem po Wilii. Pamiętam ponadto dobrze parobków z majątku: Aluchnę, Olechnowicza, Sawicza, Dewejkę, Dzięgę. Oni mieszkali w domach na terenie majątku. 
Bardzo dobrze zapamiętałam jak "stara Dąbrowska" (Michalina Dąbrowska, matka Ireny Krawackiej) dzieliła swoje ziemie. Miała ich dużo, ponad tysiąc hektarów, ale była bardzo skąpa. Po śmierci męża długo zwlekała z podziałem dóbr, doszło do tego dopiero pod koniec lat trzydziestych minionego stulecia… W 1941 roku Irenę i jej dzieci Sowieci wywieźli. Bardzo płakałam za nimi. Z Syberii pani Irena napisała do mojej mamusi list, w którym prosiła, by pilnowała jej ziemi, bo gdy wojna się skończy, wróci do nas z zesłania. Niestety, nigdy już nie wróciła. To była dobra pani. Bardzo za nią tęskniłam".
Wszystkie spotkania i rozmowy, jakie prowadziliśmy w imieniu naszej mamy, przebiegały w niezwykłej atmosferze. W każdym domu oczekiwał na nas zastawiony stół, dostojni gospodarze stworzyli niepowtarzalny klimat dla rozmów i wspomnień. Byliśmy wzruszeni naturalną szlachetnością starszych przecież ludzi, którzy tak życzliwie i otwarcie zgodzili się porozmawiać z nami o odległych bardzo czasach. Tym bardziej odebraliśmy to jako coś nadzwyczajnego, bo przecież w ostatniej chwili złożona chorobą nasza mama nie mogła tu osobiście się stawić, musiała odłożyć swój przyjazd na przyszłość. Staraliśmy się więc możliwie najgodniej ją reprezentować. Pomogła w tym ogromnie wzruszająca gościnność gospodarzy, czuliśmy się tak, jakbyśmy znali tych ciepłych, serdecznych ludzi od dawna. 
To, że mogliśmy spotkać świadków, pamiętających czasy przedwojenne, moją Prababcię Michalinę, moją Babcię, jej brata Piotra – prawdziwy cud. Nie umiem opowiedzieć – jakże niezwykła była to podróż dla nas, wychowanych po wojnie potomków rodziny Dąbrowskich. Poza piękną ziemią nie pozostało po naszych przodkach nic. Jednak pamięć ludzi, opowieści, jakie usłyszeliśmy o tamtych jakże odległych dla nas czasach, dały nam zupełnie inną perspektywę zrozumienia – kim jesteśmy…
Co ciekawe, dzięki spotkaniom ze świadkami zostały zidentyfikowane dotychczas nieznane nam osoby na starych zdjęciach z albumu rodzinnego. Są to: ksiądz Wojniusz i hrabia Przemieniecki, którego posiadłości ziemskie sąsiadowały z majątkiem Babci. 
Każde spotkanie – to wielkie wzruszenie, przywracanie pamięci o miejscach związanych z naszą babcią, mamą. Dzięki uprzejmości gospodarzy mogliśmy dotrzeć do Lipowa, Beczy, Marguciszek. Brnęliśmy przez śnieg biały, puszysty, jakiego nie widzieliśmy w naszych stronach od lat. Piękna podwileńska ziemia, tonąca w nieskazitelnej bieli, i smutek, bo po dworach, domach, zabudowaniach nie ma śladu. Jedynie w Lipowie, tam, gdzie stał dwór naszej babci – szare budynki zakładu wydobywającego torf. Tylko rzeka płynie jak przed laty, pozostały zarośnięte stawy, lasy, o których miejscowi mieszkańcy jeszcze dziś mówią: "lasy Dąbrowskich". 
Ten powrót do rodzinnych korzeni był nam poruszającym wielkim przeżyciem. Za wszystko najpiękniej dziękujemy tym, którzy nas przyjmowali: panu Piotrowi Pietkiewiczowi – wójtowi gminy Maguny, paniom Paulinie i Marii Komaiszko, pani Helenie Komaiszko i panu Edwardowi Andrukańcowi, który panią Heleną się opiekuje, panom Janowi i Stefanowi Siemaszkom, Państwu Irenie i Kazimierzowi Babiczom oraz pani Marii Kardis. W naszych spotkaniach uczestniczył Pan Łukasz Kaźmierczak, wicekonsul Rzeczypospolitej Polskiej w Wilnie. 
Przez cały czas odczuwaliśmy wsparcie redakcji czasopisma "Magazyn Wileński", który otworzył przed nami drogę krótkiego powrotu do drogich nam miejsc. Wierzymy gorąco, że wiosną 2017 roku powtórzymy, wraz z naszą mamą, tę niezwykłą trasę, powrócimy raz jeszcze do rodzinnego źródła, gdzie wszystko się zaczęło. O tej ziemi ani babcia, ani mama i jej bracia nigdy nie zapomniały. Ta ziemia była dla nich wartością największą, owianą tęsknotą i miłością, która nigdy nie ustaje. 
Zdjęcia: Michał Duda i z rodzinnego albumu

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 5/2017

5/2017

TO JUŻ 400 NUMERÓW 
"MAGAZYNU WILEŃSKIEGO"!

NASZA WIARA 

  • 100-lecie objawień fatimskich
  • "Ciebie, Boże, wysławiamy"

POLITYKA

  • Na bieżąco

LITERATURA

  • "Hymn na cześć życia, potężny i promienny"
  • Dawała sercom moc czynu, zdrój siły

TRADYCJA WCIĄŻ ŻYWA

  • Palm wileńskich czar
  • Mimo wszystko – spotykamy się na Piaskach

 OŚWIATA

  • Rozwinąć skrzydła

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • Wspomnienia więzienne

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O litości

SZTUKA

  • Abakany okryły się kirem

 

Nasza księgarnia

Pejzaż Wilna. Wędrówki fotografa w słowie i w obrazie
Wilno po polsku

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie