Azerbejdżan – Kraina Ognia

drukuj
Helena Rajch, 15.11.2018
Fot. Helena Rajch. Kompleks zabytkowy – miejsce zamieszkania szachów Szyrwanu

Szachowie Szyrwanu

To dzięki szachom Szyrwanu Baku jest stolicą, gdyż pierwotna stolica ich państwa – Szemacha rozpadła się jak domek z kart podczas potężnego trzęsienia ziemi. Mówię tu o latach 799-1539, bo tyle czasu istniało państwo szachów Szyrwanu, aż w 1514 roku w bitwie na równinie Czałdyran szach Isma’il I poniósł klęskę w starciu z osmańskim sułtanem Selimem I. Efektem tego było zajęcie Tebrizu przez sułtana, a zagrabione wcześniej skarby z pałacu w Baku trafiły do Stambułu. Były wśród nich m.in. zbroje szachów Szyrwanu Kej-Gubada, Chalilullaha i Farrucha Jasara, znajdujące się obecnie w Muzeum Wojskowości w Stambule. 
W szczątkowym kształcie państwo Szyrwanidów istniało do 1539 roku, ale w końcu stało się w pełni częścią Imperium Osmańskiego, a wyznawany przez szachów islam sunnicki został zastąpiony szyickim, obowiązującym do dziś. Ale to nie Imperium Osmańskie nadało charakter mieszkańcom tych ziem – to spadek po Szyrwanszachach.
Pałac w Baku zaczął wznosić w 1411 roku szach Ibrahim I, a prace kontynuował jego syn, szach Chalilulah I (1417-1462) (który był żonaty z nie byle kim, ale z prawnuczką Tamerlana) oraz jego następca – szach Farruch Jasar (1462-1501). Usytuowany w najwyższej części ówczesnego miasta pałac, był główną siedzibą władców Szyrwanu (dzisiejszego zachodniego Azerbejdżanu). Oczywiście, jest też meczet pałacowy z dwoma pomieszczeniami modlitewnymi: większym dla mężczyzn i mniejszym dla kobiet. W górne rogi centralnej sali meczetu wmurowano cztery wielkie gliniane dzbany, zwrócone otworami w stronę sali. 
Daje to z jednej strony znakomity rezonans, gdyż owe dzbany służą jako swoiste głośniki, a z drugiej strony jest to środek antysejsmiczny, nadający budynkowi odporność na wstrząsy – obniżono w ten sposób punkt ciężkości dzięki zmniejszeniu ciężaru górnej części. Okna meczetu ujęte są w kamienne kratki-szebeke. Rytualnej ablucji dokonywano w północnej części dziedzińca, gdzie na podwyższeniu znajduje się studnia i niewielki basen. Minaret meczetu ma wysokość 22 metrów. Widnieje na nim resztka napisu: "... rozkazał zbudować ten meczet potężny sułtan Chalilulah I. Niechaj Allah okryje chwałą dni jego panowania i królowania. Osiemset czterdziesty piąty rok", czyli lata 1441-1442.
Mauzoleum Szachów Szyrwanu zbudowano na planie prostokąta i przykryto sześciokątną kopułą, ozdobioną wieloramiennymi gwiazdami. O przeznaczeniu budynku mówi napis nad portalem wejściowym: "Potężny sułtan, wielki szach Szyrwanu, imiennik Proroka Bożego, obrońca religii, Chalilulah I rozkazał wznieść ten świetlisty grobowiec dla swojej matki i syna w osiemset trzydziestym dziewiątym roku (hidżry)" – a więc w latach 1435-1436. Nad łukiem wejściowym umieszczono sześciokątną rozetę z imieniem Alego, powtórzonym 12 razy. Szczyt portalu zwieńczony jest cytatem z Koranu, sławiącym Allaha. 
W dwóch medalionach w kształcie kropel umieszczonych po bokach portalu znajdują się napisy z imieniem architekta, którym był niejaki Ali. Imię architekta stanowi wyjątek i jest pisane wspak, czyli zaszyfrowane. Odczytano je przypadkiem, gdy współczesna już pięknisia spojrzała w lusterko, stojąc plecami do mauzoleum. Tylko wyjątkowym osobom przysługiwały rzeźby na właściwym grobowcu. Reszta zmarłych nawet nie była na nim wymieniana z imienia. Albo trzeba było być wielkim uczonym, albo wielkim wojownikiem, albo wyjątkowym znawcą religii – mędrcem.
Głównym budynkiem zespołu jest dwukondygnacyjny pałac wzniesiony w roku 1411. Na piętrze zachowało się 16 z 25 komnat, natomiast na parterze było 27 pomieszczeń dla służby i do przechowywania zapasów. Praktycznie przetrwały one w niezmienionym stanie do dzisiaj. Wyrazu budynkowi nadają lakoniczne formy, słoneczne tony gładkiej powierzchni ścian, wzorzyste szebeke (o nim już wspominałam w części o meczetach) górnych okien i okna-strzelnice parteru. W pałacu mieści się kolekcja muzealna o tematyce historycznej. 
Na najniższym tarasie zespołu pałacowego znajdują się łaźnie z XVII wieku. Odkryto je dopiero w 1939 roku, gdyż były całkowicie przysypane ziemią, na powierzchni zaś rósł sad. Łaźnie składały się z 26 pomieszczeń i miały podłogi znacznie poniżej gruntu, co gwarantowało bardziej stabilną temperaturę wnętrz o każdej porze roku. Było to typowe rozwiązanie dla łaźni z Baku – opalano je zgęszczoną i stwardniałą białą naftą pod postacią żółtych kamieni, płonących niczym świeca. Woda ze specjalnego zbiornika (ovdanu), dostarczana podziemnymi galeriami (kəhrizami), trafiała do kotłowni (külxanu) i była rozprowadzana dalej ceramicznymi rurami. 
Łaźnie były ważnym ośrodkiem życia towarzyskiego zarówno dla mężczyzn, jak też dla kobiet. Oczywiście, koedukacyjnych nie było – w wyznaczone dni zbierali się tam mężczyźni, a w innych – kobiety. Dlatego też właściciele sygnalizowali dzień właściwej płci, wieszając przy wejściu albo czapę (dzień męski) albo chustę (dzień kobiecy).
Dumą mężczyzn przez wiele wieków były zadbane wąsy. Zapewne pamiętacie obrazki w książkach, a nawet fotografie, gdzie panowie z tego kręgu kulturowego dumnie paradują z jakby namalowanymi zakręconymi wąsami. Ułożenie takich wąsów – to nie lada sztuka i by podczas snu ufryzowane zachowały one swój kształt, panowie zakładali misternie wyszywane gustowne nawąśniki (nie umiem nazwać przedmiotu).  
Paniom z kolei istotne i bardzo ważne w życiu były sandałki. Świadczyły one nie tylko o statusie zamożności pomykającej ulicami zakwefionej od stóp do głów damy, ale i o jej stanie cywilnym. To był jedyny kolorowy element stroju, widoczny na ulicy. Pannom na wydaniu przysługiwał konkretny kształt i wzór sandałka, mężatkom – inny, wdowom – jeszcze inny, a wdowom, które postanowiły ponownie związać się węzłem małżeńskim – jeszcze inny. W ten sposób potencjalny kandydat na męża był pewny, jaki stan cywilny ma upatrzona niewiasta, mógł zorientować się, w którym domu mieszka, dowiedzieć się, z jakiej rodziny pochodzi i ewentualnie uderzać w konkury do rodziny.
Przed ślubem nie kupowano jednak kota w worku. Zamożność – to nie wszystko. Trzeba było obejrzeć pannę na wydaniu, porozmawiać z nią, by stwierdzić, jaki ma charakter i czy jest sprawna umysłowo (nikt przecież nie chce w domu mieć wariatki, by dzieci odziedziczyły braki umysłowe po niej). Tu na scenę wkraczały matka i żeńskie krewne pana młodego, a najlepszym miejscem do oceny przyszłej żony była właśnie łaźnia, gdzie nic nie ukryje się przed krytycznym okiem. 
Nie tylko jednak z tego powodu miejscowe damy traktowały pójście do łaźni niczym wyzwanie. Odbywała się tam zaiste rewia mody i bogactwa. Pięknisia, tam się wybierając, wkładała na siebie najlepsze szaty i najdroższe ozdoby, by zaimponować przyjaciółkom i otoczeniu swoim bogactwem. Każdy szczegół stroju był przemyślany – aż do kąpielowych srebrnych sandałków. Na czas kąpieli pięknisia składowała swoje ozdoby w podręcznym kuferku, zamykanym na kluczyk lub kłódeczkę. A że ozdoby i biżuteria były liczne, noszeniem kuferka zajmowała się służba. Nie będzie przecież dama dźwigać kilogramów biżuterii w kuferku. Na sobie – to inna rzecz.
Chociaż Wieża Dziewicza na Starym Mieście nie należy do zespołu muzealnego Szyrwanszachów, jakoś mi pasuje do historii szachów. Jest to bowiem mocno tajemnicza budowla, wzniesiona w XII wieku (a ostatnie badania wykazują, że chyba nawet wcześniej) na znacznie starszych fundamentach, sięgających 15 metrów w głąb ziemi. Dawniej stała ona nad samym brzegiem akwenu, jednak wskutek obniżania się poziomu Morza Kaspijskiego linia brzegowa znacznie się cofnęła i teraz góruje nad obszernym deptakiem i kawałkiem plaży. 
Istnieją różne opinie dotyczące przeznaczenia oraz daty, kiedy zbudowano pierwszą budowlę w tym miejscu. Niektórzy z naukowców przypuszczają, że uczyniono to w dwóch różnych okresach. Zgodnie z tym przypuszczeniem, dolna część wieży ze ścianami do 12 metrów jest starsza i pochodzi z VIII-VII wieku p.n.e. Otoczona prążkowanym kamieniem część górna zaistniała natomiast później. Według jednej z wersji dotyczącej przeznaczenia wieży, powstała ona w IV-VI wieku jako element świątyni zoroastriańskiej i służyła ekologicznym pochówkom. 
Zoroastrianie uważali bowiem, że zakopywanie zwłok w ziemi jest jej kalaniem, więc te spalali lub – ponoć – zostawiali właśnie na tej wieży, by ptaki zrobiły swoją robotę oczyszczania i grzebali dopiero kości. Inni twierdzą (i ta wersja jest bardziej wiarygodna), rzekomo istniało tu obserwatorium astronomiczne, a tezę tę ma potwierdzać wysunięta na wschód wąska przybudówka, nadająca wieży niepowtarzalny charakter, oraz rozmieszczenie nielicznych okienek, przez które do wnętrza wpada światło słońca w dni zimowego i wiosennego przesilenia oraz w równonoc. Przy czym okienka te znajdują się w innym pomieszczeniu każde. Prace archeologiczne sprzed kilkudziesięciu lat wykazały, że fundamenty były wzmocnione przez 14-metrowej długości drewniane dźwigary, chroniące budowlę przed trzęsieniami ziemi.
Z nazwą zabytku wiąże się wiele legend. Jedna z nich wieści, że wieżę tę szach zbudował dla swojej ukochanej. Kiedy jednak wybranka dowiedziała się, że jest córką tegoż szacha, rzuciła się z wieży do morza. Istnieje wersja, że wieżę tę pierwotnie zwano "Ghuz Qala" i stanowiła świątynię boga ognia, czczonego przez turkijskie plemiona. W ciągu wieków ludzie tworzyli różne legendy i historie o wspaniałości i odległej przeszłości tego starożytnego obiektu. Możliwe, że nazwa Wieża "Ghuz" zmieniła się w tych legendach, przyjmując formę Wieży "Qız".

Kraina Ognia – skąd to?

"Dobre myśli, dobre uczynki, dobry świat" – tak można streścić przesłanie zoroastrian. Niekoniecznie wiemy, kim byli, ale pamiętamy Zaratusztrę, czyli tego, kto spisał ideologiczne przesłanie tej religii. Faravahar – najbardziej znany jej symbol, opisujący drogę duszy ludzkiej od narodzin do śmierci. 
Zaratusztrianizm wywodzi się z pierwotnych wierzeń ludów indoeuropejskich, żyjących na terenach obecnego północnego Iranu. Muzułmanie nazywają jej wyznawców czcicielami ognia. Świętą księgą zaratusztrian jest Awesta, której najważniejszą część tworzą Gaty, zgodnie z wierzeniami, napisane przez samego Zaratusztrę. Zaratusztrianizm był religią państwową w istniejącym na terenie współczesnego Iranu i Iraku imperium Sasanidów. 
Wywarł on wyraźny wpływ na judaizm, a poprzez niego także na chrześcijaństwo oraz islam. Według części religioznawców, istnieją poważne przesłanki do twierdzenia, że takie podstawowe zasady tych religii jak: Sąd Ostateczny, wędrówka duszy po śmierci do piekła lub nieba, wiara w istnienie diabła i nadejście mesjasza powstały pod silnym oddziaływaniem zaratusztrianizmu. 
Generalnie i w znacznie uproszczonym skrócie można powiedzieć, że Ahura Mazda (Pan Mądrości) i jego przeciwieństwo Angra Mainju (Zły Duch) tworzą stale splecioną parę, która toczy ze sobą nieustanny bój o władzę nad światem. No, i nie mogło zabraknąć zaratusztrian w Azerbejdżanie – kraju wprost stworzonym przez naturę dla tego kultu.
Świątynia ognia Ateszgah (azer. Atəşgah) w Suraxanı wznosi się na dawnym miejscu naturalnego wypływu gazu ziemnego. Płomienie, wydobywające się z ziemi w wyniku zapłonu gazu, czczone były przez wieki przez zoroastrian. Obecna budowla została jednak wzniesiona w XVIII wieku przez hinduskich czcicieli Siwy (indyjskie osadnictwo w Azji Środkowej i Kaukazie Południowym sięga późnego średniowiecza i ma związek z przebiegającymi tędy szlakami handlowymi). 
Chyba właśnie dlatego Półwysep Apszeroński z jego pokładami gazu, wyciekającymi z ziemskich szczelin, zamieniającymi się od czasu do czasu w spontanicznie buchające płomienie ognia, stanowił legendarną ziemię obiecaną dla wszelkich pasjonatów tego gorącego żywiołu. Osiedlający się tu czciciele ognia wybudowali dookoła głównego ołtarza mur, a w nim – cele mnisie, udostępniane też wszystkim, którzy chcieli mieć bezpieczne warunki do odpoczynku podczas kupieckich podróży.
Do centralnego miejsca kultu ciągnęły rzesze ludzi. Właśnie tu przybywały karawany kupców i pielgrzymki wyznawców, chcących na własne oczy zobaczyć ten fenomen – wiecznie płonący pośrodku równiny ogień. Położenie na trasie Szlaku Jedwabnego tylko pomagało legendzie tego miejsca rozprzestrzeniać się po świecie. Tworząc nową religię, Zaratusztra właściwie powiedział wszystko. 
Mnisi chcieli jednak wykazać się jako gorliwi wyznawcy i, szczerze mówiąc, popadali w fanatyzm, tym bardziej przyciągający rzesze ciekawskich. Jeden z nich obwieszał się imponującymi łańcuchami i dodawał sobie kolejne kółko do noszenia, gdy chociażby w myślach popełnił jakiś grzech. Inny przez całe życie trzymał rękę w takiej pozycji, dopóki mu nie obumarła.
Na podróżników za opłatą czekały specjalnie przygotowane cele. Cele, rzec można, komfortowe, bo ogrzewane płomieniem gazowym i oświetlane. Tu kupcy mogli nie martwić się o bezpieczeństwo swoich towarów, gdyż obszerne cele potrafiły pomieścić sporą ich ilość, a nawet niektóre – służyć miejscem "zaparkowania" zwierząt jucznych. Ciekawe są inskrypcje nad mnisimi celami, pisane w języku, którego nie odczytano do dziś (poza jedną – pisaną w dwóch językach, w tym – w sanskrycie).
Jako że każda historia ma swój finał, skończyć się więc musiał kiedyś czas świetności świątyni w Suraxani. Niemały udział w tym miała ludzka pazerność i chciwość. Gdy bowiem odkryto, jak wielką wartość ma gaz i ropa na świecie, cały półwysep pokrył się szybami naftowymi bądź gazowymi. Przedziwny ten krajobraz otacza człowieka, gdy jedzie do Suraxani – pusta równina i metaliczne szyby wiertnicze z miarowo kołyszącymi się żurawiami wydobywczymi – ciągną się kilometrami, zaczynając się tuż za świątynnymi murami. 
Nie wolno ich fotografować. I rzeczywiście – nie radzę. Cenny surowiec wydobywano już nawet wtedy łapczywie, na potęgę, za nic mając ostrzeżenia archeologów o niszczeniu bezcennych, ukrytych w ziemi świadectw żyjących tutaj prastarych kultur. Nie trzeba było więc długo czekać, aby doszczętnie wyeksploatowano tutejsze złoża gazu. 
Kiedy w drugiej połowie XIX wieku ogień w Suraxani zgasł, mnisi odeszli, gdyż ich bycie tu straciło rację bytu. Zostały dookoła tylko piękne stare drzewa z szyszeczkami. Do upadku świątyni przyczynił się też fakt, że takoż stary Szlak Jedwabny zaczął tracić na znaczeniu, handel z Indiami coraz mniej się opłacał, a więc i Atashgah wyzbył się swoich najhojniejszych patronów.
Był wprawdzie moment, że jego iskierka zabłysła, nim zgasła doszczętnie – w roku 1888 okolice te odwiedził władający wtedy Imperium Rosyjskim car Aleksander III. Władcy wszechmogącemu nie można było powiedzieć, że ogień tak po prostu zgasł, naprędce więc doprowadzono do świątyni gaz rurami z Baku. Ale potem już naprawdę nastała ciemność – w Suraxani przestano czcić ogień. 
Dziś miejsce to odzyskało blask dzięki wpisaniu na listę krajowych zabytków. Pieczołowicie odkopano nieliczne już świadectwa prastarych wierzeń (naturalnie zachowały się tylko te leżące w granicach świątynnych murów – wszystko, co poza nimi, zaginęło przy kopaniu szybów naftowych), odnowiono mnisie cele, rozwieszono w nich arcyciekawe plansze z historią tego miejsca, rozpalono z powrotem ogień. I choć nikt już nie nuci tu mantr, nie brzęczy łańcuchem, wciąż jest to miejsce magiczne.
Zwiedzając świątynie czcicieli ognia, nie można zapomnieć o odwiedzeniu Yanar Dag. To płonące wzgórza, leżące na Półwyspie Apszerońskim. Wystarczy, że wyjedziemy 25 km na północny wschód od Baku, a już możemy oglądać pełzające po kamieniach i ziemi języki ognia. Nieważne, czy jest piękna pogoda, czy pada deszcz lub śnieg, ogień płonie zawsze, dostarczając niezwykłych wrażeń estetycznych. 
Yanar Dag zobaczył kiedyś Marco Polo, który, nie znajdując wytłumaczenia tego zjawiska, określił widziane "płomieniami znikąd". To, że płomienie pojawiają się akurat w tym miejscu, ma konkretną przyczynę. Tuż pod powierzchnią ziemi znajdują się złoża gazu i ropy, a więc przez szczeliny w piaskowcu wydobywają się etan i propan, które, ulegając samozapłonowi, tworzą fantastyczne płomienie, rozprzestrzeniające się na zboczach całego wzgórza. Takich miejsc w XIX wieku nie tylko na Półwyspie Apszerońskim, ale i w całym Azerbejdżanie było znacznie więcej. Zaczęły znikać wraz z rozwojem przemysłowego wydobycia ropy. 
Będąc w Yanar Dag, można kupić lody w budce na kółkach i usiąść na jednej z wielu ławeczek, by podziwiać niesamowite zjawisko. Oprócz licznych koszy na śmieci, sklepiku z pamiątkami i budynku toalet na ogromnym parkingu, pełnym turystów przeważnie z Indii (zoroasztrianie?), nie ma nic. A wyobraźcie sobie, co by się działo, gdyby takie zjawisko wystąpiło u nas. Zakładam, że w tym miejscu wyrosłaby cała uliczka straganów, gdzie można kupić kiełbaski i patyki do ich samodzielnego usmażenia, budki z piwem, wiaty i… góra śmieci. Dobrze jednak, że ten cud natury występuje akurat w Azerbejdżanie, gdzie szanują swoje dziedzictwo przyrodnicze.

Muzealnie i architektonicznie

O Azerbejdżanie nadal pokutuje przekonanie, że to miejsce biedne i niebezpieczne, z pewnością nie kreatywne i nie nowoczesne. A przecież Baku było futurystyczne już sto lat temu, gdy obok niewielkiego starego miasta wyrastały szyby wiertnicze wydobywające ropę, czarne złoto, które uczyniło ten kraj niezwykle bogatym. Futurystyczne już jest i futurystyczne będzie też w przyszłości, gdy ukończone zostaną wszystkie złożone i rozpoczęte projekty urbanistyczne. 
Choć przybywający do miasta mieszkańcy Dubaju mówią, że stolica Azerbejdżanu wygląda dziś jak ich miasto dwadzieścia lat temu, prawda jest taka, że przyszłość dzieje się tutaj już dzisiaj, jak w mało której części tego regionu świata. Przyszłość w nowoczesnym budownictwie, przyszłość w bogatych zbiorach muzealniczych, przyszłość we wszystkim – od uczelni, kształcących specjalistów na wysokim poziomie, po rozwój sztuki. Baku, szczególnie na przedmieściach, ma zapach ropy naftowej, czyli wielkich pieniędzy, pieczołowicie inwestowanych w gospodarczą prosperitę.
Nie jest także tajemnicą, że kontrolę nad wydobyciem ropy sprawuje państwowa firma, podlegająca panującej rodzinie Alijewów. Rodzinie, która zachowując minimalne pozory demokracji, niepodzielnie rządzi krajem od czasu odzyskania niepodległości po upadku Związku Radzieckiego. Totalitarny władca władcy nierówny, takoż w dziedzinie praw człowieka. Azerbejdżan być może i zmaga się z wieloma wewnętrznymi problemami, o tyle w materii szeroko pojętego rozwoju kraju i dostatniego poziomu życia obywateli – wybiega daleko poza nasze wyobrażenia o nim. 
Ale polityka – to nie moja sprawa. Skoro Azerom tak jest wygodnie i tak wybrali, to znaczy że nie ma co do niej dodawać swoich pięciu groszy, szczególnie nie będąc proszonym. Skoro to ma być drugi Dubaj, to za parę lat będzie, bo to widać i czuć. Przy czym podziwu godna jest równowaga pomiędzy pieczołowitym chronieniem starego i – tuż obok – nowoczesnością.
Muzeum Miniaturowych Książek (azer. Miniatür Kitab Muzeyi) – to jedyne muzeum miniaturowych książek na świecie, znajdujące się na Starówce bakijskiej. Rozpoczęło swoją działalność 2 kwietnia 2002 roku i w swoich zbiorach zgromadziło ponad sto egzemplarzy miniaturek książkowych, z których większość jest zabytkami. Malutkie książki pochodzą z różnych stron świata, a nie brak też polskich reprezentantów. 
Najstarszą książką w zbiorach jest Koran, wydany w Arabii Saudyjskiej w 1672 roku. Inne godne uwagi miniatury w tym zbiorze – to XVII-wieczna kopia Koranu oraz XIII-wieczna książka wydana przez Petera Schöffera (następca Johannesa Gutenberga). Sporą część zbiorów stanowią "białe kruki" wydań literatury rosyjskiej oraz miniaturki książek autorów azerskich. W zbiorach muzeum znajdują się trzy najmniejsze na świecie książki o wymiarach 2 x 2 milimetry, które można odczytać wyłącznie przy pomocy szkła powiększającego. Jedna z nich – to malutki dziobek pośrodku białego krążka. Muzeum stale powiększa zbiory i jest otwarte na propozycje nowych miniatur książkowych.
Innym ciekawym miejscem jest Centrum Hejdara Alijewa – budynek powstały w stylu dekonstruktywistycznym, zaprojektowany przez iracko-brytyjską architektkę Zahę Hadid, która jako pierwsza kobieta na świecie zdobyła w 2004 roku prestiżową nagrodę Pritzkera. Cała powierzchnia centrum wynosi 57.500 metrów kwadratowych i mieści przestrzeń wystawienniczą, bibliotekę i salę konferencyjną. Znajdują się tu także bardzo ciekawe multimedialne muzea: to poświęcone byłemu prezydentowi Hejdarowi Alijewowi, muzeum samochodów z ekspozycją rzadkich modeli aut, produkowanych w różnych krajach od końca XIX wieku do lat 60. XX wieku, muzeum lalek, mini Baku oraz muzeum historii i kultury. 
Niestety, zabronione jest robienie zdjęć najciekawszych ekspozycji w muzeum samochodów i w muzeum lalek, ale – uwierzcie na słowo – nie mogłam stamtąd wyjść. Nie jestem fanką automobilizmu, co więcej, kompletnie nie znam się na samochodach, te jednak zabytki motoryzacyjne robiły wrażenie. Natomiast na widok laleczek – stwierdziłam, że dotąd nie wiedziałam, jak urokliwe i piękne potrafią być. Jeżeli traficie kiedyś do Baku, nie przegapcie okazji i odwiedźcie centrum. Wszystkie nowoczesne, w pełni multimedialne ekspozycje spodobają się na pewno.
Ponieważ futurystyczne Baku trudno uwiecznić na zdjęciach, uciekam się do wystawy "Mini Baku" w Centrum Hejdara Alijewa. Te budynki naprawdę w rzeczywistości tak wyglądają i stanowią część współczesnej stolicy Azerbejdżanu. I, co istotne, pięknie wkomponowują się w architekturę miasta, nie rażą a zachwycają. Mamy tu też miniaturkę budynku Państwowego Funduszu Naftowego – petrodolary gdzieś muszą przecież osiadać.
Muzeum Dywanów – kiedyś położone w sercu starego miasta, od 2014 roku mieści się w zupełnie nowym budynku, wzniesionym specjalnie dla tego istotnego kawałka kultury Azerbejdżanu. Dywany, jak w wielu krajach, które niegdyś w znacznym stopniu formowały istotę Jedwabnego Szlaku, nierozerwalnie wiążą się z tutejszą kulturą, toteż nie należy się dziwić, iż spacerując w nowej części nadkaspijskiego bulwaru, nagle natkniemy się na… gigantycznie rozwijający się dywan. 
Wewnątrz muzeum zgromadzono ogromną liczbę dywanów: od tych niezwykle starych, poprzez produkowane w Związku Radzieckim, aż po czasy współczesne. Jak w wielu bakijskich muzeach, wystawy urządzone są estetycznie i multimedialnie, czyli tak, by każdy zainteresowany tematem był go w stanie porządnie zgłębić.
Kościół rzymskokatolicki pw. Najświętszej Maryi Panny – to zrealizowana supernowocześnie wizja domu Bożego, a mimo to – wszystko tu na miejscu, pasuje do siebie, wzbudzając szacunek.

Co można powiedzieć

Myli się ten, kto twierdzi, że Azerbejdżan jest nieciekawy. Z trzech krajów Zakaukazia: Gruzji, Armenii i Azerbejdżanu – ten ostatni jest krajem o wyznaniu islamskim, aczkolwiek w wydaniu mocno laickim. W restauracjach można spokojnie napić się azerskiego wina, a turystki z Iranu są postrzegane jako coś egzotycznego, szczególnie, jeśli mają na sobie czador, chociaż, wdziewając mini, Azerka założy także cieniutkie rajstopy, ale to kwestia lokalnej mody. 
Jest tu trochę inaczej niż w Gruzji, gdzie ludzie są mega otwarci, lub w Armenii, gdzie prawie podobnie jak w Gruzji. Azerowie są uprzejmi, aczkolwiek wyczuwa się dystans – ich kultura została bowiem ukształtowana bardziej przez wpływy państw islamskich, a wpływy Bizancjum były tu już znacznie mniejsze. 
U Azerów nie jest przyjęte, by ludzie, którzy się nie znają, uśmiechali się do siebie, co może być odebrane jako flirtowanie. Nie powinno się gwizdać w miejscach publicznych, nie powinno się podawać ręki kobiecie, chyba, że ta uczyni to pierwsza. Co ważne, będąc mężczyzną, nie wypada paradować w krótkich spodniach lub szortach, Azerowie utożsamiają to bowiem z chodzeniem w samych majtkach. 
Na wielbicieli nocnego życia czeka multum dyskotek i restauracji, otwartych do wczesnych godzin porannych. Wieczorami na trawnikach (po których można chodzić) i w parkach przewalają się całe tłumy, w rzęsiście oświetlonym mieście jest bardzo bezpiecznie, gdyż obok policji, służbę pełnią także osoby cywilne. Dodatkowo – jest bardzo czysto, a liczba regularnie opróżnianych koszy na śmieci wręcz poraża. Śmiecie widziałam tylko obok bazaru, wcale zresztą nie w zatrważającej ilości. 
Ważne też, by pamiętać, że poza supermarketami należy się targować. To jest "must be": w sklepiku z pamiątkami, w sklepie z dywanami czy nawet przy zakupie słodyczy na bazarze. Targowanie bawi zarówno sprzedającego, jak i kupującego. Jeśli wasze argumenty na obniżenie ceny, jakkolwiek abstrakcyjne, spodobają się sprzedawcy, jest szansa zmniejszenia nawet połowy ceny za coś, co chcemy kupić. Nieważne, czy to notes w okładce dywanikowej, czy magnes na lodówkę – targujmy się. I nie bójmy się, że coś zrobimy nie tak, przez co spotka nas jakaś sroga kara. O ile nie popełniamy wykroczeń i staramy się dostosować do wymogów (na przykład przy zwiedzaniu meczetów), nikt pretensji do nas nie będzie miał, a pobyt w Azerbejdżanie wspominać będziemy z przyjemnością.

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 11/2018

100 LAT TEMU POLSKA POWSTAŁA, BY ŻYĆ

  • Niczym jutrznia po nocy niewoli 
  • Niepodległa przede wszystkim wymodlona! 
  • Wspólne serc bicie nad sercem Marszałka 

ZUŁÓW – MIEJSCE URODZIN MARSZAŁKA

  • Kolebka Wielkości 

POLITYKA

  • Na bieżąco 

ŻYWI – UMARŁYM

  • Kamień do pamięci skłaniać! 
  • Koszalińskie Spotkania z Wysockim 

WILNO W CZASACH MICKIEWICZA

  • Ksawera, córka Deyblów 

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O lęku skończoności 

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach na "saratowskim szlaku" 

SPORT

  • W duchu olimpijskiego braterstwa 

PODRÓŻE KSZTAŁCĄ

  • Azerbejdżan – Kraina Ognia 

Nasza księgarnia

Pejzaż Wilna. Wędrówki fotografa w słowie i w obrazie
Stanisław Moniuszko w Wilnie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie