Irennisima

drukuj
Opracował Henryk Mażul, 13.08.2019

2019 – rokiem stulecia Polskiego Komitetu Olimpijskiego

Irena supermistrzyni. To określenie w pełni odzwierciedla osiągnięcia Ireny Szewińskiej. Żadna z polskich lekkoatletek, ba, żaden ze sportowców nie może się pochwalić takimi osiągnięciami. Nic więc dziwnego, że będący pod wrażeniem jej dokonań redaktor Edward Trojanowski, były lekkoatleta, sprinter, nazwał ją Irennisima. Uczynił to prawdopodobnie, mając w pamięci Campionissimę – Halinę Konopacką, z którą razem trenował przed wojną w warszawskim AZS. Trudno o lepsze i trafniejsze jednowyrazowe określenie, kim była w polskim i światowym sporcie Szewińska.

Jedna z najwspanialszych i najdłuższych karier sportowych, wedle opinii międzynarodowych ekspertów. Uznana za legendę światowej kobiecej lekkiej atletyki obok takich nazwisk jak: Jolanda Balas, Fanny Blankers-Koen, Jackie Joyner-Kersee i Marita Koch. 
Talent, jaki się trafia raz na sto lat – mówiono o możliwościach Ireny Szewińskiej. Tymczasem niewiele brakowało, aby nie zaistniała w sporcie. Trudno to sobie wyobrazić, aczkolwiek przecież tak było.
Po zawiłych dziejowych perypetiach rodziców, którzy poznali się w Uzbekistanie, ich pierworodna przyszła na świat 24 maja 1946 roku również poza Polską, gdyż w naonczas radzieckim Leningradzie. Rok później fala tzw. repatriacji zmiotła ich do Polski, przypisując Warszawie. Tu, jako uczennica szkoły podstawowej nr 19 przy Zakroczymskiej, nie garnęła się jeszcze do sportu, a jednak ten otworzył jej drogę do życiowej kariery. Dziś może się komuś wydać dziwne, ale Irena w gruncie rzeczy nie marzyła o sukcesach na stadionie, była w szkole raczej typem intelektualistki. 
Jak wielu młodych ludzi z jej pokolenia, korzystała z placówek Pałacu Młodzieży, będącego częścią warszawskiego Pałacu Kultury. Tam zapisała się do kółka teatralnego. Mając wokół kilka renomowanych teatrów, mogła myśleć o ewentualnej karierze scenicznej. Raz nawet wystąpiła okazyjnie na obozie sportowym w przedstawieniu teatralnym, ale nie było jej dane zostać aktorką.
W warszawskim Liceum im. Jarosława Dąbrowskiego przy Świętokrzyskiej lekkoatletyczny talent 15-letniej uczennicy odkryła nauczycielka wychowania fizycznego – Liliana Bucholz, która pewnego razu zabrała swoich uczniów na sportowy sprawdzian w parku Agrykola. Tam, gdzie przed wojną stawiała pierwsze kroki w lekkiej atletyce późniejsza mistrzyni olimpijska, dyskobolka Halina Konopacka, i gdzie biła rekordy druga mistrzyni Stanisława Walasiewiczówna, długonogiej nastolatce Kirszenstein udało się przebiec 60 metrów w czasie 8,3 sek. i skoczyć wzwyż 138 centymetrów, choć o fruwaniu nad poprzeczką nie miała najmniejszego pojęcia…
Zaraz ją jednak porwał prowadzący lekkoatletyczne treningi w niedalekim klubie "Polonia" przy Konwiktorskiej – Jan Kopyto, wcześniej czołowy oszczepnik świata, któremu kontuzja uniemożliwiła kontynuowanie kariery. Uzdolniona piętnastolatka zaczęła pojawiać się na organizowanych pod egidą "Expressu Wieczornego" niesłychanie pożytecznych Czwartkach Lekkoatletycznych.
– Skakałam najczęściej wzwyż, w czym pomagały mi długie nogi, byłam lepsza od koleżanek, wciąż jednak nie myślałam poważnie o karierze sportowej. Przez rok dzieliłam czas między stadionem a kółkiem żywego słowa w Pałacu Kultury i Nauki – mówiła w jednym z wcześniejszych wywiadów. Do kółka żywego słowa uczęszczał też notabene Daniel Olbrychski, który – w przeciwieństwie do Ireny – marzył, by zostać sportowcem. Stało się tymczasem wręcz odwrotnie: on podbił scenę teatralną i ekrany filmowe, ona natomiast na dobre zbratała się ze sportem wyczynowym, odnosząc wiele jakże spektakularnych sukcesów.
Jesienią 1962 roku tenże Kopyto podczas ogólnopolskiej narady trenerów lekkiej atletyki w Warszawie spytał trenera sprinterek Andrzeja Piotrowskiego, czy nie przyjąłby do swojej grupy wielce utalentowanej dziewczyny, Ireny Kirszenstein, uczennicy Liceum Ogólnokształcącego im. Jarosława Dąbrowskiego w Warszawie.
– Talent, jakich mało, z pewnością młoda początkująca zawodniczka skorzysta z uwag trenera specjalisty od biegów krótkich więcej niż od specjalisty oszczepnika – tłumaczył Kopyto koledze po fachu.
– Jeśli zawodniczka i klub nie mają nic przeciwko temu – odpowiedział Piotrowski – nie widzę żadnych przeszkód.
Ale Irenę Kirszenstein zobaczył dopiero w styczniu 1963 roku podczas zgrupowania młodych lekkoatletów. 17 lat, wysoka, długonoga, świetny "materiał" na zawodniczkę światowej klasy. Żeby tylko chciała trenować – pomyślał Piotrowski.
Rok 1962 zamknęła następującymi rekordami życiowymi: na 100 metrów – 11,9 sek., skok w dal – 5.38 m, skok wzwyż – 1.58 m. Dwukrotnie reprezentowała kraj w spotkaniach juniorów. Biegała jeszcze niezgrabnie, skakała prymitywnym stylem, lecz wyniki były obiecujące.
Pierwszy wybór został więc dokonany. Teraz musiała się zdecydować, co trenować? Najbardziej pociągał skok wzwyż i w nim właśnie ze względu na długie nogi i wzrost czyniła największe postępy.
Rozpoczęcie treningu pod wodzą Andrzeja Piotrowskiego przesądziło. Trening sprinterski nie idzie w parze ze skokiem wzwyż. Z biegiem daje się natomiast połączyć skok w dal. I przy tych konkurencjach pozostała, szybko dostrzegając życiową szansę, by poprzez sport dojść do wyników wręcz nieobliczalnych. Tak szybkie postępy czyni dopiero ktoś szczodrze wyposażony w talent przez naturę. I Irena uwierzyła, że może zostać mistrzynią. Co więcej, zaczęła robić wszystko, aby swoje możliwości wykorzystać. Trenowała z entuzjazmem, a że brylant trafił w ręce fachowca, trzeba go było tylko właściwie oszlifować.
Andrzej Piotrowski – owszem – ocenił, że "z tej mąki będzie chleb". Nie przypuszczał i nikt nie mógł nawet marzyć, że upłyną niespełna trzy lata i Irena zostanie… medalistką olimpijską.
Próbkę wielkiego talentu w obsadzie międzynarodowej dała we wrześniu 1964 roku podczas Europejskich Igrzysk Juniorów w Warszawie, stając się ich pierwszoplanową postacią, gdyż wygrała rywalizację skoczkiń w dal z wynikiem 6.19 m, pozostawiła w tyle wszystkie rywalki w biegu na 200 m. Mimo przeciwnego wiatru stopery zanotowały na mecie czas – 23,5 sek., a wynik ten był o jedną dziesiątą lepszy od ustanowionego jeszcze w roku 1935 rekordu Polski przez legendarną Stanisławę Walasiewiczównę.
Tak rewelacyjne poczynania młodziutkiej zawodniczki sprawiły, że u boku bardziej doświadczonych koleżanek zapewniła sobie miejsce w reprezentacji na Igrzyska Olimpijskie w Tokio. Debiut w najważniejszej światowej imprezie czterolecia rozpoczęła od mocnego uderzenia – srebrnego medalu w skoku w dal! Po kiepskich zresztą skokach treningowych i zupełnie nieudanym pierwszym w konkursie olimpijskim. Zaledwie 5.88 m. Druga seria – 6.44 m – wyrównany rekord życiowy. W trzeciej ambitna osiemnastolatka poprawiła się o kolejne 13 centymetrów, bijąc rekord Polski seniorek. 
Pierwszy skok w finale – nieudany, gdyż zaledwie na odległość 6.09 m. Drugi za to wspaniały – 6.60 m i kolejna poprawka rekordu Polski. Tej odległości starczyło na zajęcie drugiego miejsca na podium, którego najwyższy stopień obsadziła Brytyjka Mary Rand, będąca z wynikiem 6.76 m (nowy rekord świata) poza zasięgiem rywalek.
To "srebro" spadło dosłownie z nieba. Nikt przecież na nie nie liczył, a już najmniej sama sprawczyni sensacji. Wyraźnie uskrzydlona tym faktem bez problemu zakwalifikowała się do finałowej rywalizacji w biegu na 200 metrów. Z czasem 23,1 sek. uległa w niej jedynie Amerykance Edith Mc Guire (lepszej o jedną dziesiątą), a wynik ten był równy rekordowi Polski i Europy.
Ostatni dzień zawodów lekkoatletycznych. Do rozegrania – jedne z najbardziej emocjonujących konkurencji – sztafety. Owszem, kwartet bystronogich Polek upatrywano w gronie kandydatek do jednego z medali. Ale przecież w biegach rozstawnych, zwłaszcza w sprinterskich, nie ma nic pewnego. Ileż to razy zespoły miały kłopoty z doniesieniem do mety pałeczki, przekazując ją z rąk do rąk. 
Na Polki tego dnia nie ma siły. Największe konkurentki – Amerykanki mogły jedynie oglądać plecy biegnącej na ostatniej zmianie Ewy Kłobukowskiej. Teresa Ciepły, Irena Kirszenstein i Halina Górecka wyrobiły prawie trzymetrową przewagę. Ewie wypadło jedynie przypieczętować zwycięstwo, co zresztą uczyniła, a uzyskany wynik – 43,6 sek. winien był odtąd wpisany na listę nowych rekordów świata!
Wyjeżdżała Irena Kirszenstein do stolicy Krainy Kwitnącej Wiśni jako młoda, wielce obiecująca, tzw. perspektywiczna zawodniczka, która miała nabierać doświadczenia, poczuć atmosferę wielkiej imprezy. Z dwoma srebrnymi i jednym krążkiem złotym wracała natomiast stamtąd jako gwiazda światowej lekkiej atletyki. Rzadki to przypadek błyskotliwej kariery w tak młodym wieku. Ale Irena zadziwi świat jeszcze wielokrotnie.
Wyniki z Tokio spowodowały, że do Polskiego Związku Lekkiej Atletyki zaczęły napływać zaproszenia dla Ireny z wielu federacji lekkoatletycznych. Innymi słowy, chciały ją podziwiać najsłynniejsze stadiony świata, nie tylko w Europie. Nie wszystkie zaproszenia była w stanie przyjąć, ale tam, gdzie się pojawiała, potwierdzała z nawiązką swój nieprzeciętny talent. Wraz z rówieśniczką Ewą Kłobukowską ustanawia rekord świata w biegu na 100 m, uzyskując czas – 11,1 sek.
W lipcu 1965 roku na stadionie "Legii" w Warszawie dochodzi do spotkania USA – Polska. Kirszenstein, będąc klasą dla siebie, wygrywa trzy konkurencje. Co więcej, w biegu na 200 metrów nie tylko rewanżuje się Mc Guire za przegraną w Tokio, lecz ustanawia nowy rekord świata – 22,7 sek. 
Obecna wówczas na stadionie była rekordzistka globu Stanisława Walasiewiczówna serdecznie gratulowała nowej rekordzistce i dała w nagrodę miniaturowe złote kolce. Żeby przynosiły szczęście. Późniejsze osiągnięcia obdarowanej na Igrzyskach Olimpijskich, mistrzostwach Europy, meczach i na mityngach, a także jako działaczki na forach krajowym i międzynarodowym potwierdziły, że kolce Stelli miały naprawdę jakąś szczęśliwą moc.
Kirszenstein nie tylko koncentruje się na uprawianiu sportu. Po Tokio rozpoczyna studia na wydziale ekonomii politycznej Uniwersytetu Warszawskiego, godząc naukę z lekkoatletycznymi sukcesami. Wygrywa niezliczone zawody, mityngi, bryluje w meczach międzypaństwowych, ustanawia rekordy. W roku 1966 jest gwiazdą pierwszej wielkości podczas mistrzostw Europy w Budapeszcie, zdobywając trzy krążki złote (bieg na 200 m, skok w dal, sztafeta 4 x 100 m) oraz "srebro" w biegu na 100 m i wnosząc ważny przyczynek do rewelacyjnego występu biało-czerwonych, którzy wywalczyli łącznie 7 złotych, 5 srebrnych i 3 brązowe trofea, by w medalowej klasyfikacji ustąpić jedynie drużynie NRD, nawiązując w ten sposób do świetności poprzedników ze słynnego "wunderteamu".
Zaproszenia dla Kirszenstein, która, będąc filarem reprezentacji, jeździ po świecie, wygrywa sprinty, skacze w dal i biega w sztafecie, sypią się niczym z rogu obfitości. Reprezentuje Europę w meczu z USA i… zwycięża. Z młodej utalentowanej zawodniczki przemienia się w gwiazdę światowej lekkiej atletyki. Jej możliwości wydają się być nieograniczone. 
W roku 1967, przed Igrzyskami w Meksyku w 1968 roku, zmienia stan cywilny, mając u boku na ślubnym kobiercu "bratnią duszę" – specjalizującego się w młodości w biegu na 400 metrów przez płotki Sławomira Janusza Szewińskiego, ówczesnego fotoreportera "Przeglądu Sportowego". To on, stając się później trenerem żony, spowoduje teraz już rodzinne sukcesy.
Na drugą w swej karierze letnią Olimpiadę jechała do państwa potomków Azteków jako podwójna faworytka: w skoku w dal i w biegu na 400 metrów. W pierwszej konkurencji musiała przełknąć gorycz porażki. W eliminacjach skoczyła ledwie 6.19 m, podczas gdy minimum wynosiło 6.35 m, i pożegnała się z dalszymi występami.
Klęska na skoczni nie podcięła jednak skrzydeł. W swojej koronnej konkurencji wydłużonego sprintu na bieżni nie miała godnych sobie rywalek. Że była poza ich zasięgiem, bardziej niż wymownie dowodzi rekord świata, równy 22,5 sek., powodujący, że druga na mecie Australijka Raelene Boyle zanotowała stratę aż dwóch dziesiątych sekundy.
– To największy i najpiękniejszy dzień w mojej karierze. Złoty medal i rekord! Tego nie da się porównać z niczym – mówiła uszczęśliwiona.
Meksyk – oprócz wielkiej radości ze "złota" w biegu na 200 m i "brązu" na dwakroć krótszym dystansie – pozostawił gorzki osad rozczarowania, potęgowanego obok porażki na skoczni także dramatem w sztafecie, którego została sprawczynią, gubiąc w półfinale na ostatniej zmianie pałeczkę. Na nic zdał się wysiłek trzech pierwszych koleżanek, które wraz z Szewińską należały do faworytek. Upust rozgoryczeniu dawali też kibice, a nie przebierali w środkach na tyle, że wytykano jej nawet żydowskie pochodzenie. To przykre doświadczenie spotęgowało przekonanie, iż bieganie i skakanie nie może być jedynym sposobem na życie.
– Uważałam, że jeśli ograniczę się do pogoni za medalami, porażka na stadionie będzie się równać osobistej klęsce – opowiadała po latach. 
Jak każda kobieta, uprawiająca wyczynowo sport, stanęła Szewińska przed dylematem pogodzenia go z macierzyństwem. Przyjmuje optymalne rozwiązanie. Do następnych Igrzysk – jeszcze dwa lata. Jeśli natychmiast zdecyduje się na dziecko, być może zdąży nadrobić stracony na treningach czas. Pod koniec 1969 roku zawiesza więc kolce na kołku, rodzi syna, kończy studia, pisze pracę dyplomową.
Po urlopie macierzyńskim szybko wraca na bieżnię. Zaczyna trenować pod okiem męża, który pomaga w opiece nad dzieckiem i ustala rytm zajęć. Pogoń za uciekającym czasem zostaje nagrodzona. W trzecim swym olimpijskim starcie w roku 1972 w Monachium na swym koronnym dystansie 200 metrów powiększa medalową kolekcję o brązowy krążek. Zważywszy perturbacje treningowe w związku z macierzyństwem, wynik ten wypada uznać za osiągnięcie.
Nie ostatnie zresztą. Uciążliwe zajęcia sprawiają, że powraca do formy z czasów panieństwa. W roku 1974 jest najlepszą sportsmenką świata, laureatką Francuskiej Akademii Sportu. Nagrodę wręczał sam prezydent tego kraju Valery Giscard d’Estaing – wcześniej żaden głowa państwa tego nie zrobił. Wydarzenie, które nagłośniły nie tylko media francuskie.
Irena tymczasem zdecydowała się przedłużać. Czasownik ten nie jest najładniejszy i z pewnością razi językowych purystów, lecz w języku polskim nie sposób   wyrazić jednym słowem zjawisko tak nieobce wszystkim, kto uprawia lekką atletykę. Chodzi o to, że najpierw zanikają cechy szybkościowe, natomiast wytrzymałość dość długo jeszcze może się utrzymywać na wysokim poziomie. Dlatego biegający np. dystans 400 metrów wydłużają go do 800 metrów, osiemsetmetrowcy – do 1500 metrów. Ci ostatni przechodzą natomiast na dystanse długie.
Szewińska po rozmowach z mężem- trenerem postanowiła przedłużyć się i wystartować w biegu na 400 metrów na czwartych z kolei Igrzyskach w roku 1976, których gospodarzem był Montreal. To nic, że "dynamit" w nogach w wieku lat 30 zmalał na tyle, iż w biegach sprinterskich nie miała szans, by dotrzymać kroku młodszym wiekiem rywalkom.
Czas z nawiązką wykazał słuszność tej decyzji. Szewińska jest pierwszą kobietą na świecie, która w roku 1975 "rozmienia" 50 sekund w biegu na jedno okrążenie stadionu, uzyskując przy pomiarze ręcznym wynik 49,9 sek. 22 czerwca 1976 roku na Memoriale Janusza Kusocińskiego w Warszawie już przy pomiarze elektronicznym poprawia własne osiągnięcie, zmuszając stopery do zatrzymania się na rubieży 49,75 sek. Wynik ten czyni z niej wręcz pewną kandydatkę do obsadzenia najwyższego stopnia podium w zbliżającej się milowym krokiem Olimpiadzie w Montrealu.
I – przyznać trzeba – wielka Irennisima również tym razem nie zawodzi. 29 lipca w próbie finałowej, rywalizuje przede wszystkim z samą sobą, raz jeszcze śrubuje własny rekord świata, uzyskując czas – 49.29 sek., notabene do dziś będący rekordem Polski. Podczas dekoracji najlepszych po raz trzeci zgina szyję, by tę ozdobił złoty medal olimpijski, a nieco później na jej cześć na najwyższy maszt powędrowała flaga w barwach narodowych i zabrzmiał Mazurek Dąbrowskiego.
Olimpijska batalia spod znaku Klonowego Liścia nie była ostatnią w jej karierze. W późniejszych latach jeszcze cieszyła kibiców swymi sukcesami, aczkolwiek z piątego startu olimpijskiego w Moskwie wracała "na tarczy" z powodu kontuzji, jaka dała znać o sobie w eliminacjach półfinałowych biegu na 400 metrów.
Postanawia zakończyć karierę, znaczoną 16 latami sukcesów, jakich nie osiągnęła przed nią żadna lekkoatletka. Ostatni start jest symboliczny. Odbył się w Tokio, gdzie rozpoczęła się jej bezprzykładna zwycięska passa.
Tytułem podsumowania sportowych wyczynów na bieżni i skoczni Ireny Kirszenstein-Szewińskiej wypada odnotować, że poza trzema złotymi, dwoma srebrnymi oraz dwoma brązowymi krążkami, jakie przywoziła z Igrzysk Olimpijskich, jej kolekcję uzupełnia 5 złotych, 1 srebrny i 4 brązowe krążki w mistrzostwach Europy na otwartym stadionie, po 2 krążki każdej z barw w identycznych imprezach w hali, aż 23 razy deptała najwyższy stopień podium w mistrzostwach Polski. Przy jej udziale 12-krotnie padał rekord świata, a najlepsze wyniki w Polsce poprawiała nawet 54 razy!
– Nie zamierzam być trenerem. Ze sportem nie zerwę całkowicie, będę bowiem trochę się ruszać dla zdrowia. Nie ukrywam natomiast, że można na mnie liczyć jako na przyszłą działaczkę sportu – mówiła w jednym z ostatnich wywiadów, nim zeszła z bieżni.
Jak zapowiadała, tak też się stało. Dzięki zaskarbionemu autorytetowi przez długie lata odnosiła sukcesy na krajowej i międzynarodowej arenie. Była prezesem Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, przewodniczącą Europejskiej Federacji Sportu Kobiet, wiceprzewodniczącą Polskiego Komitetu Olimpijskiego, przewodniczącą Polskiej Federacji Sportu Kobiet, członkiem Europejskiego Stowarzyszenia Lekkiej Atletyki, członkiem Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. 
Znakiem szacunku, jakim była darzona przez kibiców, jest czterokrotna wygrana w wielce prestiżowym plebiscycie "Przeglądu Sportowego" na najlepszego sportowca Polski w latach 1965 i 1966 oraz w 1974 i 1976, będących szczytowymi w jej karierze sportowej. Co więcej, w ogłoszonym w roku 1998 plebiscycie "Polityki", "Przeglądu Sportowego" oraz "Tempa" została uznana za postać numer jeden w polskim sporcie w XX wieku. 
Te tytuły i nagrody, będące znakiem szacunku, jaki zaskarbiła, można by było długo jeszcze mnożyć, a kolekcję imponujących trofeów, zdobytych w bezpośredniej walce z rywalkami na stadionie uzupełniają: 10 (!) złotych Medali za Wybitne Osiągnięcia Sportowe, Order Orła Białego, Wielki Krzyż Orderu Odrodzenia Polski, Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski, Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski, Złoty Krzyż Zasługi, brązowy medal Orderu Olimpijskiego, medal "Kalos Kagathos", przyznane przez władze Senegalu odznaczenia Kawalera i Oficera Orderu Lwa, a przez Japonię – Złote Promienie ze Wstęgą Orderu Wschodzącego Słońca.
Mało kto zna klasyfikację amerykańskiego magazynu "Track & Field News", który prowadzi punktację najlepszych lekkoatletów i lekkoatletek w skali roku i w skali wielu lat. W klasyfikacji wszech czasów Szewińska zdołała zgromadzić tyle punktów, że – zdaniem ekspertów – niemożliwe, by ją ktokolwiek mógłby prześcignąć. A przecież trzeba wziąć pod uwagę, że w okresie jej sportowej kariery nie było w ogóle lekkoatletycznych mistrzostw świata. Teraz odbywają się one co dwa lata, radykalnie zwiększając możliwości zdobywania tytułu uniwersalnego czempiona. Siergiej Bubka, na przykład, w barwach ZSRR i Ukrainy wywalczył mistrzostwo globu w skoku o tyczce aż sześć razy!
Gdyby Montreal’76, czyli efektowne zwycięstwo olimpijskie w biegu na 400 metrów – 49,28 sek., mogła Szewińska powtórzyć dwadzieścia lat później, miałaby z tego prawdziwą fortunę. Niestety, startowała jeszcze w czasach, gdy zaledwie dzięki zręczności gospodarzy niektórych mityngów czołowi lekkoatleci – ich zwycięzcy – mogli otrzymywać zaledwie niewielkie gratyfikacje. Dziś IAAF płaci wysokie honoraria za tytuły mistrzów świata, za rekordowe osiągnięcia, za wysokie pozycje w zawodach Grand Prix. A przecież osiągnięcia Irennisimy charakteryzował najwyższej klasy profesjonalizm. Montrealski rekord świata był tak wyśrubowany, że na Igrzyskach w Sydney w roku 2000 gwarantowałby jej jeszcze srebrny medal!
Życie Ireny Kirszenstein-Szewińskiej od roku 1964 – to jedna wielka podróż. Pierwsza dama sportu polskiego w misjach sportowych i innych zjeździła szmat świata. Miała przyjaciół w wielu środowiskach polonijnych pod różnymi szerokościami geograficznymi. No, i nieustannie spotykała się z prominentnymi postaciami w różnych krajach. 
Jak już nadmieniłem, w roku 1975 nagrodę Francuskiej Akademii Sportu wręczył jej w Paryżu sam prezydent Francji Valery Giscard d’Estaing. W Los Angeles była przyjmowana przez słynnego kompozytora muzyki filmowej, Bronisława Kapera i przez reżysera Romana Polańskiego. Audiencja w Watykanie u Jana Pawła II, przyjęcie na cześć królowej Elżbiety II w Pałacu Prezydenckim w Warszawie, spotkanie z księżniczką Anną i córką prezydenta USA Billa Clintona w Sydney, raut w towarzystwie księcia Alberta, następcy tronu w Monako; cocktail z bokserem-legendą Muhhamadem Alim – taka poniekąd "obytość" towarzyszyła Irennisimie za życia.
Gdy w roku 1974 honorową nagrodę wręczał jej syndyk Genui, nagradzano jednocześnie zwycięzców prestiżowego konkursu skrzypcowego im. Niccolo Paganiniego. Zdobywcy pierwszego miejsca udostępniono z tej okazji przechowywany od paru stuleci w siedzibie rady miejskiej bezcenny stradivarius i ten właśnie na nim zagrał na cześć Szewińskiej. 
O międzynarodowych zaszczytach, jakie spotkały sławną lekkoatletkę, można by rozprawiać w nieskończoność. Tymczasem Szewińska nie ukrywała, że niezmiernie wzruszała się faktem obrania jej przez uczniów za patronkę Szkoły Podstawowej nr 4 w Pułtusku, dokąd, poczuwając się do obowiązku, regularnie jeździła i wspierała. Podobnie jak również takoż mającą ją za patronkę placówkę oświatową w Łomiankach – Dąbrowie Leśnej, gdzie z rodziną mieszkała.
Z Irennisimą przyjaźniło się w Warszawie wielu artystów, literatów, żurnalistów. Po sąsiedzku wizytowali ją, póki jeszcze żyli, Ireneusz Iredyński i Jonasz Kofta. Dla niej pisali wiersze Józef Prutkowski, Tadeusz Kubiak, Krzysztof Zuchora; dla niej malował Tadeusz Dominik. Krakowski wykonawca nastrojowych ballad w Piwnicy pod Baranami, Mieczysław Święcicki zażartował nawet kiedyś na imieninach Irennisimy, że z myślą o niej komponował Aleksander Wertyński i na dowód tego, przyklęknąwszy w salonie pełnym gości, zaśpiewał dawny przebój "Princessa Irena".
Jakże intensywnie wypełniane treścią życie działaczki na wielu płaszczyznach zastopował wykryty w roku 2014 nowotwór. Przeszła wtedy chemioterapię w warszawskim Instytucie Onkologii, która na pewien czas zwalczyła chorobę. Rak jednak powrócił. Wspierana przez męża Janusza oraz synów – Andrzeja i Jarosława, Irena Szewińska toczyła z nim walkę przez dłuższy czas. 
Mimo nienajlepszego samopoczucia nie wycofała się z życia publicznego, pełniąc obowiązki zawodowe, związane z Polskim i Międzynarodowym Komitetem Olimpijskim. Znalazła się w składzie polskiej delegacji na XXII Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Soczi, gdzie wspierała polskich sportowców i cieszyła się z ich rewelacyjnych osiągnięć w rywalizacji na śniegu i lodzie, wręczając dwukrotnie złoty medal Kamilowi Stochowi.
Niestety, choroba okazała się ponad jej heroiczną postawę, podpisując śmiertelny wyrok 29 czerwca 2018 roku. 5 lipca spoczęła w Alei Zasłużonych Cmentarza Wojskowego na warszawskich Powązkach. Uroczystościom pogrzebowym nadano charakter państwowy, a w ostatnią drogę legendarną lekkoatletkę odprowadzali m.in.: prezydent RP Andrzej Duda wraz z małżonką, premier Mateusz Morawiecki, minister sportu Witold Bańka, szef MKOl Thomas Bach, szef IAAF Sebastian Coe, szef PKOl Andrzej Kraśnicki oraz wielu sportowców, że wymienię złotych medalistów olimpijskich: Tomasza Majewskiego, Anitę Włodarczyk, Władysława Kozakiewicza, Roberta Korzeniowskiego.
Wieść o odejściu do wieczności królowej bieżni pogrążyła też w wielkim smutku polską sportową społeczność na Litwie. Poza trzymaniem mocno za nią kciuków, gdy zwycięsko mknęła do mety bieżnią, w czasach późniejszych mimo intensywnej działalności Pani Irena znalazła bowiem czas, by bez namysłu odpowiedzieć na zaproszenie zaszczycenia swą obecnością odbytego w dniu 19 marca 1990 roku zebrania założycielskiego Klubu Sportowego Polaków na Litwie "Polonia". 
Jak się zwierzała, nie mogła nie przybyć do Wilna, słysząc, że powstaje tu klub o nazwie jakże dla niej drogiej, gdyż przez całą sportową karierę reprezentowała barwy warszawskiej "Polonii". Jako matka chrzestna naszego klubu, interesowała się jego dalszym losem, przysyłała pozdrowienia z okazji okrągłych rocznic istnienia. 
Teraz, gdy życiorys sławnej Irennisimy spinają już klamrą dwie daty, pamięć o niej winna w sposób szczególny na baczność się prężyć.
 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 8/2019

OŚWIATA

  • Studia nadal pożądane

POLITYKA

  • Na bieżąco

KULTURA

  • Intensywne lato "Wileńszczyzny"

ROCZNICE, JUBILEUSZE

  • "(...) trawy pachną i więdną po polsku"
  • Matka "Solidarności"

SPORT

  • Irennisima

W PRZESZŁOŚĆ ZAPATRZENI

  • Spotkanie po 60 latach
  • Ożyło Wilno, ożył Mickiewicz
  • Ku średniowieczu i wikingom

PODRÓŻE DALEKIE I BLISKIE

  • Malta – "rozdroże" między Afryką i Europą

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach na "saratowskim szlaku"

MĄRDOŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O bezsensie sensu

Nasza księgarnia

Stanisław Moniuszko w Wilnie
Pejzaż Wilna. Wędrówki fotografa w słowie i w obrazie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie

Wiadomości (wp.pl)