Kamień do pamięci skłaniać!

drukuj
Henryk Mażul, 15.11.2018
Fot. Henryk Mażul. Dyrektor „Žybartuvy” Andrzej Orłowski

"Misyjna" codzienność "Žybartuvy"

Trudno się nie zgodzić z głębią poetyckiej wizji naszej noblistki Wisławy Szymborskiej będącej zdania, że "umarłych wieczność dotąd trwa, dokąd pamięcią się im płaci". Podobnie jak trudno podważyć przekonanie o najtrwalszej "walucie" owej pamięci, jaką stanowią rozsiane po cmentarzach mniej lub bardziej wyszukane pomniki, zdobiące mogiły tych, kto uległ doczesności. Te, o ile zostały wykonane z kamienia naturalnego, czyli tego, co planecie Ziemia potrafiła w tak niewiarygodny sposób zafundować Matka-Natura, gwarantują pewność trwania po wsze czasy. Również na chwałę mistrzom je poczynającym, czyli kamieniarzom.
Žibartas Šiukšta w ten niezwykły fach zaczął chałupniczo się wtajemniczać u boku ojca jako dzieciak jeszcze w czasach głęboko sowieckiej Litwy, kiedy państwo tłamsiło wręcz każdy przejaw prywatnej inicjatywy. Nic więc dziwnego, że ledwie wraz z pieriestrojką zaistniała możliwość radykalnych przemian gospodarczych, założył firmę własną, mającą specjalizować się w kamieniarstwie nagrobkowym, a potrzeba pozyskania w tym celu granitu zawiodła go do Szwecji, słynącej na cztery strony świata z jego nieprzebranych skalistych złoży. 
Początkowo działał w tym kierunku na własną rękę. W roku 1999 przystał jednak na propozycję przedstawicieli tej branży Trzech Koron założenia wspólnej firmy z myślą o rynku litewskim i nie tylko. Wtedy to właśnie na słownej bazie własnego imienia powołał do życia "Žybartuvę", obierając na miejsce jej lokalizacji położoną w odległości 30 kilometrów od Wilna Białą Wakę, gdzie wszedł w posiadanie bezpańskich po zawierusze gospodarczej okazałych powierzchni, pobudowanych kilkanaście lat temu na potrzeby odkrywki torfu, w którego wydobywaniu to położone na skraju rejonu solecznickiego miasteczko było istnym potentatem na skalę całej Litwy.
Przedsiębiorczość Šiukšty sprawiła, że kamieniarska inicjatywa rychło nabrała rumieńców, wróżąc wielce obiecującą perspektywę rozwojową. O czym mógł też osobiście się przekonać, podejmując tu pracę w roku 2001, pochodzący z rejonu trockiego Andrzej Orłowski, mający w kieszeni dyplom ukończonego przed trzema laty Uniwersytetu Gdańskiego na kierunku ekonomii międzynarodowej i handlu zagranicznego. Niestety, gdy na całego zaczynali łapać przysłowiowy wiatr w żagle, doszło do straszliwej tragedii: 15 stycznia 2002 roku w wypadku samochodowym zginął ten, komu "Žybartuva" winna swe istnienie.
To wyhamowało impet w kamieniarskich poczynaniach na dobrych lat kilka. Zamiast zdążać do przodu dreptali w miejscu. Coraz bardziej stawało się więc oczywiste, że kierownictwem ma zająć się ktoś, kto potrafi widzieć zdecydowanie więcej niż li tylko czubek własnego nosa, ma śmiałą przyszłościową wizję, zwykł twardo stać na ziemi niż bujać w obłokach. Wtedy to właśnie skierowano łaskawe spojrzenie w kierunku Andrzeja Orłowskiego. Nie ukrywa, że godząc się w roku 2005 na "tekę" dyrektora "Žybartuvy", trapiony był obawami, że jest w tym nowicjuszem, który u boku Šiukšty nie zdołał należycie się "opierzyć".
Dziś o tym wszystkim wspomina z uśmiechem na twarzy. Za lat 13 pod jego "rządami", w wyniku konsekwentnego niezbaczania z obranego kursu, "Žybartuva" stała się kamieniarskim zakładem, formującym czołówkę tej branży w skali całej republiki. W czym wielce pomocna okazała się trwająca wciąż i nadal współpraca ze szwedzkim koncernem kamieniarskim "Apsten", którego są zresztą częścią składową. Szwedzi posiadają kamieniołomy  na wyspie Oland i trzy rodzime firmy, a obok "Žybartuvy" potęgę koncernu poza granicami formują dwie firmy w Polsce i jedna w Norwegii. Powodując, że zatrudniający łącznie 250 osób "Apsten" potrafi uzyskać łączne roczne obroty produkcyjne rzędu 50 milionów euro.
To, czym "Žybartuva" dysponuje dziś i co formuje jej wizerunek, nie zaistniało wszak za skinięciem różdżki czarodziejskiej, tylko zostało wypracowane wspólnym rozłożonym na lata wysiłkiem. Podbudowanym jego – Andrzeja Orłowskiego – twardym przekonaniem, że jeśli mają dotrzymywać kroku konkurencji i współczesnym trendom, muszą stale się doskonalić, dozbrajać się w coraz bardziej nowoczesny sprzęt, poznać paletę ofert skalnego surowca, by możliwie najpełniej zadowolić w oczekiwaniach tych, kto z ich pomocą chce godnie uczcić pamięć spoczywających na cmentarzach bliskich zmarłych. Zresztą, dla zaoszczędzenia żywym fatygi w poszukiwaniu kamieniarskiego zakładu w Białej Wace, w Wilnie, Solecznikach i w Ejszyszkach mają swoje przedstawicielstwa z pomnikowymi galeriami w naturze tego, co potrafią, gdzie takoż można złożyć zamówienia.
Pomni sakramentalnego "klient – panem", gotowi są mu dosłownie nieba przychylać, służąc ze wszech miar fachową radą w wyborze pomnikowego materiału, którego oferta bynajmniej nie zamyka się jedynie na różnorakim granicie, sprowadzanym zresztą prócz Szwecji z Indii, Ukrainy, Chin czy nawet Afryki. Wiele do powiedzenia też mają w dopasowywaniu okalającego ogrodzenia, by całość współgrała z formą i kształtem pomnikowej płyty. Ba, potrafią nawet doradzić, jaka czcionka napisu będzie najlepiej pasowała w zależności od jej kolorystyki i czy warto pokrywać litery sprowadzanym z Włoch 24-karatowym płatkowym złotem. A jak wszystko mają ustalone, ich powinnością jest wykonanie każdego zamówienia z perfekcyjną jakością i dotrzymaniem terminów, choćby te nieraz mocno piliły.
Owa jakość wykonania w połączeniu z czasowym dotrzymaniem słowa i konkurencyjną ceną sprawiła, że zdołali się przypodobać nawet skrupulatnym w każdym calu Szwedom, dokąd teraz wędruje aż 40 procent wytwarzanej przez nich pomnikowej produkcji. Dyrektor "Žybartuvy" nie ukrywa, że aby wejść przebojem na skandynawski rynek, musieli przysłuchać się do wymogów tamtejszych nabywców, poznać ich nieco specyficzne gusta i tradycje (co w szczególności dotyczy znacznie mniejszej niż przyjęta u nas wielkości, kształtów płyty pomnikowej), zgłębić osobliwe reguły ich alfabetu, by epitafijne napisy nie raziły błędami.
Słowem, wymagało to znacznego zachodu, aczkolwiek korzyści zeń płynące są jakże widoczne, jeśli się zważy, że łącznie do tego położonego na północy Europy państwa odstawiają rocznie około tysiąca pomników, a w okresie szczególnego nasilenia, dwojąc się i trojąc, muszą sprostać tygodniowo 70-80 zamówieniom nawet. Przy równoczesnym czynieniu zadość potrzebom mieszkańców Wileńszczyzny i Litwy. Zarówno tym pomnikowym, w czym specjalizują się z rozmachem szczególnym, jak też stanowiącym poniekąd produkcję uboczną: wykonanym z kamienia naturalnego blatom kuchennym, kominkom, stopniom schodów czy też parapetom okiennym. Gwoli pełnej prawdy, wypada odnotować, że zyski przynosi im też sprzedaż innym zakładom kamieniarskim sprowadzanego surowca, jak też renowacja już istniejących nagrobnych pamiątek po zmarłych.
Grubymi tysiącami musiałby liczyć dyrektor Orłowski pomniki z granitu i innych naturalnych skał, jakimi usiali niejeden cmentarz, by zamknąć w liczbach bez mała 25-letni dorobek "Žybartuvy" w tym zakresie. Były to w swej masie pomniki upamiętniające niby zwykłych śmiertelników, jak też uwieczniające osobistości powszechnie znane, że wymienię tu prezydenta Algirdasa Mykolasa Brazauskasa, ludzi sztuki bądź literatury – Vytautasa Kernagisa i Jurgę Ivanauskaitė, spoczywających na wileńskiej antokolskiej nekropolii. Nieważne zresztą, kogo ocalali w ten sposób od zapomnienia, gdyż do każdego pomnikowego obstalunku podchodzą z jednaką solidnością – swoistą wizytówką wszystkiego, co robią, a co przysparza im klientów bez krzykliwej reklamy.
Za okres istnienia wzięła też "Žybartuva" udział w niejednym bardziej rozbudowanym projekcie, mającym na celu uwiecznianie chlubnej przeszłości. Ten największy dotąd zrealizowali w położonym nieopodal granicy z Polską Mariampolu. Pierwotnie w roku 2009 ustawili tu ważący 250 ton i mierzący 20 metrów wysokości pomnik "Kalbai ir tautai", czyli dedykowany "Językowi i narodowi", a nawiązujący treścią do wymienienia po raz pierwszy Litwy z nazwy w źródłach pisanych. Następnie natomiast przez lat kilka okraszali płytami granitowymi plac doń przyległy, jak też miejscową Starówkę, na co poszło im ponad 60 tysięcy metrów kwadratowych tego naturalnego kamienia, dzięki czemu miasto przybrało znaczący monumentalny wygląd.
Zakład kamieniarski z Białej Waki może też się pochwalić poniekąd dotknięciem do chwały królewskiej, jako że właśnie z ich przyczynku w roku 2013 stanął w Budapeszcie pomnik  na cześć monarszej pary – Władysława Jagiełły i poślubionej przezeń o madziarskim rodowodzie Jadwigi Andegaweńskiej, który to związek sprowadził na uporczywie trzymającą się pogaństwa Litwę wiarę katolicką. Poza ustawieniem pomnika, do czego w wyjeździe przyczynili się własnoręcznie, takoż, zgodnie z pierwotnymi założeniami, uporządkowali plac i przyległy teren, powodując zaistnienie odtąd w stolicy Węgier miejsca, jakie znajduje się na trasie przybywających z Litwy wycieczek turystycznych.
Przebierając w pamięci niczym w ulęgałkach, co by tu jeszcze warto z poczynań odnotować, szef "Žybartuvy" nadmienia roboczą "wizytę" nawet w progach Sejmu litewskiego, gdzie w okresie przewodzenia państwa Pogoni w Unii Europejskiej nadali poprzez polerowanie połysk ułożonej przed laty z ukraińskiego kamienia posadzki, która z biegiem czasu straciła cokolwiek na wyglądzie. 800 metrów kwadratowych powierzchni sprawiło, że mieli roboty co niemiara. Ramowanej na domiar zwartymi terminami, póki posłom towarzyszyła letnia kanikuła w obradach. Zasiliwszy się pomocą rodaków z Macierzy, sprostali temu. Raz jeszcze dowodząc o nierzucaniu słów na wiatr przy realizacji zamówień, sprzężonych z perfekcyjną jakością.
Ożywia się pan Andrzej w sposób szczególny, gdy zahacza w dokonaniach o tak mu sercu bliskie ocalane polskie znaki pamięci, takoż w liczbie mnogiej. Ich poczet otwiera bez wątpienia Zułów – rodowe gniazdo Marszałka Józefa Piłsudskiego, któremu od lat 13 wspólnie ze Związkiem Polaków na Litwie starają się przywrócić wygląd, godny miejsca przyjścia na świat tego, który "dał Polsce wolność, granice, moc i szacunek". Słowa te widnieją zresztą na okazałej granitowej bryle, ustawionej jesienią 2005 roku przy dębie, zasadzonym w roku 1937 w miejscu, gdzie w modrzewiowym dworku, nim ten został doszczętnie strawiony przez pożar, stała kołyska bobaska-Ziuka. 
Gdy się natomiast narodził pomysł założenia w Zułowie Alei Pamięci Narodowej w postaci sukcesywnie ustawianych stel i zasadzanych przy nich dąbków, niezmiennie wykonują tam "granitową robotę", żłobiąc na ustawianych stelach napisy, czczące jak ważne wydarzenia w dziejach Macierzy i naszej bytności na Litwie, tak też postacie historyczne. Dotychczas poczęli i ustawili tych stel 28, a ciąg dalszy, dzięki płynącemu z Warszawy finansowemu wsparciu, na pewno nastąpi. Ostatnio wzdłuż stojących niby żołnierze w tyralierze granitowych znaków pamięci ułożyli alejkę ze sprowadzonego z Polski naturalnego kamienia łupanego. Zułów więc, z jakże wymownym udziałem "Žybartuvy", swym widokiem coraz bardziej cieszy oko, co w roku 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości nabiera wymowy szczególnej.
Kolejną inicjatywą, poczętą takoż ze Związkiem Polaków na Litwie, stało się wskrzeszenie ku pamięci potomnych kwatery legionistów, poległych w bojach na śmierć i życie o wolność państwa Orła Białego, jacy zostali pogrzebani w Duksztach Starych w rejonie ignalińskim. Jej stan, nim przystąpiono do prac renowacyjnych, wołał wręcz o pomstę do nieba: ustawione w międzywojniu cementowe krzyże uległy kompletnej ruinie, zapadając się w ziemię i tworząc opłakany widok.
Dziś, po 10 latach, nie wstyd tu przyjechać, by skłonić głowy przed bohaterami, jako że ustawiony z granitu wspólny pomnik okala ponad 90 jednorodnych w wyglądzie krzyży na poszczególnych mogiłach. A skoro zostały wykonane w granicie, można być pewnym, że przez długie lata potrafią stawiać czoła niszczycielskim zakusom czasu. Podobnie jak dźwignięte przez "Žybartuvę" krzyże na kwaterach żołnierzy-legionistów albo akowców na cmentarzu w Kalwarii Wileńskiej lub też w położonych pod łotewskim Dyneburgiem Ławkiesach, której uroczyste otwarcie nastąpiło kilkanaście dni przed tegorocznym 11 Listopada. Dyrektor Orłowski jest dobrej myśli, że w roku przyszłym uda się odrodzić złożoną z 53 grobów kwaterę legionistów na stołecznym Zakrecie, poległych w latach 1919-1920 w walce o polskie Wilno.
Oddanie czci prochom żołnierskim kryje symbolikę szczególną. Również tym brzękającym orężem po stronie najeźdźcy, co dotyczy chociażby żołnierzy francuskich z 1812 roku, którzy w odwrocie armii Napoleona po klęsce pod Borodino zmarli z wycieńczenia i głodu właśnie w Wilnie i zostali złożeni w zbiorowej mogile, na którą kilka lat temu natrafiono przypadkowo podczas prac ziemnych. Ich ekshumowane szczątki przeniesiono na cmentarz żołnierski na Antokolu, a za sprawą "Žybartuvy" kwaterka przybrała należny wygląd.
Współpraca ze Społecznym Komitetem Opieki nad Starą Rossą przywiodła zakład kamieniarski z Białej Waki też na tę unikatową nekropolię w grodzie Giedymina. Gdzie, obok renowacji miejsca spoczynku brata Marszałka – Adama Piłsudskiego, najbardziej spektakularny współudział z wileńskimi kowalami mają w przywróceniu ogrodzenia wokół jednego z najpiękniejszych tutejszych pomników – Czarnego Anioła, wzniesionego w pamięć o Izie Salmonowiczównie. 
Po tym, gdy zakonserwowano dwa metry ocalałego tworu dawnych mistrzów, przystąpiono do uzupełniania go niezbędnymi dalszymi dwunastoma metrami, z zamiarem, by te co do joty kopiowały to, co służyć miało wzorem. Jak jubilersko- pracochłonna przytrafiła się robota, niech świadczy fakt, że wypadło odtworzyć ponad 1000 (!) elementów, co w szczególności dotyczyło mistrzów młota, którym "czarowanie" nad metalem zajęło nawet pół roku. Gdy szczęśliwie sfinalizowano prace, mogli mieć satysfakcję, że dorównali w kunszcie tym, kto czynił to 100-kilkanaście lat temu.
To właśnie tym dawnym mistrzom kamieniarskiego fachu podczas tak ulubionych spacerów po Rossie i Cmentarzu Bernardyńskim gotów jest pan Andrzej nisko chylić czoła w dowód podziwu, jak piękne dzieła sztuki nagrobnej potrafili wyczyniać, mając do dyspozycji o niebo prymitywniejsze narzędzia od tych, jakimi oni dziś dysponują. W muzeach winny przecież zajmować miejsce wszelkie dłuta, ręczne piły, przydatne w przeszłości do mozolnego wgryzania się w poczęte przez Matkę-Naturę kamienie. Dziś bowiem nagminnie stosowane są wykonane z diamentu, sterowane zresztą komputerowo piły tarczowe, a w przecinaniu brył wręcz nieodzowne są coraz bardziej doskonałe linki naszpikowane diamentowymi wstawkami.
"Žybartuva" jest w tym zakresie uzbrojona naprawdę po zęby, starając się dotrzymać kroku wdrażanym nowinkom. Tym, co pomaga uporać się z dostarczanymi wprost z kamieniołomów skalnymi bryłami o wadze kilkunastu ton, co służy nanoszeniu napisów i ornamentów, by czynić zadość najbardziej nawet wyszukanym życzeniom ewentualnych klientów, w czym furorę robią ostatnio piaskarki.
Dla mniej wtajemniczonych, jako krztę biegły w kamieniarstwie laik, powiem, że są to urządzenia zdolne wytworzyć w specjalnych komorach trudne do wyobrażenia ciśnienie, powodujące, że podawany tam elektrokorund (przypominający powszechnie znany piasek) swymi ziarnkami potrafi "wybombardować" z niewiarygodną wręcz precyzją potrzebny napis, co – jak wspomina dyrektor Orłowski – pioniersko przetestowali, kiedy wypadło im wprost w murze wyżłobić imiona i nazwiska ofiar zamordowanych w katowni sławetnego NKWD w jego wileńskiej siedzibie przy byłej ulicy Ofiarnej. 
Przedtem jednak, nim granitowa bądź płyta z dowolnego kamienia naturalnego znajdzie się w rzeczonej komorze, potrzebne epitafium tudzież elementy zdobnicze poprzez komputerowy wydruk przenoszone są i wycinane na specjalnej folii amerykańskiej produkcji, chroniącej resztę pomnikowej płyty od pozytywnie niszczycielskiej siły owych ziarenek. Które, żeby było bardziej nie do wiary, dzięki posiadanemu przez "Žybartuvę" unikalnemu na całą Litwę sprzętowi potrafią wgryźć się w dowolny naturalny kamień na głębokość nawet jednego (!) centymetra z dokładnością natomiast do setnych części milimetra.
Owszem, wszystkie innowacje techniczne z wirtualnymi włącznie mają skutecznie odciążać mocowanie się człowieka z twardością kamienia, aczkolwiek nie potrafią uczynić fachu kamieniarza do końca wyzbytym znojnego trudu. Kto nań przystaje, winien się godzić na stałe wzuwanie gumowego obuwia i wdziewanie nieprzemakalnego fartucha, gdyż zdecydowana większość czynności przy obróbce kamienia musi… tonąć w wodzie. Koniecznej non stop dla schłodzenia takiej piły tarczowej, zapamiętale wgryzającej się w granitową bryłę linki czy polerek, z których pomocą zyskuje się idealną w gładkości i połysku gładź. Na Litwie zresztą nie ma tak, by któraś z zawodówek wtajemniczała młodzież w arkana kamieniarskiego zawodu. Wypada zatem nastawiać się na to, że każdy nowicjusz ma przejmować doświadczenie od starszych kolegów, co zresztą w "Žybartuvie" jest skutecznie praktykowane.
O ile dostrzegają, że świeżo zatrudniony zdradza prawdziwą chęć pracy, inwestują weń. Tych zresztą nie jest w białowackim zakładzie kamieniarskim wielu z powodu niskiej rotacji. Niejeden z liczącej prawie pół setki załogi ma na swym liczniku po kilkanaście lat stażu kamieniarskiego, w czym przykładem służyć mogą chociażby: Mirosław Wyszyński, Anna Godlijewska, Pranas Murauskas czy Romas Miklaševičius. A każdy podejmujący tu pracę, musi liczyć się z pewną jej sezonowością, powodującą, że poczynając świętami Bożego Narodzenia, a styczniem kończąc, na ich zakładzie zawisa wymuszona zimą kłódka. 
Po tym, gdy ongisiejsza torfowa świetność Białej Waki do końca przygasła, mocowanie się z kamieniem w "Žybartuvie", będącej największym pracodawcą, stwarza miejscowej ludności (a takowa jest w kierowanym przez Andrzeja Orłowskiego zakładzie zdecydowanie górą) możliwość godziwego zarobku bez szukania tej szansy w Wilnie. Którego względna bliskość dyktuje też wszak swoje płatnicze wymogi, by powstrzymać tam odpływ siły roboczej.
Z myślą o mieszkańcach miasteczka i okolic kierownictwo zakładu kamieniarskiego chętnie angażuje się też we współpracę ze starostą gminy Genadiuszem Baranowiczem w organizowaniu (także z finansowym udziałem) imprez sportowo-kulturalnych. Że nie hołdują mało wdzięcznej zasadzie "moja chata z kraja", bardziej niż wymownie dowodzi przyznany Andrzejowi Orłowskiemu sześć lat temu doroczny tytuł "Człowieka Roku" gminy białowackiej. To prawda: zaszczytny, choć obligujący zarazem do dalszego działania na rzecz wspólnoty lokalnej.
Dyrektor "Žybartuvy", zagadywany o to, czy aby teraz – po 17 latach pracy w ogóle, a od lat 13 na kierowniczym stanowisku nie żałuje powiązania losu z twardym niczym głaz fachem, wcale nie pro forma i bez namysłu odpowiada przecząco. Może mieć przecież satysfakcję, że – jak już nadmieniłem – ta nie bez jego osobistego wkładu osiągnęła pułap kamieniarskiego kunsztu w skali całej republiki. Owemu splendorowi towarzyszy ponadto nie mniej ważny inny, potęgowany świadomością o częściowej nawet misji podejmowanego co dnia wysiłku, którego synonimem uwiecznianie ziemskiej pamięci o tych, kogo Stwórca już przyzwał do siebie.
 

 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 11/2018

100 LAT TEMU POLSKA POWSTAŁA, BY ŻYĆ

  • Niczym jutrznia po nocy niewoli 
  • Niepodległa przede wszystkim wymodlona! 
  • Wspólne serc bicie nad sercem Marszałka 

ZUŁÓW – MIEJSCE URODZIN MARSZAŁKA

  • Kolebka Wielkości 

POLITYKA

  • Na bieżąco 

ŻYWI – UMARŁYM

  • Kamień do pamięci skłaniać! 
  • Koszalińskie Spotkania z Wysockim 

WILNO W CZASACH MICKIEWICZA

  • Ksawera, córka Deyblów 

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O lęku skończoności 

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach na "saratowskim szlaku" 

SPORT

  • W duchu olimpijskiego braterstwa 

PODRÓŻE KSZTAŁCĄ

  • Azerbejdżan – Kraina Ognia 

Nasza księgarnia

Pejzaż Wilna. Wędrówki fotografa w słowie i w obrazie
Stanisław Moniuszko w Wilnie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie