(...) trawy pachną i więdną po polsku (Kazimierz Wierzyński)

drukuj
Halina Turkiewicz, 13.08.2019

Ostatni miesiąc tegorocznego lata stwarza nam okazję do przypomnienia jednego z najwybitniejszych poetów polskich, jakim jest Kazimierz Wierzyński (1894-1969). W sierpniu mija 125 lat od dnia jego urodzin. Warto również przypomnieć, że 13 lutego br. zbiegło już całe półwiecze od momentu zamilknięcia muzy Wierzyńskiego. 
W powszechnej świadomości autor Wiosny i wina pozostaje przede wszystkim jako poeta Skamandra, który najczęściej bywa wymieniany zaraz po Tuwimie, bo w okresie działalności słynnej grupy ich poetyka miała najwięcej wspólnego i najlepiej przekazywała to, co uznane zostało za "skamandryckie". Oczywiście, że ani Wierzyński, ani inni z "wielkiej piątki", którą współtworzyli także: Jarosław Iwaszkiewicz, Antoni Słonimski i Jan Lechoń, nie poprzestali na młodzieńczej euforii, wprowadzili do poezji jeszcze mnóstwo innych tonów, reagując na to, co niosło ze sobą życie, zarówno to zbiorowe, jak i prywatne. Prześledźmy zatem przynajmniej niektóre zewnętrzne fakty, określające życiorys poety.

Z Podkarpacia – w świat

Kazimierz Wierzyński przyszedł na świat 27 sierpnia 1894 roku w Drohobyczu. Był synem Andrzeja Wirstleina, który pracował jako urzędnik kolejowy, zawiadowca stacji, oraz Felicji z Dunin-Wąsowiczów. Nazwisko Wirstlein przybrało w roku 1912 brzmienie Wierzyński. 
Przyszły poeta urodził się na uroczym Podkarpaciu. Uczęszczał do szkół w Drohobyczu i Chyrowie. Drohobycz zasłynie po latach przede wszystkim jako miejsce, które było kopalnią inspiracji twórczych dla Brunona Schulza, jednego z najbardziej oryginalnych prozaików polskich, zaledwie o dwa lata starszego od Wierzyńskiego. Po latach, z perspektywy coraz trudniejszych doświadczeń życiowych, poeta napisze: 

Rzuciłbym wszystko i wrócił
Do miasteczka, gdziem się urodził,
Kupowałbym dzieciom ciasteczka
I w pola, w pola bym chodził. (...)

Kolejne etapy edukacji przyszłego autora Wiosny i wina wiodły przez gimnazjum klasyczne w Stryju, następnie studia filozoficzne, literaturoznawcze i historyczne na uniwersytetach w Krakowie (1912-1913) i Wiedniu (1913-1914), po I wojnie światowej – także we Lwowie. W 1913 roku zamieszczał już debiutanckie wiersze w młodzieżowych pismach galicyjskich. Otarł się także o ruch niepodległościowy. 
W roku 1914 wstąpił do polskiej ochotniczej formacji wojskowej Legion Wschodni. Kiedy legion rozwiązano, wcielono młodzieńca do armii austriackiej. W lipcu 1915 roku trafił do niewoli rosyjskiej i ponad dwa lata spędził w obozie jeńców w Riazaniu. Udało mu się stamtąd zbiec i w 1918 roku angażuje się w konspiracyjną działalność Polskiej Organizacji Wojskowej w Kijowie. Stąd jesienią przedostaje się do Warszawy. 
Tutaj, o czym już było na wstępie, na stołecznym bruku, razem z kilkoma innymi poetami, staje się bywalcem kawiarni "Pod Picadorem" i niebawem współtwórcą grupy poetyckiej i pisma Skamander, które odegrało niesamowicie ważną rolę w szerzeniu euforii pierwszych lat Niepodległości.
W roku 1920, w burzliwym okresie wojny polsko-rosyjskiej, Wierzyński jest oficerem do spraw propagandy, pracuje w biurze Naczelnego Dowództwa, redaguje żołnierskie pisma, nie stroni od działań, skierowanych na utrzymanie długo oczekiwanej wolności ojczyzny. 
Po wyciszeniu się burzy wojennej wyjeżdża na krótko do Szwajcarii i Francji, następnie zaś wiąże swój los z Warszawą. 
W 1923 roku zachodzą zmiany w życiu prywatnym. Poeta żeni się z aktorką Bronisławą Kojałłowicz. Dzieje tego związku odbiły się w jakimś stopniu w wierszach, składających się na wydany w 1925 roku Pamiętnik miłości. Małżeństwo okazało się nietrwałe i po kilku latach Wierzyński żeni się z Haliną Pfeffer, która zapewni poecie bardziej stabilny byt, niezwykle istotny dla poety i publicysty, jakim staje się, współpracując z wieloma tytułami prasowymi. 
Oprócz więzi ze Skamandrem współpracował poeta od 1924 roku z "Wiadomościami Literackimi", redagował tygodnik "Kultura" (1931-1932). Od 1930 roku był publicystą, zaś od 1932 – recenzentem teatralnym "Gazety Polskiej". Przywołajmy też fakt, o którym nie zawsze się pamięta. Otóż w latach 1926-1931 był redaktorem "Przeglądu Sportowego".
W 1938 roku został członkiem Polskiej Akademii Literatury, otrzymując to miejsce po zmarłym w 1937 Bolesławie Leśmianie.
Po wybuchu II wojny światowej życiorys Kazimierza Wierzyńskiego w niezaplanowany sposób wkracza na nieoczekiwane tory. Dzieląc los wielu innych, poetów i nie-poetów, ratuje się ucieczką na Zachód. Wyjeżdża już jako uznany, z niemałym dorobkiem artysta. Przyotwórzmy tomiki, które powstawały "między wojnami" i odnotowały nastrój, jaki nigdy się już potem, niestety, nie powtórzy, ani w dorobku Skamandra, ani w całej literaturze polskiej.

Sam się do siebie śmieję

Wierzyński debiutował jako autor tomiku poetyckiego Wiosna i wino (1919), który w niesłychanie szybki sposób ugruntował jego sławę. Radosny nastrój, przelewający się, zdawałoby się, przez brzegi, poczucie szczęścia, zdolność do głupstw, młodzieńczych szaleństw, fantazjotwórstwa harmonizowały z euforią, jaka towarzyszyła pierwszym latom odzyskanej przez Polskę niepodległości. 
Niemałoważna okazała się tutaj kondycja człowieka zaledwie po dwudziestce, który jest młody, zdrowy, pełen siły witalnej, ciągle przemierza nowe przestrzenie. Lubi się włóczyć po mieście, nie stroni też od pejzażu rustykalnego. Gotów jest wszystkim podawać ręce, bratać się z każdym napotykanym, upijać się widokiem pięknych kobiet. Cieszy się wiosną, ubarwiającą, ożywiającą krajobrazy, jak też wiosną swojego życia, otwierającą najwspanialsze perspektywy, łudzącą tajemnicami, niespodziankami itp. Wszystko jest dlań rozkoszą, nie zawsze wytłumaczalną ekstazą, która przebija chociażby z wiersza Nie umiem tego powiedzieć:

Nie umiem tego powiedzieć
Co ze mną dzisiaj się dzieje,
Chodzę po mieście i głośno
Sam się do siebie śmieję. 

Czeremchy pachną i wicher
Rondo mi gnie kapelusza,
Hej, jak sokami pęcznieją
Wszystkie me członki i dusza! (...)

Wzbiera mię wiosna i w głowę,
Jak wino, szumami bije!
Weźcie me serce: dziś ono
Jest wszystkich was i niczyje. 

Motywy niekoniecznie prowadzącej do celu, lekkiej, przyjemnej włóczęgi zawierają już nieraz same tytuły poszczególnych wierszy: O, rozłożyste pola, W słonecznym blasku, Sprzedaj się wiatrom, Na przełaj gonię, Kapelusz biorę pod pachę:

Kapelusz biorę pod pachę i drogą
Śliską od deszczu, gdzie mnie nic nie czeka
I gdzie nie spotkam na szczęście nikogo,
Idę i kłaniam się lasom z daleka. 

Gwiżdżę i śpiewam i śmieję się głośno:
Jak się masz, jasny błękicie na niebie?
Płuca zapełniam ziół modlitwą rośną
I coś mądrego mówię sam do siebie. (...)  

Wierzyński, podobnie zresztą jak ówczesny Tuwim, jakby na przekór nie wygasłej jeszcze w literaturze poetyce młodopolskiej, kpi z wszelkiej koturnowości, z poważnych tematów. Nie rości pretensji do kreowania się na wielkiego poetę, wieszcza, ale, wręcz odwrotnie, robi z siebie raczej błazna, lekkoducha, nie boi się nazwać siebie "wariatem", "szaleńcem", kimś, kto "zielono ma w głowie" itp. 
Spotęgowaniu ekstatycznej radości istnienia służą często, podobnie jak u Tuwima, motywy bakchiczne, czyli motywy wina bądź innych trunków alkoholowych, występujące w takich wierszach, jak, na przykład, Hej! Świat się kręci!, Jestem, jak szampan i in.
Pomysły twórcze Wierzyńskiego, skierowane na afirmację ekstatycznego odbioru siebie i świata, będą kontynuowane także w kolejnym, wydanym w 1921 roku zbiorku poetyckim, Wróble na dachu. Występuje tutaj ten sam podmiot, a więc nadal cieszący się życiem włóczęga, który jeżeli na cokolwiek narzeka, to najwyżej na wymuszone przez nawał prac spędzane Lato w mieście:

Z nikim się dziś nie widziałem,
O, melancholio więdnących akacji!
Śmiesznie pomyśleć:
Od sześciu lat nie miałem
Żadnych wakacji.

Drażnią mnie wszystkie książki,
Jak muchy brodzące w okiennym niebie.
Rzuciłbym wszystko i poszedł
Prosto przed siebie. (...) 

Ekstatyczny nastrój nie opuszcza mimo wszystko poety. Podnoszą go czasem jakieś spotkania ze sferą sacrum, jak jest w wierszu Boże Ciało, w którym podniosła radość przeżywania wielkiego święta liturgicznego dosięga samego nieba: 

Tyle dziś słońca ponad nami,
Rumiany świat się ze snu budzi,
Rozkwitniętymi ulicami
Idzie i śmieje się do ludzi. 

Dziewczęta polnych kwiatów narwą, 
Baldachim nieba je okryje,
Zakwitną razem białą barwą
Sukienki, serca i lilije.

Procesje pójdą i przystaną
Na umajonym każdym rogu!
W takie dziecinne, dobre rano
Wesoło będzie Panu Bogu.

I to jest bodaj ten najbardziej znany, "wczesnoskamandrycki" Wierzyński, który razem z innymi kolegami grupy poetyckiej (zwłaszcza z Julianem Tuwimem) zachłystuje się młodością, wolnością, pięknem, jest oczarowany dziewczyną, "wiosną i winem", wszystkim, co się najczęściej składa na ziemską "urodę życia". 
O "smutku wiecznych rzeczy"

Obłędna ekstaza nie może wydłużać się w nieskończoność, co potwierdził zbiorek Wielka Niedźwiedzica (1923), który, spoglądając z perspektywy całej twórczości poety, wskazuje już na wielką dojrzałość, zapowiada zwrot ku poważnej problematyce, na czele z motywami metafizycznymi:

(...) Nie mam już w sobie żadnych słów,
Ani mi żadnych nie potrzeba:
Ty do mnie przemów, utajona
W wysokich wiekach, prawdo nieba!

Powagę tomiku pogłębia też to, że dopiero teraz poeta zdecydował się włączyć do zbioru wiersze, pisane podczas służby w wojsku austriackim i pobytu w niewoli rosyjskiej, czyli w latach 1914-1918, a więc chronologicznie wcześniejsze od przedstawionych już tekstów skamandryckich. Zbyt dużo w nich smutku, goryczy, beznadziejności. 
Poeta zdawał zapewne sprawę, że byłyby dysonansem w kontekście niepodległościowej euforii, więc wystąpił z nimi nieco później. Cieplejsza, łagodniejsza tonacja wydobywa się jedynie z tych utworów, które podyktowała nostalgia do stron ojczystych, do bliskich poecie ludzi, co jest dobrze widoczne w takich wierszach, jak Mojej matce, List do domu, Rzuciłbym wszystko, Oda prowincjonalna:

Prowincjo galicyjska! Z wszystkich szarych ziemi
Zapomniana w najbardziej szarym końcu świata,
Wróć mi ten oddech, który niebiosami twemi,
Jak słodki wiew dzieciństwa snuje się i lata. (...)   

Ów "słodki wiew dzieciństwa" okazał się, oczywiście, doznaniem nie do powtórzenia. Nawet głębsze uczucie do aktorki Bronisławy Kojałłowicz nie pozwoliło doznać jakiejś pełni szczęścia. Odgłosy tego romansu i krótkotrwałego małżeństwa pobrzmiewają w Pamiętniku miłości (1925), który częściowo odnotowuje dzieje tego skomplikowanego związku. Wstępne wiersze "pamiętnika" są pełne jakichś obiecujących oczekiwań, jak zalatujące Kasprowiczem Umiłowanie:

Jakże do tego przywyknę,
Jakże z tym się oswoję,
Jak cię ogarnę, przeniknę,
Umiłowanie moje. (...)

W miarę rozwoju "akcji" zarysowują się, niestety, kontury jakiegoś kryzysu, który jest Coraz bliżej: 

Jesteśmy coraz bliżej końca,
Nic nas nie jątrzy już, nie gniewa,
Tylko ta żałość przejmująca
Z serca do serca się przelewa. (...)
Nie można stwierdzić, że liryka miłosna była mocną stroną poety. W tychże latach 20. XX wieku zasłynął Wierzyński od zupełnie nieoczekiwanej strony. 

Laur olimpijski

Odrębne miejsce w dorobku Wierzyńskiego zajmuje zbiorek poetycki Laur olimpijski (1927), co właśnie warto zaakcentować zwłaszcza w roku bieżącym, kiedy Polski Komitet Olimpijski obchodzi 100-lecie swojego istnienia. A zatem, przypomnijmy, że za ten okolicznościowy tomik, poświęcony rzadkiej jeszcze wówczas w poezji tematyce sportowej, otrzymał twórca złoty medal na Konkursie Literackim IX Igrzysk Olimpijskich w Amsterdamie, co przyniosło mu popularność na całym świecie, wiersze zaś przetłumaczono na główne języki europejskie i niektóre bardziej egzotyczne. 
Z charakterystyczną dla siebie pasją potrafił poeta odmalować piórem czy to Defiladę atletów, czy to Match footballowy, czy wysiłek Dyskobola, jak też wiele innych dyscyplin i konkretnych sportowców olimpiady w Amsterdamie. Przytoczmy pełen werwy, dynamiki wiersz Skok o tyczce: 

Już odbił się, już płynie! Boską równowagą
Rozpina się na drzewcu i wieje, jak flagą,
Dolata do poprzeczki i z nagłym trzepotem
Przerzuca się jak gdyby był ptakiem i lotem. 

Zatrzymajcie go w locie, niech w górze zastygnie,
Niech w tył odrzuci tyczkę, niepotrzebną dźwignię,
Niech tak trwa, niech tak wisi, owinięty chmurą,
Rozpylony w powietrzu, leciutki jak pióro. 

Nie opadnie na siłach, nie osłabnie w pędzie,
Jeszcze wyżej się wzniesie, nad wszystkie krawędzie,
Odpowie nam z wysoka, odkrzyknie się echem,
Że leci prosto w niebo, jest naszym oddechem. 

Kto pamięta wczesnoskamandrycką poezję Wierzyńskiego, dostrzeże w tym zbiorku jakieś jej echo. Jeżeli jednak podmiot tamtych wierszy był zauroczony głównie sobą, to teraz skierował swój obiektyw na ponadludzkie, jak zdawałoby się czasem, wyczyny sportowców. 
Był jednym z pierwszych, który unobilitował sport jako temat poetycki, realizując tym samym znane nastawienie skamandrytów, że można pisać o wszystkim, byle pisać dobrze. Laur olimpijski był swego rodzaju przystanią, wytchnieniem, przywołaniem podniosłej aury sportowego święta. Kiedy się ono skończyło, poeta sięga po mniej radosne motywy. 

(...) o szarości życia

Możemy się o tym przekonać, otwierając kolejny zbiorek poetycki Wierzyńskiego, a jest to Rozmowa z puszczą (1929), której tytułowy wiersz jest poświęcony pamięci Stefana Żeromskiego, autora m. in. Puszczy jodłowej, pożegnanego na zawsze w 1925 roku. Był bliski Wierzyńskiemu, z jednej strony, jako piewca "urody życia", z drugiej zaś jako pisarz niezwykle wrażliwy na krzywdę społeczną. 
Kryzysowy przełom lat 20.-30. XX wieku niezwykle zaostrzył tę ostatnią. Wierzyński, podobnie jak autor Przedwiośnia, także zaczyna obecnie dostrzegać nie tylko "wiosnę i wino", ale autentyczne oblicze rzeczywistości, która jest bardzo daleka od marzeń. Występujące w zbiorku motywy włoskie bądź autotematyczne nie są w stanie zagłuszyć tematu nędzy i krzywdy społecznej. 
Będzie on się ponadto nasilać w kolejnych tomikach poety, takich, jak: Pieśni fanatyczne (1929) czy Gorzki urodzaj (1933), w których Wierzyński sekunduje już niemal ówczesnym katastrofistom, jeżeli chodzi o eksponowanie nienajweselszej wizji współczesnej cywilizacji. 
Pesymistyczna zawartość Pieśni fanatycznych ujawnia się już nieraz w tytułach poszczególnych utworów: Pieśń o suterynie, Pieśń o szarości życia, Pieśń szubienic itp. Dochodzą do głosu motywy antyurbanistyczne: 

Boże, zbaw mnie ze Świętokrzyskiej,
Ze środka miasta, z potopu kamieni,
Z wilgoci murów słotnej i śliskiej,
Z posuchy skwarów, z dusznej agonii
Z szarości życia i monotonii,
Z gwałtu, pośpiechu, który nie zmieni
Tego do czegośmy przeznaczeni
I który w uszach jak popłoch dzwoni. (...)

Przygnębiających motywów nie brakuje również w wielotematycznym zbiorku Gorzki urodzaj, w którym nie zabrakło nawet motywów samobójstwa, inwalidztwa. Współczucie poety wywołuje przede wszystkim "zwykły, szary i biedny, lunatyczny człowiek". 
Sam Wierzyński szczególnie cenił zbiorek Wolność tragiczna (1936). Wypełniają go głównie patriotyczne wiersze-poematy w stylu romantycznym. Tym razem bohaterem jest pożegnany przez rodaków w 1935 roku Józef Piłsudski, a przesłanie utworów krąży wokół pytania o przyszłość, sprowadza się do niepokoju o zagrożoną, niepewną wolność. Przywódca narodu występuje jako uwielbiany przez wielu mąż stanu i jednocześnie jako człowiek osamotniony, znający gorycz, tęskniący za przeszłością: 
Nocami wraca dawność, dwór stary i matka,
I jesień w okiennicach i na polu złoto,
Lasy niewyszumiane nigdy do ostatka
I wiatr, co w każdej sośnie śpiewał wajdelotą. (...)

Motywy romantyczne upiększą też ostatni przedwojenny tomik, jakim są Kurhany (1938). Wyróżnia się on ze względu na wiersze o wysokiej tematyce kulturowej. Nawiązuje tu poeta m.in. do Szekspira, Mickiewicza, muzyki Szopena, wyrażając w ten sposób swoje przywiązanie do tradycji narodowej. Nie przeczuwał jeszcze wtedy zapewne, że już niedługo zostanie oderwany od wszystkiego, co swojskie, bliskie, że przyjdzie mu dzielić los poetów-tułaczy. 

Z dala od kraju

W tragicznym wrześniu 1939 roku Kazimierz Wierzyński z redakcją "Gazety Polskiej", w której wówczas pracował, został ewakuowany do Lwowa. Następnie, jak wielu innych kolegów po piórze, znalazł się we Francji. W 1941, przez Portugalię i Brazylię, przyjechał do USA. W 1943 wszedł do zespołu redakcyjnego "Tygodnika Polskiego" w Nowym Jorku. Niemal 20 lat spędził w miejscowości Sag Harbor, osadzie rybackiej na północnym wybrzeżu wyspy Long Island. 
W 1965 roku Wierzyński przenosi się do Europy, najpierw zamieszkując w Rzymie, po paru zaś latach w Londynie. Twórczość poety zyskuje zdecydowanie większy rozgłos, co się przekłada także na coraz częściej zdobywane nagrody. Rośnie jednak tęsknota za ojczyzną, pogarsza się stan zdrowia. 13 lutego 1969 roku Wierzyński umiera w Londynie na zawał serca. W ostatnim dniu życia zdąży jeszcze napisać wiersz Sen mara, który nada tytuł wydanemu pośmiertnie zbiorkowi. 
W 1978 roku prochy poety sprowadzono do kraju, gdzie spoczęły na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.
Twórczość Wierzyńskiego, która powstawała na obczyźnie w latach II wojny światowej, świadczy o tym, że poeta był jednym z piewców Polski walczącej. Tragiczne doświadczenia tych lat ujawniły się w takich zbiorkach poetyckich, jak Ziemia-Wilczyca (1941), Róża wiatrów (1942), Krzyże i miecze (1946) i in. 
W dramatycznych latach wojny, przeżywanych z dala od kraju, najstosowniejszą formą wypowiedzi poetyckiej staje się nawiązywanie do suplikacji, do różnych konwencji modlitwy. W Ziemi-Wilczycy ilustrują to takie wiersze, jak Święty Boże, Zstąp, duchu mocy, Modlitwa za zmarłych w Warszawie i in.
Inny istotny topos, częsty w ówczesnych wierszach poety, stanowi zestawianie swojej kondycji z sytuacją Wielkiej Emigracji, sięganie po obrazy i motywy, znane, między innymi, z Mickiewiczowskiego Pana Tadeusza.
Jeszcze inne wiersze rejestrują jakieś migawki z niełatwego, tułaczego losu poety. Czy to we Francji, czy to w Ameryce żadna obca egzotyka nie potrafi przesłonić pozostawionych krajobrazów ojczystych. 

"Druga młodość" poety

Po wydanych w 1946 roku Krzyżach i mieczach Wierzyński utracił na jakiś czas wenę poetycką. Przyczyniły się zapewne do tego dramatyczne przeżycia osobiste. Podczas wojny zginęła prawie cała pozostająca w kraju rodzina poety (rodzice i bracia).
Kryzys twórczy udało się zażegnać w toku pracy nad książką Życie Chopina (1949). Po jej ukazaniu się i zdobyciu rozgłosu posypały się także nowe zbiorki poetyckie: Korzec maku (1951), Siedem podków (1954), Tkanka ziemi (1960), Kufer na plecach (1964), Czarny polonez (1968), Sen mara (1969). 
Ten nowy wybuch poezji bywa określany przez krytykę jako "druga młodość" czy "powtórne narodziny" Wierzyńskiego. Nie dało się jedynie powtórzyć euforii z okresu Wróbli na dachu. Pogłębia się teraz refleksja nad tworzywem, czyli słowem poetyckim, nad sztuką, przychodzi czas metafizycznej zadumy nad sprawami ostatecznymi. 
Artysta zawsze zachowuje jednak harmonię, nigdy nie wpada w abstrakcję, mocno trzyma się ziemi. "Z mowy drzew i zwierząt, pogody i pór roku poeta uczył się na powrót najważniejszych spraw (...) – zauważa Waldemar Smaszcz – Zbyt daleko odeszliśmy od najprostszych prawd, które tak doskonale sprawdzają się od zarania świata". 
Zdaniem znanego teoretyka literatury, Marii Dłuskiej, Wierzyński pozostaje też "najwybitniejszym lirykiem nostalgii". Właśnie tęsknota za ojczyzną podyktowała niejeden wiersz, powstały po owych "powtórnych narodzinach" poety. Przywołajmy wybrane wersy z utworu Lato:

Wysokie sosny mego kraju – gdzieście? –
Koloru sarny, nagrzane upałem,
Panny żywiczne! Przynieście, przynieście,
Ten wiew swój, który od dziecka kochałem. (...)

Drzewa dalekie, powieści i dzieje
Odcięte dzisiaj, zgubione za światem,
Powiejcie jeszcze, niech w was się ogrzeję,
Jak tamten młody, jak wtedy, jak latem. 

Zdajemy sobie sprawę z tego, że kilka czy kilkanaście wersów nie przekaże całego bogactwa późnej poezji Wierzyńskiego, która wymagałaby, oczywiście, osobnego artykułu. Sięgajmy więc bezpośrednio po tomiki poety, w których na pewno każdy znajdzie coś dla siebie, gdyż autor Korca maku przez całe życie trzymał się "złotego środka", nie tworzył wierszy naiwnych ani przemądrzałych, pisał tak, żeby nie tracić kontaktu z odbiorcą. Był ceniony przez zwykłego czytelnika, jak też kolegów po piórze, Marię Dąbrowską, Jana Lechonia i in. 
Zasłużył na uznanie także jako jeden z tych twórców, którzy będąc na obczyźnie nie zrezygnowali z uroków polskiego słowa, którzy je szlifowali, pielęgnowali, podnosząc ducha sobie i innym. Był jednym z tych, którzy myślą i piórem często odwiedzali swoją ojczyznę, jak napisał w wierszu Zapach:

(...) Dopiero nocą, gdy idziemy skrajem
Rzęs ponadwodnych w blady księżyc z wosku,
Zgaduję nagle, że idę mym krajem
I trawy pachną i więdną po polsku. 

Właśnie to przywiązanie do wszystkiego, co ojczyste, co boskie, nie pozwoliło poecie zagubić się, rozproszyć się na wielkich szlakach błyskotliwego, ale jakże pustego czasem świata. 
 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 8/2019

OŚWIATA

  • Studia nadal pożądane

POLITYKA

  • Na bieżąco

KULTURA

  • Intensywne lato "Wileńszczyzny"

ROCZNICE, JUBILEUSZE

  • "(...) trawy pachną i więdną po polsku"
  • Matka "Solidarności"

SPORT

  • Irennisima

W PRZESZŁOŚĆ ZAPATRZENI

  • Spotkanie po 60 latach
  • Ożyło Wilno, ożył Mickiewicz
  • Ku średniowieczu i wikingom

PODRÓŻE DALEKIE I BLISKIE

  • Malta – "rozdroże" między Afryką i Europą

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach na "saratowskim szlaku"

MĄRDOŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O bezsensie sensu

Nasza księgarnia

Wilno po polsku
Stanisław Moniuszko w Wilnie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie

Wiadomości (wp.pl)