Moje Soplicowo

drukuj
Jerzy Adalbert Jucewicz, 17.01.2020

Ja tylko jedno takie lato miałem w życiu (parafraza z XI księgi Pana Tadeusza)

Życie pisze za nas najlepsze scenariusze i powieści-rzeki. Zaskakujące, nie do wyobrażenia. Nie do podrobienia.
Była pełnia gorącego lata 1944 roku. Ciszę tej pięknej pogody zakłócały jedynie pomruki jak przed burzą. Po ziemi poruszały się niezliczone pojazdy, w powietrzu latały samoloty. Wojsko i ludność cywilna była wszędzie i nigdzie: w domach, w ogrodach, w lasach i w szczerym polu, na ścieżkach i w rowach. Pod liśćmi drzew i krzewów, i pod gołym niebem. Każdy szedł przed siebie byle dalej od miasta, od węzłów kolejowych i głównych szos. Od huku bomb i ognia. W tym skołatanym świecie o trzech wymiarach, przed czwartym. My z Matką poszliśmy do Kardisówki, leżącej pomiędzy majątkiem Markiewiczów a Wielucianami. Dziewięć wiorst od Wilna, to jest około 15 kilometrów i pięć od Nowej Wilejki. Do mojego Soplicowa, które urzekło mnie od pierwszego kontaktu i wejrzenia. Miałem 8 lat, kiedy po raz pierwszy mnie tu przyprowadzili koledzy brata Tadeusz i Ryszard.
W stodole było dużo siana, słoma i zboże w snopach. Te pomieszane zapachy upajały mnie i stały się wyznacznikiem wiejskiej atmosfery na co dzień i na wszystkie moje kolejne wakacje. Czułem się cząstką i tworem tego miejsca i aury, choć nie miałem wówczas pojęcia, co to jest zależność genetyczna. Czułem, jakbym się tu urodził i wyrósł z dziada-pradziada. Krajobraz urzekał mnie w sposób trudny do wypowiedzenia: chciałem lecieć z ptakami i być wszędzie. Raz nad strumykiem, raz na łące, to znów w sitowiu nad stawem i w brzezinie. To na wzgórzach leszczynowych, gdzie pełno poziomek, wonnych traw i śpiewających owadów. To znów w cieniu i w wodzie ożywczej. Obłoki zaś białe na niebie podniecały wyobraźnię, ale i napawały rozterką, że one płyną, a ja zostaję.
Całe wakacje, dni i tygodnie spędzałem w Kardisówce (na starej mapie sztabowej: Kurdziszów). Było dobrze, tylko raz pokropił mnie deszczyk i wtedy biegłem. Poza tym biegałem zawsze, tak mi śpieszno było do tych miejsc wyczarowanych przez naturę i moją wyobraźnię, do przestworzy i widoków pogodnych. Już sama droga była fascynująca. Szeroka jak gościniec, las, ścieżki, zioła, motyle, barwy, półcienie, zapachy i drzewa. Błękity nieba i przejrzystość powietrza. Zwykle wędrowałem sam, często z bratem, parę razy z Matką. Wychodziło się z ulicy marszałka Piłsudskiego, potem kawałek szosą i skręt w lewo drogą gruntową szeroką. Ojcowizna doktora M., gniazdo bocianie na sośnie, które przykuwało moją uwagę, i las świerkowy po prawej. Potem strumyk i mostek, drugi las, zagroda i wtem koleiny do Kardisówki. Nigdy mi się nie dłużyło.
Za cienistą olszynką, nad brzegiem strumyka, stał domek niby z bajki: ganek, kolorowe okiennice, dach czekoladowy, ściany jak z piernika. Ale kształtem nie przypominał stylowego dworku. Mieszkała w nim bardzo apodyktyczna stara panna K., antagonistka naszych wspomożycieli. Nie wiem, czy stacjonowały kiedy u niej dobre duchy? Czy w ogóle ktoś z ludzi? Nie wiem, czy miała pszczoły albo dzieci? Lub może psy i koty? Czy nasi chłopcy byli tam, czy omijali jej dom? Podobno kablowała. Wiem tylko, że chodzili na zwiad pod osłoną nocy, jeden z nich nie wrócił. To on dawał mi lornetkę, inni zachęcali do współpracy, kazali śledzić ruch na Czarnym Trakcie.
Byłem zaszczycony i dumny, ale smutny. Tylko Matka była moją jedyną pocieszycielką, choć odmówiła mi roli zwiadowcy. Mogłem jednakże Ją zrozumieć i na Jej słowie polegać. Była moim medium w łączności ze światem, a ponadto interpretatorką wszelkich wiadomości z drzewa złego i dobrego. Podobnie brat. Chodził do gimnazjum, był dobrze oczytany. Uczył mnie arytmetyki, opowiadał bajki. Teraz pracował na kolei, miał świeże wiadomości wprost ze źródła. Wiedział o większych akcjach odwetowych, o potyczkach zwycięskich i rekwizycjach, o zdobycznej broni i sprzęcie oraz o krwawych represjach okupanta w lasach ponarskich i nie tylko. Miał informacje o kolegach poległych, a wkrótce potem o innych, wywiezionych do Kaługi. Pisali bardzo oględnie, prosili o machorkę, ponieważ za nią można było dostać chleb. Sam nie palił, ale zdobywał i wysyłał.
* * *
Lato było piękne i gorące. Cały świat kąpał się w promieniach słońca. Wieczory były ciche, powietrze przejrzyste, noce na sianie upojne. Jako pierwsza witała się ze swym blaskiem gwiazda wieczorna. Potem świeciły roje gwiazd, można było zapomnieć, że toczy się wojna. Wszystkie te zjawiska przeżywałem głęboko w sobie jako pierwszy promyk nadziei i radości. Czułem wprost, że wokół mnie, wokół nas wszystkich, dzieje się coś ważnego, coś niecodziennego, czego nie da się wyrazić jednym słowem ani zdaniem.
Obok nas, pośród nas i z nami byli polscy żołnierze. Znów, po latach klęski, pożarów i zaćmienia. Po latach beznadziei, po latach głodu i trwogi. Teraz czuliśmy się na powrót wolni, jak u siebie, we własnym kraju. Są bracia, przyjdą ojcowie. Wróci Polska. Każdy wierzył w cud jej narodzin i rychły powrót. Każdy czytał w myślach swoich i drugich. Wierzył w szczęśliwy obrót spraw i rzeczy. Każdy wierzył w potrzebę dobra i najwyższe wartości. Każdy myślał, słuchał i czytał znaki na niebie. Hitler kaput. Nasze dieło prawoje, my pobiedim. Sława wielikomu Stalinu! Za rodinu, za Stalina wpieriod! I nawet ja czytałem i znałem wtedy obce języki, choć moją szkołę spalili Łotysze przed ucieczką Niemców, a ona tak świeciła na płaskowyżu portykiem o sześciu białych kolumnach. Uwielbiałem ten widok, zanim jeszcze dostałem elementarz. Potem były kłęby ognia i dymu, została ogromna pustka i kazali nam wyjeżdżać. Nie zdążyłem nawet odwrócić głowy, aby spojrzeć za siebie. Nie dali mi wejść pod tę piękną górę. Naukę przerwał z powodu wyjazdu do Polski. Tyle umieli i tyle napisali.
* * *
Żołnierze nasi byli konno i zbrojnie, umundurowani przepisowo i w barwach narodowych. Często była to jednak zwykła kurtka z biało-czerwoną opaską na lewym ramieniu, pas i beret lub czapka z orzełkiem. Byli piękni i młodzi, na schwał. Zręczni, weseli, sympatyczni. Nie można było od nich oczu oderwać ani na krok odejść. Toteż starałem się być jak najbliżej. Lornetkowanie traktowałem jako przyjemność i obowiązek, choć pociągało mnie bardziej ich towarzystwo. Chciałem pomagać, uczestniczyć we wszystkim. Liczyłem na to nawet podczas mszy polowej, którą odprawiał podobno ks. Jan. Później widziano go pod Miednikami, w mundurze oficerskim w stopniu kapitana. Wtedy jednakże dostałem rozkaz pilnowania stodoły. Spełniłem go należycie, lecz było mi przykro z powodu chwilowego rozłączenia. A najgorsze przyszło i spadło jak grom z jasnego nieba – to rozkaz odwołujący koncentrację w wyniku rozbrajania naszych obrońców i wywózki do Kaługi pod Moskwą. Nie płakałem i nie wydałem głosu, ale czułem, jakbym się zapadał pod ziemię. W głąb, w czeluść ciemną i gęstą. Tylko słońce świeciło niezmiennie, była pyszna pogoda. Cała nasza nadzieja. Jak Bóg na niebie. 
W pobliskich Grygajciach oraz w majątku Markiewiczów stacjonowała 3. Brygada Wileńska Armii Krajowej Szczerbca, czyli porucznika Gracjana Fróga, który wespół z innymi brygadami rozgromił w maju 1944 roku pod Murowaną Oszmianką korpus generała Plechavičiusa. Było to dwa miesiące przed akcją Burza. Teraz, w lipcu, trzeba było oczyścić przedpole. Południowo- wschodni obszar przylegający do Wilna miał znaczenie strategiczne. Potwierdza to Roman Korab-Żebryk w monografii o Armii Krajowej oraz żyjący jeszcze wilnianin, Zygmunt K. z Warszawy.
W Kardisówce dowódcą pododdziału był oficer w polowym mundurze i ze srebrnym ryngrafem na piersi. Przedstawił się Matce po staropolsku, toteż od Niej się dowiedziałem, że to był Plater. Gdyby nie ten stary dobry obyczaj, nigdy nie dowiedziałbym się, że mógł to być ktokolwiek z tego rodu. A w ogóle całe życie nie znałem jego imienia i nie sądziłem, iż uda mi się je ustalić. Teraz wiem, bo życie obfituje w zaskakujące wydarzenia. Wszystko to dzięki zamiłowaniu do świata i ludzi. I do ksiąg, które piszą. Był to Stanisław hrabia Plater, pseudonim Wisling, rotmistrz, dowódca szwadronu rozpoznawczego. W nocy z 6 na 7 lipca 1944 roku otrzymał rozkaz zaatakowania lotniska na Porubanku, ponieważ 12. Brygada Cerbera z przyczyn taktycznych nie stawiła się na pozycji wyjściowej. Celem było uniemożliwienie startu samolotów niemieckich, lecz niestety siły w pośpiechu rzuconego szwadronu okazały się zbyt małe, aby móc pokonać załogę nieprzyjaciela. 
Cały następny dzień lotnictwo bombardowało i ostrzeliwało pozycje akowców aż do nadciągnięcia pierwszych oddziałów zwiadu radzieckiego i czołgów. Dalej walka toczyła się wspólnym natarciem na bunkry niemieckie na Antokolu, po czym Szczerbiec wycofał się na północny brzeg Wilenki. Brygada wykazała dyscyplinę i zwarcie oraz wysoki poziom wyszkolenia bojowego, lecz okupiła ten sukces krwawymi stratami. Ucierpiała srodze od pociągu pancernego na linii Nowa Wilejka – Wilno, w jarze Wilenki o bardzo stromych brzegach. Świadczą o tym groby poległych w Kolonii Wileńskiej, a obecnie także pomnik w kościele św. Bartłomieja w Gdańsku.
Po zdobyciu Wilna 13 lipca 2. Wileńska Brygada porucznika Wiktora Koryckiego Kaziuka przemaszerowała przez Nową Wilejkę. Miejscowi Polacy witali z ogromnym entuzjazmem żołnierzy kwiatami. Domy w całym mieście udekorowane były flagami o barwach narodowych. Wszędzie panował radosny nastrój, przepełniony nadzieją i optymizmem.
Koncentracja na pozycjach wyjściowych i przebieg walk żołnierzy Armii Krajowej o stolicę Giedymina zostały utrwalone w monografiach. Inne drobniejsze wydarzenia potwierdzają się w pamięci z mego dzieciństwa, z famy i z relacji ustnych ludzi z tamtej epoki oraz tych żyjących, a nadto z pamiętników i innych źródeł naukowych. I tak, na przykład, użycie przez Sowietów czołgów Shermana w ataku na Wilno są zgodne z moimi obserwacjami co do dużej ilości sprzętu amerykańskiego, co zresztą każdy wówczas widział. 
W tym kontekście zatknięcie flagi polskiej na baszcie Giedymina w Wilnie jest faktem historycznym i egzemplifikacją bohaterstwa. Matka z tą świadomością na ustach obudziła mnie o świcie w stodole na sianie. Jakżeż byłem mile zaskoczony i zdumiony, kiedy to mówiła. Nie było telefonu, lecz tylko i co najwyżej poczta polowa i służba łącznikowa. Doprawdy, trudno było uwierzyć, a jednak to oczywisty fakt. Jaką pocztę odbierała Matka? Od kogo? Skąd? Jakim cudem i sposobem? Wiedziała wszystko. Dziś świadczy o tym historyk Roman Korab-Żebryk:
W godzinach rannych 13 lipca pchor. "Krepdeszyn" (Jerzy Jensz) i pchr. "Zan" (Artur Rychter), harcerze 13 drużyny (Czarnej Trzynastki) z osłony dowództwa dzielnicy "D", zatknęli na baszcie na Górze Zamkowej polską flagę państwową, która powiewała nad miastem, gdy do jego centrum zbliżały się oddziały AK i jednostki wojsk radzieckich.
Kim byli ci młodzi ludzie? Skąd czerpali siły do walki z nieprzejednanym wrogiem w ekstremalnych warunkach? Skąd przyszli i dokąd szli z takim bezprzykładnym męstwem oraz poświęceniem. Co się stało, że nie doszli? Dlaczego?...
* * *
Chętnie wracam na szlaki dobrze przedeptane. Widzę je w barwach lata, w słońcu, u brzegów Wilenki, w czerwcowym powietrzu. W ziołach kwitnących na miedzy i w falującym zbożu. W poszumie i zapachu leśnym. W Wilii płynącej raz jako gładź przyćmiona, raz jako gładź jasna i bystra. To znów Wilenkę w jej radosnym biegu lub gniewną i zbełtaną po deszczu. Widzę głazy i ryby stojące pod prąd. Widzę dęby na złotolitym wydmuchu i konary na niebie. Widzę siebie na ścieżkach polnych i w lesie, gdzie zbierałem poziomki z dziećmi na źdźbło zwane nizałką. Widzę panoramę dwóch miast… Malownicze mury, wieże, kopuły. Pandemonium linii i barw. Sioła, sady, domy i domki. Lasy, góry, doliny. Zakola rzek, wysokie brzegi. Niebo pełne białych obłoków, czasem bezchmurne, niekiedy ciemne i złowieszcze. A słońce zawsze piękne po burzy.
Ponad sto dwadzieścia lat temu Wieluciany liczyły 6 domów i 58 mieszkańców. Nie wiadomo, czy to była kiedy ordynacja i czyja? A może konfiskata po zesłańcach na Sybir? Za mojej pamięci stał tu na górce kościółek-cacko, w dole pałac, zabudowania gospodarcze i komin fabryczny z żółtej cegły. Mały, gruby, spięty klamrami. Co to było? Młyn parowy, tartak, fabryka dykty czy tektury? Nie mam bliższych informacji. Na mapie sztabowej z roku 1937: dwór Wieluciany. Niemcy mieli tu swoją placówkę, podobnie Sowieci w 1944. Stał wartownik z karabinem. Do Matki przymówił się bezpardonowo o machorkę. Trafił kulą w płot. Nikt nie palił. I byliśmy strasznie przygnębieni, bo zamiast domku pani Z. ujrzeliśmy zgliszcza i dziurę w ziemi, a o nią samą nie było nawet kogo zapytać. Kilka kroków od mojego kościółka. I ów bojec też nie mógł nic wiedzieć. Pusto i głucho, strasznie. Matka uklękła na granicie. Zawróciliśmy do miasta. 
Kolega brata Henryk P. z Elbląga, uczestnik walk o lotnisko na Porubanku, internowany w Kałudze, podaje, że przed wojną w Wielucianach był dom poprawczy. Po okupacji Litwini spędzili tutaj Żydów z całej Nowej Wilejki i na rozkaz swoich mocodawców rozstrzelali ich w pobliskim lesie. Rabin miał powiedzieć: Niechaj nasza krew spadnie na nasze głowy. Potem Niemcy kazali szczątki spalić. Las ten zawsze nęcił mnie urokiem tajemniczości, lecz nie miałem okazji doń wejść. Zachwycał i napawał lękiem.
* * *
Kiedyś poszedłem z Kaliną w nieznane po cięciwie półkolistej ściany lasu. Stanęliśmy na polanie i ja, ku swojemu zaskoczeniu, ujrzałem zagrodę u stóp potężnego wału, który po prawej znikał za lasem i łączył się z górami po tamtej stronie Wielucian. O tym dobrze wiedziałem, ale odkrycie sadyby było nowością, gdyż tego się nie spodziewałem. Obraz i nastrój panował tu sielankowy. W ciszy nie drgnął ani jeden listek. Jesienna strzyża. Na pierwszym planie ludzie i zwierzęta jak zaklęci w jakimś rytualnym transie. Kalinka podeszła do nich i prawiła z kimś o czymś, czego nie słyszałem, bowiem byłem speszony, straciłem pewność siebie, nie umiałem otworzyć ust. Uważałem, że jestem tu obcy i całkiem niepotrzebny jako chłopiec z miasta, bosy i obdarty, i że popsułem nastrój chwili i ten sielski obrazek. Czułem się źle, chciałem czym prędzej odejść. Nie wiem, co było dalej. Wrażenie pozostało.
Te okolice urzekały mnie zawsze malowniczością krajobrazów, niepowtarzalną rzeźbą terenu i szerokim tchnieniem. Pogodą i rozległą perspektywą dali aż po horyzont. I młodymi ludźmi, których podziwiałem, zazdrościłem im wieku i postawy, bo mogli nosić broń i dosiadać koni. Stąd moja zażyłość, myśl i pamięć o nich. Stąd obrazy i atmosfera tamtych dni przyswojone jak ziemskie pokarmy. Stąd ciekawość dziecka i pamięć człowieka dojrzałego. Stąd wiara i otucha, instynkt przetrwania. Urzeczenie. Dzięki temu cały ten kraj barwny i zadziwiający mam w oczach i w zakamarkach pamięci. Jest organicznie wprost zespolony ze mną wraz z jego substancją, duchem i urodą. To wszakże mój świat, bezsprzecznie własny i dany mi od tamtego czasu, kiedy to chciało się skakać i płynąć wśród obłoków jak we śnie. Jak w tym moim lepszym dzieciństwie, które przerwała lawina nędzy, krwi i ognia. A ta wieluciańska droga odtąd była dla mnie istnym szlakiem bursztynowym w czas okupacyjnej grozy, głodu i poniżenia. Tu chodziłem. Tu spędzałem wakacje letnie.
* * *
Góry, parowy i doliny – to odrębny rozdział. W Rekanciszkach od strony lasu, w szerokim parowie Wilenki, wznosi się stromo Zamkowa Góra. Tu postawiłem pierwsze kroki jako turysta. Wspinałem się niemal na czworakach. Na szczycie ujrzałem resztki muru ledwie wystające z ziemi. Jakaż była moja radość i zdumienie. Zaniemówiłem jak prawdziwy odkrywca. Przypomniały mi się naraz wszystkie bajki o zamkach i królewnach, jakie wówczas znałem. Gwar zapanował nagle nad ciszą. Ludzie, konie, karety – wszystko w ruchu. Odwieczny las ożywił się w okamgnieniu. Powiało urokiem dawności, zamigotało wokół jak rzeka w słońcu. Świerki i niebo nad ich czubami, zapamiętane wówczas, przetrwały do mego tu przybycia. Teraz przybyć niełatwo, choć góra podobno stoi, podcięta u stóp autostradą. To i o ciszę trudniej, i o widoki, i o pogodę. O nastrój i radość chwili. Co minęło, nie powróci. Teraz wiem, czego wtedy nie wiedziałem. Jestem ubogacony wiedzą i doświadczeniem wielu lat przeżytych w oddaleniu. Zamek stał na tej górze, odkąd w roku 1495 wielki książę litewski Aleksander pojął córkę cara moskiewskiego Iwana III. Został zniszczony przez cara Aleksego Michajłowicza, który poniósł klęskę pod Ochmatowem na Ukrainie, ale, korzystając z wojny szwedzkiej, na północy zdobył Smoleńsk, zajął Wilno oraz Kowno (1655). Grabił i palił.
* * *
Łysą Górę obserwowałem często i długo w dni pogodne, choć poza fascynacją miała w sobie coś odstręczającego. Za bramką, blisko skarpy nad żwirowiskiem stał nasz dom. Tu spotykałem się z Danusią. Stąd roztaczał się widok na północną część miasta, na pola uprawne pod lasem i na biały domek w sadzie zielonym, gdzie – źródełko. I na tę czarnoksiężniczkę dolin, strumieni i gór. Tu zaludniałem legendy. Obiecywałem sobie, że pójdę do niej, a jak będę duży – dorzucę kamieniem. Ale wkrótce kłęby ciemnych chmur przysłoniły szczyt na zawsze. Zdawało się, że jakaś gęsta i lepka masa zasnuła świat aż do nieba. Ciężkie czasy, smutne chwile. Wokół lawa obcości i przemocy. Szarzyzna, głód i chłód. Kilometrowe kolejki. Stałem długo i nie dostałem tej przydziałowej połówki czarnego chleba. Na szybach kwiaty mrozu, w lasach: pokażi ruki i stupaj, w miastach przepełnione kazamaty. Żadnych wiadomości. Za pytanie i odpowiedź – kolba w plecy. Konwoje na wschód. Tylko karteluszki pisane krwią leciały przez szpary wagonów. Podwładny przyniósł legitymację Ojca. Na dworcu był rewidowany do naga. Mnie we śnie pochwyciła na ręce Matka. Noc i świt. Potem dzień i znowu noc. Ziemia zryta kopytami, przeorana gąsienicami czołgów. Porysowana wizgiem kul, usiana mogiłami. Na niebie sierp księżyca i kosmiczny gniot. Próżnia. Martwota, bezład, beznadzieja. Bezmiar bólu i goryczy. Przepaść bez dna. Spadanie. Internacjonał bezprizornyj. Duży bełt, biegun zimna i ciemności.
Był najgorszy czas jesiennego smutku, wionął od wszystkich pól i czterech stron zaginionego świata. Chłód, szarość, mgła, ostatnie liście, zawirowania. Ostatnie wieści, ostatni, którzy wyszli z domu i nie wrócili. Wirujące płaty przed oczyma. Zanik tętna i łaknienia. Bez udziału myśli i woli. Bez sensu i samokontroli. Przykłady bez liku. 
Jeden z wielu październikowych dni 1939 roku. Zamiast ze szkoły do domu postanowiłem iść na Łysą Górę. Przez dwa mosty i całe miasto. Za kompana wziąłem sobie Leszka. Nogi same niosły. Nie wiedzieć, kiedy cała aglomeracja była za nami. Podchodziliśmy stromym zboczem jak wytrenowani zawodnicy. Drzew nie było, tylko chaszcze i goła ściana przed oczami. Kiedy zaczęło wreszcie prześwitywać niebo, stanął nagle przed nami żołnierz w długim szynelu, w spiczastej czapie z rozbryzgiem czerwonej gwiazdy i machał czymś, co mogło być chorągiewką lub nahajką, i potem nagle wrzasnął: Dieti obratno! W pierwszej chwili nie mogłem pojąć, o jakiego brata mu chodzi i w ogóle, co ma brat do tego, ale w mig zrozumiałem, że trzeba cofnąć się, zejść ze stoku i z oczu. I nie widzieć nic więcej. Nie odzywać się, nie strzępić języka ani uczuć nawet w myśli i sferze ducha. Mówi się trudno, niech się dzieje, co chce. Co robić? Niechaj górą włada wicher i noc, skoro jest we władaniu złych i obcych mocy. A ty, Kaszczej, dawaj obratno! Złote zęby, w zębach nóż, ruki cziornyje, oczi strastnyje. Upiorne zadęcie. Sierp i młot na czole. Podwig. Trudno było z tego wszystkiego coś zrozumieć, ale ja wiedziałem, o co toczy się gra na szczycie tej góry i nie tylko. Wierzyłem w przejaśnienie.
Po drugiej stronie lasu była wieś Poręby Rekanciskie. Od ulicy Letniej odbijała pod kątem wręcz niewiarygodna, zielonawo- błękitna i prosta droga, podobna do lecącej strzały. Stamtąd przychodził na piechotę Bronek, kolega z pierwszej i ostatniej naszej klasy. Nie wiem, co się z nim stało. Przepadł bez wieści. Nie on jeden zresztą. Zbyszek, Mirek, Stasio, dwóch Leszków, Jurek, Rysiek, Heniek, Irka i Danusia. I cała reszta, której nie zdołam przywołać pamięcią. Gdzież oni są? Chodziliśmy razem po ścieżkach, zbieraliśmy chabry w zbożu. Uganialiśmy w aurze cząbru i wonnej macierzanki na równi z motylami. Od polany do źródła, z góry i pod górę przez zaciszne polanki i młode zagajniki świerka tudzież modrzewia. Przez te nisze świetlane pełne woni żywicznych i kwietnych. Aż do skraju lasu, aż do końca dnia i zachodu słońca. Wtedy gorące barwy kładły się na ziemi, chłodne wysoko na niebie. Jaskrawe światło zalewało szczyty i stoki. Potem las czerniał. Zapadała letnia noc.
Niezapomniana i takoż urokliwie odkrywcza była dla mnie zupełnie inna droga do mego Soplicowa. W pobok koszar, przez Żwirble i Łoźniki. Przez łąki, pola i miedze cudze, przez młode gaje brzozowe z lekka wtedy pozłocone. Wreszcie przez mój strumyk przeczysty obok domku herod-baby. Potem do stóp pagórka i szczytów zabudowań. I oto byłem już wtedy jak u Pana Boga za piecem. Brat podzielał moje uniesienie.
Przed samą linią horyzontu, zaniebieszczoną w dali, leżały Ławaryszki i po prawej z boku lotnisko polowe. Tam gdzieś spadł samolot sowiecki na początku wojny, w czerwcu 1941 roku. Chłopacy nasi poszli nocą, aby wymontować fosforyzujące zegary. Mnie jednak nie zabrali. Posmak niespełnionej przygody pozostał mi na długo.
Czarny Trakt był na ogół granicą moich penetracji i możliwości. Dalej jak Szaterniki nie byłem. Zresztą, znałem je z opowieści Antka, gdyż tam się urodził. Na górce stała piękna willa ze świeżo ociosanego drewna. Zachwycał szeroki ganek i weneckie okna. Zawsze chciałem tam pójść i pobyć trochę, zobaczyć ciemny bór i spojrzeć stamtąd na moje Soplicowo.
Ileż to było wówczas kuszących tajemnic i uroków na tym świecie, wkrótce tak nagle utraconym. Nikt nie spodziewał się czegoś takiego pod koniec zwycięskiej w sojuszniczym układzie wojny. Co innego było na początku. Oj, było! Nie da się tego wypowiedzieć. Sowieci kazali ludziom ciąć w państwowych i prywatnych lasach, ile kto chciał, bo to było panskoje. Litwini natomiast za Niemca kazali sobie zapłacić podatek i osobno karę za kradziony budulec oraz wyręb. Toteż nie wykończona willa bielała w słońcu aż do naszego wypędzenia. A co dalej? Makiawelizm w barwach czerwieni. Zgroza!
* * *
Ostatnim, pożegnalnym akcentem w tym pięknym i niezapomnianym zakolu rzeki Wilii i Wilenki, niedaleko Wilna, na granicy lasu i mojego Soplicowa, co wtedy wyśniłem i widziałem od dziecka, że tak dobrze pamiętam, był krzyż przydrożny z przestrzeloną figurką Chrystusa. Odtąd zaczął się dla tej umęczonej ziemi mrok kolejnej nocy. Ten obraz bólu i rozpaczy do dziś mam przed oczyma.
 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 1/2020

TRZY DEKADY "MAGAZYNU WILEŃSKIEGO"

  • Ech, te lata, lata niczym na pniu słoje
  • Autorzy "niech żyją nam"!

KALENDARZ NA I PÓŁROCZE 2020

POLSKOŚCIĄ SILNI

  • Spotkanie opłatkowe ZPL
  • Tradycyjny noworoczny koncert "Wilii"
  • Nauka polskiego jest dziś najważniejsza

NASZA WIARA

  • Lekcja patronów roku 2020
  • Wileńskim Śnipiszkom – w hołdzie

POLITYKA

  • Na bieżąco

MIŁOŚĆ NIEJEDNO MA IMIĘ

  • Krótkie szczęście małżeństwa Sierakowskich

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • Moje Soplicowo
  • Syberyjskie zesłańcze wspomnienia

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O mściwości

ROK 2019 SIĘ PRZYPOMINA

Nasza księgarnia

Pejzaż Wilna. Wędrówki fotografa w słowie i w obrazie
Stanisław Moniuszko w Wilnie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie