Inżynier-romantyk

drukuj
Janina Lisiewicz, 24.12.2021
Fot. Ewa Przychodska

Portrety

Mirosław Marszewski – wilnianin, lat 28; stan cywilny – żonaty; wykształcenie – magister-inżynier w dziedzinie spawalnictwa i robotyzacji; praca – przedsiębiorca, współwłaściciel spółki; zainteresowania – taniec, historia, działalność społeczna – jest członkiem Rady Związku Polaków na Litwie; rysopis…; cechy szczególne…

Kadr pierwszy: poznawanie siebie

Mirosław Marszewski należy do pokolenia tych, co się urodzili już w niepodległej Litwie (rocznik 1993), jego życiorys obejmuje zatem lat niespełna trzydzieści. Nie jest to bagaż zbyt solidny, jednak w jego przypadku – wielce wartościowy. 
Miał szczęście – już we wczesnym dzieciństwie dostał szansę na rozwijanie talentów i osobowości, a zarazem sensownego wykorzystywania każdej godziny. Jako przedszkolak (uczęszczał do polskiego przedszkola "Przy parku bajek"), pięciolatek został uczniem szkółki niedzielnej dla najmłodszych "Kogucik". Polskie dzieci uczyły się tam m. in. języka litewskiego, tańca, rysunków. 
Właśnie w szkółce niedzielnej obecny tancerz reprezentacyjnej grupy Polskiego Zespołu Pieśni i Tańca "Wilia" stawiał pierwsze taneczne kroki pod bacznym okiem Lidii Wojtkiewicz (byłej wieloletniej tancerki tegoż zespołu). A będąc uczniem klasy czwartej Gimnazjum im. Wł. Syrokomli, zbratał się w szkole muzycznej w Karolinkach z akordeonem (rzec można, przejął rodzinną sztafetę gry na tym instrumencie po dziadku i ojcu). A że wykazał się tam zdolnościami, grał w szkolnym kwartecie akordeonowym, który zdobywał laury na ogólnokrajowych festiwalach oraz reprezentował Litwę we Włoszech…
Mając 10 lat, trafił do "Wilii" – akurat tego roku obecna główny choreograf zespołu Marzena Suchocka postanowiła rozpocząć pracę z dziećmi, by w ten sposób hodować własny narybek do grupy tanecznej.  Dzięki rodzicom, a przede wszystkim dziadkom, którzy mieli czas na to, by wnuka odprowadzać i spotykać w trójkącie: szkoła – szkoła muzyczna – "Wilia", mógł utrzymać to tempo. A na równi jeszcze był sport: koszykówka, walki – to, co najbardziej chłopakom imponuje, kiedy wkraczają na ścieżkę "nastolecia", i parę lat w szkolnym zespole ludowym "Wilenka". 
To zadane od dzieciństwa życiowe tempo, różnorodność zajęć, zaangażowanie, aktywność, nadawanie sensu pędzącemu czasowi jest dla Mirka aktualne też dziś. Wraz z ukończeniem podstawówki i przejściem do Gimnazjum im. Jana Pawła II, w jego życiorysie zjawił się kolejny wątek. Tak się szczęśliwie ułożyło, że znalazł tam kolegów, którzy, podobnie jak on, chcieli od życia trochę więcej niż daje rutynowo spędzany przez nastolatków czas.
Olek Sudujko, Władek Klonowski, Andrzej Czerniewski i jeszcze parę kolegów, doroślejąc w "ciekawych czasach" – przełom I i II dekady XXI wieku zaostrzył relacje na linii polsko-litewskiej, została przyjęta (w marcu 2011 roku) dyskryminująca uczniów szkół polskich ustawa o ujednoliceniu egzaminu z języka litewskiego – zaangażowali się do działalności społeczno-patriotycznej. 
Wzięli udział w zorganizowanym wówczas przez społeczność polską wielotysięcznym marszu i wiecu protestu, uczestniczyli w pikietach. Pomagali też kombatantom w doglądaniu grobów akowców w Kolonii Wileńskiej i Kalwarii. Po dołączeniu kolejnych osób, powstała "Wileńska Młodzież Patriotyczna", która została po pewnym czasie zarejestrowana jako koło ZPL w Wileńskim Oddziale Miejskim.
Organizowali imprezy sportowe (turnieje piłki nożnej), współtworzyli i rozwijali aktywną grupę kibiców "Polonii" Wilno, organizowali spotkania z okazji patriotycznych wydarzeń, szykowali referaty, koncerty z okazji obchodów świąt narodowych dla młodzieży (nawiązali kontakty z młodzieżowymi zespołami i wykonawcami z Polski, zapraszali ich do Wilna), jeździli na obozy do Polski, działali wespół ze Stowarzyszeniem Odra-Niemen, pomagali dostarczać paczki, przysyłane dla rodaków z Polski, zorganizowali akcję "Młodzież dla Rossy"… 
Wtedy też Mirosław wraz z kolegami przeżył wielką przygodę, biorąc udział w pracach porządkowych w Zułowie, urządzaniu Alei Pamięci Narodowej, przygotowaniu obchodów znamiennych rocznic wraz z ówczesnym prezesem ZPL Michałem Mackiewiczem. Wyznaje, że bardzo się cieszy, że miał okazję poznać i współpracować z prezesem Mackiewiczem, który jest dla niego przykładem człowieka bezinteresownego i ideowego. W tych latach aktywnej działalności społecznej mieli poczucie, że robią coś, co ma sens i pozostanie jako wartość na długie lata. Niezależnie od tego, jak ułożą się ich dalsze losy, ten etap pozostanie w ich życiorysach. 
Oczywiście, ta ich postawa patriotyczna nie zrodziła się w próżni. Mieli szczęście – dorośleli w czasie, kiedy praktycznie żadne tematy nie kwalifikowały się do "zakazanych". Zarówno publicznie dostępna informacja, jak, a może przede wszystkim, historie rodzinne, wspomnienia dziadków, pozwalały zrozumieć i odczuć tę więź z przeszłością, tradycjami. Mirosław poznał ich wiele, dotyczyły bliższych i dalszych członków rodziny, których los w pierwszej połowie XX wieku rzucał w obce strony, rodził tęsknotę do rodzinnych stron i stawiał w obliczu niełatwych wyborów. Działały one na wyobraźnię dziecka, później – nastolatka. 
Czyż mogło nie zaimponować dorastającemu chłopakowi to, że pradziadek Bolesław Mickiewicz w latach formowania państwowości i granic zarówno Litwy, jak też Polski walczył w szeregach Wojska Polskiego pod Rykontami; był odznaczony Krzyżem Walecznych, a podczas II wojny światowej, jak wynika z posiadanych informacji, miał związek z komórką legislacyjną AK…  Wiedza ta pomagała mu określić się co do poglądów i znaleźć (lub przynajmniej szukać) swojego miejsca w realnej rzeczywistości. 
Czyli być nie wędrowcem-obieżyświatem, ale człowiekiem głęboko zakorzenionym w historii tej ziemi i w tworzenie kolejnych jej kart. Przyznać należy, że nie każdy młody człowiek tak to odbierał i odbiera. Memu rozmówcy sugeruję: do takiego odbioru trzeba być, chociaż w minimalnym stopniu, romantykiem. Nie zaprzecza temu. Z jednym z największych romantyków – Wieszczem Adamem – ma zresztą pewien związek. Otóż w 2011 roku dostał nagrodę specjalną jurorów na jubileuszowym XX Konkursie Recytatorskim im. A. Mickiewicza "Kresy" w Białymstoku za interpretację wiersza patrona konkursu. Reprezentował tam uczestników "Kresów" z Litwy, jako jeden ze zwycięzców.
W przypadku Mirka, swoistym katalizatorem do głębszego poznania dziejów własnej rodziny stało się zadanie, jakie nauczycielka historii Danuta Radewicz tradycyjnie daje swoim wychowankom – utworzenie jej drzewa genealogicznego. Została do tego zaangażowana bliższa i dalsza rodzina mieszkająca w Polsce i na terenie obecnej Białorusi. 
Do tej pracy mocno przyłożył się też tato Mirka. Wielce pomocne w tym było znalezienie na strychu rodzinnego domu w Gieranionach (nie opodal Dziewieniszek) walizeczki ze starymi dokumentami, zdjęciami, ukrywanej tam w okresie kolejnych zmian władzy. Tzw. okolica Opita była gniazdem, z którego brali początek wywodzący się ze szlachty Marszewscy, Mickiewiczowie. Najstarsze znalezione dokumenty sięgały końca XVII wieku. Opowiadały o spokrewnionych ze sobą przodkach z rodzin Mickiewiczów, Korzeniewskich, Marszewskich, Świackiewiczów… Z nich właśnie się dowiedzieli, że dziadek babci Jadwigi brał udział w wojnie rosyjsko-tureckiej.
W wyniku badań, kontaktów, zdobywania danych z archiwów udało się stworzyć drzewo genealogiczne szlacheckiego rodu, które sięga czasów króla Kazimierza Wielkiego... 
A ta najbliższa rodzina – to żona Ewa, mama i tato – Lila i Walery Marszewscy, młodszy brat Daniel, babcia Jadwiga i śp. dziadek Wojtek Marszewscy oraz babcia Leokadia i dziadek Witold Sawlewiczowie. W rodzinnych stronach dziadków Sawlewiczów (do których znów powrócili) nie opodal Suderwi, we wsi Obale, Mirek spędzał wakacje. Dziś jest to też ulubione miejsce, gdzie w wolnym czasie można wypocząć, nacieszyć się przyrodą i rodziną. 

Kadr drugi: 
budowanie dorosłego życia

Pomimo fascynacji historią Mirosław Marszewski wybrał studia inżynieryjne. Zdając maturę, nie wiedział dokładnie, kim chce być. Myślał o własnym biznesie, pracy, w której będzie mógł się wykazać zdolnościami organizatorskimi, kreatywnością. Wahał się, czy ma studiować na Litwie, czy też w Polsce. Jednak więzy, które go łączyły z Wilnem, okazały się silniejsze – postanowił, że zostaje "w domu". 
Na studia wybrał Wileński Uniwersytet Techniczny im. Giedymina, wydział mechaniczny, kierunek – inżynieria innowacyjnego przemysłu (tak został "uatrakcyjniony" kierunek inżynieria spawalnictwa). Do zgłębiania tego kierunku skutecznie zachęcił go kierownik katedry spawalnictwa, fanatyk swojej dyscypliny pan Irmantas Gedzevičius. Zapoznając z warunkami studiów przyszłych inżynierów, tłumaczył im, że po tych studiach nigdy nie będą bez pracy, że czekają na nich bardzo wysokie zarobki. 
W efekcie ma do czynienia z robotyzacją stanowisk pracy i spawalnictwem, które obejmuje bardzo wiele różnych technologii: od tych z użyciem gazu, elektrod do takich jak: TIG, MIG/MAG, spawanie laserowe i in. Jego domeną stała się m.in. robotyzacja spawania.
Będąc na trzecim roku studiów, miał praktykę w firmie, w której po jej odbyciu się zatrudnił na ponad rok. Zrezygnował z pracy w drugim semestrze IV roku studiów, kiedy musiał zabrać się do pisania pracy dyplomowej. Dopiero pracując, uświadomił sobie tak naprawdę, jakie zastosowanie mają wybrane studia. I właśnie ich czwarty rok był najbardziej wydajny, bo wiedział na co ma zwrócić szczególną uwagę, co mu się przyda w pracy. 
Po pierwszym etapie studiów dał sobie pewien czas na odpoczynek i zrozumienie: czego chce dalej. Podjął studia magisterskie (materiałoznawstwo i spawalnictwo) i uznał, że chciałby pracować w swoim zawodzie w firmie międzynarodowej. Nie przeczuwał nawet, jak szybko ta chęć stanie się jawą. Udając się na pierwszy wywiad, odebrał telefon od dyrektora firmy, gdzie był na praktyce, z propozycją "omówienia pewnego tematu". 
Jak się okazało, sprawa dotyczyła tego, że przedsiębiorca z Białorusi chciał znaleźć partnerów w krajach bałtyckich oraz w Polsce – wejść na te rynki z robotyzacją i jakoś to mu nie szło. Dyrektor Euroweld Group (spółki, w której obecnie pracuje i jest 50-procentowym udziałowcem) zapytał go, czy podejmie się tego zadania. 
Podjął się. Pojechali do Mińska, zapoznali się, nawiązali współpracę. Praktycznie rok trwało badanie rynku, tłumaczenie stron internetowych na język polski, zabieganie o projekty. Po roku miał pierwszy projekt w Wilnie. No, i tak to ruszyło. 
Praca jest bardzo intensywna, konkurencja bowiem dość duża. Ale mają już swoją markę na tym rynku. Realizują projekty i zamówienia na robotyzację procesów spawalniczych m.in. na Łotwie, w Polsce – w Suwałkach zainstalowali automatyczną linię do produkcji rur przeciwpożarowych. Realizacja projektu, to umowy z dziesiątkami dostawców praktycznie z całego świata, znajdywanie rozwiązań technicznych, produkcja mechanizmów, montaż urządzeń. Cały łańcuch ogniw, które umiejętnie należy połączyć, by osiągnąć końcowy efekt.
W biznesie, oczywiście, ważny jest profesjonalizm, niezawodność, aczkolwiek wielkie znaczenie mają kontakty osobiste, zaufanie do partnerów. Od umiejętności ich nawiązywania w dużym stopniu zależy sukces. Tu bardzo jest przydatna znajomość języków. Mirosław stwierdza, że dzięki polskiej szkole swobodnie posługuje się czterema językami. Jest tak, że na Łotwie z przedstawicielami firm w starszym wieku prowadzi się rozmowy po rosyjsku, zaś z młodszą generacją – po angielsku. Na rynku polskim, oczywiście, służy mu język ojczysty, rosyjski – na Białorusi, w świecie – angielski.
Odwiedzając partnerów na Białorusi, co rusz trafia m.in. na interesujące fakty historyczne: znalazł się pewnego razu w miasteczku, które wspominał w swojej książce Sergiusz Piasecki. Niestety, miejscowi nie wiedzieli, że miejscowość jest "bohaterką" powieści. Lubi poznawać historie miejsc, dokąd przyjeżdża, historie ludzi. Rozbudzona w nastolatku ciekawość historii, otaczającego go świata, co i raz się w nim odzywa… 
Jak się w rodzinie nieraz przekonali, z tej ciekawości wynikają wręcz niewiarygodne historie. Otóż tato gościł u kolegi w Mediolanie. Klaudio, pokazując mu szykowane do uporządkowania zbiory książek, przywiezione ostatnio z Rosji, z ich stosu wziął książeczkę, która leżała na górze i powiedział: "Kupiłem to ostatnio w Petersburgu". Kiedy ojciec ją otworzył, zobaczył… imię i nazwisko swojej babci, napisane jej ręką. Dostał ten "rarytas", oczywiście, od kolegi w prezencie…  
Na pytanie, czy praca i kariera są dla niego czymś bardzo ważnym, Mirosław Marszewski odpowiada, że, owszem, są ważne, ma swoje plany na rozwój firmy, w której pracuje i swój udział w niej; zależy mu, by miała możliwie najlepszy wizerunek. Jednak na pierwszym miejscu stawia rodzinę. Rodzinę wielopokoleniową, w której dorastał i tę, którą założyli z żoną Ewą przed półtora rokiem. 
Z Ewą znają się od dzieciństwa – razem przyszli do dziecięcej grupy "Wilii", od siedmiu lat tańczą w jednej parze. Zdążyli dobrze się poznać, wiele ze sobą obcowali. Połączył ich taniec. A pewnego razu złapał siebie na myśli, że chciałby mieć właśnie taką żonę jak Ewa. Uczucie więc dojrzewało w nich stopniowo. No, i są małżeństwem, które już czeka na powiększenie rodziny. 
Ewa jest psychologiem, pracowała przy doborze personelu. To, że oboje tańczą w "Wilii", automatycznie rozwiązuje problem chodzenia na próby, które są dwa, a przed koncertami, nawet trzy razy tygodniowo. Kiedy pytam Mirka, człowieka, który z "Wilią" jest związany nieomal dwa dziesięciolecia, co jest najważniejsze – taniec czy atmosfera panująca w zespole, przyjacielskie kontakty, to bez wahania stwierdza, że dla niego, pomimo fascynacji tańcem i byciem na scenie, ważniejszy jest wszak panujący w "Wilii" klimat –  to, co wspólnie robią, relacje międzyludzkie. 
Chce w przyszłości dzielić się z młodocianymi kolegami doświadczeniem w tańcu, dać to, co sam otrzymał od swojej "nauczycielki". Nie jest obca mu myśl, że jak nie będzie już tańczył, to zostanie chórzystą. Z zespołem rozstawać się nie planuje. Ostatnio, z okazji 65-lecia "Wilii" wraz z żoną zostali odznaczeni srebrnymi medalami zespołu, co jest powodem do dumy  
Ponadto jest prezesem koła ZPL "Wilii". Tego roku bardzo aktywnie włączył się do społecznego spisu ludności polskiej, zainicjonowanego przez Związek Polaków na Litwie. Angażując kolegów, znajomych, członków rodziny, z których najaktywniejszą okazała się jego kochana babcia Jadzia, wypełnił ponad półtorej setki ankiet.
Na moje dociekanie, czy pracy w spółce, tańczenia w "Wilii", obowiązków rodzinnych mu nie wystarcza i gdzie znajduje czas również na społeczne poczynania, nie kryje pewnego zażenowania z poczucia, iż obecnie za mało może poświęcić czasu na działalność związkową, więc udział w spisie ludności traktuje jako tę małą cegiełkę w budowanie wspólnej sprawy. 
Nie jest mu przecież obojętne, jak się tu, na Wileńszczyźnie, będzie żyło rodakom w bliższej i dalszej przyszłości, bo tu buduje swoje życie, tu będą dorastały jego dzieci – na ojczystej ziemi, w którą korzeniami wrastali przodkowie. Uważa, że znajomość historii swoich przodków daje mu pewną moc i motywację do działania. Jest ciągłość i tak ma być. Uświadomienie tego jest motywacją do bycia lepszym człowiekiem pod wszelkimi względami. Nie ma co do tego wątpliwości.

Kadr trzeci – błyskawiczny: 
to, co przynosi radość 
i satysfakcję

Dobrze wykonana praca – czy to rozwiązanie problemu klientów, dobry koncert zespołu, czy pomoc dziadkom na wsi.
Czas spędzony z bliskimi i przyjaciółmi.
Dawanie czegoś od siebie – pomoc potrzebującym, działanie na rzecz społeczności, przekazywanie swoich nawyków i wiedzy w pracy lub w zespole, pod warunkiem, że doprowadzają do pozytywnego wyniku. Tak uważa Mirosław Marszewski.

Fot.  Ewa Przychodska

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 12/2021

NARODZIŁ SIĘ NAM ZBAWICIEL


ŻEGNAJ, "MAGAZYNIE"!

  • Inżynier-romantyk
  • Wiersze Henryka Mażula

POLITYKA

  • Na bieżąco

2022 – ROKIEM WANDY RUTKIEWICZ

  • Życie jak wspinaczka

LITERATURA

  • Pisarstwo Alwidy A. Bajor

NA FALI WSPOMNIEŃ

  • OKOP: działalność
  • Duszpasterze ratowali Żydów

XVII TOM "KRESOWEJ ATLANTYDY"

  • Twierdze, co Polski strzegły

WŚRÓD POLONII ŚWIATA

  • 150-lecie polskiego osadnictwa w Nowej Zelandii

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • Styczyńscy. Spod Wilna na Syberię

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O obowiązku

Nasza księgarnia

Wilno po polsku
Stanisław Moniuszko w Wilnie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie