HENRYK: "Dzwonię dla pokrzepienia serc"

drukuj
Alwida A. Bajor, 16.05.2019
Fot. archiwum

Już dzwoni… Poświęcony, pobłogosławiony, żyć będzie "po wsze czasy". Bo odlała go słynna polska firma, pracownia ludwisarska Jana Felczyńskiego, legitymująca się imponującą 250-letnią tradycją. Ponadto narodzinom HENRYKA towarzyszyły młode gorąco bijące polskie serca (w uroczystościach z tej okazji wzięli udział: poczet sztandarowy Szkoły Podstawowej nr 1 im. Henryka Sienkiewicza w Przemyślu, żołnierze oraz uczniowie Liceum Ogólnokształcącego im. Juliusza Słowackiego). Dzwon HENRYK urodził się w ludwisarni Jan Felczyński jesienią 2018, tejże jesieni powędrował do Litwy, na Laudę, do Wodoktów.

Lechomir Domaszewicz: "Gdyby mi nie wpadł w oko tamten stary, "chorobą" nękany dzwon"...

Uroczystości poświęcenia dzwonu odbyły się 12 maja 2019 roku. Kościół pw. św. Agaty w Wodoktach nie był w stanie pomieścić wszystkich zgromadzonych tłumnie laudańczyków. Zjechało też mnóstwo wiernych z sąsiednich parafii, goście ze Żmudzi, z Polski, duchowieństwo, prasa, telewizja. Wśród nich – główny "winowajca" całego tego wydarzenia – warszawski laudańczyk Lechomir Domaszewicz, autentycznie "z tych" właśnie Domaszewiczów, bohaterów "Potopu" Henryka Sienkiewicza. Przyjechał z rodziną, dziesiątkiem Domaszewiczów.
Laudańczyk, bo tu właśnie się urodził, tu też został ochrzczony w najsłynniejszym dla laudańczyków kościele – w Krakinowie ("tam, gdzie – jak mówi – najsłynniejsza, najpiękniejsza, najcudowniejsza Madonna z Dzieciątkiem, czyli obraz słynący cudami").
Z Leszkiem Domaszewiczem znamy się, przyjaźnimy się od czasów moich długich i częstych wędrówek reporterskich po Laudzie śladami bohaterów sienkiewiczowskiego "Potopu". Ileż cudownych perełek udało mi się z tej Laudy wyłowić w postaci zamieszkałych tam fantastycznych ludzi o nazwiskach: Domaszewiczowie, Butrymowie, Gasztowtowie, Billewiczowie…
Na moją pierwszą publikację z "tej Laudy" odezwał się właśnie on – Lechomir Domaszewicz – z Warszawy.
Pokręcone losy… Rodzice Leszka, śp. Medard i Jadwiga Domaszewiczowie, parę lat po wojnie zmuszeni byli swoją ukochaną Laudę opuścić. Nie byli zresztą wyjątkiem. Postępująca sowietyzacja dla takich jak oni, tzw. szlachta herbowa, rokowała zesłaniem na Syberię. W ramach tzw. "repatriacji" wyjechali więc do Polski. Duszą i sercem pozostali jednak na zawsze związani ze swoją Laudą, dla której zawsze gotowi coś dobrego, na chwałę "tej ziemi" zrobić.
Nie pierwszy to (i z pewnością nie ostatni) wypad Leszka na Laudę. W roku 2016, jesienią wziął aktywny udział w nie mniej niż obecna znaczącej imprezie – w umocowaniu na ścianie kościoła w Wodoktach tablicy pamiątkowej ku czci Henryka Sienkiewicza z okazji setnej rocznicy śmierci pisarza. Niespełna pół roku później zadzwonił w sercu mu – jak mówi – "rozpaczliwie ten biedny, chory, stary dzwon przy dzwonnicy kościelnej w Wodoktach".
"To twoja "wina" – uśmiecha się Leszek. W Warszawie wyszła drukiem twoja książka "Szlakiem bohaterów Potopu Henryka Sienkiewicza". Dorwałem się do niej jako jeden z pierwszych. Zajrzałem… Radość nie do opisania: jest duży rozdział o Domaszewiczach, o mnie… Czytam o Wodoktach… I nagle! Wpada mi w oko zdjęcie tego starego dzwonu na dzwonnicy przykościelnej – biedny staruszek, zraniony, jakoś "pozszywany", zlutowany… Pamiętasz powiedziałem: "To okropne! Tam powinien być nowy dzwon!".

"Skoro mój naddziad zrobił BARTŁOMIEJA, to ja muszę "zrobić HENRYKA"

Pamiętam. I pamiętam, jak wtedy powiedziałam: "Ale skąd kościół w tak małych Wodoktach weźmie pieniądze na taki dzwon?". "Ja tę sprawę muszę załatwić" – usłyszałam w odpowiedzi. "Ty – dlaczego ty?" – spytałam. "Bo to już wada dziedziczna – roześmiał się Leszek. – Mój ród mieszkał, żył, trwał na Laudzie ponad 500 lat. Jeden z późniejszych członków tego rodu – Jan Domaszewicz, w XVII wieku, a dokładniej w 1698 roku, wykonał dzwon dla wieży kościoła farnego w Kazimierzu Dolnym w Polsce. Dzwon ten jest zresztą sygnowany herbem Domaszewiczów – "Pobóg". Więc… Gdybym ja teraz sprawą tego nowego dzwonu dla Wodoktów się nie zajął, ten mój naddziad – Jan Domaszewicz – mógłby wystąpić z zaświatów i wezwać mnie na pojedynek za rzekomy brak mojego honoru, godności, patriotyzmu. Byłbym w kłopocie. 
O! Mam pomysł. Coś sobie przypomniałem. Ten dzwon dla wieży kościoła farnego w Kazimierzu Dolnym mój naddziad nazwał imieniem Bartłomieja. BARTŁOMIEJ! A więc dzwon w Wodoktach ma nazywać się HENRYK. Nie wiem, kim był tamten Bartłomiej, ale wiem, kim jest Henryk Sienkiewicz. 
Wodokty! Tam zaczyna się i kończy akcja powieści "Potop". Mam dług wdzięczności wobec Henryka Sienkiewicza, ładnie o nas, Domaszewiczach, napisał… Pieniądze na dzwon? Skoro są dobre chęci, to muszą się znaleźć…".
Na hasło "Henryk Sienkiewicz – dzwon!" zawiązał się Społeczny Komitet Fundacji Dzwonu "Henryk", działający przy Sejneńskim Towarzystwie Opieki nad Zabytkami, a jego przewodniczącym został nie kto inny, tylko Lechomir Domaszewicz. Apelował, telefonował, pisał do różnych środowisk w Polsce: Zwracamy się do wszystkich Rodaków i miłośników twórczości Henryka Sienkiewicza, niezależnie od miejsca zamieszkania o wsparcie finansowe ufundowania dzwonu o imieniu "HENRYK" dla upamiętnienia pisarza noblisty w historycznych Wodoktach…
Na każdy odzew cieszył się radością dziecka. A napływało ich coraz więcej: Muzeum Henryka Sienkiewicza w Woli Okrzejskiej, Towarzystwo Przyjaciół Warszawy Oddział Śródmieście, Trio de Vilna (Litwa), parafia Szczedrobowo (Litwa), Fundacja Polskie Gniazdo i in. Pomoc ofiarował też nasz polski Fundusz Narodowy.

Narodziny HENRYKA, podróż do Litwy
Lechomir Domaszewicz: "No i udało się zebrać środki. Potem pojechałem do Przemyśla, do ludwisarni Jan Felczyński. Czuwałem przy narodzinach dzwonu. Był to już proces w fazie końcowej. Cały proces produkcji takiego dzwonu trwa około czterech miesięcy, czasami dłużej… Potem trzeba czekać tydzień, aż ostygnie… Potem… Potem razem z dzwonem pojechaliśmy na Litwę, na Laudę, do Wodoktów. Trzeba było być świadkiem ogromnej radości ks. proboszcza wodoktowskiej parafii Regimijusa Jurevičiusa. Wspaniały ksiądz, pracowity, parafianie widują go często z piłą, młotkiem w rękach. Pokazał mi swoją pracownię.
Pracownicy firmy Jan Felczyński zabrali się do roboty, zdemontowali stary, "okaleczony" dzwon i zamontowali nowy. HENRYK został – że tak powiem – po wsze czasy lokatorem dzwonnicy".
HENRYK jest wykonany w 78 proc. z miedzi i 22 proc. – z cyny, waży 420 kilogramów. Na nim, stosownie do bieżącej chwili dziejowej, wykonano inskrypcje w językach polskim i litewskim: Pamięci Henryka Sienkiewicza, piewcy dziejów Laudy, w setną rocznicę odrodzenia naszych krajów. Polacy – Litwini. Dzwonię ku pokrzepieniu serc – HENRYK.
Na dzwonie – na "awersie" widnieją herby Polski i Litwy; na "rewersie" – od strony sakralnej (z widokiem na kościół) – wykonano wizerunki: Henryka Sienkiewicza i krakinowskiego obrazu Najświętszej Maryi Panny z Dzieciątkiem. Ten, usytuowany w głównym ołtarzu krakinowskiego kościoła obraz, przywiózł w XV wieku pewien rycerz z Krakowa i podarował go misjonarzowi Albertowi, głoszącemu Ewangelię nad brzegami Niewiaży.
Kraków do Krakinowa… piękne dzieje. Ileż to wód z Niewiaży upłynęło, a jednak nie uniosły z sobą ludzkiej pamięci o tamtych zamierzchłych czasach.

"Naddziad – to sprawa najważniejsza"

Kościół pw. św. Agaty w Wodoktach wznieśli w 1883 roku Agata i Zygmunt Lutkiewiczowie. W tym samym – 1883 – ufundowali dzwon. Był odlany w Rosji. Obecnie, po demontażu, został on przewieziony do Muzeum Biskupstwa Żmudzkiego w Worniach. Będzie tu godnie eksponowany, nawet w stosownym dla niego "klimacie". 
W Worniach od XVIII wieku do czasów Powstania Listopadowego czynna była ciesząca się dobrą sławą ludwisarnia, produkująca dzwony dla kościołów na całej Żmudzi. Ufundował ją biskup żmudzki Stefan Giedroyć. Dzwon odlany w tej ludwisarni znajduje się do tej pory w dzwonnicy kościoła katedralnego w Worniach. Pech chciał, że dwa lata temu pękł i przestał dzwonić.
"Czyż nie stanie się tak, że znów z pomocą przyjdzie znana już tu polska ludwisarnia Jan Felczyński? A cała sprawa – pośrednictwo – itepe, itede – znów spadnie na ciebie – jako "tego zapiekłego laudańczyka warszawskiego" – zapytuję Leszka. "Bardzo chętnie tym się zajmę. Zwłaszcza, że (urywa na chwilę) coś ci powiem. Jesienią ubiegłego roku, kiedy już po zamontowaniu HENRYKA w dzwonnicy kościoła w Wodoktach wróciłem z Laudy do Warszawy, odebrałem w domu telefon z Litwy. Dzwonił Jego Ekscelencja ksiądz biskup diecezji szawelskiej Eugenijus Bartulis. Gratulował mi pomyślnej akcji pod hasłem "Dzwon Henryk", serdecznie dziękował. Jestem więc niejako zobligowany, żeby tym razem jakoś zadziałać w temacie nowego dzwonu dla katedry w Worniach".
"A gdy tak coraz bardziej w tego rodzaju akcjach będziesz się rozpędzał, to może jeszcze i do Paryża dolecisz, by tam do spalonej katedry sprowadzić nowy dzwon" – żartuję.
 "A – nie! Co mi tam Paryż, Francja… Lauda, Żmudź, Litwa, Polska – tak, tak! Wszystko dobre, co nasze".
"Parafialny patriota. A gdyby się okazało, że twój naddziad jakiś dzwon był kiedyś dla katedry w Paryżu zrobił? No… jakiegoś tam "Ludwika"…?".
"A… W takim przypadku – poleciałbym. Naddziad bowiem – to sprawa najważniejsza"…
 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 8/2019

OŚWIATA

  • Studia nadal pożądane

POLITYKA

  • Na bieżąco

KULTURA

  • Intensywne lato "Wileńszczyzny"

ROCZNICE, JUBILEUSZE

  • "(...) trawy pachną i więdną po polsku"
  • Matka "Solidarności"

SPORT

  • Irennisima

W PRZESZŁOŚĆ ZAPATRZENI

  • Spotkanie po 60 latach
  • Ożyło Wilno, ożył Mickiewicz
  • Ku średniowieczu i wikingom

PODRÓŻE DALEKIE I BLISKIE

  • Malta – "rozdroże" między Afryką i Europą

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach na "saratowskim szlaku"

MĄRDOŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O bezsensie sensu

Nasza księgarnia

Wilno po polsku
Pejzaż Wilna. Wędrówki fotografa w słowie i w obrazie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie

Wiadomości (wp.pl)