"Kaziuk" handlował na potęgę!

drukuj
Henryk Mażul, 21.03.2019
Fot. Henryk Mażul

Tradycyjny jarmark wileński – już po raz 416.

Unikatowy zapewne na skalę całej Europy kiermasz, któremu imienia użyczył sam patron Litwy – św. Kazimierz Jagiellończyk, ma w Wilnie naprawdę zamierzchłą tradycję. Co bieglejsi w statystyce obliczają (choć czy aby tak co do joty dokładnie?), że w roku bieżącym towarzyszy mu już 416 numer porządkowy. Tak czy owak, mimo upływu czasu z początkiem marca, kiedy to przypadają imieniny patrona, barwny festyn zapamiętale kołata do bram grodu nad Wilią, zwołując do tłumnego udziału jak sprzedających tak kupujących.

Trudno wręcz uzmysłowić, by w tak rozległej perspektywie czasowej "Kaziukowi" towarzyszył skostniały charakter. Prócz stromo pnącej się wzwyż krzywej jego rozmachu, zmieniało się też miejsce lokalizacji straganów. W swych jarmarcznych początkach te gnieździły się na Starówce, w okolicach placu Katedralnego i na nim samym. Kiedy jednak zaborcze władze carskie zdecydowały w roku 1904 wznieść tu pomnik carycy Katarzyny II, "Kaziuk", by nie być zawalidrogą, został przemieszczony na plac Łukiski, prezentujący się wówczas wyraźnie peryferyjnie. Meldunek ten obowiązywał zresztą przez całe międzywojnie, kiedy to w polskim Wilnie ów kiermasz wyraźnie złapał drugi oddech i nabrał szczególnego kolorytu.
Walczące do upadłego z religią władze komunistycznej Litwy przykleiły w powojennej rzeczywistości takoż do "Kaziuka" sakralną łatkę, co sprawiło, że został zupełnie niechciany i wegetował wręcz na Rynku Kalwaryjskim. Do czasów, aż zbawcza pieriestrojka dokonała dziejowych przemian i pozwoliła Litwie w marcu 1990 roku wybić się na niezależność od władz na Kremlu. Wtedy to również Kaziukowemu kiermaszowi nastały stare dobre czasy. Jego powrót na Starówkę, a konkretnie – na ulice Zamkową, Wielką i Ostrobramską był na tyle triumfalny, że kupujący między straganami przypominali stłoczone w beczce śledzie, co zmusiło organizatorów do rychłego szukania bardziej rozległych rozwiązań.
I wielka chwała, że podjęli z pewnością jedynie słuszne, oddając w Kaziukowe władanie aleję Giedymina na całej jej długości od Mostu Zwierzynieckiego do placu Katedralnego oraz przyległe mu ulice aż po Zarzecze i plac Ratuszowy. Co spowodowało wielką radość po obu stronach kiermaszowych straganów: sprzedający bowiem mogli w całej krasie wyeksponować własne oferty, a kupujący wcale nie musieli odtąd torować łokciami drogi ku upatrzonemu zakupowi.
O ile podstawowa jarmarczno-Kaziukowa istota, polegająca na sprzedawaniu i kupowaniu, pozostaje od lat niezmienna, o tyle jej treści i formy uległy radykalnym przemianom i nawet do tych sprzed wojny mają się niczym niebo a ziemia. W zapomnienie poszły bowiem furmanki, którymi handlujący zwozili swe towary na plac Łukiski, gdzie, o ile wiosna marudziła z nadejściem, wypadło miesić błoto po kostki. Próżno też szukać teraz do końskiej uprzęży chomąt, masłobojek albo robiących wówczas furorę nie lada smorgońskich obwarzanków.
Trudno dziś ponadto o nabycie egzemplarza pojedynczego, jaki mistrz rękodzieła wyczarowywał, mając do dyspozycji – dajmy na to – piłę, dłuto, siekierę czy hebel. Dziś wyręczają go w tym przecież supernowoczesne obrabiarki, klepiące poniekąd bliźniaczo podobne do siebie wyroby. Dobrze, że w zdecydowanej większości wykonane przez twórców rodzimych, gdyż niedawno przez lat kilka nasze Kaziukowe kiermasze próbowała na dobre zalać "chińszczyzna", która, na szczęście, musiała wycofać się jak niepyszna w obliczu miejscowych mistrzów wszelakiego rękodzieła z drewna, gliny, szkła, porcelany i sam Bóg wie z czego jeszcze, jako że ludzka fantazja twórcza nie zna granic. W czym takoż wyjątku nie stanowią palmy – te cudeńka z wysuszonych kwiatów, bez których trudno wręcz sobie wyobrazić przybywające z początkiem marca do Wilna jarmarczne festyny.
Obok tego, co ma służyć domowemu użytkowi, "Kaziuk" jest ponadto rady wszystkiemu, czym człowiek zaspokaja głód dnia powszedniego albo odświętnie pieści podniebienie. Stragany uginają się więc gęsto pod ciężarem wędzonych i świeżych ryb, wszelakiego mięsiwa, serów, słodyczy, obwarzanków czy piernikowych serc, a to wszystko stanowi raj szczególny dla zmysłów w liczbie mnogiej, gdyż za jednym machem pieszczą oko, a też mimowolnie dzięki zapachom ślinę wydzielają.
Statystyki milczą, ilu z tych, kto puścił się między stragany, zechce lekką ręką otworzyć portmonetkę, by poczynić zakup, wcale nie będąc do tego zmuszanym, bo przecież praktykowane dość często zachwalanie towaru temu nie służy. O ile pogoda jest na "Kaziuka" łaskawa, można się wybrać tam niczym na spacer, nierzadko w rodzinnym gronie z dziećmi w wózkach, z pieskiem na smyczy albo nawet na wózku inwalidzkim. Powiększając statystyczne tłumy, jakie wte i wewte się przewalają, kędy wiedzie jarmarczny szlak, tworząc niepowtarzalną atmosferę wielkiego święta, za każdym razem wszak cokolwiek inną.
Organizatorzy kiermaszów nie szczędzą bowiem wysiłku, by okrasić je elementami szczególnymi. Swego czasu na kolejnych z nich eksponowane były poszczególne etniczne regiony Litwy – Auksztota, Suwalkija, Żmudź czy Dzukija, kilka lat temu przywołano wątki żydowskie; od lat kilku uwagę magnesują przemarsze z orkiestrą, barwnymi przebierańcami w stroje rzemieślniczego bractwa, nad którymi góruje wielka na metrów kilka kukła św. Kazimierza z konieczną lilijką w dłoni w nawiązaniu do jego bogobojnego żywota. W roku ubiegłym pokaz tego, co można wyczarowywać z drewna, dali mistrzowie władania piłami mechanicznymi, a ich "przebojem" szczególnym została trzymetrowa łycha. Tego roku supemistrzowie wszelakiego rękodzielnictwa takoż na oczach u wszystkich dali pokaz własnego kunsztu, a co odważniejsi pod ich pieczą mogli spróbować sił w naśladowaniu, do czego szczególnie zachęcane były dzieci.
Skoro mowa o tegorocznym novum, nie sposób nie odnotować jednolitych chorągiewek, jakie zdobiły poszczególne stoiska, znakujące, że kto w nich sprzedaje, brata się z narodowym dziedzictwem. Dla zamiejscowych (nieraz z odległej zagranicy nawet, gdyż sława o wileńskim "Kaziuku" daleko się niesie) wielce pomocne w orientacji ogólnej okazały się ustawione tu i tam mapy ze schematem i nazwami ulic, gdzie rozgościł się barwny jarmark. 
Nie brakło też chętnych (na tyle nawet, że wypadło cierpliwie odstać w kolejce), by znaleźć się na widokowym tarasie, przerzuconym przy placu Vincasa Kudirki na znacznej wysokości nad aleją Giedymina, skąd można było poniekąd z lotu ptaka spojrzeć na przewalające się tłumy, a też znaleźć wdzięczne ujęcia dla wykonania panoramicznych zdjęć. Do tych zdjęć zresztą, prócz tego, czym "Kaziuk" towarowo bogaty, chętnie pozowały też popisujące się na kilku specjalnie zmontowanych scenach zespoły, grające bądź śpiewające na przeróżne nuty. Nieraz tak skoczne, że niejednemu nogi mimowolnie ruszały do tańca, czemu zresztą można było dać upust.
Przyznać trzeba, że odwiecznym Kaziukowym zwyczajem tym razem również podaż górowała nad popytem, któremu to popytowi w jakże mnogich przypadkach nie do osilenia okazała się postępująca z każdym rokiem drożyzna. Dalece bowiem nie każdemu ręka bez oporów otwierała portmonetkę, by wyłożyć kilkanaście euro za rarytasowe wędliny albo nawet 40 euro (!) za kilo węgorza. 
Trudno o te rosnące z roku na rok ceny, jakie się rządzą "Kaziukiem", mieć pretensje wyłącznie do sprzedających. Oni, wiadomo, meldują się, by cokolwiek zarobić. A tu jak na złość drożeje surowiec (np. taka prozaiczna szpula nitek, służąca palmiarkom do mocowania kwiatów i traw wokół patyka, zaczęła raptem kosztować nie 6 jak dotąd, ale 10 euro). 
Organizatorzy na domiar z astronomicznym wręcz rozmachem śrubują koszty miejsc pod stoiska. Janina Norkūnienė, kierowniczka Izby Palm i Użytku Codziennego w Ciechanowiszkach i zawołana palmiarka nie może zrozumieć, jak to się stało, że ona – mająca stosowny certyfikat wyrobów spod znaku dziedzictwa narodowego – w roku bieżącym za ten sam metraż, jaki zajęła, musiała raptem wyłożyć pięć razy tyle. Cóż, jeśli takie zdzierstwo będzie postępować, obawy, że drobniejsi producenci zostaną zmuszeni do mimowolnego "złożenia broni", ze wszech miar mają rację bytu.
Wiele pretensji do organizatorów nośnym zbiorowym głosem mieli też przybyli tego roku na "Kaziuka" z własnym towarem rodacy z Polski. Kiedy internetowo ze znacznym wyprzedzeniem czasowym zgłaszali udział, postulowali o możliwość lokalizacji swych stoisk wzorem lat poprzednich przy samej alei Giedymina, kędy przetacza się główna masa ewentualnych nabywców. 
Z otrzymanych za pomocą wirtualnego przekazu mapek wynikało, że tak też będzie. Dopiero wizualna lokalizacja po przyjeździe tego, co otrzymali, utwierdziła ich w przekonaniu o nabyciu przysłowiowego "kota w worku". Owszem, wyznaczono im miejsca przy samym placu Łukiskim (niby więc w Kaziukowym gąszczu wydarzeń), tyle że w nie przy samej alei Giedymina a za rzędami straganów przy niej. Wspólny protest z Ukraińcami i Łotyszami, którzy zostali przyjęci takoż niegościnnie, zdał się na nic: mieli zostać "na bocznicy", bo co lepsze, było już zajęte.
Wszyscy, z kim rozmawiałem, próbowali zrozumieć, czemu zostali potraktowani tak po macoszemu. Pan sprzedający słodycze (nie będę wymieniał jego nazwiska, bo i po co), który od lat co najmniej sześciu przyjeżdża do Wilna na "Kaziuka", mimo zapłacenia za długie na sześć metrów stoisko w porównaniu z rokiem ubiegłym aż o 112 euro więcej, miał prawo zastanawiać się w głos, co raptem stało się powodem tak niekorzystnych przemian. 
"Z Litwinami spotykamy się u nas na przeróżnych targach i jakoś nie przypominam, by byli postrzegani przez organizatorów nie inaczej jak po bratersku, wedle powszechnie przyjętego "gość w dom, Bóg w dom" – zastanawiał się mój rozmówca. A pani z Ejszeryszek z własnymi wypiekami naprawdę paluszki lizać, takoż bywalczyni naszego niejednego "Kaziuka", wtórowała mu w wątpliwościach, czy aby za rok, o ile utarg tegoroczny poniesie fiasko, zamelduje się ponownie.
Nie sposób jednoznacznie oszacować, na ile przesadna żądza zarobienia przez organizatorów na sprzedających przesądziła o tym, że tegoroczna obsada z ich strony prezentowała się nieco skromniej, o czym świadczyły chociażby tu i tam "wyrwy" w zwartym szpalerze straganów jak też pewien luz na ulicy Zamkowej w kierunku ku Ostrej Bramie. Podbijanie cen za odnajęcie powierzchni pod stoiska – to przecież kij o dwóch końcach, pociągający za sobą wzrost kosztów wszystkiego, co "Kaziuk" oferuje, a zarazem pomniejszający siłę nabywczą kupujących. W ten to sposób błędne kółko się zamyka z obopólną szkodą, bijąc po jarmarcznej reputacji.
Można tylko żałować, że w gronie wyraźnie odnowionych organizatorów, reprezentujących obcojęzycznie brzmiącą ZSA "Concept events & media", po raz pierwszy od dłuższego czasu zabrakło tego roku Vytenisa Urby – osoby, z którą winna być kojarzona piękna passa tych jarmarków w kilkunastu ostatnich latach. Owszem, to, co się zwie zastrzykiem świeżej krwi, jest z pewnością czymś wielce pożądanym. Źle by jednak było, by nowatorskie poczynania wzięły górę nad tym, co przeszło próbę czasu i nie bez powodu kojarzone jest z "klasyką" tego kiermaszu.
Porzekadło o tym, jak to "na Kaziuka zima z wiosną zwady szuka", znalazło tego roku potwierdzenie szczególne, gdyż podczas trzech dni jego trwania mieliśmy jakby trzy pory roku: kolejno – zimę, wiosnę i jesień. Pogodowa "huśtawka" niewiele jednak przerzedziła rzesze tych, kto pomny tradycji przodków zechciał zająć miejsce po obu stronach straganów. Teraz natomiast jedni mają prawo liczyć wielkość utargu, a drudzy wciąż sycić oko pięknem nabytych palm, wszelakiej biżuterii, wyrobów z wikliny, wyczarowanych mnogości z drewna i wszystkiego, co w oko wpadło, a za co nie pożałowali po staropolsku "brzęknąć sakiewką". Świadomi, że poczyniony na "Kaziuku" nabytek ma przecież wymowę szczególną.

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 8/2019

OŚWIATA

  • Studia nadal pożądane

POLITYKA

  • Na bieżąco

KULTURA

  • Intensywne lato "Wileńszczyzny"

ROCZNICE, JUBILEUSZE

  • "(...) trawy pachną i więdną po polsku"
  • Matka "Solidarności"

SPORT

  • Irennisima

W PRZESZŁOŚĆ ZAPATRZENI

  • Spotkanie po 60 latach
  • Ożyło Wilno, ożył Mickiewicz
  • Ku średniowieczu i wikingom

PODRÓŻE DALEKIE I BLISKIE

  • Malta – "rozdroże" między Afryką i Europą

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach na "saratowskim szlaku"

MĄRDOŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O bezsensie sensu

Nasza księgarnia

Stanisław Moniuszko w Wilnie
Pejzaż Wilna. Wędrówki fotografa w słowie i w obrazie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie