Trójskokiem na Olimp

drukuj
Opracował Henryk Mażul, 10.10.2019

2019 – rokiem stulecia Polskiego Komitetu Olimpijskiego

Józef Szmidt, który dwukrotnie trójskokiem wspiął się na złoty szczyt Olimpu – jako syn Feliksa Jana i Igi Niewolik – urodził się 28 marca 1935 roku w Miechowicach na Śląsku. Teraz – to dzielnica Bytomia, a wtedy były to Niemcy. "Mówiłem wyłącznie po niemiecku – wspomina. – Gdy skończyła się wojna, zamieniono nam nazwisko ze Schmidt na Szmidt. Brat Eberhardt został Edwardem, siostra Ingrid – Iwoną. Trzeba było się uczyć polskiego. Łatwo nie było" – zauważa, dodając, że jego otrzymane na chrzcie imię Josef przekabacono na Józef.
Zawsze był uważany za naturalny talent sportowy. Predyspozycje do skakania odziedziczył najprawdopodobniej po matce, która w okresie międzywojennym wyraźnie brylowała w szkole, ale nie miała szans wykorzystania uzdolnień, będąc jednym z siedmiorga dzieci ubogiej rodziny.
Jeśli czasem się mawia, że jakiś sportowiec został obdarzony talentem "danym od Boga" – to w przypadku Szmidta takie stwierdzenie pasuje jak ulał. Józef jednak najpewniej nie wykorzystałby swego talentu jak matka, gdyby do uprawiania sportu wprost nie zmusiłby go starszy o cztery lata brat Edward, który w połowie lat 50. należał do najszybszych ludzi w Polsce, a w roku 1956 wystartował w sztafecie 4 x 100 m na Igrzyskach Olimpijskich w Melbourne, gdzie, biegnąc na końcowym odcinku, dotarł do mety na szóstej pozycji. Czy mogło mu wówczas przyjść do głowy, że cztery lata później jego miejsce na Igrzyskach w Rzymie zajmie Józek, który w tym czasie dopiero stawiał pierwsze kroki jako lekkoatleta i to bynajmniej nie w sprincie, lecz w trójskoku.
Przez całe życie młodszy z braci uchodził za odmieńca i odludka. Ukończywszy zasadniczą szkołę podstawową, zdobył fach ślusarza i zaczął pracować w warsztatach samochodowych. Pierwszy kontakt ze sportem miał na Śląsku – jakżeby inaczej – grając w drużynie piłkarskiej przy bytomskiej kopalni "Bobrek". Był stanowczo za szybki dla rywali, którzy nie mogąc dogonić chyżonogiego rówieśnika, faulowali go niemiłosiernie. Zniechęcony brutalną kopaniną dał sobie spokój z futbolem. Kolegów z pracy dziwiło to, że nie interesuje się nawet wynikami piłkarskiej ligi i nie zna nazwisk czołowych graczy. Jak na Ślązaka uchodził więc za nienormalnego. 
Sportowy rozdział w życiu Józefa wydawał się raz na zawsze zamknięty. Aż tu pewnego dnia brat Edward doszedł nagle do wniosku, że na niedzielny trening, jaki sobie zaplanował w rokitnickim lasku, nie warto się wybierać samotnie i rankiem zbudził dość smacznie śpiącego Józia, namówiwszy go na spacer, który przerodził się szybko w sportową rywalizację. W leśnych przebieżkach, a zwłaszcza w sprinterskich próbach "zawodowiec" Edward był oczywiście lepszy, ale gdy przyszło się zmierzyć w skokach na odległość, musiał nie bez zdziwienia uznać wyraźną wyższość młodszego brata. Zaordynowany przez Edwarda trójskok z miejsca wykazał, że Józek ma szczególne predyspozycje akurat do tej specjalności. Sam nie wierzył, że jest lepszy od wytrenowanego członka kadry narodowej, etatowego reprezentanta Polski…
Tymczasem Edward zapowiedział, że natychmiast zapisze go do "Górnika" Zabrze, bo szkoda byłoby zmarnować taki talent. Przyniósł do domu kwestionariusz członkowski i sam powypełniał rubryki, kazawszy tylko braciszkowi się podpisać. Dopiero wtedy Józek przestraszył się nie na żarty. Miał już prawie 20 lat, kto więc chciałby tak "starego byka" przyjąć do klubu jako początkującego lekkoatletę? Licząc, że nikt nie potraktuje serio jego kandydatury, na wszelki wypadek nie stawił się ani na pierwszy z umówionych treningów, ani na kilka następnych.
Aż wreszcie Edward zdołał go przypilnować i doprowadził na stadion w Zabrzu. Tak rozpoczęła się jedna z najbardziej fascynujących karier sportowych w dziejach lekkoatletyki polskiej. Józef, który wszystko w życiu traktował z niesłychaną powagą i konsekwencją, tłukł się odtąd po pracy godzinę tramwajem do Zabrza, by wracać do domu po treningu pod okiem Jana Vorreitera około północy. 
Po roku biegał już 100 m w 11,1 sek., ale prawdziwą satysfakcję miał w trójskoku, bo każdy kolejny start w tej konkurencji przynosił mu rekord życiowy: 13,18 m, 13,69 m, 14,03 m i wreszcie 14,40 m. Ten ostatni wynik, uzyskany na stadionie warszawskiej "Polonii", zwrócił uwagę trenera kadry narodowej trójskoczków, Tadeusza Starzyńskiego i lekkoatletyczny nowicjusz został nieoczekiwanie kadrowiczem.
Droga do sławy, już na wstępie, okazała się jednak drogą przez mękę. Tak dobrze zapowiadający się lekkoatleta otrzymał powołanie do zasadniczej służby wojskowej. I teraz miało się okazać, co ważniejsze z państwowego punktu widzenia: czy musztra ku chwale ojczyzny, czy trójskok ku takiejże chwale. 
Sportowcem był jeszcze Józef za słabym, by w wojsku zagwarantowano mu z góry możliwość kontynuowania treningu. Został bez dyskusji wysłany na zachodnie rubieże kraju, gdzie o sporcie nikt nawet nie chciał słyszeć. Szeregowy Szmidt musiał przez okrągły rok obywać się bez trójskoku. 
Wielki talent zapewne zmarnowałby się bezpowrotnie, gdyby nie kolejna akcja starszego brata. Edward tak długo pukał do drzwi wojskowych prominentów, aż załatwił Józefowi przeniesienie do Wrocławia, gdzie dowództwo jednostki miało zwalniać go na treningi w Okręgowym Wojskowym Klubie Sportowym. Jak na ironię ów klub (późniejszy "Śląsk" Wrocław) nie prowadził sekcji lekkoatletycznej, więc Józef przypomniał sobie czasy "Bobrka" i normalnie przyłączył się do piłkarzy. We Wrocławiu, co prawda, ani razu nie kopnął piłki. Gdy futboliści grali na boisku, on przeprowadzał równoległy trening w trójskoku.
Już w czasie, gdy stawiał pierwsze lekkoatletyczne kroki w "Górniku" Zabrze, nawykł do samotnego trenowania w lasku w Rokitnicy. Sam sobie dobierał elementy treningowe. Okres służby wojskowej tym bardziej zmusił go do całkowitej samodzielności w sporcie. Stopniowo poznawał własny organizm i jego reakcje na różne ćwiczenia, jakoś bezwiednie przeprowadzał interwałowy trening szybkości, biegając a to krótsze, a to dłuższe odcinki.
Gdy w roku 1956 przekroczył w trójskoku 15 metrów, powołano go na zgrupowanie kadry narodowej w Spale. Wyruszył tam z przytroczonym plecakiem. Nocą dojechał pociągiem do Tomaszowa Mazowieckiego, by dzielące Tomaszów od Spały siedem kilometrów pokonać piechotą. Po drodze zaczął go jednak morzyć sen i zmordowany Józef legł w przydrożnym rowie z plecakiem pod głową. Rano przywiozła go do celu chłopska furmanka.
Najgorsze czekało wielkiego samotnika dopiero na miejscu. Gdy już na pierwszym treningu kazano mu przebiec sześć okrążeń 500-metrowej bieżni, wykonał tylko połowę tej roboty i przystąpił do przeprowadzania swoich tempówek: 160-140-120-100-80 metrów… Wieczorem został ostro skrytykowany na zebraniu trenerów i musiał nazajutrz podporządkować się szkoleniowym zaleceniom pod groźbą usunięcia z obozu. Trenerzy Polskiego Związku Lekkiej Atletyki nie wiedzieli, że po powrocie do domu w Rokitnicy Szmidt realizował nadal swój specyficzny trening, gwiżdżąc na ich zalecenia.
Dopiero kilka lat później okazało się, że to on odkrył nową technikę trójskoku, opartą na wielkiej szybkości rozbiegu. Była to powszechnie teraz stosowana technika biegowa z naprzemianstronną pracą ramion w trakcie skoków, bez mocnego odbijania się w górę. Krnąbrny Józef podważył swoim wynalazkiem założenia dominującej wówczas szkoły radzieckiej, której najbardziej znanymi przedstawicielami byli: Leonid Szczerbakow, Witold Krejer i Oleg Riachowski. 
Co ciekawe, trener Tadeusz Starzyński natychmiast zorientował się, że zamiast Szmidta pouczać, należy raczej korzystać z jego nowatorskich odkryć, bo nadzwyczajna kumulacja cech motorycznych pozwalała mu skakać zupełnie inaczej niż konkurenci. Tak to wspólnie wymyśleli nowy styl biegowy, który przy sprinterskiej szybkości zawodnika na rozbiegu dawał znakomite rezultaty. Podopieczny Starzyńskiego odbijając się nie szybował wzwyż a w dal, co się przekładało na rzecz najważniejszą – odległość.
Zanim jednak Szmidt objął prymat wśród krajowych trójskoczków, musiał wykazać wyższość nad skaczącym tradycyjną techniką, nie mającym zresztą jego szybkości Ryszardem Malcharczykiem, z którym zaprzyjaźnił się od początku. Prześcigając się, kto lepszy, mieli gonić za światową czołówką, którą naonczas formowali reprezentanci Związku Radzieckiego. Do nich należały rekordy świata, wynoszące grubo ponad 16 metrów. Te 16 metrów były wówczas granicą międzynarodowej przyzwoitości.
Józef czynił błyskawiczne postępy. Już po dwóch latach treningu znalazł się w reprezentacji Polski, debiutując 30 czerwca 1957 roku w meczu Polska – Czechosłowacja i ustanawiając od razu rekord życiowy – 15,67 m. Polskiemu Związkowi Lekkiej Atletyki spadł po prostu jak z nieba. W owym czasie mecze międzypaństwowe stanowiły podstawową formę rywalizacji lekkoatletów. 
Właśnie po Igrzyskach Olimpijskich w Melbourne ukształtowała się reprezentacyjna drużyna, która zaczęła zdążać od zwycięstwa do zwycięstwa, ustępując nieznacznie tylko reprezentacji USA. Nic dziwnego, że gromieni przez Polaków raz za razem Niemcy nazwali ten zespół "wunderteamem" – cudowną drużyną. W 1957 roku nikt jeszcze nie przypuszczał, że w drużynie tej znalazł się jeden z naprawdę cudownych lekkoatletów – Józef Szmidt.
Wielką zaletą "wunderteamu" było to, że niemal w każdej konkurencji Polska miała po dwóch świetnych zawodników – a tylu właśnie startowało w poszczególnych specjalnościach w meczach międzypaństwowych. Niezapomniane duety stworzyli wtedy: Zbigniew Makomaski i Tadeusz Kaźmierski w biegu na 800 m; Zbigniew Lewandowski i Zbigniew Orywał w biegu na 1500 m; Zdzisław Krzyszkowiak i Kazimierz Zimny w biegu na 5000 m; Krzyszkowiak i Jerzy Chromik w biegu na 3000 m z przeszkodami; Henryk Grabowski i Kazimierz Kropidłowski w skoku w dal; Edmund Piątkowski i Zenon Begier w rzucie dyskiem; Tadeusz Rut i Olgierd Ciepły w rzucie młotem; Janusz Sidło i Zbigniew Radziwonowicz w rzucie oszczepem… 
W trójskoku początkowo nie było takiej pary. Trapiony kontuzjami najlepszy polski trójskoczek Zygfryd Weinberg już kończył karierę sportową, więc Malcharczykowi brakowało partnera. Szmidt natychmiast wypełnił tę lukę. W roku 1957, atoli, choć aż sześć razy mierzył się z Malcharczykiem, ani razu nie udało się mu go pokonać. Sztuki tej dokonał dopiero rok później podczas kolejnego meczu z Czechosłowacją w Bratysławie. Gdy w roku 1958 polski "wunderteam" zgarniał rekordowe żniwo w pamiętnych mistrzostwach Europy w Sztokholmie, wśród ośmiu złotych medali ten zdobyty przez Szmidta był bodaj najbardziej niespodziewany.
Zaczęło się wszystko bardzo nerwowo, bowiem w dniu konkursu finałowego wraz z Malcharczykiem za późno wybrali się na stadion. Wpadli na boisko kwadrans przed rozpoczęciem skoków, a lało jak z cebra. Mimo to obaj spisywali się znakomicie i po trzech kolejkach Szmidt prowadził z wynikiem 15,94 m, a Malcharczyk zajmował drugie miejsce. Rozbieg rozmiękł w tym momencie zupełnie i sędziowie przenieśli trójskok na drugą skocznię, na której nowy duch wstąpił w Rosjanina Olega Riachowskiego (16,02 m) i Islandczyka Vilhjalmura Einarssona (16,00 m), którzy minimalnie wyprzedzili Szmidta. Jego odpowiedź w ostatniej kolejce była imponująca: 16,43 m! Rekord Polski i zwycięstwo w konkursie. Nieposłuszny trenerom członek kadry narodowej został, brew ich "krakaniom", mistrzem Europy.
Czołowy trener ZSRR Nikołaj Ozolin już wtedy prorokował Szmidtowi rekordy świata poza granicą 17 metrów, radząc jednak, by wzorem radzieckim Polak po każdym odbiciu starał się szybować wzwyż. Co byłoby zaprzeczeniem szybkiego przemieszczania się horyzontalnego, charakterystycznego dla nowatorskiej techniki biegowej. Konserwatywni szkoleniowcy kompletnie nie rozumieli, w czym rzecz. Niestety, takowych nie brakowało również w Polsce.
Może dlatego w roku 1959 Szmidt odsunął na bok wszystkich trenerów i zaczął ćwiczyć sam, co w czasach szkoleniowego paternalizmu było wręcz czymś niesłychanym. Ten "skok w bok" nie przyniósł mistrzowi Europy powodzenia. Najlepszy wynik zwycięzcy ze Sztokholmu wyniósł ledwie 16,26 m, ale mało kto wiedział, że prawdziwą przyczyną słabości czempiona trójskoku jest owrzodzenie dwunastnicy. Taką cenę zapłacił Szmidt za nieustanne tłumienie odruchów zniecierpliwienia, za wewnętrzne spalanie się w nerwowych chwilach i za pozorny spokój, jaki okazywał na zewnątrz. Tymczasem pokonani w Sztokholmie Rosjanie nie dawali za wygraną. Rekordzistą świata został Oleg Fiedosiejew z rezultatem 16,70 m.
Zimą 1959/1960 Szmidt poszedł po rozum do głowy i postanowił powrócić pod skrzydła Tadeusza Starzyńskiego, a nawet zgodził się naruszyć "naturalność" poprzez wchodzące dopiero w modę wśród lekkoatletów dźwiganie sztangi. Nie chciał tylko podnosić ponad 50-kilogramowych ciężarów. 
Zimowa zaprawa w Przesiece stała się dobrą podstawą do sukcesów w letnim sezonie. O poprawienie rekordu Polski postarałby się już zapewne w Memoriale Janusza Kusocińskiego na warszawskim Stadionie Dziesięciolecia, gdyby nie zachorował na grypę. Mimo to zdecydował się na memoriałowy występ, ale w biegu na 100 metrów, zwyciężając w czasie 10,3 sek. Był to dla trójskoczka znakomity rezultat i sygnał najwyższej formy. Zbliżało się apogeum możliwości Szmidta.
Wybuch wielkiej formy nastąpił podczas mistrzostw Polski na Stadionie Leśnym w Olsztynie. Zainteresowanie lekką atletyką było wówczas tak ogromne, że ludzie wiele dni naprzód kupowali bilety. O tym, jak poważną rangę nadano mistrzostwom, świadczył chociażby jeden szczegół organizacyjny: start do biegu maratońskiego został wyznaczony na polu historycznej bitwy pod Grunwaldem. 
Ale nie o maratonie mówiło się wtedy w trakcie mistrzostw. Tuż przed ich rozpoczęciem nastąpiło nad Olsztynem oberwanie chmury i stadion zamienił się w jezioro. Gospodarze stanęli jednak na głowie, by doprowadzić bieżnię i rozbiegi do optymalnego stanu. Przy skoku w dal i trójskoku zainstalowali nawet, po raz pierwszy w Polsce, za pomocą elektrycznego dzwonka dźwiękową sygnalizację prób spalonych.
To był pierwszy dzień walki o mistrzowskie tytuły – 5 sierpnia 1960. Na stadionie uwijały się już uznane sławy polskiej lekkiej atletyki, startował też w dziesięcioboju niedawny bokser Władysław Komar, tocząc z Andrzejem Mankiewiczem zażartą walkę o zwycięstwo.
Pogoda po poprzedzających mistrzostwa burzach była znakomita. Czyściutkie powietrze, brak wiatru i męczącego słońca. Szmidt stanął na trochę już podsuszonym, ale wciąż jeszcze za miękkim rozbiegu. W jego sylwetkę wpatrywało się 10 tysięcy widzów. Już w pierwszej kolejce, mając lekko sprzyjający wiatr, ruszył jak burza, lecz rozwinięta szybkość nie przeszkodziła mu w idealnym trafieniu na belkę i po trzech potężnych susach wylądował w piaskownicy, jakby niezdarnie padając na bok, co publiczność na pierwszy rzut oka uznała za skok nieudany. 
Mało kto zauważył od razu, że w padaniu jest metoda. Szmidt bowiem nie tylko upadł na bok przy lądowaniu, lecz rzucił się mocno do przodu. Dzięki temu nie usiadł na piasku i nie stracił bezcennych centymetrów, jakie zawiera klasyczne lądowanie na wprost. Widownia mogła w pełni docenić maestrię tego skoku, gdy ogłoszono niewiarygodny wynik: 17.03 m!
Tak została przekroczona w tej konkurencji granica marzeń. Publiczność oszalała z zachwytu, ludzie wiwatowali na cześć Szmidta i padali sobie w ramiona. Mały prowincjonalny stadion stał się nagle prawdziwie światową areną. Został w jednej chwili nobilitowany i do dzisiaj kojarzy się wyłącznie z wynikiem 17.03 m.
Po tak niebywałym wysiłku z rekordzisty świata po prostu zeszło powietrze. W drugiej próbie uzyskał tylko 16,20 m, trzecią i czwartą próbę spalił, by z dwu ostatnich zrezygnować. Wicemistrzostwo Polski zdobył Jan Jaskólski, którego rekord życiowy 15,78 m całkowicie zbladł w obliczu wyczynu "kangura" z Rokitnicy. Nikt jeszcze nie mógł wiedzieć, że olsztyński rekord świata przetrwa aż osiem lat – do czasu aż tartanowa nawierzchnia i rozrzedzone powietrze Ciudad de Mexico pozwolą rywalom wielkiego Józefa skoczyć dalej od niego. 
Zademonstrowane po raz pierwszy "boczne" lądowanie wzbudziło wiele wątpliwości, ale sam Szmidt wyjaśnił powód tego kontrolowanego upadku. "Tak właśnie trenuję teraz lądowanie. Aby uzyskać jak największą odległość w trójskoku, staram się maksymalnie wyciągnąć nogi przed siebie, co grozi jednak opadnięciem całego korpusu w tył w momencie lądowania. Dlatego w ostatniej chwili staram się przenieść środek ciężkości za wszelką cenę do przodu i upaść na bok tak, aby nogi zostały nad tułowiem. Tym razem wyszło mi to wprost znakomicie" – tłumaczył zdumionym reporterom po zakończeniu rekordowego dlań konkursu. Owo "boczne" lądowanie zastosował na zawodach dopiero po raz drugi i jakiż był efekt!
Latem 1960 roku nawiedziła Polskę wyjątkowa słota. Lało przez cały sierpień i rekordzista świata doznał zapalenia korzonków nerwowych. Na szczęście, wczesny wyjazd na Igrzyska Olimpijskie do Rzymu i kąpiele słoneczne w Wiecznym Mieście przywróciły mu zdrowie. Wygrał tam konkurs trójskoku dość pewnie, uzyskując 16,81 m i wyprzedzając duet reprezentantów ZSRR – Władimira Goriajewa (16,63 m) i Witolda Krejera (16,43 m). "Sport" pisał wtedy: "Szmidt nie zawiódł pokładanych w nim nadziei i w przeciwieństwie do wielu sław sportowych, które legły na rzymskim placu boju, potrafił w decydującym momencie skoncentrować swój wysiłek i wolę, by osiągnąć rezultat zapewniający mu pierwsze miejsce w swej specjalności".
O ile na skoczni szło mu jak z płatka, o tyle ze zdrowiem wciąż miał kłopoty. Przeziębienia, lumbago, naciągnięcie mięśnia dwugłowego i nadwyrężanie ścięgna Achillesa towarzyszyły jego karierze nieustannie. Owrzodzenie dwunastnicy wzięło się z niewłaściwej diety i stale osłabiało organizm. Cóż, medycyna znalazła w organizmie Józefa pole do przeprowadzania eksperymentów. W 1962 roku Szmidt naciągnął mięsień dwugłowy uda przy skoku w dal. Musiał przerwać treningi na miesiąc. W dodatku tuż przed wyjazdem na mistrzostwa Europy do Belgradu złapał grypę. Już na miejscu trenował z obandażowaną nogą. Rywale byli pewni, że nareszcie mają Szmidta w saku. Choć ledwo się trzymał na nogach, w ostatniej próbie skoczył 16,55 m i obronił tytuł mistrza Starego Kontynentu.
W 1963 roku olsztyński rekord świata był bez przerwy mocno zagrożony przez samego rekordzistę. Szmidt skakał jak w transie: 16,50 m w Memoriale Kusocińskiego w Warszawie; 16,88 m w moskiewskim trójmeczu ze Związkiem Radzieckim i NRD; 16,77 m w warszawskim meczu Polska – USA; 16,85 m akademickich mistrzostwach Polski w Krakowie, a co najważniejsze – 16,99 m w mistrzostwach kraju w Bydgoszczy! Gdyby już wtedy był tartan na rozbiegu i wysokogórskie warunki jak w Meksyku, można być pewnym, że granica ludzkich marzeń w wykonaniu Szmidta po raz kolejny zostałaby przesunięta.
O ile możliwość poprawienia rekordu świata w roku 1963 diabli wzięli, o tyle wiosną 1964 roku odezwał się Szmidtowi ból w kolanie. Zapalenie kaletki maziowej uczyniło go pacjentem słynnego chirurga ortopedy prof. Adama Grucy. W październiku 1964 roku rozpoczynały się w Tokio Igrzyska Olimpijskie, a Szmidt 23 czerwca tegoż roku poszedł pod nóż. Zaczęła się żmudna rehabilitacja, podnoszenie chorą nogą dwukilogramowych woreczków z piaskiem, odbudowywanie mięśni, które zwiotczały. 
Po 63 dniach leżenia w szpitalu wznowił lekki trening dopiero w początkach sierpnia. Gdyby nie wyjazd nad Adriatyk, do słonecznej chorwackiej Makarskiej, pewnie by w ogóle nie stanął na nogi przed Olimpiadą. W meczu z RFN w Kolonii zdecydował się na skok w dal. Odbijając się z prawej zdrowej nogi osiągnął 7,25 m. I wtedy uwierzył, że może coś zdziałać w Tokio. Zanim tam poleciał, zrobił jeszcze sprawdzian w trójskoku. Na tym samym Stadio Olimpico w Rzymie, na którym zdobył tytuł mistrza olimpijskiego, skoczył zaledwie 15,81 m, o cały metr bliżej niż na Igrzyskach 1960 roku, ale dla kaleki był to wynik rewelacyjny!
W Tokio zjawił się wciąż mając wysięg w kolanie. Pod dyrekcją Tadeusza Starzyńskiego trenował w pół gwizdka. Jakim cudem wykonał w finale cztery świetne skoki: 16,37 m – 16,65 m – 16,58 m – 16,85 m, trudno pojąć, ale musiała w tym pomóc niesłychana wręcz siła woli. Uważani za faworytów reprezentanci ZSRR Wiktor Krawczenko i Oleg Fiedosiejew, któremu cztery lata wcześniej odebrał rekord świata, uzyskując wynik lepszy aż o 33 cm, musieli wysłuchać Mazurka Dąbrowskiego z niższych stopni podium.
Nikt nie spodziewał się tego sukcesu. Nic więc dziwnego, że gazety w Polsce piały z zachwytu, trąbiąc najgłośniej, jak potrafiły o "fenomenalnym wyczynie niezawodnego Józefa Szmidta". Premier Józef Cyrankiewicz odznaczył natomiast swego imiennika Orderem Sztandaru Pracy. W sposób jakże nietuzinkowy został też uhonorowany przez gospodarzy Igrzysk. Japoński cesarz Hirohito zaprosił go na pokład własnego samolotu, a ten specjalnie dla podwójnego mistrza olimpijskiego wykonał rundkę honorową nad wulkanem Fudżi-jama.
Wyczynowy trójskok – to nie zabawa. Pomiędzy Rzymem a Tokio Szmidt wykonał ponad 30 tysięcy skoków. By jako pierwszy z polskich sportowców powtórzyć zwycięstwo olimpijskie. Stał się przez to bohaterem narodowym, ponieważ Polacy najbardziej cenią cierpiętników, którym sukces przychodzi po wielkiej walce. O mirze, jakim był darzony, jakże dobitnie świadczą palmy pierwszeństwa, oddane mu przez kibiców w plebiscycie "Przeglądu Sportowego" na najlepszego sportowca Polski w latach 1960 i 1964, a w latach 1962 i 1963 w tymże plebiscycie zanotował lokaty drugie.
Po tokijskiej wiktorii skończyła się jednak zwycięska passa polskiego "kangura". Gdy w roku 1966 pojechał do Budapesztu na trzecie w swej karierze mistrzostwa Europy, ponownie dały znać o sobie wrzody na dwunastnicy. Skręcał się z bólu, zamiast na stadion trafił pierwotnie do szpitala. Nie musiał startować, ale nie chciał zawieść kibiców. Z wynikiem 16,45 m był zaledwie piąty.
Odrodził się przed Igrzyskami Olimpijskimi w Meksyku. Wydawało się, że w wieku 33 lat będzie skakać jak młody bóg. I tak właśnie czynił. Wykorzystując tartan i rozrzedzone powietrze, uzyskał swój najlepszy wynik w relacji trzech startów olimpijskich – 16.89 m, ale tego wystarczyło dopiero na zajęcie siódmej lokaty. Młodsi wiekiem rywale byli lepsi. O niewiarygodnym poziomie rywalizacji niech świadczy fakt, że aż pięciu pierwszych zawodników zmagań finałowych uzyskało wynik lepszy od należącego od ośmiu lat do Polaka rekordu świata, a reprezentant Związku Radzieckiego Wiktor Saniejew wyznaczył w tej konkurencji nową rubież – 17,39 m, zdobywając pierwszy z trzech tytułów mistrza olimpijskiego.
Borykający się z kontuzjami Szmidt startował nadal. W roku 1971 w mistrzostwach Europy w Helsinkach był 11. W roku 1971 wywalczył ostatni (10 w karierze) tytuł mistrza Polski w swej koronnej konkurencji. Poza tymi zwycięstwami raz triumfował w skoku w dal oraz dwukrotnie w klubowej sztafecie 4 x 100 m. Jego nazwisko siedmiokrotnie widniało wśród rekordzistów Polski w trójskoku, a po razie – w skoku w dal oraz raz w sztafecie 4 x 100 m.
Na sporcie, mimo tak znaczących sukcesów, się nie dorobił. "Raz dostałem telewizor, ale stary; innym razem – samochód, ale też stary" – mówi z przekąsem. Bohater z Rzymu i Tokio prządł więc bardzo cienko. Na utrzymanie rodziny zarabiał, hodując psy rasowe. Nic więc dziwnego że w latach 70. zaczął składać wnioski o wyjazd na stałe do RFN, czego władze nie mogły mu darować. Został objęty zapisem cenzury. Jego nazwisko przestało się nawet pojawiać we wspomnieniowych wydawnictwach. Czarę goryczy przelała pewna dziennikarka, która na początku lat 70. odwiedziła Szmidta, a potem napisała, że mistrz olimpijski nie pójdzie na wybory do Sejmu. Ta publikacja zwielokrotniła kłopoty. Szmidt, jako ten z czarnej listy, nie mógł dostać pracy.
Postanowił za wszelką cenę wyjechać. Okazja nadarzyła się 15 października 1975 roku. W Amsterdamie polscy piłkarze grali z Holandią w eliminacjach mistrzostw Europy. "Kupiłem bilet, ktoś w wydziale paszportowym stracił czujność, bo to był wyjazd grupowy, i pojechałem" – wspomina. Już nie wrócił. Z Amsterdamu dotarł do Niemiec, dokąd później udało mu się (nie bez perypetii wprawdzie) ściągnąć rodzinę: żonę Łucję i synów – Dariusza i Borysa.
W Niemczech zaczynali od zera. "Mieliśmy dwa tapczany, po trzy łyżki, widelce i noże. To wszystko" – wspominają. Pracowali w szpitalu w Lüdenscheid koło Dortmundu. Pomógł im olimpijczyk, znany 1500-metrowiec Stefan Lewandowski, który w szpitalu był cenionym ortopedą. Szmidt został rehabilitantem, żona – instrumentariuszką na bloku operacyjnym.
Zaraz potem, gdy w roku 1989 runął mur berliński i gdy Polska przestała być Rzeczypospolitą Ludową, na której chwałę mimowolnie pracował przez kilkanaście lat, będąc sportowcem najwyższej klasy, Szmidtowie za głosem dzieci wrócili jednak w roku 1992 do Polski. Zaszyli się w zabitej dechami rodzinnej wsi żony – Zagozd na Pojezierzu Drawskim, gdzie kupili kilkanaście hektarów ziemi, by gospodarować na swoim, hodując m.in. kozy.
Podobnie jak niegdyś słynny fiński długodystansowiec Paavo Nurmi – Józef Szmidt stał się wielkim niemową. Nie lubi szumu wokół swojej osoby, bardzo ceni spokój, unika rozgłosu, stroni od dziennikarzy, pragnących, by wracał wspomnieniami do swej błyskotliwej skądinąd kariery sportowej. Niechętnie to czyni, zbywając prośby słowami: "Było, minęło…".
 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 11/2019

Z NAKAZU PAMIĘCI

  • Uczczono 101. rocznicę niepodległości Polski
  • Błogosławione są ziemie, które bardzo kochano

SPORT

  • Sfinalizowano Wielki Konkurs, poświęcony 100-leciu PKOl
  • Uśmiech fortuny

POLITYKA

  • Na bieżąco

SZKOLNICTWO

  • Podręczniki z Polski dotarły na Litwę
  • Sentymentalna podróż do beztroskich lat

TEATR

  • Liczyły się "tylko prawdziwe uczucia"

MIŁOŚĆ NIEJEDNO MA IMIĘ

  • Krótkie szczęście małżeństwa Sierakowskich
  • Romantyczne serca na paryskim bruku

IN MEMORIAM

  • Obrzędy pogrzebowe

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach na "saratowskim szlaku"

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O prawdzie

 

Nasza księgarnia

Pejzaż Wilna. Wędrówki fotografa w słowie i w obrazie
Wilno po polsku

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie