Dar Opatrzności Bożej, który udało się złapać!

drukuj
ks. prałat Jan Kasiukiewicz, 15.05.2020
Podczas pierwszego spotkania z Ojcem Świętym

Wielu proroków i sprawiedliwych pragnęło zobaczyć to, co wy widzicie, a nie zobaczyli; i usłyszeć to, co wy słyszycie, a nie usłyszeli (Mt.13,17).

Nieraz myślę o wyjątkowym szczęściu, że urodziliśmy się i żyliśmy w tym czasie, kiedy na Stolicy Piotrowej zasiadł Polak. Dokładnie pamiętam dzień Jego wyboru na papieża. Byłem wówczas w 11 klasie. Tego samego wieczoru, kiedy na konklawe to się stało, myśmy – pozostający za sowieckim kordonem od wolnego świata – nic o tym nie wiedzieli. 
Natomiast 17 października, będąc w szkole, kolega zasięgał u mnie wiedzy, co do liczby kardynałów w Polsce. Kiedy wymieniłem nazwiska Wyszyńskiego, Wojtyły i Kominka, co do którego miałem wątpliwości, czy aby pozostaje przy życiu, kolega wnet skojarzył, że Wojtyła został wybrany na papieża. Spojrzałem na niego z niedowierzaniem, wcale nie przyjmując tego faktu za dobrą monetę. Gdy po powrocie do domu zastałem rozpromienionego radością ojca, twierdzącego, że Polak Wojtyła został papieżem, musiałem uwierzyć. Tym bardziej, że informację tę powielały jak najęte polskie mass media.
Cóż, stało się więc tak, że od klasy maturalnej moje świadome życie przebiegało w cieniu jednego papieża – naszego Rodaka. Podczas studiów seminaryjnych my alumni-Polacy przez sam fakt, iż papieżem jest Polak, czuliśmy mocne zaplecze, a koledzy alumni-Litwini darzyli nas pewnym uznaniem, a może nawet taką świętą zazdrością, co było mocno budujące i dodające otuchy.
Kiedy natomiast po ukończeniu seminarium trafiłem z posługą do kościoła Ducha Świętego w Wilnie, Opatrzność Boża pokierowała tak, że mój proboszcz Aleksander Kaszkiewicz, z którym pracowałem w charakterze zakrystianina, został mianowany na biskupa. W tych to okolicznościach, wbrew wszelkim oczekiwaniom, zostałem niebawem mianowany proboszczem rodzinnej parafii, gdyż na jej terenie urodziłem się i mieszkałem.
Będąc na konsekracji biskupa Kaszkiewicza w Grodnie, zostałem poinformowany przez ojców karmelitów, że jesienią organizują pielgrzymkę do Rzymu na przewidzianą tam uroczystość kanonizacji Rafała Kalinowskiego. 
Chcieli oni, by wilnianie też wzięli w tym udział, zważywszy, że Kalinowski urodził się i mieszkał przy ulicy Dominikańskiej, obok kościoła Ducha Świętego, w którym zresztą później odbywał odsiadkę, gdy władze carskie przekształciły ten dominikański klasztor w więzienie. Propozycja, owszem, była kusząca, choć nie mieściła się w wyobraźni, ale chęć wyjazdu była olbrzymia, tym bardziej, że Litwa dopiero wybiła się na niepodległość, a my jeszcze mieliśmy radzieckie paszporty.
Zamiar jednak się powiódł. W roku 1991 wraz z karmelitami i grupą wilnian znalazłem się w Rzymie, gdzie podczas spotkania w bocznej nawie bazyliki poprzez gest powitania mogłem dotknąć ręki Ojca Świętego, która to ręka z racji jej "aksamitności" i czułości zrobiła na mnie nie lada wrażenie, towarzyszące zresztą po dzień dzisiejszy.
Zaraz po pierwszej wizycie w Rzymie, po upływie ledwie paru tygodni nadarzyła się okazja ponownego tam trafienia. Jako że w parafii Ducha Świętego istniały już wspólnoty Drogi Neokatechumenalnej, a w grudniu 1991 roku obok Synodu Biskupów, założyciel "Drogi" Kiko Arguelio zorganizował grand konwiwencję. 
"Odpowiedzialni" wspólnoty – małżeństwo i proboszcz parafii, jedynej zresztą na Litwie, gdzie była "Droga", otrzymaliśmy zaproszenie na wspomnianą konwiwencję. Gdy w auli Pawła VI ponownie spotkaliśmy się z Ojcem Świętym, dostąpiłem zaszczytu, by Jego ręka spoczęła na mojej głowie na znak powitania, co stanowiło ogromne przeżycie.
Kiedy w lipcu 1992 roku byłem na urlopie w Połądze, usłyszałem w radiu informację o mającej się odbyć apostolskiej wizycie papieża na Litwie we wrześniu 1993 roku. Spontanicznie pomyślałem o spotkaniu Jego Świątobliwości z mieszkającymi tu od wieków Jego rodakami, co by było zgodne z praktyką tradycji analogicznych spotkań z Polonią podczas jakże licznych podróży zagranicznych Ojca Świętego.
Chociaż na jesieni powołano u nas komitet, organizujący planowaną wizytę, i zaistniał jej program, ten pomijał milczeniem takowe spotkanie. Kiedy próbowałem delikatnie napomknąć o tym arcybiskupowi Audrysowi Juozasowi Bačkisowi i nuncjuszowi apostolskiemu na Litwie Justo Mullorowi Garcia, za każdym razem słyszałem, że wizyty papieskie są stricte apostolskie, mają służyć umacnianiu wiernych w wierze, a spotkania o podłożu narodowym nie wchodzą w rachubę.
Ponieważ byłem proboszczem w polskiej parafii, choć nikt mi tego mandatu nie udzielał, czułem sercem, że mam o to zabiegać, szukając sposobności, by takie spotkanie się odbyło. Poprzez przyjeżdżających do Wilna różnych dostojników kościelnych i świeckich próbowałem więc wysyłać informację o jego potrzebie w nadziei, że być może strona watykańska odgórnie o to się upomni. Ponieważ jednak nie przynosiło to efektu, czułem się rozczarowany i zawiedziony, choć wciąż nie dający za wygraną.
W lutym 1993 roku dostałem telefon od arcybiskupa Bačkisa i podczas spotkania w kurii usłyszałem, że 18 kwietnia tegoż roku w Rzymie odbędzie się uroczysta beatyfikacja siostry Faustyny Kowalskiej, na którą został on osobiście zaproszony. Życzeniem arcybiskupa było jednak, by towarzyszył mu w tym wyjeździe diecezjalny lud Boży, stąd właśnie zwracał się do mnie o zorganizowanie chociaż jednego autokaru z wiernymi. 
Podjąłem się tego mimo panującej akurat głębokiej zapaści ekonomicznej, jaka trapiła Litwę. Od pierwszego spotkania na ten temat byłem jednak szczery i wyłożyłem "wszystkie karty na stół". A mianowicie oznajmiłem, że jeśli podczas tej wizyty uda mi się dojść do Ojca Świętego, to wręczę Mu zaproszenie do odwiedzenia kościoła Ducha Świętego i spotkania w jego murach z rodakami. 
Owszem, tę moją zapowiedź arcybiskup przyjął z "uśmiechem pod wąsem", kwitując zapewne myślą: "Patrzcie, jaki mi tu chojrak się znalazł", choć skarcony bynajmniej nie zostałem. Chcąc dodać swemu pomysłowi motywacji, miałem twierdzić, że to właśnie w kościele Ducha Świętego znajduje się oryginał obrazu Jezusa Miłosiernego, jaki wedle wizji siostry Faustyny Kowalskiej w 1934 roku namalował wileński malarz Eugeniusz Kazimirowski.
Odetchnąłem z wielką ulgą, gdy w przygotowaniach do wyjazdu do Rzymu na beatyfikację siostry Faustyny Kowalskiej szczęśliwym trafem pomocną dłoń wyciągnęło kierownictwo "Orbisu" z Białegostoku, udostępniając za pół ceny luksusowy autokar, jaki miał zawieźć nas tam i z powrotem. 
Prowiant załatwiliśmy sami, a był to czarny chleb litewski, słonina, napoje w termosach. Za miejsce noclegu miało nam służyć pole namiotowe pod Rzymem. Każdy z wyjeżdżających podjął się wpłacenia na wspólne potrzeby 100-dolarowej kwoty, co na tamte czasy było sporym wydatkiem (jeżeli się nie mylę, jeden dolar równał się 500 talonom litewskim, a za 500 talonów w 1992 roku w Połądze kupiłem koreański zegarek elektroniczny na rękę).
W drodze trapiła mnie jedna myśl: jak znaleźć okazję, by osobiście wręczyć naszykowane zaproszenie Ojcu Świętemu do odwiedzenia podczas wizyty w Wilnie kościoła Ducha Świętego. Podczas samej beatyfikacji to, niestety, się nie udało, gdyż mieliśmy miejsca w dalszym sektorze. 
Po Mszy Świętej podszedł do nas arcybiskup Bačkis, zrobiliśmy wspólne zdjęcie na placu św. Piotra i zostaliśmy przezeń zaproszeni na uroczystą kolację do Villi Lituania. Podczas jej trwania przypomniałem gospodarzowi o potrzebie bezpośredniego spotkania z Ojcem Świętym dla wręczenia Mu zaproszenia.
Bačkis, znający w szczegółach przebieg jutrzejszego zwyczajowego spotkania papieża z uczestnikami podobnych uroczystości, wykazując dużo życzliwości dla mego zamiaru, powiedział, gdzie będzie na nas czekał, by przeprowadzić na miejsce spotkania, mimo otrzymanej przepustki do znalezienia się na placu podczas wzmiankowanego spotkania, ku mojemu zaskoczeniu sygnowanej jedynie podpisem i wcale nie opatrzonej pieczęcią.
Nie bacząc na tłumy na placu, arcybiskup, niczym Dobry Pasterz, czekał na nas na ulicy przed placem św. Piotra i całą grupę odprowadził na miejsce przewodniczenia spotkania. Wrócił jeszcze raz na ulicę dla pozbierania spóźnionych i zagubionych, by też ich doprowadzić na miejsce. A był to trzeci rząd od miejsca przewodniczenia spotkaniu (bo pierwsze dwa rzędy zajmowali purpuraci). 
Po zakończeniu spotkania poszliśmy do ustalonego przez arcybiskupa miejsca – pod ścianę Poczty Watykańskiej, gdzie Ojciec Święty miał się przesiadać z papamobile do kabrioletu. Dzięki arcybiskupowi Bačkisowi, który podprowadził papieża do naszej grupy, nadarzyła się historyczna chwila, by po odczytaniu przeze mnie treści zaproszenia wręczyć je Adresatowi, który zaraz przekazał skórzaną teczkę ze starannie wykaligrafowanym tuszem tekstem zaproszenia stojącemu obok księdzu Stanisławowi Dziwiszowi. Korzystając z okazji, wręczyliśmy także papieżowi przywiezioną z Wilna kopię obrazu Jezusa Miłosiernego.
Gdy to się stało, miałem prawo poczuć się wniebowstąpionym ze szczęścia, że dzięki arcybiskupowi Bačkisowi, za co jestem mu dozgonnie wdzięczny, udało się zrealizować marzenie goszczenia następcy św. Piotra w naszej świątyni, choć zdawałem sprawę, że praktyczna jego realizacja będzie zależała od dobrej woli organizatorów wizyty papieża na Litwie: jak po stronie naszej hierarchii kościelnej, tak też Stolicy Apostolskiej.
Że upragniony zamiar może dojść do skutku, przekonałem się niebawem po powrocie z Rzymu, kiedy nuncjatura papieska poprosiła mnie o sporządzenie w języku angielskim krótkiego raportu, co łączy kościół Ducha Świętego z błogosławioną siostrą Faustyną. 
Natomiast w początku czerwca obecny arcybiskup Gintaras Grušas, wtedy jeszcze diakon, którego Bačkis ściągnął ze studiów w Rzymie, udzielił święceń kapłańskich i mianował przewodniczącym komitetu wizyty papieskiej na Litwie, zadzwonił do mnie i nakazał o ustalonej porze obecność w kościele, jako że w jego progach ma się stawić komisja watykańska, przybyła do Wilna, by ustalać szczegóły wizyty papieskiej, w tym – przejazdu ulicami stołecznej Starówki.
Komisja się stawiła, obejrzała nasz kościół od zewnątrz i wewnątrz, nakreśliła pobieżny schemat pobytu tu papieża. By zapewnić należną ochronę, wskazano, gdzie mają być ustawione barierki, zachęcając do szczególnej ich trwałości przy wejściu i wyjściu, zważywszy nagminną chęć wiernych znalezienia się możliwie najbliżej Ojca Świętego. Kiedy zaskoczony nieco pytaniem, ile osób może pomieścić kościół, odparłem po pi razy oko, że dwa tysiące, usłyszałem w odpowiedzi: w takim razie na spotkaniu z papieżem może się znaleźć tysiąc osób i nie więcej.
Ten tak skromny liczebny wymóg mocno mnie zmartwił, gdyż najprostsze obliczenia wskazywały, że, zważywszy 300-tysięczne rzesze naszych rodaków na Litwie, zaszczytu bezpośredniego spotkania z papieżem dostąpi jedynie ich znikomy odsetek. 
Moja wysunięta na poczekaniu propozycja zorganizowania tego spotkania pod otwartym niebem, pod ścianą Uniwersytetu Wileńskiego przy ulicy Świętojańskiej na skwerze przed ambasadą francuską u zbiegu ulic Świętojańskiej, Uniwersyteckiej i Dominikańskiej z wystawieniem tam przeniesionego z kościoła oryginału obrazu Jezusa Miłosiernego, by w ten sposób zdecydowanie zwiększyć tłumy wiernych, spotkała się jednak ze stanowczą odmową: szef papieskiej ochrony – monsignore Tucci zawyrokował, że spotkanie ma się odbyć w murach świątyni i basta.
Nie ukrywam, iż moja radość z racji coraz bardziej pewnego spotkania z Ojcem Świętym mieszała się ze smutkiem, że tylu godnych jego rodaków z braku miejsca tego nie dostąpi, choć cóż miałem począć. A, wybiegając nieco wydarzeniom do przodu, wyznam, że chyba z dziesięć razy przekrajałem tę listę, by ostatecznie ustalić, do kogo ma trafić tysiąc imiennych zaproszeń w spotkaniu, określanym jako to ze społecznością polską na Litwie.
Ponieważ do wizyty papieża zostawały ledwie trzy miesiące, w przygotowaniach wypadło sprężyć się szczególnie. A bynajmniej nie wszystko szło w tym jak z płatka. Problem szczególny wynikł z nagłośnieniem, gdyż Ministerstwo Łączności RL cały sprzęt już rozparcelowało. Litewska Telewizja natomiast wszystko miała takoż zapięte na ostatni guzik, a ponieważ pierwotnie naszego spotkania nie było w planach, niezbyt mogła być pomocna w bezpośredniej transmisji. 
Zadeklarowała natomiast pokaz spotkania z udziałem papieża z dwugodzinnym opóźnieniem, potrzebnym również po to, by zamieścić litewskie napisy wygłaszanych polskich tekstów. Wypadło przystać na taki warunek, ustalając miejsca, gdzie poza świątynią mają zgromadzić się wierni, by godnie powitać drogiego Gościa.
Pomocy, by byli oni na bieżąco świadkami tego, co będzie się działo wewnątrz świątyni, udzielił nam wielkodusznie prezydent miasta Białystok – pan Lech Rutkowski. Po mojej tam wizycie, przysłał ekipę specjalistów od nagłośnienia, którym zdecydowaliśmy objąć ulicę Niemiecką od szkoły im. Salomei Neris, skwer przed ambasadą francuską, małe podwórko uniwersyteckie i plac Daukantasa. Potem z Białegostoku dostarczono nam dwie ciężarówki wszelakiego sprzętu akustycznego, dzięki któremu wierni spoza kościoła mogli zostać uczestnikami jakże historycznego w swej istocie spotkania.
Dzięki mecenasowi Czesławowi Okińczycowi został sprowadzony z Polski wóz transmisyjny. Z jego pomocą nabożeństwo z udziałem Ojca Świętego na żywo relacjonowano w programie II Polskiego Radia i w Radiu "Znad Wilii". W tym ostatnim był na domiar zrealizowany dwugodzinny program modlitewny "W oczekiwaniu na papieża" z modlitwą, poezją, śpiewem.
W przygotowaniach wizyty wpadłem na pomysł udania się do księży w Polsce, którzy już podejmowali Ojca Świętego, by przejąć cokolwiek w tym doświadczenia, czym zresztą bardzo życzliwie ze mną się dzielono, chętnie udostępniano akcenty dekoracji kościoła i jego okolicy w papieskie barwy żółte i biało-czerwone.
Pewnym osadem z tej wizyty pozostało jednak skarcenie mnie przez pewnego biskupa, że nie będę wymieniał go z nazwiska, stwierdzeniem: "Co to ksiądz wymyślił z tym osobnym spotkaniem dla Polaków, które może sprawić, że polskie akcenty znikną z innych przewidzianych podczas papieskiej wizyty nabożeństw". 
Z tego, co wiem, ta przepowiednia na szczęście bynajmniej się nie potwierdziła; wszystkie polskie akcenty znalazły pomyślną realizację. Dodam, że zaraz po spotkaniu z papieżem w naszej świątyni, w której ów biskup brał też udział, doczekałem się od niego szczerych gratulacji, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że moje działania były słuszne.
Wizyta Jana Pawła II nakazywała wyraźne ponaglenie też tempa prac rozpoczętej jeszcze przez księdza Aleksandra Kaszkiewicza gruntownej renowacji świątyni, połączonej z wymianą dachu i remontem zewnętrznej fasady. Wypadło naprawdę dwoić się i troić, by w maksymalnym stopniu zniknęły opasujące świątynię rusztowania.
Z poprzedzającej wizytę "karuzeli" chcę też przywołać poczynania z przygotowaniem barierek ochronnych. Pomny wymogu o ich trwałości, zwróciłem się do odnawiającego akurat wileńską Starówkę polskiego "Budimexu" z prośbą o przygotowanie solidnych konstrukcji. W pozytywnej odpowiedzi zostały one wsparte na trwałej podstawie i zespawane z rur o grubości chyba szklanki, a choć pierwotnie pomalowane na szczególnie rzucający się w oczy kolor biały, zostały na moją prośbę przemalowane na szaro, nadal – co tam mówić – szpeciły wygląd wnętrza barokowej świątyni.
Ich nadmierna solidność została zresztą poddana pod wątpliwość przez arcybiskupa Bačkisa, który na dni parę przed wizytą zechciał rzucić okiem na wygląd wnętrza kościoła. Sugerował on z przekąsem, że nie należało odgradzać wiernych od papieża aż takim "płotem" i jakoś nie przemawiały do niego moje sugestie o koniecznych wymogach bezpieczeństwa, jakie sugerowała przybyła z Watykanu komisja, nadzorująca przygotowanie u nas wizyty papieskiej. Jego zdaniem, zdecydowanie bardziej elegancko wyglądałaby… cieniutka wstążeczka.
Przełknąłem tę "gorzką pigułkę", ale ponieważ na demontaż było już zbyt późno, "płot" został. I dobrze, gdyż po zakończeniu spotkania, gdy papież opuszczał świątynię, rozentuzjazmowani wierni natarli na barierki z taką mocą, że te jęknęły, zgrzytnęły, a będąca po ich przeciwnej stronie ochrona ledwie dała radę, by stawiać opór, w czym bez wątpienia pomocna okazała się grubość metalowych konstrukcji. Widząc to, arcybiskup Bačkis zwrócił mi honory, szepcąc do ucha: "Dobrze, żeś tak mocarne zrobił…".
O wyznaczonej porze 5 września 1993 roku przed przekroczeniem progu świątyni papież na swym papamobile udał się dla przywitania się ze zgromadzonymi wiernymi na ulicę Niemiecką. U wejścia kościoła serdecznie go natomiast witaliśmy wspólnie z arcybiskupem Bačkisem. Po drodze przed ołtarz Jezusa Miłosiernego, przed którym Ojciec Święty uklęknął do modlitwy, zdążył mnie spytać, czy jestem kapłanem miejscowym, czy przybyłem z Polski, na co odpowiedziałem, że mam zaszczyt posługiwać w rodzinnej parafii. 
Ja ze swej strony suflerowałem drogiemu Gościowi nazwiska tych rodaków, z którymi się akurat witał. Poprosiłem też, by pobłogosławił ustawioną przy ołtarzu Jezusa Miłosiernego, ufundowaną przez Reginę Stawryłło – żonę rezydującego akurat w Wilnie konsula Rzeczypospolitej Polskiej Henryka Stawryłło, a wyhaftowaną przez siostry westiarki przy ul. Brackiej w Warszawie chorągiew z wizerunkiem Jezusa Miłosiernego. Ojciec Święty poczynił też wpis do księgi pamiątkowej, przygotowanej specjalnie na tę okazję
Po tym dostojny Gość udał się przed wielki ołtarz, sprzed którego słowem powitalnym w języku polskim rozpoczął to historyczne spotkanie arcybiskup Audrys Juozas Bačkis (co później w przemówieniu skomentował i docenił Jan Paweł II). Po powitaniu była krótka Liturgia Słowa oraz istotna część spotkania – przemówienie Ojca Świętego do nas.
Opowiadał mi biskup Aleksander Kaszkiewicz, że jesienią 1993 roku, będąc w Rzymie, dostąpił uczestnictwa w kolacji u Ojca Świętego, podczas której wrócił On wspomnieniami do wizyty na Litwie i w kościele Ducha Świętego, starając się przypomnieć moje nazwisko, w czym został wyręczony przez biskupa Aleksandra. Sam jednak fakt pamiętania o mojej skromnej osobie i poszukiwania w pamięci mojego imienia i nazwiska sprawił mi olbrzymią satysfakcję. 
Większą niż kiedy w roku 1996, ku ogromnemu zaskoczeniu, bo o tym nigdy nie myślałem i nie marzyłem, zostałem w wieku ledwie 35 lat podniesiony do godności prałata – kapelana Jego Świątobliwości. Skoro mój biskup w ten sposób chciał mnie uhonorować, to nobilitację tę bardzo cenię i szanuję, a moim przełożonym jestem bardzo wdzięczny.
Po spotkaniu w Wilnie Opatrzność Boża pozwoliła mi jeszcze dwukrotnie doświadczyć bliskości Ojca Świętego. Po raz pierwszy było to akurat w dniu Jego 75. urodzin – 18 maja 1995 roku w Rzymie, dokąd zostałem przez Bačkisa skierowany jako delegat narodowy w sprawach przygotowania Kongresu Eucharystycznego, który odbył się we Wrocławiu w roku 1997. 
Gdy udało się mi zamienić z papieżem kilka słów i przypomniałem, kim jestem, w odpowiedzi usłyszałem, że Ojciec Święty w głębi serca chowa to wileńskie spotkanie w naszej świątyni. Na moje słowne zaproszenie uśmiechnął się, kwitując je powtórzonym parokrotnie lakonicznym: "Proszę wszystkich pozdrowić…".
Moje ostatnie spotkanie z papieżem- Rodakiem nastąpiło natomiast w roku 2000, bezpośrednio po uroczystości kanonizacji siostry Faustyny Kowalskiej. Zostaliśmy wtedy zaproszeni na obiad do Domu św. Marty (jest to hotel dla dostojników Watykanu, z którego po konklawe nie wyprowadził się papież Franciszek i tam mieszka), a po nim w foyer każdy mógł podejść do coraz bardziej podupadającego na zdrowiu papieża i zamienić kilka słów, z czego też chętnie skorzystałem.
Często przypominamy sobie o tym, że do odniesienia sukcesu trzeba się znaleźć w odpowiednim miejscu i czasie. Owszem, ale potrzebny też jeden "drobiazg", którego nie zaprzepaścił Bartymeusz z Jerycha, co odnotował św. Marek Ewangelista (Mk 10,46-52).
Zdjęcia z archiwum autora

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 11/2020

POLITYKA

  • Centroprawica "rozdaje karty"
  • Na bieżąco
  • Była o krok od monarchii

GDY ŻYCIA DOCZESNEGO KRES

  • Czas ucieka, wieczność czeka
  • Pogrzeb Józefa Piłsudskiego
  • "Nie spłonąć na tym stosie"
  • Tu spoczywa autorka "Nad Niemnem"
  • Zaduszki poetyckie

FAKTY – MITY – POMÓWIENIA

  • Sprawa Józefa Mackiewicza

PRZODKOM – W HOŁDZIE

  • Wołłk-Łaniewcy, Korwin-Milewscy, Umiastowscy

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • Styczyńscy. Spod Wilna na Syberię
  • Męczeństwo kresów

DIALOG DWÓCH KULTUR

  • Na wysokim brzegu

POZNAJMY POLSKĘ

  • Tam, gdzie były tereny Prusów

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O ostrożności

Nasza księgarnia

Stanisław Moniuszko w Wilnie
Wilno po polsku

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie