Ciekaw świata, ciekaw ludzi

drukuj
Henryk Mażul, 21.05.2017
Fot. Henryk Mażul

Takich to mamy Czytelników!

Gdybyśmy z okazji ukazania się 400. z kolei numeru "Magazynu Wileńskiego" rozpisali plebiscyt na najwierniejszego ich Czytelnika, zamieszkały w Świętnikach Edward Mackiewicz miałby ogrom szans, by znaleźć się w ścisłym gronie przodowników. A bez wątpienia laur dodatkowy spłynąłby nań za postawę aktywną, polegającą na stałym udziale w organizowanych przez redakcję konkursach albo rozwiązywaniu zamieszczanych na naszych łamach rozrywek umysłowych. Inaczej mówiąc, za postawę jakże odmienną niż ta spod znaku "świętego spokoju", od czego jakże gorliwie nie stroni rozleniwiony i zbratany z wygodnictwem ród homo sapiens XXI wieku.

Z trudnościami – za młodu
Żeby się zanurzyć w "kraj lat dziecinnych", który "zawsze zostanie święty i czysty jak pierwsze kochanie", musi nasz bohater ulecieć myślami ku odległym o 8 kilometrów od Bujwidz Ochotnikom, gdzie właśnie 2 lipca 1961 roku przyszedł na świat jako pierworodny w rodzinie Jadwigi i Aleksandra Mackiewiczów. Nie ma potrzeby mówić, że ten "kraj lat dziecinnych", wraz z całą ówczesną Wileńszczyzną, wtopiony był w kołchozowo-sowchozową rzeczywistość, jakże bezwzględną wobec tutejszego przedwojennego ziemiaństwa.
Nim miejscowe na siłę skolektywizowane gospodarstwo nabrało cokolwiek potencjału, kto tu podwijał rękawy w robocie, musiał głośno klepać biedę, czego też doświadczyło młode małżeństwo Mackiewiczów. Będące w sytuacji kłopotliwej, bo bez własnego gniazdka, stąd zmuszone do koczowania z miejsca na miejsce z dwoma latoroślami, gdyż pięć lat później przyszedł na świat drugi z synów – Henryk. Radzili więc, jak mogli, choć w niczym się nie przelewało. Do dnia dzisiejszego chowa Edward pod podniebieniem stającą wręcz w gardle łojowatą w smaku baraninę, wkładaną przez mamę do tornistra zamiast kanapek, którą spożywał na obiad, będąc uczniem szkoły początkowej w Pryciunach. A właściwie – szkółki, gdyż ta w czterech klasach liczyła łącznie ledwie 23 uczniów, stąd nic dziwnego, że niebawem przestała istnieć. 

W przyjaźni z lekturami
Dalszą edukację pobierał Edward w dobrodusznie zwanej bujwidzkiej "akademii", mieszkając już nie w domu rodzinnym, ale u dziadków ze strony ojca, by mieć bliżej do szkoły. Tu z nauką radził bez problemów, coraz bardziej rozsmakowując się w literaturze ojczystej, do czego w znacznym stopniu się przyczynił nauczyciel polonista Zygfryd Kunicki, zachęcający wychowanków do czytania nawet poprzez przynoszenie książek z domowej biblioteki: klasyki, ale też pozycji przygodowych, jakie wychodziły spod pióra Alfreda Szklarskiego oraz autorów amerykańskich, w czym szczególnie zaczytywali się chłopcy. Bo wtedy były jeszcze dobre czasy, kiedy Jej Wysokość Książka w wersji papierowej, czyli tej najprawdziwszej, z braku innych pokus stanowiła wiejskim nastolatkom szeroko rozwarte okno ku zawartym tam mądrościom, mnożyła estetyczne doznania.
Edward lgnął do tego "okna" w sposób szczególny, będąc czytelnikiem trzech naraz bibliotek: tej szkolnej oraz publicznych skarbnic książek w Bujwidzach i Ochotnikach, łapczywie zgarniając z regałów pozycje, wykraczające daleko poza wykazy koniecznych lektur, otrzymywanych do przeczytania jak podczas wakacji letnich, tak też w toku roku szkolnego. Czytanie, gdzie się dało, nierzadko przy marnym świetle, obróciło się przeciwko niemu w ten sposób, że już od klasy szóstej musiał nosić na nosie szkła, acz bynajmniej nie wyhamowało pasji zgłębiania treści zawartych między okładkami.
Zbliżająca się w roku 1979 milowym krokiem matura, kazała im, cokolwiek już opierzonym, szukać właściwych dróg w dorosłe życie. Lęk przed wstępnymi egzaminami na uczelnie wyższe powodował, że Edward nie mierzył początkowo wysoko, gotów przystać na zawód kelnera. Jego klasowa wychowawczyni Halina Rawdo (notabene dzisiejsza dyrektor podniesionej niedawno do statusu gimnazjum Bujwidzkiej Szkoły Średniej) nie dawała za wygraną, próbując wykrzesać w nim iskrę do bardziej ambitnego czynu. Również z powodu wątpliwości, czy aby głęboko zakorzenione poczucie uczciwości pozwoli mu… na przyjmowanie napiwków. W zamian radziła łaskawszym okiem spojrzeć na zawód nauczyciela.

Polonista zamiast kelnera
Usłuchawszy tych rad, wybrał się na tzw. dzień otwartych drzwi do Wileńskiego Państwowego Instytutu Pedagogicznego. Zaglądnął na germanistykę, gdzie jednak zapał wystudziła obecność wśród przyszłych kandydatów samych Litwinów, szwargoczących w języku, którego – jak mu się wydawało – nie znał zbyt dobrze. Wprost stąd zdecydował zajrzeć na piętro piąte uczelni, gdzie mieściła się polonistyka. Mógł się poczuć niczym przysłowiowa śliwka w kompocie, gdyż znalazł się sam wśród grupki dziewcząt, co nie uszło uwagi wykładowcy Genadiusza Rakitskiego. Ten, kierując się męską solidarnością, żartobliwie wręcz nakazał spotkanie przy egzaminach wstępnych. 
Możliwość bycia wśród "samych swoich" z mety mu zaimponowała. Po kilku miesiącach stanął więc w szranki ubiegających się o indeks polonisty. I zdobył go w nie budzącym zastrzeżeń stylu. A radość była tym większa, że w 16-osobowym gronie przyjętych bynajmniej nie był jedynym przedstawicielem płci brzydkiej, gdyż podobny sukces zanotowali: Zdzisław Palewicz, Jan Dzilbo, Zbigniew Czech oraz Janusz Skirtun.
Świadomość pięcioletniej wspólnej nauki sprawiła, że bardzo szybko dotarli się do siebie, tworząc z poszczególnych zlepków istny monolit. Owszem, rywalizujący ze sobą, kto lepiej wypadnie podczas kolejnych sesji egzaminacyjnych, choć nade wszystko ceniący szczerą przyjaźń, dopieszczaną podczas różnych spotkań, również poza uczelnią. On, Edward, zapoczątkował potrzebę bycia razem podczas własnych imienin w dniu 13 października, a ta zyskała powszechną akceptację i obrosła doroczną tradycją.
Pół dekady zasiadania w ławie studenckiej w latach 1979-1984 z perspektywy czasu wspomina niczym bajkę na jawie. Legendarni wykładowcy, ich wspaniała studencka brać, która powszechnie uważanemu za ojca dziekanowi Włodzimierzowi Czeczotowi nie kazała rumienić się ze wstydu przy bilansowaniu na uczelni wyników kolejnych semestrów. O tym, jak byli mocni w nauce, niezbicie dowodzi fakt, że w końcowym rozrachunku aż pięciu z nich uzyskało dyplomy z wyróżnieniem, a nasz bohater, mając w dorobku 34 piątki (czyli wtedy oceny najwyższe) i 7 czwórek, należał do prymusów, zyskujących pierwszeństwo przebierania niczym w ulęgałkach w ofercie przyszłego zatrudnienia.

Witajcie, Świętniki!
Nawet dziś nie potrafi powiedzieć, dlaczego przystał na żywot pedagoga akurat w rejonie trockim. Na pewno przemawiały za tym po części jego słynne na całą Litwę walory przyrodnicze, a też prawie bezpośrednie sąsiedztwo z Wilnem. Zyskał tu do wyboru: albo Stare Troki, albo pobliskie Świętniki. Przystał na te drugie – na maleńką szkółkę początkową, jakże przypominającą tę w Pryciunach, gdzie stawiał pierwsze uczniowskie kroki, dla rejonowych władz oświatowych kłopotliwą wszak o tyle, że nikt tu jakoś ostatnimi czasy długo nie zagrzewał miejsca, w czym Edward – wedle ich nadziei – miał właśnie przełamać złą passę. By cokolwiek pokrzepić na duchu młodego specjalistę, zarysowano przed nim obiecującą perspektywę zamieszkania w budynku, służącym na razie za "kuźnię wiedzy", gdy ta przeniesie się do innego lokum.
Wraz z pierwszym września jął w jednej osobie po nauczycielsku ojcować 15-osobowej gromadce dzieci, uczących się tu w klasach 1-4. Siłą rzeczy musiał być uniwersalny, jednako radząc ze wszystkimi przedmiotami, zaczynając językiem polskim czy litewskim, a gimnastyką kończąc. Reszty dopełniała praca wychowawcza, o tyle wszak niekłopotliwa, że miejscowa dziatwa zdecydowanie bardziej przypominała małe aniołki niż ich kojarzone ze złem odpowiedniki. Jak z nią, tak też z rodzicami rychło znalazł wspólny język. O mirze, jakim go darzono, bardziej niż wymownie dowodzi fakt, że kiedy rano, dojeżdżając z Wilna, szedł od przystanku, uczniowie zgodnie wybiegali na spotkanie, gwarliwie towarzysząc mu w drodze.

"Ojciec" w szkole, ojciec w rodzinie
Będąc sam sobie "sterem, żeglarzem, okrętem", nie postrzegł nawet, jak coraz bardziej wrastał w ten zakątek kochanej Wileńszczyzny, takoż gęsto usianej rodakami. Owszem, mógł się poczuć po trosze "siłaczem", godnym służyć Stefanowi Żeromskiemu prototypem rodzaju męskiego dla głośnej noweli, choć stronił od górnolotności. Tym bardziej, że życie pisało wątki wyraźnie prozą: znajomość z miejscową dziewczyną zawiodła ich niebawem na ślubny kobierzec; w roku 1986 przyszło na świat pierwsze z trojga dzieci – córka Mariola. Co zbiegło się w czasie z moszczeniem domowego gniazdka w budynku, gdzie dotąd pracował jako nauczyciel, po tym, gdy władze rejonowe, dotrzymawszy pierwotnej obietnicy, przeniosły szkołę na nowe, będące po sąsiedzku miejsce.
Obowiązki "ojca" szkolnego jak też męża i ojca w rodzinie pochłonęły go do reszty. Te ostatnie zresztą, wraz z narodzinami kolejno w roku 1990 syna Mariusza, a w roku 1999 – Łukasza, wypadło potęgować. Po tym, gdy w roku 1995 pod presją władz, nie mogących się pogodzić, że w rządzonym przez nie rejonie trockim Świętniki pozostają jedyną szkołą, gdzie brak klas litewskich, te zaistniały pod jednym dachem, kierownikowi wyraźnie przybyło trosk, gdyż wypadło nauczać zarazem w dwóch pionach, zatrudniając kilkuosobowe grono pedagogiczne.
Nowy polsko-litewski stan rzeczy obowiązywał przez lat 9. Niestety, malejąca coraz bardziej liczba dzieci nieuchronnie wiodła do zawieszenia na budynku szkolnym kłódki, co nastąpiło w roku 2004. W ten to sposób Edward Mackiewicz równo po dwudziestu latach pracy okazał się na tzw. bruku, co stanowiło dlań niemały wstrząs psychiczny. Tym bardziej, że perspektywa dalszego zatrudnienia nie rysowała się obiecująco, wróżąc bardziej bezrobocie niż intratną posadę.

Na zawodowym rozdrożu
Przez niespełna rok pracował w szkole podstawowej w Starych Trokach, prowadząc lekcje polskiego i historii. O ile pierwsze były balsamem na duszę, drugie sadowiły go wyraźnie nie w swoim siodle z braku wyuczonego w tym zawodu. Zwolnił się więc, by po raz pierwszy zapisać w życiorysie wątek robociarski, gdyż zatrudnił się w pobliskiej ze Świętnikami żwirowni jako wagowy samochodów. Skrupulatność, z jaką to czynił, by być w zgodzie z prawdą, biesiła zmuszonych do dłuższego czekania kierowców, którzy poskarżyli się naczalstwu. Został przeniesiony na kierownika zmiany, aczkolwiek to na wskroś techniczne zajęcie wyraźnie mu nie odpowiadało. Znalazł się więc na zawodowym rozdrożu.
I wtedy z pomocą pośpieszył tzw. szczęśliwy zbieg okoliczności. Od Jarosława Narkiewicza, prezesa Trockiego Oddziału Rejonowego Związku Polaków na Litwie dowiedział się o możliwości czasowego zastępstwa dotychczasowej dyrektor szkółki początkowej w Małych Ligojniach, udającej się akurat na urlop macierzyński. Tę szansę nie inaczej jak samo Niebo zsyłało. Ligojnie leżą wprawdzie już na terenie rejonu wileńskiego, aczkolwiek do domu, gdzie zamieszkuje, przysłowiowy stąd rzut beretem.

Małe Ligojnie, mali wychowankowie
Nowe miejsce pracy kopiowało zresztą w znacznym stopniu to ze Świętnik. Mikrusowa placówka oświatowa w Małych Ligojniach, zbudowana z funduszy samorządu rejonu wileńskiego przy znacznym finansowym wsparciu Stowarzyszenia "Wspólnota Polska", a uroczyście otwarta wraz z 1 września 1997 roku, miała odtąd czynić zadość postulatom miejscowych mieszkańców, chcących, by ich pociechy uczęszczały do klas początkowych możliwie najbliżej domu.
Szkoda, że tych było niewiele. Na inaugurację roku szkolnego-2005, kiedy to pan Edward przejmował ster pełniącego obowiązki dyrektora, stawiło się ich razem ledwie 16. Miał kierować 4-osobowym ciałem pedagogicznym, ubogacającym małe główki w wiedzę. Robili to jak umieli najlepiej, z niepokojem odczytując coraz bardziej wyraźne tendencje demograficznego niżu, na tym skrawku Wileńszczyzny jakoś szczególnie dotkliwe, co mnożyło zatroskanie przyszłością. To właśnie jej mglista wizja sprawiła, że była dyrektor nie zechciała wznowić tu pracy po urlopie macierzyńskim, obarczając czasowego zastępcę poniekąd misją kapitana tonącej łodzi.
Dzięki zgodnemu wyczerpywaniu "wody", utrzymywali się "na fali" do roku 2014, przez ostatnie czterolecie – jako filia gimnazjum w Pogirach. Coraz bardziej kurcząca się liczba podopiecznych sprawiła, że siłą rzeczy musieli jednak skapitulować. Dla pana Edwarda było to drugie w pedagogicznej karierze bolesne szkolne "requiem", znów roztaczające widmo bezrobotnego na coraz bardziej problematycznym rynku pracy.

Wyręczyła biblioteka
On, wedle wyuczonego fachu przecież inteligent, musiał ponownie pogodzić się ze statusem robociarza, zatrudniając się tym razem na budowie i zajmując miejsce przy betoniarce. Fizyczne napinanie mięśni trwało przez ponad siedem miesięcy. Ale – widać – zawodowa opatrzność miała go w swej pieczy raz jeszcze, gdyż w lutym 2015 roku – ku własnemu zaskoczeniu – otrzymał propozycję powrotu do budynku byłej szkoły w Małych Ligojniach, gdzie decyzją władz samorządu rejonu wileńskiego zaistniała biblioteka publiczna, a on w jednej osobie (czyli znów będąc "sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem") miał objąć posadę kierownika.
Przystał na tę propozycję, oczywiście, z wielką radością. Stwarzała przecież jakże wymarzoną okazję zostania "władcą" królestwa książek, służących do wypożyczania każdemu, kto tego zapragnie. Do czego miał moralne prawo o tyle, że wyniesioną z dzieciństwa pasję czytania wzmogły z biegiem lat ciągoty do gromadzenia własnego księgozbioru. Jeszcze jako student, przeznaczał na to gros otrzymywanego stypendium, będąc stałym gościem jak księgarni, tak antykwariatu albo gromadząc makulaturę, by wejść w posiadanie jakże naonczas deficytowych wydań rosyjskiej klasyki.
Dziś domowe regały uginają się pod ustawionymi na nich w kilku szeregach aż około 8 tysiącami różnorodnych woluminów, a miejsce szczególnie poczesne zajmuje polska i rosyjska literatura piękna, wszelakie encyklopedie, słowniki, inne kompendia wiedzy. Mimo coraz bardziej odczuwalnej ciasnoty bynajmniej nie zamierza rezygnować z dalszego powiększania zbiorów. Wyraźnie na przekór tak dziś nagminnym tendencjom przedkładania nad papierowe wydania pozbawionych ducha wirtualnych nośników informacji.

Książka – przeżytkiem?
Z dużym niepokojem postrzega, jak młodzi traktują zgromadzone przez starsze pokolenie książki niczym wyraźny przeżytek. Znów zgromadził w bibliotece kilka kartonów tytułów, jakie tutejsi mieszkańcy znieśli na powszechny apel zamiast niszczenia. Coś bardzo niedobrego mu się widzi, kiedy znajduje wśród nich utwory Balzaka, Hugo, Dostojewskiego, Jesienina czy Słowackiego. Owszem, podobnie jak inni bibliotekarze uratuje je od spalenia albo przemiału na ścier. Zawiezie do Biblioteki Centralnej w Rudominie, skąd ostemplowane, że pochodzą z darów, zajmą miejsce na półkach bibliotek rejonu wileńskiego.
I teraz szkopuł, jak spowodować, by poganiany zawrotnym tempem życia oraz postępem technicznym człowiek zechciał nadal hołubić książkę w jej pierwotnej postaci papierowej a nie w tej współczesnej, wyświetlanej na przeróżnych ekranikach. Owa chęć pozostawia wiele do życzenia również w kierowanej przez Edwarda Mackiewicza placówce, przypisanej Małym Ligojniom. Owszem, wśród ponad 70 czytelników nie brak nastoletnich bywalców, tylko że zwracają oni bardziej łaskawe spojrzenia na dwa komputery, będące koniecznym rekwizytem każdej szanującej się dziś biblioteki, niż na regały z młodzieżowymi lekturami. Starsi wiekiem też nie zdradzają zbytnich ciągot do pozycji bardziej ambitnych, wybierając w zależności od płci: albo romansidła, albo kryminały.
Obecny księgozbiór na użytek publiczny liczy około 2 tysięcy egzemplarzy i jest co roku uzupełniany o nowe, zakupywane ze środków finansowych samorządu rejonu wileńskiego przez biblioteczną centralę w Rudominie. A, przyznać trzeba, ta troska o biblioteki ma zresztą wymiar znacznie szerszy, gdyż są one sukcesywnie dozbrajane w sprzęt komputerowy na miarę XXI wieku, stale remontowane. 
Taka renowacja nie ominęła też budynku, gdzie gospodarzy pan Edward. Była gruntowna o tyle, że został on ocieplony, pomalowany od zewnątrz i wewnątrz, a ogrzewanie geotermiczne zastąpiło to nie do końca się sprawdzające na prąd elektryczny. Tutejszy dom książki zaczął więc wyglądać niczym z pocztówki, stąd wypada tylko życzyć, by czytelników przybywało i przybywało.

Z przeszłością za pan brat
Edward Mackiewicz nie ukrywa, że ze szczególnym namaszczeniem otwierałby drzwi przed tymi o krajoznawczej pasji, chcącymi zgłębiać dzieje mniejszych i większych ojczyzn. Jeśli chodzi o Ziemię Trocką, zbratana jest przecież z zamierzchłą historią. Bo właśnie tu mieściła się druga po Kiernowie stolica Litwy, Stare Troki kojarzone są ponadto z rodzinnymi stronami wielkiego księcia Witolda, a ołtarz główny świątyni katolickiej pw. Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w Trokach zdobi wizerunek Matki Bożej, którego koronacja (jako pierwsza w Nadniemeńskiej Krainie) odbyła się w odległym roku 1718, przez co stoimy u progu jakże okrągłej rocznicy tego wydarzenia. Słowem, w przeszłości na terenach tych aż się roi od znamiennych faktów i wszelakich ciekawostek faktograficznych, w czym Świętniki nie stanowią wyjątku. 
Niewielu dziś zapewne kojarzy, że mało brakowało, by właśnie tu miał swą letnią rezydencję sam Marszałek Józef Piłsudski, otrzymawszy w roku 1922, jako kawaler Orderu Virtuti Militari, nadział ziemi przy miejscowym majątku. Ponieważ jednak niebawem w jego bezpośrednim sąsiedztwie miano poprowadzić ruchliwą drogę, a Naczelnik Państwa chciał odpoczywać w ciszy i spokoju, skorzystał z możliwości zamiany ich na bardziej ustronne Pikieliszki.
Dodatkowym bodźcem rozkochanemu w krajoznawstwie Edwardowi do pochylenia się nad dziejami Ziemi Trockiej stał się pomyślany przez posłankę na Sejm RL Dangutė Mikutienė konkurs, opatrzony nazwą "Kraštietis" ("Krajan"). Dwuetapowy w swej istocie, gdyż początkowo jego uczestnicy mieli się sprawdzić w "zadaniu domowym" w postaci 20 pytań, na które wypadało odpowiedzieć. Kto wypadał w tym najlepiej, otrzymywał zaproszenie do biblioteki w Trokach, by zmierzyć się z naszykowanymi testami historycznymi, tyle że już bez pomocy poglądowych, licząc wyłącznie na mądrość własnej głowy.
Mackiewicz wystartował w tej próbie po raz pierwszy w roku 2009. Owszem, przebrnął do rundy drugiej, gdzie jednak musiał uznać wyższość rywali. Nie dał za wygraną, przysiadając fałd w pogłębianiu wiedzy. Efekt był imponujący: w roku 2010 i w 2011 plasował się na miejscu trzecim, natomiast w latach 2012, 2013 i 2014 zajmował niezmiennie pierwszą lokatę. Te laury, zgodnie z konkursowym regulaminem, przekreśliły jego dalszy udział w charakterze uczestnika, choć nobilitowały do zasiadania pośród jurorów.

Erudyta i społecznik
Gdyby poprowadzić z powyższym paralele, w gronie sędziowskim musiałby też zasiadać pan Edward w najbliższym konkursie organizowanym przez "Magazyn Wileński", gdyż ostatnimi czasy zarówno w tym czczącym Marszałka Józefa Piłsudskiego, noblistę Czesław Miłosza jak też jubileusz 25-lecia naszego miesięcznika niezmiennie znajdował się w zaszczytnym poczcie laureatów. Ma też na swoim koncie niejedną nagrodę za trafne rozwiązanie krzyżówek z naszych łamów. Bo konkursy wraz ze wszelkiego rodzaju rozrywkami umysłowymi – to jego wielka życiowa pasja, pozwalająca uzbrajać się w wiedzę.
Ta wiedza, zaczerpywana z przeróżnych wydań książkowych, obok doznań estetycznych, jest jak znalazł, kiedy wypadało pomagać dzieciom w odrabianiu lekcji, co zresztą w przypadku najmłodszego syna Łukasza – dwunastoklasisty Gimnazjum w Połukniu, czyni do dzisiaj, albo w każdej innej, w tym – również w społecznikowskiej potrzebie. 
Bo Edward Mackiewicz, odkąd wśród rodaków na Litwie u schyłku ubiegłego wieku niczym wulkan wybuchło narodowe odrodzenie, wiernie przy nim waruje. Czego potwierdzeniem ofiarna praca w Związku Polaków na Litwie (uhonorowana zresztą najwyższym odznaczeniem tej organizacji – Złotą Odznaką) oraz w Akcji Wyborczej Polaków na Litwie – Związku Chrześcijańskich Rodzin. Jako delegat rejonu trockiego z wyjątkiem trzeciego był na wszystkich czternastu dotychczasowych walnych forach Związku Polaków na Litwie, niezmiennie towarzyszył zjazdowym obradom naszej polskiej partii.
Nadrzędną troską każdego miejscowego ich członka jest, by będący wedle statystyk Polakiem każdy trzeci mieszkaniec rejonu, pamiętał "skąd nasz ród", mógł czuć się jak równy śród równych, uczyć dzieci w języku ojczystym, pielęgnować własne tradycje i dziedzictwo kulturowe. Służą temu jak imprezy o charakterze ogólnym (Festyn Kultury Polskiej Ziemi Trockiej "Dźwięcz, polska pieśni!", który w roku ubiegłym świętował notabene swe ćwierćwiecze, przemieszczające się z gminy do gminy doroczne dożynki albo takież koncerty kolęd), tak też te organizowane przez poszczególne koła tutejszych biało- czerwonych organizacji. A to Świętnikom przypisane bynajmniej w tym nie próżnuje, realizując pomyślane na Dzień Matki, Boże Narodzenie, sylwestra bądź na inne okazje scenariusze, jakie wychodzą właśnie spod pióra pana Edwarda.
Uśmiecha się, kiedy twierdzę, że nietrudno byłoby dlań zapewne o sporządzenie artystycznego montażu na cześć wydania "Magazynu Wileńskiego" z numerem 400. w kolejności. A jeśli już tak, jako jego niezmordowany Czytelnik od ponad ćwierćwiecza koniecznie wplótłby tam życzenia: nam – wydania, a sobie – przeczytania numeru półtysięcznego. To w perspektywie najbliższej, bo tę dalszą mają przecież odliczać kolejne i kolejne setki…

 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 5/2019

ROCZNICE, JUBILEUSZE

  • Patriotyzm nas uskrzydla
  • Przemawiał mową natchnionych dźwięków

POLITYKA

  • Na bieżąco

PIERWSZA W EUROPIE I DRUGA NA ŚWIECIE

  • Triumf polskiej myśli politycznej

Z NAKAZU PAMIĘCI

  • Gdy stary album "głos zabiera"
  • HENRYK: "Dzwonię dla pokrzepienia serc"

W POLONIJNYM BRATNIM KRĘGU

  • Nasi z Ostojićeva

SPORT

  • "Złota Ela"

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach na "saratowskim szlaku"

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O celu życia

Nasza księgarnia

Pejzaż Wilna. Wędrówki fotografa w słowie i w obrazie
Wilno po polsku

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie