Dwór polski XVIII/XIX wieku – architektura, tradycje, atmosfera

drukuj
Maciej Rydel, 21.10.2016

Artykuł na podstawie książki autora z 2004 r. "Oblicza polskiego dworu"


Zapraszam Cię, Drogi Czytelniku, do polskiego dworu. Wyobraź sobie, że przyjeżdżasz tu z wizytą. Spróbujmy wczuć się w jego specyficzny nastrój. Ponieważ dwór zmieniał się z upływem czasu, a niewątpliwie największy sentyment czujemy do dworu z wieku XIX – opis, który nastąpi, tegoż dziewiętnastowiecznego dworu będzie dotyczył. 
Rzecz się dzieje, powiedzmy, 150 lat temu, gdzieś w Polsce. Spróbujemy spleść dwa istotne dla zrozumienia dworu wątki: architektoniczno-estetyczny i społeczno-obyczajowy. Tworzenie takiej lub innej siedziby miało bowiem swoje uzasadnienie w konkretnych potrzebach właściciela, tradycjach i obyczaju.

Polskie dwory cechowało wiele charakterystycznych atrybutów, z wyjątkiem ich wyglądu. O ile jak za czasów średniowiecza lokalizację tego typu budowli wyznaczała jej funkcja obronna, od wieku XVII znaczenia nabierał "prospekt wesoły", czyli usadowienie w miejscu krajobrazowo atrakcyjnym. Nasz dwór ulokowany jest na wzniesieniu, gdyż stoi na miejscu starszego, budowanego w średniowieczu. Po tamtym pozostały tylko piwnice, na których w początku XIX wieku zbudowano nową siedzibę. Charakterystycznym dla położenia dworu było to, że zawsze stał frontem do drogi głównej, skąd przed wejście do dworu wiodła aleja, najczęściej lipowa, kasztanowa lub grabowa. Dwór zorientowany jest na godzinę jedenastą, co oznacza, że słońce może oświetlać go ze wszystkich stron.
Ziemiańskie "gniazdo" otacza znacznie od niego starszy park, gdyż posadzono go dwa wieki wcześniej. Specyficzny nastrój wyczuwało się już przekraczając bramę i wjeżdżając w prowadzącą do dworu ocienioną aleję. Bramy niekiedy budowano paradne, a nad wjazdem widniał herb właściciela. Ten sam herb zobaczymy później w tympanonie portyku dworu. 
Adam Mickiewicz pisał w Panu Tadeuszu: 
Brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza,
Że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza.
Pojęcie "wszystkich" za czasów Mickiewicza było nieco inne niż dzisiaj. Ale tu chodzi o gości pana i pani domu. Dla nas w każdym razie brama jest otwarta. Znaleźliśmy się więc już na końcu alei.
Na wprost wejścia do dworu widzimy gazon – owalny lub okrągły trawnik, niekiedy otoczony żywopłotem, z klombem kwiatowym pośrodku. Tworzyło to, niemal obowiązkowy w dziewiętnastowiecznym dworze "cour d’honneur" – dziedziniec honorowy, symbol prestiżu i powagi miejsca zamieszkiwania właściciela ziemskiego.
Oczom naszym ukazuje się klasycystyczny dwór, murowany, z pomalowanymi na biało ścianami (nigdy na niebiesko – tak było w chłopskich chałupach), z wysokim dachem tzw. łamanym polskim, z portykiem czterokolumnowym, zwanym wcześniej gankiem, gdy był drewniany. Nasz dwór ma dwa alkierze, dostawione na planie kwadratu do jego boków i wysunięte nieco przed frontową elewację. Otacza nas sfora psów, których zawsze było wszędzie pełno. Radośnie poszczekując, biegają wokół nadjeżdżających gości. Gospodarze witają ich na ganku dworu i w serdecznych słowach zapraszają do wnętrza. 
Trzy są elementy charakterystyczne dla architektury dworu: po pierwsze plan; po drugie kształt bryły, w tym proporcje długości i wysokości oraz szalenie ważne proporcje wysokości ścian do wysokości dachu. Trzecim elementem jest estetyka centralnie umieszczonego wejścia do dworu. Tak popularne dziś kojarzenie dworu polskiego z kolumnowym portykiem, może dotyczyć dworów zbudowanych w stylu klasycystycznym, począwszy od ostatniej ćwiartki XVIII wieku. Wcześniej klasycyzm w Polsce zapanował w architekturze kościołów i pałaców, natomiast do dworów dotarł z co najmniej dwudziestoletnim opóźnieniem.
Przyjrzyjmy się dokładnie jakże charakterystycznemu atrybutowi dworu klasycystycznego, jakim jest portyk. Było ich wiele rodzajów. A więc portyki: w tak zwanym małym i wielkim porządku. Portyki dwu, cztero, sześcio i ośmiokolumnowe. I wreszcie portyki w porządku doryckim, toskańskim, jońskim i korynckim. W skromnych dworkach szlachty zaściankowej portyk uchodził czasem za jedyny element wyróżniający gospodarza. Drugim były dowody szlachectwa, przechowywane w starej skrzyni, a trzecim – duma właściciela z przynależności do stanu wyższego. 
Wyróżnikiem natomiast nie było bogactwo gospodarza, gdyż ten często był biedny jak mysz kościelna i zadłużony po uszy. Dzisiejsze wyobrażenie o bogactwie i przepychu we wszystkich dworach jest zdecydowanie przesadzone. Często są one mylone z pałacami wielkiej arystokracji. Tymczasem wystarczy przeczytać choćby "Noce i dnie" Marii Dąbrowskiej, by poznać realia życia skromnego ziemianina.
Ale nasz dwór jest murowany, solidny i ma piękne proporcje. Na tym przecież polega uroda tego typu budowli. A gospodarz zasobny w 500 hektarów ziemi, świetnie sobie radzący.
Murowane dwory miały najczęściej czterokolumnowe portyki toskańskie w małym porządku, tak jest i w naszym przypadku. 
Kolumny złożone z bazy, trzonu i głowicy (kapitelu) różniły się przede wszystkim wyglądem głowicy. Na głowicach kolumn spoczywa architraw, dźwigający fryz i gzyms, będący podstawą trójkątnego frontonu, którego część wewnętrzną stanowi tympanon.
W tympanonie pojawiają się albo okienka, najczęściej w kształcie koła lub półkola, albo płaskorzeźby, przedstawiające kartusz herbowy właściciela. Rzadziej spotyka się napisy – sentencje lub rok budowy dworu. W Woli Pękoszewskiej koło Skierniewic na frontonie dworu, pod dwoma kartuszami herbowymi małżonków (Antoni Górski i Anna Szembekówna) widnieje inskrypcja z fraszki Jana Kochanowskiego: Ja Panie niechaj mieszkam w tem gnieździe ojczystem, a Ty mnie zdrowiem opatrz i sumieniem czystem. Ten napis był dość popularny i figurował na kilku jeszcze innych dworach. 
Zatrzymajmy się nieco przy symbolach szlachectwa, jakimi były herby, dość często umieszczane w tympanonach portyków dworskich. Podobnie jak na frontonach pałaców, (choć rzadziej) właściciele dworów umieszczali z dumą swój herb nad wejściem. 
Drewniane dwory miały częstokroć drewniane ganki, a jako ich część – słupki o prostokątnym przekroju. Zdarzało się też jednak, że chcąc przydać splendoru i powagi swojej siedzibie, właściciel dobudowywał do drewnianego dworu murowany portyk.
A więc przyjrzeliśmy się dokładnie portykowi naszego dworu. Spójrzmy jeszcze na jego dach. Dachy budowano dwuspadowe, czterospadowe, naczółkowe i przyczółkowe, mansardowe, łamane (uskokowe) – polskie z odmianą krakowską oraz namiotowe, w zależności od kształtu i kąta nachylenia połaci.
Dachy w dworach miały swoje cechy osobliwe. Otóż charakterystyczne dla Polski są tzw. dachy łamane polskie, które stosowano od XVII wieku. W odróżnieniu od dachu mansardowego, gdzie dwie jego połacie nachylone są pod różnymi kątami, w dachach polskich połacie górna i dolna są do siebie równoległe, co widać na rysunku konstrukcji dachu łamanego polskiego. Ta pozwalała na podparcie krokwi w połowie jej długości czy też użycia dwóch krótszych odcinków i wzmocnienie w ten sposób wysokich dachów dworów o znacznej szerokości. A, jak już wspomnieliśmy, dwory polskie charakteryzowały się przez wiek XVIII znaczną szerokością, pozostałą jeszcze z obronnych budowli na planie zbliżonym do kwadratu. Przy takiej szerokości jedna długa krokiew mogłaby się załamać pod ciężarem mokrego śniegu.
Odmianą dachu łamanego polskiego, jest tzw. dach krakowski, posiadający szeroką wstawkę pomiędzy dwiema jego połaciami. Najpopularniejsze w polskich dworach dziewiętnastowiecznych były dachy czterospadowe proste lub łamane. W zasadzie w dworach drewnianych dachy kryto gontem, a w murowanych – dachówką, chociaż od połowy XIX wieku często zdarzał się gont, pokrywający murowane dwory (zwłaszcza we wschodniej części Polski). Natomiast dachówka na drewnianym dworze jawi się jako zgrzyt.
Szalenie ważne dla estetyki całego dworu były proporcje ściany frontowej i dachu. Zbyt płaski dach, który później (tzn. w końcu XIX wieku i w XX) był modny, po prostu szpecił bryłę dworu.
Alkierze też zwracają uwagę przybysza, gdyż są jakże sympatyczną pozostałością po czasach rycerskich. Nigdzie na świecie nie uświadczycie tak pięknych alkierzy, jak w polskich dworach.
Możemy już wejść do środka, gdyż usatysfakcjonowaliśmy naszych gospodarzy zachwytami nad pięknymi proporcjami ich ziemiańskiego siedliska.
Sień dworu miała swój specyficzny nastrój. Przede wszystkim pachniało tu ziołami, które suszyły się podwieszone u sufitu. Zioła suszono też na ganku pod dachem, rozłożone na stołach. Melchior Wańkowicz, opisując w Szczenięcych latach dwór swojej babki w Nowotrzebach na Litwie, zauważa: po stołach, jak dzień długi suszyły się wiecznie jakieś rumianki, jakieś żywokosty i inne gospodarskie ingrediencje... Pamiętać należy, że zioła stanowiły ważny składnik domowej apteczki, przydatne na różne przypadłości i choroby nie tylko domowników, lecz i mieszkańców wsi. Były jednym z ważnych atrybutów samowystarczalności dworu oraz jego związków z naturą.
W sieni dworu, według Wańkowicza, ogromnej, ciemnawej, chłodnej zawsze na centralnym miejscu wisiał wieniec dożynkowy. Starym zwyczajem dożynki odbywały się zwykle na Święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, 15 sierpnia, popularnie zwane dniem Matki Boskiej Zielnej, kiedy obchodzono zakończenie prac żniwnych. Z tej okazji sporządzano wieniec z najdorodniejszych kłosów, kwiatów, owoców, ozdabiano wstęgami i, poświęciwszy go w kościele, niesiono przed dwór. Wieniec ten wieszano u powały sieni, gdzie niejednokrotnie przebywał do następnego lata, ozdabiając i tworząc wspaniały nastrój więzi z ziemią, z której zawsze dwór żył.
W sieni stoją stare skrzynie, będące dawniej podstawowym wyposażeniem sypialni. Trzymało się w nich nie tylko posażne ubiory i bieliznę, pościel, ale też codzienne ubrania. Jednak po wejściu do powszechnego użytku szaf, skrzynia pełniła rolę pomocniczą do przechowywania różnych elementów ubioru zewnętrznego, przyborów potrzebnych do zdejmowania butów z cholewami (a to nie było takie proste), ostróg itp.
Gospodarze proszą dalej, do salonu, przepędziwszy psy, które mogły wchodzić co najwyżej do sieni. Tu pojawiały się dzieci i inni domownicy, których zwykle było wielu: dziadkowie, ciotki i wujowie rezydenci. Dwory miały ten istotny walor wielopokoleniowości. Dziadków nie wysyłano do ochronek i domów starców, jak to w dzisiejszych barbarzyńskich czasach częstokroć się zdarza. Owszem, znoszenie ich starczych kaprysów nie było łatwe, ale zgodne z naturą i po bożemu.
Oczywiście rozmowy najczęściej dotyczyły kłopotów gospodarskich. Troska o zbiory, bydło, trzodę i inny dobytek spędzało z reguły sen z powiek właścicielowi dworu. Jako temat pojawiały się niechybnie narzekania na służbę.
A propos, służby. Nie było jej wiele w przeciętnym polskim dworze. Oczywiście dużo zależało od zamożności gospodarzy i liczby osób zamieszkujących, a także od aspiracji właścicieli. Podstawową "załogę" tworzyła kucharz lub kucharka, służąca pani domu i służący gospodarza oraz stangret. W większych, bardzo zamożnych dworach i pałacach pojawiały się: ochmistrzynie, zarządca majątku (administrator, karbowy), lokaje na czele z "oberkamerdynerem" lub "majordomusem", ogrodnicy, chłopcy stajenni do koni, leśniczy itp.
Nasz dwór liczy pięć osób służby, w tym – niania staruszka, która wychowała już trzy kolejne pokolenia.
Wkroczywszy do salonu stwierdzamy, że układ pomieszczeń we wnętrzu dworu jest dwutraktowy, z sienią i salonem na osi, okrągłym, wysuniętym ryzalitowo przed lico elewacji ogrodowej. Pokoje sytuowane są w tzw. amfiladzie, tzn. ze skrajnego do następnych jest przejście bezpośrednie. Korytarz, dzielący dwa trakty dworu, też mógłby się tu zdarzyć, bo pojawia się już w połowie XIX wieku.
Bawialnia, zwana też salonem, oprócz dużego, zdobnego pieca, kanap i berżerek do siedzenia, mieści fortepian, a na ścianach wiszą obrazy, będące charakterystycznym elementem każdego dworu. W przeciętnym z nich próżno szukać sprowadzanych z Italii czy Francji dzieł wielkich mistrzów. "Galerię" stanowiły: grafiki, sztychy i rysunki oraz olejne obrazy, przedstawiające konterfekty przodków lub dziełka wędrownych malarzy, chodzących od dworu do dworu, by za wikt i opierunek malować sceny rodzajowe, pejzaże albo portrety domowników. Charakterystyczną cechą dworu było nawarstwienie pamiątek, sprzętów, mebli z różnych epok, które po prostu zostawały po przodkach. Rzadko się zdarzało, by właściciel ziemiańskiego "gniazda" kupował za jednym zamachem garnitur nowych mebli na całe jego wyposażanie. 
Skoro wspomnieliśmy o malarzach, jeżdżących od dworu do dworu i oferujących swoje usługi artystyczne, warto przywołać jedno charakterystyczne nazwisko: Bronisława Rychter-Janowska. Żyła w latach 1868-1953, a jej związana z polskimi dworami twórczość przypada na koniec XIX wieku i czterdzieści lat XX wieku. Większość spośród około trzech tysięcy namalowanych obrazów poświęciła polskim dworom, ich nastrojowi, tradycjom, romantycznej tajemniczości. 
Nic więc dziwnego, że obecnie zwana jest "malarką polskich dworków", gdyż znała je bardzo dobrze, w wielu bowiem mieszkała. Malowała na zamówienie ziemiańskie siedziby, nastrojowe wnętrza z charakterystycznymi dla niej refleksami promieni wpadającego do salonu słońca i romantyczne sceny z życia dworów. Częstym motywem na jej obrazach była babcia-seniorka rodu w towarzystwie wnuczki. Podkreślała w ten sposób znaczenie tradycji, przekazywanych z pokolenia na pokolenie, istotę ciągłości pamięci rodowej i narodowej. Jak nikt inny potrafiła oddać piękno skromnego polskiego dworu: oplecionego winoroślą, opromienionego jesiennym słońcem, wtulonego w wielobarwny bukiet parku. Była mistrzynią nastroju spokojnego, dostatniego życia, a może tęsknot za takim życiem. Jej obrazy emanują szacunkiem dla tajemnic intymnego życia dworów.
Na ścianie bawialni odwiedzanego przez nas dworu wisi natomiast panoplium. Na kobiercu roboty perskiej z herbem właściciela umocowany jest szyszak przodka-rycerza, nad nim – ryngraf z Matką Boską Częstochowską, a pod nim – dwie skrzyżowane szable. 
Na biegnącej przez środek sufitu belce stropowej wyryty jest napis: Boże, ci ludzie, którzy tu bywają, czego nam życzą, niech to sami mają. A.D. 1805. To częsty zwyczaj w polskich dworach, gdzie wewnątrz, nad wejściem lub na zewnętrznej ścianie, umieszczano stosowne inskrypcje, mające chronić domostwo od nieszczęść, polecające dom Opatrzności lub, tak jak tutaj, wyrażające gościnność i otwartość w stosunku do przybyszów.
Przyjrzyjmy się jeszcze, kto w dworze naszym przebywa. Grono domowników uzupełniają mamki (do niemowląt), piastunki, nianie i bony do małych dzieci, a guwernantki (guwernerzy) i nauczyciele – do starszych. Ponieważ pierwsze nauki dzieci pobierały z zasady w domu, zatrudniano nauczycieli, mających nauczyć pociechy czegoś więcej niż pisania, czytania i prostych rachunków. Bardzo często zajmowali się tym rodzice, "panny respektowe" i ciotki rezydentki. 
Z biografii naszych wielkich rodaków znamy wiele przypadków, gdy dorabiali lub wręcz zarabiali na życie jako młodzi ludzie po studiach, jako nauczyciele we dworach. Choćby Henryk Sienkiewicz, uczący dzieci Woronieckich w Bielcach, w nieistniejącym już dworze koło Skierniewic, czy Mikołaj Chopin – ojciec Fryderyka, jako nauczyciel języka francuskiego w posiadłości Skarbków w Żelazowej Woli. Kategorią drugą byli nauczyciele muzyki i rysunków. Do kanonów życia dworu należało uczenie dzieci rysowania i grania na jakimś instrumencie muzycznym, najczęściej – na fortepianie. Wielu sławnych polskich malarzy zatrudniało się w młodym wieku w charakterze nauczycieli rysunków ziemiańskich dzieci i w ten sposób zarabiało na życie. 
Olbrzymi wpływ na historię Polski miał związany z tym epizod życia Tadeusza Kościuszki. Otóż jako młody człowiek najął się on na nauczyciela rysunków córek Józefa Sosnowskiego, przyjaciela swego ojca. Zwłaszcza Ludwikę uczył tak gorliwie, że zakochawszy się w niej wystąpił do Sosnowskiego – wtedy już wojewody smoleńskiego, hetmana polnego litewskiego – o rękę córki i dostał rekuzę albo, jak kto woli, czarną polewkę. Był to rok 1775. Zaraz potem wyjechał Kościuszko do Ameryki z wiadomym skutkiem.
Wychowanie dzieci naznaczone było surowością, pełnym posłuszeństwem wobec rodziców, dziadków, szacunkiem dla osób starszych. Istotny jego kanon stanowił kult przodków, przywiązanie do tradycji i myślenie "obywatelskie", za czym kryło się przede wszystkim uczenie odpowiedzialności za innych. Nie do pomyślenia było, by dziecko mówiło do rodziców per ty, stawiało jakieś żądania, spóźniło się na obiad bądź kolację, wyraziło się pogardliwie o kimś z otoczenia.
Nastrój dworu tworzyli przede wszystkim mieszkańcy, ich zwyczaje, zasady, czasem dziwactwa. Ów nastrój kształtowały takoż tradycje rodowe. Trzeba pamiętać, że były miejsca, gdzie te same rody w sposób nieprzerwany trwały po kilka wieków, pomnażając dorobek pokoleń. Dwory były naturalnymi muzeami, gdyż gromadziły we wnętrzach stare meble, obrazy, porcelanę i srebra rodowe, a niekiedy – sformowane przez przodków kolekcje. Biblioteki zawierały archiwa rodu i okolicy, korespondencję z sąsiadami, urzędami, niejednokrotnie dworami królewskimi.
Wróćmy jednak do poznawania XIX-wiecznego dworu, przechodząc z salonu, w którym dzieci zaprezentowały już kunszt gry na fortepianie, do jadalni, gdyż właśnie podano do stołu. Wedle dworskiej oczywistości, a ściśle przestrzeganej hierarchii, stoły były zwykle dwa. Jeden – w jadalni, tzw. pierwszy stół, do którego siadali domownicy – mieszkańcy dworu i ich goście. Drugi lokował się w kuchni, w oficynie. Tam jadał "drugi garnitur", do którego należały zwykle osoby spoza rodziny (administratorzy, nauczyciele, służba). Przy stole pierwszym u jego końcu na najwyższym miejscu zasiadł pan domu, na końcu drugim – małżonka, pozostali goście i domownicy odpowiednio do hierarchii, po prawicy i lewicy gospodarza.
Posiłki wniesiono do jadalni z pokoju kredensowego (zwanego po prostu kredensem), gdzie zwykle rozkładano jedzenie do odpowiednich naczyń. Króluje tu olbrzymi kredens – miejsce przechowywania wszelkich naczyń stołowych, sztućców i obrusów. Jeszcze w początkach XIX wieku kuchnie umiejscawiano wyłącznie w oficynach, skąd przez okrągły rok, nawet w najtęższe zimy, przynoszono jadło do pokoju kredensowego. Dopiero w II połowie tego wieku kuchnie zaczęto uwzględniać w rozkładzie dworu, umieszczając je albo w dobudowanej części do starego dworu, albo w nowszych i większych – w piwnicy. Dopiero na przełomie XIX i XX wieku kuchnia zyskała sobie pełne prawo obecności we dworze. 
Po obiedzie gospodarz zaprasza jeszcze do swojego gabinetu, zwanego też kancelarią, gdzie omawia bieżące sprawy z rządcą-administratorem, odbierając jego raporty i wydając polecenia. Tu trzyma też najważniejsze dokumenty, kalendarze rolnicze, pełne rad i zaleceń co do nowoczesnego prowadzenia spraw rolnych i ekonomicznych. Ściany oprócz obrazów, zdobią trofea myśliwskie w postaci głów rogaczy. Na podłodze leżą skóry niedźwiedzie lub wilcze. 
Obok biblioteka, w niej – półki od podłogi do sufitu, dopasowane przez miejscowego cieślę, który wyfasował na zlecenie właściciela odpowiedni fornir palisandryjski. Książki pisarzy polskich, francuskich i niemieckich, albumy z rysunkami zwierząt, ziół, kwiatów, nuty z pieśniami nabożnymi i patriotycznymi. Na stoliku rozłożona, najwyraźniej czytana przez kogoś z domowników Historya stołecznego królestw Galicyi i Lodomeryi Miasta Lwowa od założenia jego aż do czasów teraźniejszych przez księdza Ignacego Chodynickiego z Zakonu Karmelitów napisana w roku 1829 i nakładem Karola Bogusława Pfaffa we Lwowie wydana. Gospodarz jest jednym z prenumeratorów książek tego wydawnictwa. Zarówno ta książka, jak i wszystkie inne oprawiona jest w półskórek, czyli grzbiet i rogi pokryte są skórą, wszystkie jednakową, z wytłoczonym tytułem na grzbiecie. Sięgamy po jedną z nich zatytułowaną: "Domy i dwory. Przy tym opisanie apteczki, kuchni, stołów, uczt, biesiad, trunków i pijatyki; łaźni i kąpieli, łóżek, pościeli, ogrodów, powozów i koni; błaznów, karłów, wszelkich zwyczajów dworskich i różnych obyczajowych szczegółów przez Łukasza Gołębiowskiego, członka Towarzystwa Królewskiego Warszawskiego Przyjaciół Nauk. Warszawa. Nakładem autora. 1830.
Żeby dopełnić obrazu dworu, wymieńmy pokoje, dokąd gospodarze nas pewnie nie zaproszą. A więc pomieszczeń dworskich dopełniały sypialnie, ewentualnie z alkową, czyli wnęką w której stało łóżko, ponadto pokój lub pokoje dziecięce, pokoje babć, dziadków, rezydentów i wreszcie pokoje dla gości. Częstym zwyczajem były nazwy pokoi wzięte od koloru tapet, jakimi oklejano ściany. Był więc pokój łososiowy, niebieski, żółty itp. Łącznie w średniej wielkości dworze o powierzchni ok. 300 metrów kwadratowych dało się doliczyć około 10 pomieszczeń. 
Do tego należy jeszcze dodać jedno małe lokum – tzw. apteczkę, gdzie przechowywano nie tylko medykamenty i zioła, lecz również domowego wyrobu konfitury, nalewki, zapasy świec itp. przedmioty pierwszej potrzeby. Do połowy XIX wieku w dworze najczęściej brakło osobnej łazienki bądź ubikacji. Sprawy higieny załatwiało się w sypialni, gdzie znajdowały się odpowiednie sprzęty. W dużych dworach, oprócz wymienionych pomieszczeń, zdarzały się kaplice, palarnie, pokoje bilardowe, co zależało od upodobań gospodarzy. Bywały też tzw. pokoje szkolne, jako że dzieci odbierały nauki na poziomie pierwszych klas w domu, o czym już powyżej nadmieniłem.
Dwór z definicji jest parterowy, aczkolwiek w wielu była "górka", mieszkalna część poddasza. Zwykle w postaci 2-3 pokoi gościnnych lub sypialnych. Bardzo wysokie poddasza w dworach siedemnasto- i osiemnastowiecznych wbrew pozorom nie były zamieszkane. Olbrzymie nieraz strychy służyły za składowisko rzeczy nie pierwszej potrzeby, różnych kufrów, waliz, starych mebli, stając się na domiar zimowym królestwem dziecięcych zabaw. Często na strychu magazynowano zboże.
Trzeba koniecznie wspomnieć o charakterystycznej cesze polskich dworów, jaką było ich rozbudowywanie. Twierdzi się często, że dwór polski rósł od środka na boki. W XIX wieku na przykład dobudowywano alkierze, już wtedy pełniące funkcje dodatkowych pomieszczeń, np. pokoi gościnnych lub kapliczek. Dwory okazywały się często za małe na potrzeby właściciela, stąd w II połowie XIX wieku dobudowywano do nich część piętrową, nie tyle nadbudowując dwór, ile dostawiając doń większą część piętrową.
Po spróbowaniu domowej starki, miodu lub nalewki panie zostawały w domu na plotki, a panowie szli obejrzeć gospodarstwo – dumę pana domu. A to: stajnię dla koni, połączoną z wozownią, oborę dla krów z 120 sztukami, w tym młodych 20, browar, gdzie piwo warzono, oczywiście spichlerz z ziarnem właśnie zmłóconego dorodnego zboża i stodoły. 
Pamiętajmy, że dwory były przede wszystkim ośrodkiem gospodarczym. Areał ziemi wynosił w małym gospodarstwie do 200 hektarów, w średnim od 200 do 700 hektarów (takich było najwięcej) i w dużych powyżej 700 hektarów.
Po prawej lub lewej stronie, patrząc od dworu, stoi oficyna ze wspomnianą już kuchnią, składzikiem na różnorakie zapasy. Pamiętać trzeba, jak bardzo ważne to było pomieszczenie wobec koniecznej samowystarczalności dworu, niekiedy przez kilka tygodni odciętego od świata, na przykład przez roztopy. 
Władysław Łoziński, autor książki "Życie polskie w dawnych wiekach", wydanej we Lwowie w 1907 roku pisał: ...najbardziej znamienną cechą dworu, jest z natury czasów i rzeczy wynikająca uniwersalność i samoistność jego całego bytu. Był on zamkniętym w sobie i dla siebie organizmem, państewkiem po swojemu udzielnym, małym i ciasnym, ale w całości swej okrągłym światkiem. Aby w nim życie było znośne, musiał być ile możności niezawisły od zewnętrznego świata, wystarczający sam sobie. Wszystko robiło się w domu. W każdym znaczniejszym dworze musiał być rzemieślnik posiadający przynajmniej najkonieczniejsze rudykamenta swej sztuki, szewc, krawiec, kowal, kołodziej, cieśla. W każdym dworze palono gorzałkę i wyrabiano najrozmaitsze nalewki, w każdym był tzw. "mielcach", w którym warzono domowe piwo. Stół zaopatrywał się na miejscu; czego nie dał las, pole, ogród, obora, podwórze, tego się nie jadło. W domu robiło się płótno, wyprawiała się na surowo skóra, męłły się krupy i mąki, wylewały się świece, gotowało mydło, syciło się miody, tłoczyło woski, suszyło się mięso i ryby, sporządzało leki, fabrykowało się atrament, a nawet proch strzelniczy.
W oficynie mieściły się też pokoje gościnne, mieszkania dla nauczyciela, zarządcy i ochmistrzyni. Przecież taką, bardzo zresztą skromną oficynką, był budyneczek przy dworze Skarbków w Żelazowej Woli, gdzie znalazł lokum Mikołaj Chopin, nauczyciel języka i literatury francuskiej. To właśnie w takiej oficynie (którą potem, w latach dwudziestych XX wieku dla celów muzealnych rozbudowano do wielkości dworu) urodził się genialny Fryderyk.
W oficynie była też pralnia.
Nieopodal oficyny znajduje się lodownia: ziemianka wyłożona słomą, gdzie kilka warstw wyrąbanego zimą ze stawu lodu utrzymuje niską temperaturę do następnej zimy i gdzie spokojnie można przez długi czas przechowywać zawinięte w białe płótno mięsa, bez obawy o zepsucie. 
Idziemy dalej. W pobliżu dworu stoi lamus. Ongiś, w czasach dworów obronnych, niezwykle ważna budowla, gdzie przechowywano co cenniejsze rzeczy. Pełnił więc rolę swego rodzaju sejfu. Stąd w naszym lamusie małe, okratowane okienka i obite metalem masywne drzwi, z wymyślnymi zamkami. W późniejszych czasach lamusom, które jako bardzo solidne budowle trwały przez wieki, zmieniono przeznaczenie, dlatego dzisiejsze powiedzenie "schować do lamusa" nie pozostawia wątpliwości, że chodzi o składzik niepotrzebnych staroci. 
W głębi parku stała kapliczka, mała symboliczna lub duża kaplica rodowa, gdzie w niedziele i w święta odprawiano nabożeństwa. Kaplice te miały w podziemiu grobowce, w których chowano zmarłych członków rodziny.
Wychodzimy na przechadzkę do parku. Park – to, jak już powiedzieliśmy, nieodzowny atrybut dworu. Nie ma dworu bez parku, a właściwie ogrodu, dopiero w XIX wieku z angielska nazwanego parkiem. Parki dworskie liczyły od hektara do kilkunastu nawet, niekiedy przechodząc w las.
Podobnie jak w przypadku prawie wszystkich rezydencji wiejskich budowanych w Europie, okalający dwór park jest po prostu częścią dworu, a zarazem elementem krajobrazowym. Wpisanie założenia dworskiego w otaczający go krajobraz było oczywistym nakazem dla właścicieli, umieszczających swoją sadybę w okolicy (notabene na Litwie założenie dworskie z parkiem i wszystkimi zabudowaniami towarzyszącymi nazywano właśnie "okolicą"). Ziemianin zatem równocześnie korzystał z zalet krajobrazu, otaczającego jego dwór i w sposób naturalny kształtował tenże krajobraz, w myśl zasady "otaczaj się naturalnym pięknem i pomnażaj je".
Na przodzie przed wystawką stał 
kasztan stuletni,
Gdzie się stary Jegomość chronił 
w upał letni…
pisał Franciszek Morawski w książeczce Dworzec mojego dziadka.
Ozdobą parku i dumą właściciela były stare, rozłożyste drzewa, najczęściej dęby, platany, kasztany, lipy, buki. Ten stuletni kasztan z wiersza Franciszka Morawskiego – to, rzec można, młodzieniaszek. Zdarzały się przecież drzewa dwustu- i trzystuletnie, olbrzymie, o pniach, których trzy osoby nawet objąć nie mogły. Parki bywały starsze od dworów, o ile nowy dwór sadowiono na miejscu starego. Park dawał osłonę od wiatrów, bo pamiętać trzeba, że średniowiecznym jeszcze zwyczajem dwory budowano na wzgórzach dla lepszej ich obronności. A na wzgórzach i pagórkach wiatry mogły dokuczać. 
Park dawał prestiż, podobnie jak brama, dziedziniec honorowy, schodki do dworu i wystawny portyk (ganek). Wreszcie park stwarzał estetykę i miejsce przyjemne do mieszkania. Jeśli więc nowy possesor nie kupował wsi z istniejącym parkiem, natychmiast zabierał się za tworzenie ogrodu. Najczęściej tworzono go z roślin rodzimych, ale też niektórzy sprowadzali drzewa egzotyczne i urozmaicające drzewostan. 
Ukształtowany w XIX wieku tzw. "angielski" park dworski miał cztery poziomy: trawy, kwiaty, krzewy i drzewa, a odpowiednie, swobodne kompozycje tworzyły wspaniałe "prospekty". Jako element ogrodowej infrastruktury pojawiały się niekiedy pergole, fontanny, rzeźby ogrodowe, sztuczne wzgórza, nie mówiąc o sezonowych kompozycjach kwiatowych. 
Elementem niezbędnym w parku jest staw. Co najmniej jeden, pełniący funkcję zarówno rekreacyjną jak i gospodarczą. Tu gospodarz hoduje ryby, na zaopatrzenie stołu nie tylko wigilijnego. Nad stawem umieszczona jest altana, stojąca nieco z boku, by nie zasłaniać pięknego widoku. 
Właśnie w altanie gospodyni przewidziała dalszy ciąg gościny, zarządzając nakrycie stojącego tam stolika. Tu ujawnimy główny powód naszej wizyty. Otóż, dwa miesiące temu nasz gospodarz zakupił aż w Jarczowcach na Podolu z hodowli hrabiego Juliusza Dzieduszyckiego wspaniałego konia czystej krwi arabskiej, po klaczy Gazelli. Przewidziano mały popis woltyżerki w wykonaniu siedemnastoletniego syna gospodarza. Pokaz udał się znakomicie. 
Nasza wizyta powoli dobiega końca. Żegnamy się z gościnnymi gospodarzami, wyrażając uznanie dla piękna i zasobności ich dworu, nowoczesności gospodarki i poszanowania polskich tradycji.
 

 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 10/2019

OBCHODY DNIA PONARSKIEGO

  • Polski głos pamięci i prawdy

Z NAKAZU TRADYCJI

  • Wileńszczyzna plon wydała
  • "Miłemu miastu" wierni

POLITYKA

  • Na bieżąco

WIELKI KONKURS POŚWIĘCONY 100-LECIU PKOl

PODWÓJNY JUBILEUSZ WILEŃSKIEJ ALMA MATER

  • "Żywy to pomnik geniuszu, wielkości i chwały"

BYLI WŚRÓD RATUJĄCYCH ŻYDÓW

  • Bohaterska scheda po dziadkach
  • Yad Vashem

SPORT

  • Trójskokiem na Olimp

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach na "saratowskim szlaku"

PODRÓŻE DALEKIE I BLISKIE

  • Malta – "rozdroże" między Afryką i Europą

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O pracy

Nasza księgarnia

Wilno po polsku
Pejzaż Wilna. Wędrówki fotografa w słowie i w obrazie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie