Etosowi przodków wierni

drukuj
Henryk Mażul , 15.04.2019

30 lat temu Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne przybrało postać Związku Polaków na Litwie

A przecież tu, na ziemi ojców i dziadów, miało nas nie być. By tak się stało, by nam podzwonne przyśpieszyć, po oficjalnych pojałtańskich ustaleniach Moskwy z Warszawą ogłoszono tzw. repatriację do Macierzy. Z czego – jeśli wierzyć oficjalnym statystykom – w latach 1944-1947 oraz w 1955-1959 skorzystało aż bez mała 220 tysięcy naszych rodaków, przede wszystkim przypisanych Wilnu i Wileńszczyźnie. A nie trzeba mówić, że władze na takie dobrowolne "wynocha!" aż zacierały z zadowolenia ręce.

Trudno natomiast dziś dokładnie oszacować, jak mocno wyludniły się ojczyste strony z powodu zarządzonych przez Sowietów masowych zsyłek na nieludzką ziemię. Nie sposób też zliczyć, ilu tych, kto tam bydlęcymi wagonami trafił, znalazło z powodu wycieńczenia, poniewierki i katorżniczej pracy w bezkresach Syberii, Workuty bądź Kazachstanu spoczynek wieczny, a ilu, odzyskawszy upragnioną wolność po śmierci Stalina, bez prawa powrotu w ojczyste strony zadomowiło się na resztę życia w peerelowskiej Polsce.
Niestety, ta peerelowska Polska wobec przedwojennych swoich obywateli, pozostałych na Kresach wschodnich II Rzeczypospolitej, kiedy wolą bezwzględnej historii jej tu nie stało, zachowywała się jakże dwuznacznie. Bo z jednej strony nieco ukradkiem pchała nam w ręce w darze dla pokrzepienia serc Sienkiewiczowskie "Trylogie" z szeptaną zachętą do trwania na swoim, dodając wszak zaraz – dla przypodobania się Kremlowi – pełnią głosu, byśmy byli lojalnymi obywatelami państwa spod znaku sierpa i młota. To nic, że gotującego nam los budowniczych na początek socjalizmu, a potem utopijnego komunizmu w postaci bezosobowego narodu radzieckiego.
A myśmy trwali, a myśmy uparcie warowali przy mowie i wierze przodków! Nie dając za wygraną, choć widząc, jak wskutek przebiegle prowadzonej polityki słabnie poczucie tożsamości narodowej, jak wyrodnieje język, jak karleje orli duch, jak w zatrważającym tempie maleje liczba szkół w języku ojczystym, a ich absolwenci są najmilej widziani jako mało wykwalifikowana siła robocza.
Dziś, z perspektywy czasu można tylko się cieszyć, że po tym, kiedy z Moskwy ledwie powiało ożywczą "pieriestrojką" i kiedy rozkraczonemu między Bałtykiem a Pacyfikiem kolosowi, za jakiego uchodził (nigdy nim tak naprawdę nie będąc) Związek Sowiecki, gliniane nogi zaczęły się cokolwiek uginać, nie spaliśmy w czapkę. Już 5 maja 1988 roku z inicjatywy 11-osobowej grupki inteligencji, którą w porządku alfabetycznym tworzyli: Jan Ciechanowicz, Ryszard Maciejkianiec, Zygmunt Mackiewicz, Krystyna Marczyk, Henryk Mażul, Romuald Mieczkowski, Wojciech Piotrowicz, Jan Sienkiewicz, Władysław Strumiło, Jerzy Surwiło i Zdzisław Tuliszewski, powstało Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne Polaków na Litwie, a wraz z nim rozpoczęło się przypominające podmuch halnego nasze odrodzenie narodowe.
Zgodnie ze statutem, członkiem nowo powstałej organizacji o biało-czerwonych barwach mógł być każdy, kto deklarował chęć przyczyniania się własną pracą do realizacji jej celów i zadań. Te zresztą bynajmniej nie bujały w obłokach, a twardo bazowały na rzeczywistości. Zakładały bowiem prezentowanie osiągnięć Polaków na Litwie, przeciwstawianie się wszelkiego rodzaju narodowościowym uprzedzeniom i animozjom, popieranie polskojęzycznego szkolnictwa, pielęgnowanie pamięci historycznej, krzewienie twórczości literackiej i artystycznej. Innymi słowy, zdecydowanie preferowano pozytywistyczną pracę u podstaw.
Polskie "pospolite ruszenie" w roku 1988 mogło naprawdę imponować. Dzięki entuzjazmowi, który dosłownie wisiał w powietrzu, koła Stowarzyszenia wyrastały niczym grzyby po deszczu, jak Wileńszczyzna długa i szeroka. Paradoksem jest, ale do zwierania szeregów jakże skutecznie byliśmy bez wątpienia zagrzewani przez zaistniały praktycznie równolegle z naszym Stowarzyszeniem "Sąjūdis". Ten przecież, trzymając jeszcze wobec Moskwy przysłowiową figę w kieszeni, a dążąc do poderwania pod Trójbarwną możliwie najszerszych rzesz społecznych, by wspólnie wymknąć się z grona tzw. "bratniej rodziny narodów radzieckich", zapamiętale kreował wizję wroga w zamieszkałych na Litwie Polakach.
Kto ma lepszą pamięć i jest cokolwiek wiekiem starszy, potwierdzi, że wówczas jeden zgodny antypolski ton powodowały prasa, radio i telewizja, powielając do znudzenia śpiewkę, rzekomo na Litwie nie ma Polaków, a jedynie spolonizowani Litwini, których niczym parszywe owca trza przywrócić na łono przodków. Wystarczyło, by pod plastyczną ręką Aleksandra Żyndula zaistniało godło Stowarzyszenia w postaci rozwartej księgi, przypominającej stylizowanego orła z konturami Nadniemeńskiej Krainy w tle, a sam Vytautas Landsbergis grzmiał mocą stu piorunów, iż za tym ptakiem… pół Litwy nie widać.
Ponieważ zgodnie z ówczesnym litewskim ustawodawstwem SSKPL nie mogło istnieć samodzielnie, zostało afiliowane przy Litewskim Funduszu Kultury, przypominającym worek, dokąd wrzucano wszystkie wykluwające się niczym wiosenna ruń organizacje. W ten to sposób znaleźliśmy się pod jednym skrzydłem, m.in. ze sławetną "Vilniją", pomyślaną (bo przecież licho zwykło nie spać!) jednoznacznie po to, by torpedować polskie odrodzenie na Litwie.
Lawinowo powstające na Wileńszczyźnie koła Stowarzyszenia, jak też wyraźne "nie po drodze" z członkami rzeczonego Funduszu Kultury postawiły dosłownie na ostrzu noża potrzebę powołania samodzielnej własnej organizacji ze statutem, osobowością prawną, atrybutami, już w samej nazwie znacznie pojemniejszej znaczeniowo. Tak zmieniająca się niczym w kalejdoskopie rzeczywistość wymusiła poniekąd pomysł przekształcenia SSKPL w Związek Polaków na Litwie. Co prawda, żeby nie potęgować i bez tego buszujących antypolskich nastrojów, manewr ten został utajniony aż do skrzyknięcia zjazdu.
Jego obrady w dniach 15-16 kwietnia 1989 roku w Pałacu Związków Zawodowych na stołecznej górze Bouffałowej, na które przybyło 736 z 740 delegatów (to ci dopiero rekordowe kworum!), dla niejednego z nich stanowiły zapewne spore zaskoczenie. Stawili się bowiem na obrady jako przedstawiciele Stowarzyszenia, a opuszczali salę jako ci, co to entuzjastycznie potaknęli przekształceniu go w Związek Polaków na Litwie. Czemu zresztą towarzyszyła jakże podniosła oprawa: dumnie łopocące na masztach przed wejściem pokaźnych rozmiarów biało-czerwone flagi, a we wnętrzu budynku – podyktowane umysłem i sercem istne patriotyczne uniesienie.
W tej to niepowtarzalnej atmosferze prezes SSKPL Jan Sienkiewicz mówił w referacie z trybuny do delegatów i gości:
"Jest nas obecnie ponad 12 tysięcy. Przyznam, że zakładając Stowarzyszenie mieliśmy pewne poczucie obawy: czy zrozumieją nas ludzie? Czy nie potraktują jako kolejnej inicjatywy, o którą wiele hałasu. Obawy okazały się płonne. Mamy dziś w rejonach wileńskim i solecznickim po 50 kół, ponad 30 – w samym Wilnie, po 10 – w rejonach trockim i święciańskim, 2 – w szyrwinckim, po jednym – w Kownie i w rejonie ignalińskim.
Samo życie pokazało, co mamy robić. Przeszliśmy w ciągu roku twardą szkołę: szkołę aktywności społecznej, zaangażowania, współdziałania, świadomości politycznej. Okazało się, że mamy pośród siebie wspaniałych ludzi, energicznych działaczy, niestrudzonych organizatorów".
W dalszej części mówca poddał wnikliwej analizie rok działalności Stowarzyszenia, ocenił burzliwą sytuację polityczną, w jakiej wypadło działać, będąc zdania, że również nadal mamy być silni jednością i czynem.
W ciągu dwóch dni obrad przez trybunę zjazdową przewinęły się 52 osoby. Jedni (jak chociażby dyrektor Wileńskiej Szkoły Średniej nr 5 Wacław Baranowski, nauczyciel szkoły w Szklarach w rejonie trockim Jarosław Narkiewicz, kandydat nauk filozoficznych Jan Ciechanowicz, adwokat Czesław Okińczyc, kierownik artystyczny teatru przy Klubie Medyków Lilia Kiejzik, redaktor naczelny "Czerwonego Sztandaru" Zbigniew Balcewicz, przewodnicząca rady apilinkowej w Podbrodziu Walentyna Subocz, redaktor polskiej "Panoramy Tygodnia" w Litewskiej TV Romuald Mieczkowski, pracownik obsługi Wileńskiego Lotniska Henryk Sosnowski) zabierali głos w dyskusji nad referatem programowym, poruszając wiele nurtujących społeczność polską problemów.
Nie brakło też wystąpień licznych gości, że wymienię tu: Józefa Klasę – sekretarza generalnego Towarzystwa "Polonia", Jerzego Waldorffa – wiceprezesa Towarzystwa Opieki nad Zabytkami, Mieczysława Obiedzińskiego – konsula generalnego PRL w Mińsku, Władysława Klaczyńskiego – radcę Ambasady PRL w Moskwie, Itę Kozakiewicz – prezes Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego Polaków na Łotwie, Tadeusza Gawina – prezesa Polskiego Stowarzyszenia Kulturalno-Oświatowego im. A. Mickiewicza na Grodzieńszczyźnie. Ich nicią przewodnią była wielka radość z faktów narodowego odrodzenia Polaków na Litwie oraz powielane niczym refren w piosence życzenia, by wszystkie zamiary doczekały się realizacji.
Jako delegatowi zjazdu, dane mi było takoż stanąć przy zjazdowej mównicy. Prezesując naonczas Kołu Literackiemu przy redakcji "Czerwonego Sztandaru", mówiłem o naszym odrodzeniu, a w dowód tego przywołałem wydanie w kowieńskim wydawnictwie "Šviesa" antologii "Sponad Wilii cichych fal" oraz w Polsce – "Współczesna polska poezja Wileńszczyzny". Na wniosek ZG SSKPL przypadł mi zaszczyt podania do wiadomości publicznej uprzednio wymyślanych pięciu prawd Polaków na Litwie, które w poniższej kolejności, brzmiały, brzmią i nadal brzmieć będą:
1. Jesteśmy Polakami.
2. Litwa – Ojczyzną, Polska – Macierzą naszą.
3. Ziemia ojców – naszą ziemią.
4. Mowa i wiara dziadów – mową i wiarą wnuków.
5. Polak Polakowi i wszystkim ludziom – bratem.
Dodam, że trzecią z owych prawd, wypisaną na olbrzymiej planszy, umieszczono na scenie tuż za zjazdowym prezydium.
Forum tych, co to znaleźli siły, by z klęczek się podźwignąć, rozprostować plecy i pełnią głosu przemówić, że jesteśmy i będziemy, wieńczyło podjęcie sześciu tematycznych uchwał, posłań do Rodaków w Polsce, do Polonii świata oraz do narodu litewskiego, odezwy do rodaków na Litwie. Ta ostatnia, którą w przygotowaniu zjazdowych materiałów miałem dosłownie na poczekaniu począć, zachęcała do wysokiego podwinięcia rękawów w robocie, czego miało starczyć dla wszystkich razem i każdego z osobna.
Związek Polaków na Litwie przejął bowiem w całości (na domiar w poszerzonej wersji) realizację programu, nakreślonego przed niespełna rokiem przez SSKPL. Nad jego realizacją miał czuwać natomiast 65-osobowy Zarząd Główny na czele z prezesem Janem Sienkiewiczem. A w pierwszą kolej zakrzątnięto się przy oficjalnej rejestracji statutu Związku przez władze litewskie, co zresztą Rada Ministrów uczyniła 28 sierpnia 1989 roku, a co było równoznaczne z zachętą zdwojenia wysiłku w przekuwaniu słów w czyny.
Niestety, wyraźnie rozpolitykowana rzeczywistość sypnęła pod nogi bardziej ciernie głogu niż płatki różane. Początkowo wiele pary w przysłowiowy gwizdek uszło z próbą zmaterializowania idei autonomii na Wileńszczyźnie, którą na pewno po części w usta naszych poszczególnych działaczy zaczęła wkładać grająca polską kartą Moskwa. Natomiast we wrześniu 1991 roku w perfidny sposób za (sic!) rzekome popieranie mającego tam miejsce tzw. puczu Giennadija Janajewa rozwiązano samorządy w rejonie wileńskim i solecznickim, wprowadzając komisaryczne zarządzanie, co pozwalało mieć wolne ręce do grabieży wileńskiej i podwileńskiej ziemi w ramach jej zwrotu prawowitym właścicielom.
By położyć kres rządom "gubernatorów" to właśnie ZPL raz za razem był zmuszony podrywać do urn wyborczych naszych rodaków. Innymi słowy, działalność polityczna przesłoniła wszelką inną. Tym bardziej, że w latach 1989-1992 spod "skrzydła" ZPL usamodzielniło się szereg branżowych organizacji społecznych, które jakby przejęły odeń poletka praktycznych poczynań.
W roku 1994, kiedy znowelizowana litewska ordynacja wyborcza zezwoliła na udział w głosowaniu jedynie organizacjom politycznym, Związek Polaków na Litwie stanął przed nie lada dylematem określenia się: albo ostatecznie przekształcić się w polską partię, albo cofnąć się na pierwotne społeczno-kulturalne łono, przekazując całą misję polityczną odrębnej partii. 14 sierpnia 1994 roku na V nadzwyczajnym zjeździe ZPL górę wzięła ta druga koncepcja: zachowania Związku jako organizacji społecznej z jednoczesnym powołaniem Akcji Wyborczej Polaków na Litwie – partii politycznej z prawdziwego zdarzenia. Czas dowiódł, że była to decyzja ze wszech miar słuszna.
Powróciwszy do programowych źródeł, Związek Polaków na Litwie miał w swych dziejach lepszą bądź gorszą passę, o czym jakże dobitnie świadczyła liczebna huśtawka jego członków. Chwała mu jednak, że górę brały zdrowy rozsądek, rozwaga i zbiorowa odpowiedzialność. Nawet wówczas, gdy jednemu z działaczy durne ambicje odbiły szajbę na tyle, że samozwańczo okrzyknął się prezesem wydumanego związku, z którym to działaczem, by go do rozumu przywrócić i skończyć z dwuwładzą, wypadło wystąpić nawet na długą drogę sądową.
Owszem, można żałować, że bilans dokonań nie zawsze wydłużał się wprost proporcjonalnie do upływającego czasu. Z winy naszej lub nie naszej, gdyż władze litewskie (i nieważne, która z opcji politycznych ster dzierży) przed spełnianiem dla swych obywateli narodowości polskiej życiowo ważnych potrzeb wyraźnie niechętnie zapalają zielone światło. Ale za to jakże ochoczo specjalizują się w rzucaniu kłód pod nogi, ciągle majstrując przy oświacie, by ją uszczuplić, powodując istną golgotę ze zwrotem ojcowizny prawowitym spadkobiercom, notorycznie nękając naszą społeczność krzywdzącymi uchwałami bądź ustawami, że przywołam tu chociażby stawanie okoniem przed zagwarantowanym w Unii Europejskiej nieskrępowanym używaniem przez mniejszości narodowe w zwartym ich skupisku języka ojczystego w życiu publicznym.
O ile pierwotnie nasze odrodzenie w biało-czerwonych barwach zdecydowanie koncentrowało się w Wilnie i na Wileńszczyźnie, później geografia ta poszerzyła się, zahaczając m.in. o Kowno, Druskieniki, Kiejdany, Turmonty, Jeziorosy, Kłajpedę. Dziś o żywotności organizacji, której od roku 2002 niezmiennie przewodzi Michał Mackiewicz, jakże wymownie zaświadcza 14 oddziałów, zrzeszających ponad 11 tysięcy członków. A radością szczególną napawa fakt, że nie brak tam młodzieży, będącej zresztą "oczkiem w głowie" starszego pokolenia. Temu właśnie pokoleniu należy się niski ukłon za to, że mimo tylu zakrętów dziejowych, mimo jakże niewdzięcznego bycia przez lata między rosyjskim "młotem" a litewskim "kowadłem", przetrwało, dochowując wierności wszystkiemu, co polskie.
Pomni tego, mamy nadal trwać na swoim. I niech owo "trwać" brzmi jako nakaz, dzięki czemu kojarzony ze zwiastunem naszego narodowego odrodzenia Związek Polaków na Litwie będzie mógł doczekać kolejnych dekad w swym istnieniu. Ku radości i dumie tych, kto wówczas żyć będzie, kierując się chwalebnym etosem przodków.
 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 4/2018

CHRYSTUS NAM ZMARTWYCHWSTAŁ! ALLELUJA!

POLITYKA

  • Na bieżąco
  • Dokument mnożący obiecanki
  • O pisowni polskich nazwisk na Litwie

ETOSOWI PRZODKÓW WIERNI

  • ZPL liczy lat 30
  • W słów ojczystych korowodzie

TEATR

  • Mela Gibsona klepnąć po ramieniu!

WIARĄ SILNI

  • Grekokatolicy w Polsce

SPORT

  • Nawiązał do przedwojennych mistrzów

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach na "saratowskim szlaku"

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O duszy

WIOSENNY DAR PRZYRODY

  • Smardz nie skąpi witamin i minerałów

 

Nasza księgarnia

Pejzaż Wilna. Wędrówki fotografa w słowie i w obrazie
Stanisław Moniuszko w Wilnie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie