Jam dwór polski, dwór kresowy…

drukuj
Henryk Mażul, 16.05.2018
Fot. Henryk Mażul. Grzegorz Rąkowski podczas prezentacji monumentalnego wydania

Jeszcze przed II wojną światową tereny Kresów Wschodnich II Rzeczypospolitej były gęsto usiane "gniazdami" ziemiańskimi w postaci mniej lub bardziej okazałych dworów bądź pałaców, które przez długie lata służyły za bastiony patriotyzmu, wiary i przywiązania do tradycji. To tu niczym słoje na pniach drzew nawarstwiały się dzieje poszczególnych rodów, chętnie przekazywane młodym w mowie i na piśmie. Takie siedziby właściciele uważali za swoje świątynie, każdy mieszkaniec czuł się mocno w nie wrośnięty, gdyż tu się urodził i wychował, a nieraz też przeżył całe doczesne życie. Nic więc dziwnego, że z dworem wiązały się wszystkie wspomnienia jego radosnych i smutnych chwil, jego doli i niedoli.

W okresie Polski porozbiorowej to właśnie dwory stały się ośrodkami walki o przetrwanie i odrodzenie państwowości, stanowiły miejsce dojrzewania świadomości narodowej. Tu lęgły się niepodległościowe zrywy. Stąd carskie kibitki po popowstaniowych klęskach wiozły aresztowanych, późniejszych katorżników. Tu kobiety na znak żałoby milcząco przywdziewały stroje w czarnych lub fioletowych barwach.
W dworach poprzez liczne pamiątki: starą broń, portrety rodowych przodków bądź sławnych postaci, wielce zasłużonych dla dobra Ojczyzny, osiadała też narodowa historia. Niepowtarzalnego bogactwa dopełniały ponadto gromadzone latami księgozbiory, kolekcje dzieł sztuki albo trofeów myśliwskich, zapraszanie na spotkania przedstawicieli różnorakiego establishmentu kulturowego. Pozawieszane na ścianach krzyże, obrazy świętych, regularny wieczorny pacierz domowników, czyli wierne warowanie przy tradycjach sakralnych, popuszczanie pasa w okresie karnawałów, z goszczeniem się nawzajem sąsiedzkich dworów, huczne polowania – wszystko to stanowiło nieodłączną część ziemiańskiego życia, przypominającego jeszcze w międzywojniu sielsko-anielską idyllę.
Szacuje się, że przed wybuchem II wojny światowej tereny ówczesnego województwa wileńskiego usiane były ponad 2500 mniej lub bardziej wyszukanymi budowlami szlachecko-ziemiańskimi. Agresja Niemców z początkiem września 1939 roku oraz "nóż w plecy", zadany niewiele później Polsce przez Związek Sowiecki, w brutalny sposób przerwały to jakże nierzadko zaciszne życie. To właśnie na posiadaczy majątków NKWD przypuściło w pierwszą kolej atak, mordując albo zsyłając ich w ramach powszechnego "razkułacziwanija" na tzw. białe niedźwiedzie, a pozostawione dobra zostały rozszabrowane przez miejscową ludność. Widząc, co się święci, bardziej przezorni uciekli nieraz praktycznie jak stali, byle dalej od sowieckiego "raju", pozostawiając to, co stanowiło dorobek życia kilku nawet pokoleń.
Bynajmniej nie miały też litości dla opuszczonych przez niedawnych właścicieli dworkowych "gniazd" władze III Rzeszy, nawet jeśli te służyć zaczęły za budynki urzędowe. Eksploatowano je po barbarzyńsku, jak to zwykli czynić zaborcy. Na domiar złego, cofający się pod naporem wojsk sowieckich i stojący w obliczu kapitulacji Niemcy, tu i tam dworkowe "gniazda" puścili z dymem. Co też czyniono wcześniej o ile wychodziło na jaw, że znajdowała tu wsparcie AK-owska partyzantka, próbująca bronić miejscowej ludności przed wrażym bezprawiem.
Ukartowane w Jałcie w lutym 1945 roku nowe realia, równoznacznie z pozostaniem całej kresowej Polski poza wschodnimi granicami II Rzeczypospolitej skazały tutejsze dwory i dworki na wyraźną pastwę losu. Powszechna kolektywizacja z takąż nacjonalizacją, masowe wywózki na "nieludzką ziemię" tych, kto dotąd się uchował, a do kogo w bezceremonialny sposób przytraczano metki kułaków, pamiętając o ich przedwojennym ziemiańskim statusie, znaczyły nieuchronną bezpowrotność.
Ta wzburzona rzeczywistość ferowała też nieuchronne wyroki byłym ziemiańskim siedzibom. Względne szczęście w nieszczęściu miały te, gdzie wcześniej lub później zadomowiły się urzędy sowchozów bądź kołchozów, placówki kulturalno- oświatowe albo zasiedlono lokatorów. A to dlatego, że co jakiś czas były remontowane, przez co nie popadały w ruinę.
Znacznie gorszy los spotkał natomiast dwory i towarzyszące im przybytki gospodarcze, przeznaczone na magazyny i przechowalnie, nieraz rolniczej "chemii", która zżerała je od środka. Ten smutny los podzieliły takoż skazane na mocowanie się z czasem bezpańskie budowle. Wiele z nich zresztą w bitwie o przetrwanie poniosło fiasko. Dziś w miejscach, gdzie stały, próżno szukać nawet fundamentów. Nierzadko strażnikami dawnej świetności są wiodące jakby donikąd aleje wiekowych drzew, wrastające w ziemię groby byłych właścicieli oraz coraz bardziej ulotna pamięć o nich leciwych mieszkańców.
Owszem, rozpad byłego Związku Sowieckiego i znalezienie się przedwojennej Wileńszczyzny w obrębie jak samodzielnej odtąd Litwy, tak też Białorusi, spowodował pewne dworkowe odrodzenie. Tu i tam o swoje upomnieli się potomkowie byłych właścicieli, a odzyskawszy z reguły po istnej "drodze przez mękę" na własność mniej lub bardziej zrujnowane budowle, wysoko podwinęli rękawy przy renowacji, zmieniając dzięki znacznym finansowym inwestycjom ich wygląd do niepoznania z przeznaczeniem na hotele albo różnorakie placówki kulturalne. Nie może też nie cieszyć fakt troskliwych poczynań w tym zakresie poszczególnych władz samorządowych, że przywołam tu chociażby gruntownie odnowioną siedzibę Balińskich i Śniadeckich w Jaszunach albo dworek Houwaltów w Mejszagole, gdzie rozlokowało się Centrum Rzemiosł Tradycyjnych.
To prawda – czasy świetności dworów istniejących niegdyś w obrębie II Rzeczypospolitej, a obecnie wolą przewrotnej historii pozostających poza jej wschodnimi granicami, bezpowrotnie minęły. Zważywszy powyższe, arcyważnym zadaniem jest dokumentowanie tego niezwykłego w swej treści dziedzictwa, czego w jakże imponujący sposób podjął się pierwotnie pracownik lwowskiego, a następnie wrocławskiego "Ossolineum" Roman Aftanazy. 
Plonem jego bez mała półwiecznych niezwykle wnikliwych dociekań stało się wydane w latach 1986-1994 monumentalne 11-tomowe dzieło "Dzieje rezydencji na dawnych kresach Rzeczypospolitej", wznowione z racji na duże zapotrzebowanie odbiorców w latach 1991-1997. Cezurę czasową owych dociekań zamyka jednak jakże tragiczny dla Polski rok 1939. Późniejsze losy ziemiańskich "gniazd" na Wileńszczyźnie, Nowogródczyźnie, Grodzieńszczyźnie czy Lwowszczyźnie wymagały natomiast wnikliwego opracowania.
I wielka chwała, że podjął się tego, przejmując poniekąd sztafetę od Aftanazego, Grzegorz Rąkowski, czego potwierdzeniem takie pozycje w jego pisarskim dorobku, jak: "Ilustrowany przewodnik po zabytkach kultury na Białorusi", "Ilustrowany przewodnik po zabytkach kultury na Litwie", "Smak Kresów. Wśród jezior i mszarów Wileńszczyzny", "Smak Kresów. Czar Polesia", przewodniki po Wołyniu, Podolu i po Ziemi Lwowskiej. A wszystkie cechuje niezwykle wnikliwa penetracja tematu, podbudowana koniecznym, nierzadko nawet parokrotnym, osobistym pobytem w opisywanych miejscowościach. W odróżnieniu od Aftanazego, który swe wywody opierał jedynie na materiałach archiwalnych oraz prowadzonej przez lat ponad 40 rozbudowanej korespondencji: jak z właścicielami kresowych rezydencji, tak też z ich potomkami.
W przypadku liczącego obecnie 64 lata Rąkowskiego, notabene z wykształcenia biologa i wybitnego specjalisty od ochrony środowiska, zauroczenie Kresami rozpoczęło się zupełnie niespodziewanie. On, wrośnięty rodowymi korzeniami w Mazowsze, w wieku około trzech lat otrzymał w darze od rodziców Mickiewiczowskie "Ballady i romanse" z ilustracjami Jana Marcina Szancera. Nie umiejąc czytać, nauczył się tych wierszy na pamięć. Jak podrósł, zapragnął się dowiedzieć, gdzie znajduje się trącąca nie lada tajemniczością opisana tam kraina. W ten to sposób jego kroki przywiodły na Wileńszczyznę i Nowogródczyznę, a uczynił to zaraz po tym, kiedy zaczął się sypać Związek Sowiecki. Przywalony plecakiem na piechotę albo wykorzystując podręczne środki lokomocji od pierwszego pobytu chłonął dziewicze w wielu przypadkach piękno tej ziemi; jeszcze nie mając pisarskich zamiarów, zaczął gromadzić zasłyszaną bądź wyczytaną informację z nią związaną.
Zawarta przed kilkoma laty przez Grzegorza Rąkowskiego współpraca z Warszawskim Oddziałem Instytutu Pamięci Narodowej, gdzie ma przyjaciela w osobie doktora historii Kazimierza Krajewskiego, takoż jak on zafascynowanego byłymi północno-wschodnimi rubieżami Rzeczypospolitej, jęła ostatnio jakże imponująco procentować. A to dlatego, że spod pióra tego zapatrzonego na wschód od Polski guru wyszedł imponujących rozmiarów, gdyż liczący aż 472 strony album, opatrzony tytułem "Kresowe rezydencje", traktujący o ziemiańskich gniazdach w postaci dworów, dworków, pałaców i pałacyków, rozsianych na terenie byłego województwa wileńskiego. W bardziej rozległym zamyśle jest to ledwie pierwszy tom swoistej kresowej encyklopedii. Kolejne (najprawdopodobniej cztery) będą poświęcone Nowogródczyźnie, Grodzieńszczyźnie, Polesiu, a wędrówkę w południowym kierunku zakończy "spacer" po ziemiańskich posiadłościach na Ukrainie.
Czas w sposób jakże okrutny przerzedził dworkowo-pałacowy stan posiadania sprzed II wojny światowej w województwie wileńskim. W rzeczonym albumie autor z ponad 2500 przedwojennych ziemiańskich "gniazd" podał opisowi około 200, jakie oparły się dziejowym kataklizmom. Niestety – jak twierdzi – ledwie 75 z nich jest w dobrym albo zadowalającym stanie, reszta wymaga renowacji, nierzadko rychłej, gdyż coraz bardziej popadają w ruinę. Może być więc tak, że utrwalone na zamieszczonych w albumie zdjęciach zostaną ostatnią po nich pamiątką.
18 kwietnia br. w pałacu Balińskich w Jaszunach z udziałem Grzegorza Rąkowskiego i Kazimierza Krajewskiego odbyła się zorganizowana przez Instytut Polski w Wilnie oraz Warszawski Oddział IPN-u prezentacja pierwszego tomu edytorskiego majstersztyku – "Kresowe rezydencje". Goście z Macierzy opowiedzieli, jak powstawało niepowtarzalne w treści dzieło, a autor, by spotęgować obrazowość słowa, wykorzystał rzutnik, wyświetlając własnoręcznie wykonane zdjęcia, odpowiedział na pytania, jakie padły od zgromadzonych na sali.
Na stronach unikatowego wydania przewijają się też tak swojskie uchu: Zatrocze, Landwarów, Jaszuny, Biała Waka, Orniany, Glinciszki, Bortkuszki, Wilkiszki, Czerwony Dwór, Pikieliszki, Szumsk, Suderwa, Niemież, Mazuryszki i dziesiątki im podobnych dworkowo-pałacowych ostoi, wrośniętych korzeniami w Wileńszczyznę. Tym bowiem, kto tu długie lata gospodarzył, należy się wdzięczność i pamięć. Za to, że warowali na ojcowiźnie, choć jakże często mieli dziejowy "wiatr w oczy".

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 5/2015

BIAŁO-CZERWONY PROLOG MAJA

PIŁSUDSKI PAMIĘCIĄ PRZYZYWA

  • Kolebka Wielkości

NASZA WIARA

  • "Idę przygotować Wam miejsce"

POLITYKA

  • Na bieżąco

OŚWIATA

  • Kształcono nas wszechstronnie

DZIEDZICTWU WIERNI

  • Jam dwór polski, dwór kresowy
  • Jak niegdyś "malowane dzieci"

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • Wymierzył sobą piekło Oświęcimia
  • W łagrach na "saratowskim szlaku"

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O samodzielności

SPORT

  • W takt rosyjskiej "Kalinki"

Nasza księgarnia

Pejzaż Wilna. Wędrówki fotografa w słowie i w obrazie
Wilno po polsku

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie