Zagadkowy wazon stał się relikwią

drukuj
Henryk Mażul, 21.07.2017
Fot. Henryk Mażul

Po 80 latach z pomocą "Magazynu Wileńskiego"

Historia, o której poniżej, kryje pewien posmak tego, co się zwie "nie do wiary!". A zaczęła się po tym, kiedy na jesieni 2005 roku w progi redakcyjne zawitał nasz stały czytelnik Jan Kaszkiewicz, zamieszkały na wileńskim Wołokumpiu. Otóż, robiąc generalne porządki w gospodarstwie, ku własnemu zdziwieniu natrafił na intrygujący metalowy przedmiot. Był to wykonany z łuski armatniej wazon, ozdobiony elementem dekoracyjnym – misternie wyciętymi w metalu dębowymi liśćmi oraz z wygrawerowanym napisem:
Panu Dyrektorowi
Szkoły Zawodowej
Dokształcającej 
Instytut Rzemieślniczy w Wilnie
Absolwenci III roku mech. i elektr.
1936/37.
Nie mógł pan Jan cokolwiek więcej powiedzieć o tym zagadkowym wazonie prócz przypuszczenia, że w jego posiadanie trafił najpewniej wraz z majątkiem przejętym po stryjecznej siostrze, w żaden sposób aczkolwiek nie związanej ze wzmiankowaną placówką oświatową w napisie dedykacyjnym. Wazon ten miał zatem swego bezimiennego posiadacza. I to właśnie chęć rozwikłania kto zacz sprowadziła do nas serdecznego przybysza. W nadziei, że po zamieszczeniu na łamach "Magazynu" odpowiedniej wzmianki być może nastąpi jakiś odzew ze strony czytelników.
Rozwikłania tej zagadki podjął się Witalis Masian, który dzięki przysiadaniu fałd w Centralnym Państwowym Archiwum Historycznym w znacznym stopniu uchylił jej rąbka, ustalając na podstawie dokumentów, że dyrektorem usytuowanej w Nowej Wilejce zawodówki w roku szkolnym 1936/1937 był Leon Krawacki, sygnujący własnym podpisem wydawane świadectwa ukończenia nauki. To właśnie jemu uczniowie, ustaleni zresztą z imion i nazwisk, w dowód wdzięczności ufundowali ten puchar-wazon.
Zamieszczony w listopadowym numerze z roku 2005 naszego miesięcznika tekst autorstwa Witalisa pt. "Zagadkowy wazon" wieńczył apel do naszych czytelników o ewentualne uzupełnienie szczegółów poprzez kontakt z redakcją. Ten, niestety, pozostał jakoś bez echa, co usprawiedliwialiśmy ulotną ludzką pamięcią i szmatem czasu, który zdążył upłynąć, oraz kwitowaliśmy nieco markotnymi minami.
Do tematu wypadło jednak niespodziewanie wrócić kilka lat temu. Wtedy to bowiem, ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu, stawiła się w redakcji przebywająca w Wilnie pani Maria Bożena Duda, a przedstawiwszy się jako córka Leona Krawackiego, opowiedziała arcywzruszającą historię o swoim rodzicu, który – jako współwłaściciel rozległych posiadłości ziemskich w rejonie święciańskim – został przed wybuchem II wojny światowej w dworze w Marguciszkach zastrzelony przez jednego z sowieckich agitatorów, od których zaroiło się akurat polsko-sowieckie pogranicze. Pani Maria Bożena pamięta o nim niewiele, gdyż liczyła ledwie latek parę, choć do dziś przypomina, jak to zgarniał całą piątkę swych pociech, a sadowiąc je na ramionach i rękach przypominał choinkę oczepioną rozradowanymi bombkami.
Boleśnie owdowiała Irena Krawacka nadal zamieszkiwała z dziećmi w przestronnym dworze w Marguciszkach. Po tym, jednak, gdy wraz z wybuchem II wojny światowej Wileńszczyzna trafiła pod sowieckie panowanie, masowe wywózki na Syberię nie ominęły też potraktowanej za tzw. kułaków rodziny Krawackich. Pewnego czerwcowego dnia 1941 roku matka wraz z gromadką dzieci, z których najstarsze liczyło wówczas lat 11, zostały niczym ptaki wypłoszone z rodzinnego gniazda i po wielotygodniowej podróży bydlęcymi wagonami znalazły się w położonym zda się na krańcu świata Barnaule w Kraju Ałtajskim.
Przebywali tam przez całych lat sześć, a nie wszystkim dane było przetrwać tę gehennę. Do dziś za każdym razem do łez skłania panią Marię Bożenę zdjęcie ich klęczących przy grobie siostrzyczki Teresy, która na wieki została w nieludzkiej syberyjskiej ziemi. Po upłynięciu terminu zesłania zostali odtransportowani do Polski, gdzie coraz bardziej rządziła się nasadzona z Moskwy komunistyczna władza, przez co nie mieli łatwego życia, postrzegani jako tzw. wraży element. Radzili sobie jak tylko mogli, brnąc przez życiowe trudności.
Los chciał, by pani Maria Bożena w młodości zetknęła się z wyczynowym uprawianiem wioślarstwa. Po części w pamięć po ojcu, który niegdyś startował na skiffie. Umocniony na zesłaniu hart ducha sprawił, że poprzez galernicze treningi zrobiła zawrotną karierę, aż 23 razy w różnych liczebnie osadach stając na najwyższym stopniu podium mistrzostw Polski. Co więcej, będąc przez lat 13 w reprezentacyjnej kadrze i startując z orzełkiem na piersi wraz z koleżankami czwórki ze sternikiem zdobyła w roku 1963 "brąz" w regatach o mistrzostwo Europy. Ma satysfakcję szczególną, że ich gospodarzem była akurat Moskwa, a, jak przypomina, parły do mety, żarliwie tłukąc wiosłami o wodę i dopingując się wzajem antysowieckimi okrzykami, mającymi stanowić pomstę za wszystkie zniewagi, jakich doznał Naród Polski od "towarzyszy" spod czerwonej gwiazdy.
Trudne warunki powojenne, potem dorosłe życie, sprawy rodzinne i praca zawodowa spowodowały, że nie dane było pani Marii Bożenie wraz z mamą za jej życia odwiedzić rodzinne strony na Ziemi Święciańskiej, które wszak gęsto jawiły się we wspomnieniach i snach. Uczyniła to sama, a siłą sprawczą, która spowodowała ów przyjazd, była m.in. wyczytana po latach przez kuzyna Krzysztofa Krowackiego w "Magazynie Wileńskim" informacja o jej ojcu – dyrektorze Szkoły Zawodowej Dokształcającej w Wilnie, którego dosięgła sowiecka kula, a którego bezimienno-imienny puchar znalazł się w szczęśliwym posiadaniu Jana Kaszkiewicza.
Zdrowotne perypetie pani Marii Bożeny powodowały pewien upływ czasu, nim nastąpiło iście historyczne przekazanie przezeń wazonu o rozwikłanej do końca zagadce. Co się jednak odwlekło, bynajmniej nie uciekło, jako że 3 lipca br., podczas kolejnego pobytu w Wilnie pani Marii Bożeny, noszącej po mężu nazwisko Duda, wraz z córką Anną, w naszej redakcji doszło w końcu do bezpośredniego spotkania z panem Janem. 
Spotkania okraszonego jakże niekłamanym wzruszeniem, kiedy wreszcie pani Maria Bożena, nie wstydząc się łez, mogła niczym matka dziecko przytulić do piersi bezcenną relikwię po spoczywającym na cmentarzu w Kiemieliszkach ojcu Leonie. Relikwię jedyną, gdyż na Syberię zostali wywiezieni – jak to było w sowieckim zwyczaju – zupełnie znienacka i nie było mowy, by zabrać coś z jego rzeczy osobistych.
Pani Maria Bożena, nie nawykła sięgać w rozmowie po słowa do przysłowiowej kieszeni, miała wielki problem, by ująć w nie wdzięczność: jak panu Janowi Kaszkiewiczowi za ocalenie wazonu, tak też redakcji, za spowodowanie, że ten mógł (równo po 80 latach!) znaleźć się w jej rękach. Podzięka dla nas miała zresztą też tak zwane drugie imię. Chodzi bowiem o to, że ostatnio pani Maria Bożena ubiega się o uzyskanie pewnego zadośćuczynienia za dobra pozostawione poza granicami Polski. Do urzędowych dokumentów, jakie zostały w tym celu przedstawione, konieczne okazały się ponadto poświadczenia sąsiadów, że przed wywiezieniem na Syberię Marguciszki i okolice w rzeczy samej stanowiły rodzinną posiadłość, do ostatniej chwili zamieszkiwaną przez mamę Irenę i jej dzieci.
Na prośbę pani Marii Bożeny w numerze 10 "Magazynu Wileńskiego" z roku 2016 zamieściliśmy skierowany apel do ludzi starszej daty, którzy z autopsji pamiętają tamte cokolwiek odległe już czasy i mogą potwierdzić, że było tak, jak było. By spotęgować rezonans, poprosiliśmy też o zamieszczenie tego listu-prośby kolegów w "Tygodniku Wileńszczyzny" i w "Naszej Gazecie". 
Odzew mógł przejść najśmielsze oczekiwania, gdyż aż 9 osób wyraziło chęć złożenia stosownych poświadczeń. Co zresztą uczyniły dla przybyłych w połowie listopada ubiegłego roku dzieci pani Marii Bożeny – córki Anny i syna Michała, w niezwykle serdecznych wspomnieniach przywołując byłych właścicieli Marguciszek i sąsiednich zaścianków, co powoduje, że odzyskanie wzmiankowanej rekompensaty za pozostawione na Ziemi Święciańskiej dobra nabrało zdecydowanie bardziej realnych kształtów.
Ostatni pobyt pań Marii Bożeny i Anny w naszej redakcji wydłużył się na dobrych godzin kilka, przekształcając się w nad wyraz serdeczną dzienną rodaków rozmowę, okraszoną symboliczną lampką szampana oraz słodkimi dodatkami do herbaty. A było czego posłuchać, gdyż pani Maria Bożena otwierała raz po raz jakże wzorowo uporządkowaną szufladę pamięci, uzupełniając rodowe ciekawostki w mowie skrzętnie przechowywanymi licznymi fotografiami sprzed kilkudziesięciu lat. Przy pożegnaniu obiecała natomiast, że wspomnieniami z własnego nie usłanego różami życia podzieli się na stronach ukochanego przez nią "Magazynu Wileńskiego".
 

 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 8/2017

8/2017

PATRIOTYZM NIEJEDNO MA IMIĘ

  • W hołdzie tym, co kulom się nie kłaniali
  • Wolności wierni
  • "Jeszcze Polska nie zginęła"

POLITYKA
Na bieżąco

  • Jak Litwini postrzegali polskie odrodzenie?

OŚWIATA

  • Polonistyka wybroniona! I co dalej?
  • Absolwenci jubileuszowego roku
  • "Setkami" okraszona matura

MUZYKA

  • Osiecka śpiewana też w Wilnie

LITERATURA

  • "Banita boski to mój los"
  • Na 120. rocznicę śmierci Adama Asnyka

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

O szlachetności

TU I TAM BIJĄ POLSKIE SERCA

  • "Jasna Góra" w Naddniestrzu

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach na "saratowskim szlaku"

Nasza księgarnia

Wilno po polsku
Pejzaż Wilna. Wędrówki fotografa w słowie i w obrazie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie