"Diament" trenera Mulaka

drukuj
Opracował Henryk Mażul, 13.06.2019

2019 – rokiem stulecia Polskiego Komitetu Olimpijskiego

Wielichowo – małe miasteczko opodal Wolsztyna. Głęboka prowincja. Kierownik mleczarni, a mamy akurat 3 sierpnia 1929 roku, pan Stanisław Krzyszkowiak przeżywa nerwowy dzień. Czeka na rozwiązanie poważnej sprawy. Urodzi się mu syn czy córka? Syn! Na chrzcie dano mu dwa imiona: Zdzisław Ludwik.
31 lat później w dostojnym mieście zwanym wiecznym zdobył dla swego kraju najcenniejsze trofeum, po jakie może sięgnąć sportowiec: złoty medal olimpijski. Kiedy wszedł na najwyższy stopień podium, powstało ze swych miejsc sto tysięcy ludzi. Stanęli na baczność wielcy i mali tego świata, przybysze z wielu krajów. Grano bowiem hymn tego kraju, dla którego syn mleczarza z Wielichowa zdobył najbardziej prestiżowy olimpijski laur.
Ojciec nie sposobił syna na sportowca. Zdzisław był bowiem drobną, delikatną istotką. Często chorował. "Wychowa się – mówiła matka. – Zobaczysz, ile jeszcze będziemy mieli z niego pociechy. Trudne dzieciństwo czasem zapowiada szczęśliwą przyszłość".
Jako niemowlę ciągle spał. Przechodził wiele chorób wieku dziecięcego, także krzywicę. Miał przeraźliwie wątłe, rachityczne nóżki. W następstwie tej choroby przestał chodzić. A więc jest to opowieść o człowieku, który dwa razy uczył się chodzić. Z takiego to dziecka wyrósł później najlepszy biegacz na świecie.
Nie rozwijajmy tematu ciężkich czasów, jakie przeszła rodzina Krzyszkowiaków. Mieli przecież także twarde okupacyjne lata. Po wojnie Zdzisław uczył się w zawodowej szkole w Ostródzie. Gdy był w klasie trzeciej, nauczyciel postraszył dwóją tych, którzy wymigają się od biegów na dystansie 2 000 metrów. Koledzy się naśmiewali: "Taki chudy, zaraz się złamie". Gdy wygrał, ktoś powiedział: "Byłeś bomba". Budziło się wtedy akurat i rozwijało życie sportowe. Jeden z kolegów namówił go, by zaczął biegać. Spróbował: najpierw na małych prowincjonalnych zawodach, później – w Olsztynie. Wahał się, miał kompleksy, że nie dorówna innym. 
"W starych pożyczonych tenisówkach, w podniszczonych dresach wyglądałem jak kopciuszek. Biegłem ulicami miasta za plecami wszystkich. Bałem się wyprzedzać z obawy, że zabłądzę. Bolały mnie stopy, a pod moimi miękkimi tenisówkami czułem kamienie" – wspominał Krzyszkowiak swój pierwszy w życiu bieg uliczny, w jakim wystartował jesienią 1949 roku w stolicy Warmii i Mazur.
Gdy w roku 1950 zdobył zawód elektryka, dostał od razu powołanie do wojska, a trafił do podoficerskiej szkoły piechoty w Mrągowie. Tym, którym to miasto kojarzy się z luzacką zabawą i festiwalami muzyki country, trzeba od razu wyjaśnić, że na początku lat 50. była to miejscowość całkowicie zdominowana przez wojsko, zaś w tej formacji o jakimkolwiek luzie nie mogło być mowy. Wprost przeciwnie – w tamtejszej jednostce panował dryl, a poddawani mu byli przede wszystkim świeżo powołani do służby poborowi.
Mimo że Zdzisław miał już za sobą pierwsze sukcesy w biegach, nikt na terenie jednostki nie dostrzegał jeszcze w szczupłej sylwetce Krzyszkowiaka sportowego talentu, więc – jakby na ironię – przydzielono go – chudziaka i słabeusza – do plutonu CKM. Wiadomo, że cekaemiści – to ludzie z karabinami maszynowymi. Łagodny niczym baranek młodzieniaszek sposobił się więc na srogiego wojaka. Zresztą, służba wojskowa miała wywrzeć najistotniejszy wpływ na jego życie. Prawdę mówiąc, w ówczesnych warunkach kraju właśnie wojsko zapewniało najszybszy i najpewniejszy awans życiowy obywatelom z prowincji.
By temu sprostać, niezbędny był jednak nie lada hart ducha. Na poligonie w Mrągowie Krzyszkowiakowi tak dawano w kość, tak męczono nocnymi alarmami, iż pewnego dnia… zasnął podczas marszu. Widać jednak wojskowa szkoła życia była mu potrzebna, bo w przyszłości ten mężczyzna-chucherko wykazywał w walce sportowej cechy gladiatora.
Po jakimś starcie raptem odkrył w sobie pasję. "Kiedy zacząłem bieg, miałem uczucie, jakby mi sił nie ubywało, lecz przybywało. Plecy się wyprostowały. Po biegu zmęczenie szybko ustępowało, ale co najważniejsze, przekonałem się, że wcale nie jestem słabszy i mniej wytrwały od rówieśników" – wspominał po latach. 
Zaczął więc śmielej trenować. W biegu ulicznym w Olsztynie zajął trzecie miejsce za renomowanymi zawodnikami. Po raz pierwszy usłyszał pochwałę. Przeciskał się przez tłum widzów stojących na ulicy. Ktoś spojrzał, trącił stojącego mężczyznę i powiedział: "Patrz, to ten, który był trzeci. Będzie chyba z niego niezły zawodnik".
Sukcesy na bieżni sprawiły, że został przeniesiony do Kompanii Sportowej w Wojsku Polskim, skoszarowany w Warszawie wraz z armią innych socjalistycznych "gladiatorów", wypuszczanych na arenę, gdy wybijała godzina imprez wówczas najważniejszych z najważniejszych – wszelkiego typu spartakiad. Ów sport za czasów PRL-u, oparty na zasadach entuzjazmu i najczystszego amatorstwa miał – mimo wszystko – nieopisany urok, zwłaszcza gdy znalazło się w otoczeniu tak wspaniałych ludzi, jakimi byli w tamtych czasach czołowi trenerzy lekkoatletyki z Janem Mulakiem na czele.
Mulak, przedwojenny działacz Polskiej Partii Socjalistycznej, propagator spółdzielczości, no i człowiek z otwartą głową, był nawet zaraz po wojnie kandydatem na premiera. Ponieważ nie za bardzo godził się na łączenie swojej idei socjalizmu z typowo komunistycznymi rozwiązaniami, przenoszonymi do Polski ze Związku Radzieckiego, został odstawiony jako polityk na bocznicę. Pozwolono mu działać tylko na jednym polu – w sporcie, a w szczególności w sporcie wojskowym.
Z zapału i mądrości Mulaka zrodził się niezwykły sztab szkoleniowców Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Wspaniały Zygmunt Zabierzowski, bohater Powstania Warszawskiego, poprowadził sprint. Najlepiej wykształcony, władający biegle kilkoma językami obcymi Wacław Gąssowki, przedwojenny oficer, objął biegi średnie. Zwykły kolejarz, Tadeusz Starybrat-Starzyński zajął się trójskokiem. Całe to barwne towarzystwo doprowadziło w ciągu zaledwie kilku lat polską lekką atletykę do takiego poziomu, że ich wychowankowie raz po raz ustanawiali rekordy świata, zbierali imponujące medalowe żniwo, a w meczach międzypaństwowych gromili wszystkie inne kraje. Tak się zrodził budzący powszechny podziw "wunderteam", w którym Krzyszkowiak jaśniał gwiazdą pierwszej wielkości.
Już w początkach kariery towarzyszył mu pech. Raz podczas treningu zainteresował go nagle trójskok. W drugiej próbie skoku źle wylądował i skręcił nogę. Z trudem dowlókł się do domu. Noga puchła z minuty na minutę. Udał się do lekarza. Gdy wyjaśnił, że jest biegaczem, lekarz spojrzał na niego ze zdumieniem i powiedział: "Człowieku, jeśli nie chcesz zostać kaleką na całe życie, to raz na zawsze skończ z tym sportem. To nie dla ciebie". 
Można sobie wyobrazić, co przeżywał młodzieniec na samym początku prób wejścia w świat sportu wyczynowego. Takie i inne kontuzje będą prześladować go niemal przez cały czas. Ale zostawmy te smutne sprawy. By śledzić stałe postępy Krzyszkowiaka, wypada się przenieść do Wałcza, gdzie zaledwie pełnoletni wówczas późniejszy złoty medalista olimpijski w asyście kolegów i trenera Jana Mulaka rozpoczęli właśnie swoje słynne później leśne galopy. Bieg przez las. Truchtanie, skoki przez rowy, rozpadliny, wystające korzenie. Forsowny trening, ale w pewnym sensie także zabawa. Można krzyczeć, ile sił w piersiach. Rozpierała ich radość niczym rozbawione dzieci.
Warto to przypomnieć, gdyż tak się rodziła wielka klasa polskich biegaczy. W warunkach bez porównania trudniejszych niż później – w nastroju beztroski, ale na fundamencie ogromnej pracy, którą wykonywali nie z myślą o zyskach materialnych, lecz marząc, by kiedyś być po prostu sławnymi. Czasy były trudne, wielu młodych ludzi wybierało sport, bo ten dawał szansę: mógł otworzyć przed nimi szeroki świat.
W roku 1955 biegający coraz lepiej Zdzisław Krzyszkowiak – przyszywany warszawiak – postanowił zerwać z żołnierskim trybem życia. Codzienne dojazdy z baraku kompanii sportowej na obiekty Akademii Wychowania Fizycznego, gdzie trenował, zabierały mu zbyt wiele czasu. Był to przejazd przez całe miasto. W dodatku wypadało niejednokrotnie wisieć wraz z innymi pasażerami u drzwi pędzącego tramwaju w formie "winogron", co nie sprzyjało budowaniu sportowej formy. Wobec tego załatwił sobie przeniesienie do odrębnego pionu wojskowego – z CWKS Warszawa do WKS "Zawisza" Bydgoszcz, gdzie zamieszkał w osiedlu "Leśna", tuż obok klubowego stadionu.
W "Zawiszy" była już wtedy grupa świetnych lekkoatletów, a z czasem klub stał się nawet równą CWKS "Legia" lekkoatletyczną potęgą. Wiceprezes "Zawiszy" Edmund Milecki wraz z trenerem Mieczysławem Mućką otoczyli Krzyszkowiaka szczególną opieką. Od strony szkoleniowej "Krzyś" wypracował sobie na treningach niebywałe przyspieszenie, ćwicząc zapamiętale interwały, oznaczające, że w ciągu minuty potrafił trzykrotnie zdobyć się na gwałtowne zrywy na dystansie 60-70 metrów. Taki trening pozwalał potem z łatwością gubić rywali. "Szarpnięcia" Krzyszkowiaka stawały się dla nich wręcz nie do odparcia.
Był na tyle mocny, że wysłano go wraz z reprezentacją biało-czerwonych na Igrzyska Olimpijskie do Melbourne w 1956 roku. W biegu na 10 kilometrów, do którego początkowo został wystawiony, klasą dla siebie mieli być ówcześnie najbardziej sławni – Rosjanin Włodzimierz Kuc i Anglik Gordon Pirie. Krzyszkowiak trzymał się za nimi dzielnie i linię mety minął jako czwarty.
Pobiegł także w biegu przeszkodowym. Popchnięty na ostatniej przeszkodzie przez Amerykanina Jonesa upadł, ale do mety dotarł z ranami na kolanach. Wiedział, że już nie wystartuje w finale. W dodatku w wiosce olimpijskiej pogryzł go w łydkę zły pies, co spowodowało zakażenie i gorączkę. Wcześniej, po biegu na 10 000 metrów, kiedy gratulował Kucowi zwycięstwa, ten niechcący nastąpił mu na nogę i boleśnie zranił palec kolcem od pantofla. Nie dziw, że wrócił smutny do kraju. Przeczytał w prasie notatkę: "Krzyszkowiak wycofał się z biegu…". Mógł mieć pretensje do losu, że ten pozbawił go szansy występu w olimpijskim finale w biegu przez przeszkody.
Za to mistrzostwa Europy w Sztokholmie z nawiązką wynagrodziły te niepowodzenia w dwa lata później. To były dni pełne radości z podwójnego triumfu. W biegu na 10 000 metrów zdeklasował rywali, osiągając na ostatnim kilometrze czas 2.39,0! Na drugi dzień po biegu byłem tak połamany, że trudno było chodzić – wspominał Krzyszkowiak. – Ogarnęło mnie przerażenie. Przede mną jeszcze eliminacje na 5 kilometrów i pewnie finał. Czy dam radę? Noga mi trochę dokuczała, ale niektórzy koledzy śmiali się i mówili: "Ty, Krzysiu, kulejesz już z przyzwyczajenia". 
Pogoda im wyraźnie nie sprzyjała, gdy stanęli do rywalizacji na dwakroć krótszym dystansie. Od rana padał deszcz, przechodzący chwilami w ulewę. Bieżnia wyglądała jak bajoro. Tempo było ostre. Krzyszkowiak sunął miękko, unikając rozlewisk wody. Usadowił się w środku grupy i tak przebiegł około 4 kilometrów, aby rozstrzygnąć wszystko długim finiszem. Towarzyszył mu Kazimierz Zimny. 
Oto ostatni kilometr i Zimny zrywa się coraz mocniej do przodu. Natychmiast pojawia się drugi Polak. Ofensywa rozpoczęta. Zgubili rywali. Biegną krok w krok. Krzyszkowiak przyspiesza i wpada na metę o blisko dwie sekundy przed Zimnym. 
Warszawa witała go jako bohatera. Całej drużynie zgotowano zresztą gorące przyjęcie. Na placu Defilad zgromadziło się kilkanaście tysięcy ludzi. Zdzisław przywiózł dwa medale, a cała ekipa polska jeszcze sześć z tego samego najcenniejszego kruszcu. Obok Krzyszkowiaka mistrzami Europy zostali: Barbara Janiszewska w biegu na 200 m, Jerzy Chromik w biegu na 3 000 m z przeszkodami, Józef Szmidt w trójskoku, Edmund Piątkowski w rzucie dyskiem, Tadeusz Rut w rzucie młotem oraz Janusz Sidło w rzucie oszczepem. To był dopiero polski "wunderteam"!
Pod wrażeniem występów polskiego biegacza był legendarny za życia Emil Zapotek. Po finałowym biegu na 10 000 m podszedł do Krzyszkowiaka, uścisnął mu dłoń i powiedział, że Polak jest obecnie najlepszym biegaczem na świecie. Nie mylił się.
Występ w Sztokholmie sprawił, że w plebiscycie "Przeglądu Sportowego" został wybrany najlepszym sportowcem Polski w 1958 roku, a dziennikarze sportowi uznali Polaka najlepszym biegaczem na świecie. Od przełożonych w wojsku dostał za te medale skodę. Po remoncie, z zepsutymi kołami, ale wtedy auto to było luksusem.
Olimpijski rok 1960 nakazywał podwójnemu mistrzowi Starego Kontynentu sprzed dwóch lat wzmożenie obciążeń na treningach. Ich efektem był ustanowiony 26 czerwca w Tule w meczu z ZSRR rekord świata w biegu na 3 000 metrów z przeszkodami – 8.31,4. Może właśnie wówczas osiągnął to, o czym marzy każdy zawodnik: pełnię wielkości. Cudowna harmonia każdego ruchu, nieskażona wysiłkiem. Każdy atak Rosjan odpierał jakby od niechcenia. Kontrolował tempo. Sunął długim miękkim krokiem i nie utracił spokoju, kiedy Nikołaj Sokołow wyprzedził go na 200 metrów przed metą. Wtedy Krzyszkowiak znowu przyśpieszył i na 30 metrów zdobył 5-metrową przewagę. W tabeli najlepszych wyników światowych Polak ustąpił miejsca Polakowi. Rekord Jerzego Chromika z pamiętnego meczu z USA w Warszawie został pobity.
Znów Wałcz. Znowu te same lasy i łąki. Forsowne footingi ramię w ramię z kolegami. Wyjazd na Igrzyska do Rzymu. Tu finał biegu na 3 000 metrów z przeszkodami odbywał się w upale. W powietrzu zastygł żar, a bieżnia była tak sucha, że niemal nie było znać śladów kolców biegaczy. Dreptali w miejscu na starcie. Krzyszkowiak jeszcze raz popatrzył na Nikołaja Sokołowa i Siemiona Rżyszczyna. "Ci dwaj będą najgroźniejsi. Rozwiną silne tempo. Wiedzą, że mają słabszą końcówkę niż ja… Na pierwszy ogień pójdzie Konow i poświęcą go, aby wyczerpał jak najwięcej moich sił".
Tak właśnie było. Konow – na czele. Ma coraz większą przewagę. Krzyszkowiak wciąż w drugiej grupie i nawet jej nie przewodzi. Zmęczony Konow zaczyna odpadać. Jego rola skończona. Teraz Sokołow na czele, aż o osiem metrów przed Krzyszkowiakiem. Dopiero wtedy Polak przyspiesza i metr po metrze nadrabia dystans do uciekających rywali. Słabną. Prowadzi Sokołow. Tuż za nim Krzyszkowiak. Na przeciwległej prostej Sokołow próbuje sprintu. Krzyszkowiak nie traci ani metra. Widać, że ma jeszcze duży zapas sił. 
Ostatnie okrążenie. Połowa wirażu. Krzyszkowiak wciąż drugi. Przeciwległa prosta. Tylko 250 metrów do taśmy. Rosjanin próbuje kolejnego ataku. Oderwał się. Natychmiastowy kontratak. Teraz następuje rozstrzygający finisz Polaka. Zobaczył, że od kolejnej przeszkody dzieli ich 30 metrów, więc mija błyskawicznie przeciwnika, aby pierwszy przeskoczyć ponad płotem.
Sokołow jakby stanął w miejscu. Załamał się. Jeszcze rów z wodą. Ani kropla nie trysnęła spod pantofli. Finisz Krzyszkowiaka nabiera jeszcze większego rozpędu. Już ma 17 metrów przewagi. Ostatnia prosta. Teraz ogląda się, sprawdzając jak daleko został Sokołow. Daleko! Więc lekko zwalnia. Dobiega do mety swobodnym, zupełnie rozluźnionym krokiem. Wygrał czysto, ale na mecie nie krył zmęczenia. Oparł się na przeszkodzie ciężko dysząc. Po chwili podniósł głowę, jakby szukając oczyma rozradowanych na trybunach rodaków, jakby chcąc im powiedzieć: "Nie było to łatwe. Ten złoty medal to dla was i dla mnie".
W roku 1961 mistrz olimpijski został znowu zaatakowany przez Rosjan. Nie dał za wygraną, kiedy reprezentant tego kraju Grigorij Taran zabrał mu rekord świata. Na ten lekkoatletyczny atak ZSRR odpowiedziała natychmiast "dywizja" polskich przeszkodowców pod dowództwem niezmordowanego w pracy trenerskiej Jana Mulaka. Była to operacja nie tyle pod hasłem "Wał Pomorski" ile "Wałcz Pomorski". Krzyszkowiak miał do pomocy Edwarda Motyla, Zygfryda Donarskiego, Władysława Sztwiertnię, Edwarda Owczarka i "tempomachera" Mariana Stupkiewicza, ale miał też niewyleczone, bolące jak diabli ścięgno Achillesa. Znowu przyszło mu zacisnąć zęby i biec ile sił do mety. Udało się. Taran uzyskał w Kijowie – 8.31,2, a Krzyszkowiak ukończył bieg w Wałczu w 8.30,4. 
Ten ustanowiony 10 sierpnia 1961 roku drugi w karierze rekord świata w biegu na dystansie 3 000 m z przeszkodami stanowił zwieńczenie jakże wymownej kariery sportowej. Znaczonej oprócz sukcesów na arenie międzynarodowej pięknymi sukcesami również "na własnym podwórzu", czego potwierdzeniem trzynaście tytułów mistrza Polski w biegach na 5 000 m, 10 000 m, 3 000 m z przeszkodami, w przełajach na dystansach 3 000 m i 6 000 m oraz 6-krotne wpisywanie się na listę rekordzistów kraju.
Zdrowie było już nazbyt sterane. W roku 1963 wielki mistrz pożegnał się z bieżnią. Został trenerem. W bydgoskim "Zawiszy" stworzył świetną grupę biegaczy na średnich i długich dystansach. Był najsławniejszym mieszkańcem pomorskiej metropolii. Cóż z tego… Odnoszących sukcesy pierwszorzędnych lekkoatletów zaczęli odsuwać w klubie na bok drugorzędni piłkarze. Trafił się wśród nich jeden szczególnie arogancki, który pozwolił sobie na obrazę mistrza olimpijskiego, pełniącego wówczas obowiązki trenera, dbającego o kondycję piłkarzy "Zawiszy". Ten bezczelny gracz nazywał się… Zbigniew Boniek.
Obrażony Krzyszkowiak zrezygnował z pracy w "Zawiszy", w randze pułkownika przeszedł na wojskową emeryturę i, przeniósłszy się na powrót do Warszawy, został pilotem wycieczek zagranicznych, wykorzystując znajomość niemieckiego. Towarzysząc turystom niemieckim na polowaniach, przypominał czasy sportowej młodości, buszowanie po leśnych ostępach wraz z Janem Mulakiem.
Był związany z Polskim Komitetem Olimpijskim. To właśnie jako jego przedstawiciel u schyłku roku 1999 przybył do Wilna, by wręczyć nagrody zwycięzcom zainicjowanego przez miejscowy klub sportowy "Polonia" konkursu z okazji 80. rocznicy utworzenia PKOl-u. Jeździł po kraju jako ambasador sportu, spotykał się z młodzieżą, opowiadając o swojej przygodzie z wyczynowym sportem.
O kłopotach zdrowotnych – jak się wydaje – dawno zapomniał. W roku 2001 atoli dawne stresy odezwały się raz jeszcze. Słynny sportowiec wylądował w szpitalu z ciężką chorobą jelit. I znowu silna wola pozwoliła mu wyjść z kolejnej opresji. Krzyszkowiakowi pisane były – widać – radości i cierpienia wyraźnie na przemian. Te ostatnie zrosły się z nim szczególnie. Obliczył, że jedynie od 1959 roku dokuczały mu i przerywały trening aż 27 razy najrozmaitsze kontuzje i choroby. Nic więc dziwnego, że znany dziennikarz sportowy Bohdan Tomaszewski swą książkę poświęconą "Krzysiowi" opatrzył tytułem "Kariera z kolcami", mając na myśli te na nogach lekkoatletów i te losu.
Zmarł 24 marca 2003 roku, a miejsce wiecznego spoczynku znalazł na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach. Dziś, gdy nikt z polskich długodystansowców nie nadąża za dwudziestym piątym nawet Kenijczykiem czy Marokańczykiem już nie o sekundy, lecz o cale minuty, sukcesy Krzyszkowiaka, z jednej strony wielkiego mistrza, a z drugiej – cierpiętnika bieżni, nabierają wymowy szczególnej. Podobnie jak wymowy szczególnej "życia po życiu" nabiera nazwany w Bydgoszczy jego imieniem stadion "Zawiszy". 
Temu "życiu po życiu" służy też zainicjowana przez drugą żonę mistrza – Krystynę, z którą na ślubnym kobiercu stanęli w imieniny Piotra i Pawła 1963 roku, wystawa, gromadząca liczne pamiątki po mężu: medale (z tym najcenniejszym – olimpijskim włącznie), dyplomy, koszulki, spodenki i kolce, w których startował, oraz krocie zdjęć fotograficznych, zatrzymujących w czasie różne mgnienia z 74-letniego jego życiorysu. O sukcesach sportowych, przed którymi nie sposób nie schylić czoła, przypomina ponadto krótkometrażowy film, ukazujący również te najbardziej znaczące triumfy: z mistrzostw Europy w Sztokholmie oraz z Igrzysk Olimpijskich w Rzymie.
Z wystawą tą dzięki inicjatywie niestrudzonego orędownika sportu na Wileńszczyźnie Michała Sienkiewicza z Ejszyszek, który z panią Krystyną Krzyszkowiak spotkał się przypadkiem u grobu jej męża na Powązkach, oraz dobrym chęciom prezesa Solecznickiego Oddziału Rejonowego Związku Polaków na Litwie Zdzisława Palewicza, owa wystawa w pierwszych dniach kwietnia 2007 roku przywędrowała też w nasze strony, czemu towarzyszyli jej komisarz Ryszard Traczyk i Krystyna Krzyszkowiak. Początkowo przez dni kilka niezwykła ekspozycja zagościła w solecznickim Centrum Kultury oraz była prezentowana w szkołach rejonu, a po czym można ją było obejrzeć w holu Domu Kultury Polskiej w Wilnie.
 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 8/2019

OŚWIATA

  • Studia nadal pożądane

POLITYKA

  • Na bieżąco

KULTURA

  • Intensywne lato "Wileńszczyzny"

ROCZNICE, JUBILEUSZE

  • "(...) trawy pachną i więdną po polsku"
  • Matka "Solidarności"

SPORT

  • Irennisima

W PRZESZŁOŚĆ ZAPATRZENI

  • Spotkanie po 60 latach
  • Ożyło Wilno, ożył Mickiewicz
  • Ku średniowieczu i wikingom

PODRÓŻE DALEKIE I BLISKIE

  • Malta – "rozdroże" między Afryką i Europą

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach na "saratowskim szlaku"

MĄRDOŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O bezsensie sensu

Nasza księgarnia

Wilno po polsku
Pejzaż Wilna. Wędrówki fotografa w słowie i w obrazie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie